
— Wstawaj. Chcę jeść.
Lakszani poderwała się natychmiast, jeszcze nie w pełni przytomna. Nie zważając na swoją nagość, wybiegła z komnaty, frędzle jej porzuconej tuniki szeleszcząc za nią. Aszara została sama. Leżała przez chwilę nieruchomo, a jej myśli już biegły ku świątyni. Nie mogła się doczekać chwili, gdy znowu znajdzie się przed ołtarzem i będzie mogła przyjmować wyznawców. Sama myśl o tym sprawiła, że jej cipka ociekła sokami. Wsunęła palec głęboko między wilgotne wargi, zamruczała cicho, czując, jak rozpycha ją od środka, a potem wyjęła go i oblizała powoli, smakując własną słodycz.
Nie mogła dłużej czekać.
Nie miała w zwyczaju ubierać się sama, lecz tym razem sięgnęła po lekką, płócienną szatę z jasnego lnu. Tkanina zasłaniała piersi i łono, lecz przy każdym kroku odsłaniała jej zgrabne, oliwkowe nogi aż po uda. Nie czekając na Lakszani ani na posiłek, wyszła z komnaty i skierowała się samotnie ku głównej nawie świątyni.
Było jeszcze pusto. Wysokie ściany tonęły w półmroku rozjaśnianym tylko przez pierwsze, blade promienie słońca wpadające przez wąskie otwory pod stropem oraz przez dogasające lampy oliwne. Powietrze było gęste od ciężkiego zapachu mirry, żywicy i wczorajszego kadzidła, które wciąż tliło się w miedzianych misach. Aszara podeszła do wolnego tronu ustawionego z boku ołtarza i usiadła, wpatrując się w posąg bogini.
Posąg Isztar – Inanny – wznosił się na podwyższeniu z czarnego kamienia. Bogini była przedstawiona w pozycji stojącej, nieco większa niż człowiek. Twarz miała spokojną, lecz surowy, z wysokim czołem i pełnymi ustami. Na głowie nosiła wysoką, rogatą tiarę z kilkoma parami rogów – symbol boskości. Włosy, wyrzeźbione w gęste, falujące pasma, spływały na ramiona. Szyję i piersi okrywały liczne, ciężkie naszyjniki z kamienia i metalu, a na nadgarstkach i kostkach widniały grube bransolety. W jednej dłoni trzymała symbol władzy – pręt i pierścień – a drugą unosiła w geście błogosławieństwa. U jej stóp leżały dwa lwy o otwartych paszczach, a za plecami wyrzeźbiono skrzydła i gwiazdy. Szata bogini, choć kamienna, była przedstawiona jako długi, frędzlowany strój, który jednak nie ukrywał w pełni kobiecych kształtów – biodra były szerokie, piersi pełne, a cała postać emanowała siłą i zmysłowością.
Aszara poczuła, jak podniecenie zalewa ją falą na sam widok bogini. Zastanawiała się, czy bogowie między sobą spółkują. Czy Isztar kładzie się pod innymi bóstwami? Jak często? Jak to może wyglądać w ich niebiańskim świecie – czy też jęczą, czy też wypełniają się nasieniem, czy też tracą kontrolę nad ciałem? Myśl ta sprawiła, że jej sutki stwardniały pod płótnem, a między udami znowu zrobiło się mokro.
Otrząsnęła się. Wstała, podeszła do niskiego łoża ustawionego przed ołtarzem i stanęła przy nim, wyprostowana, z rękami wzdłuż ciała. Czekała. Wypatrywała pierwszych wiernych. W pustej jeszcze nawie unosił się tylko zapach kadzidła i jej własnego, rosnącego podniecenia, a blade poranne światło powoli wypełniało świątynię złotawym blaskiem.
Aszara nie mogła już dłużej czekać. Zerwała z siebie płócienną szatę jednym ruchem i rzuciła ją na kamienną posadzkę. Stanęła naga w pustej nawie, oliwkowa skóra lśniąca w bladym porannym świetle, które sączyło się przez wąskie okna. Powietrze pachniało ciężko mirrą, żywica i stygnącym kadzidłem. Jej cipka już ociekała, a sutki były stwardniałe od samego oczekiwania.
Niespiesznym krokiem zaczęła obchodzić zakamarki głównej nawy. Przeszła obok bocznych nisz, w których zwykle dziewczęta niższego stanu pełniły posługę, aż w jednej z nich dostrzegła posąg. Było to pomniejsze bóstwo – wątła, smukła męska postać wyrzeźbiona z gładzonego granitu, niepozorna, prawie chuderlawą, gdyby nie to, co sterczało między jej kamiennymi udami. Członek był absurdalnie wielki, gruby, w pełni wzwiedziony, o wyraźnie zarysowanej główce i żyłach. Reszta posągu wyglądała skromnie, niemal krucho, ale ten kamienny członek dominował nad całą figurą.
Aszara przyklękła przed nim. Przesunęła palcami po chłodnej, gładkiej powierzchni granitu, czując, jak kamień jest obcy i jednocześnie pociągający. Wstała, rozstawiła nogi szeroko i powoli, z drżeniem, okraczyła posąg. Przyłożyła wilgotne wargi sromowe do szerokiej główki i zaczęła się opuszczać.
Granit wszedł w nią powoli, nieubłaganie. Był zimny – lodowaty w porównaniu z ciepłem jej ciała – i absolutnie sztywny, bez żadnej ustępliwości. Aszara poczuła, jak jej ścianki rozchodzą się wokół niego z oporem, jak chłodny kamień wciska się coraz głębiej, rozciągając ją w sposób, którego nie dało się porównać z żywym ciałem. Nie było tętna, nie było ciepła, tylko twarda, gładka masa, która wypełniała ją centymetr po centymetrze. Gdy wreszcie usiadła na całą długość, miała wrażenie, że kamień sięga jej aż pod żebra. Oddychała płytko, drżąc, czując każdy szczegół rzeźby – lekkie wypukłości żył, krawędź żołędzi – odciskające się w jej wnętrzu.
Zaczęła się poruszać. Unosiła biodra powoli, aż prawie cała długość wychodziła z niej, a potem opuszczała się z powrotem, nabijając się na kamiennego członka aż do nasady. Ruch był płynny, rytmiczny. Za każdym razem, gdy się opuszczała, chłodny granit wsuwał się w nią z mokrym odgłosem, a jej soki spływały po gładkiej powierzchni posągu, lśniąc w półmroku. Unosiła się, czując jak pustka na chwilę zastępuje wypełnienie, a potem znowu spadała, pozwalając, by kamień rozpychał ją od środka. Jej piersi kołysały się w rytm ruchów, długie czarne włosy opadały na twarz, a ona wzdychała coraz głośniej, coraz bardziej zapamiętale. Wyobrażała sobie, że to sam bóg – że kamień ożywa, że bogowie naprawdę spółkują między sobą w taki właśnie sposób, twardo, nieubłaganie, bez litości.
Przyspieszyła. Biodra unosiły się i opadały coraz szybciej, mokre odgłosy stawały się głośniejsze, a jej jęki odbijały się od ścian pustej nawy. Orgazm nadszedł nagle, jak błyskawica. Aszara krzyknęła, ciało wygięło się w łuk, a jej pochwa zacisnęła się konwulsyjnie wokół zimnego granitu. Skurcze przechodziły przez nią falami – długimi, intensywnymi, aż uda zadrżały tak mocno, że prawie straciła równowagę. Sok trysnął obficie, spływając po kamiennym trzonie i po jej udach. Trzęsła się, wciąż nabita na całą długość posągu, oczy zamknięte, usta otwarte w niemym krzyku rozkoszy.
Gdy fala wreszcie opadła, została tak, jak siedziała – nieruchoma, nabita po same jądra kamiennego bóstwa, ciężko oddychająca, ciało lśniące od potu i soków. Zapach mirry mieszał się z zapachem jej rozkoszy. Nagle usłyszała dźwięk harfy – delikatny, eteryczny, jakby dobiegał z samego nieba. W tej samej chwili ogarnęła ją światłość. Jasna, złota, nierealna poświata wypełniła niszę, otaczając nagi posąg i jej drżące ciało miękkim, prawie namacalnym blaskiem.
Naga Aszara wciąż drżała po spełnieniu, gdy światłość wokół niej zgęstniała i nagle rozmyła się w bezkresną, szarą pustkę. Nie było już świątyni, nie było kamiennego posągu, nie było nawet podłogi pod stopami – tylko nieskończona, mleczna szarość. Dźwięki harfy narastały, melodia stawała się coraz gęstsza, upajająca, wibrująca w jej kościach i w samym środku łona. Powoli pustka zaczęła twardnieć. Szarość zestaliła się w rozległe, granitowe pustkowie – gładkie, chłodne, bez horyzontu. A przed nią, na wzniesieniu, ukazał się wielki złoty tron.
Na tronie zasiadała męska postać.
Aszara poznała go natychmiast. Opadła na kolana, czoło przyciskając do niewidzialnej ziemi, ciało wciąż lśniące od potu i własnych soków.
— Boski Tamuzie… Dumuzi… — wyszeptała drżącym głosem. — Pasterzu niebios, ukochany Isztar… błagam o łaskę. Nie jestem godna twojego wzroku.
Tamuz – Dumuzi – siedział prosto, a jego obecność wypełniała całą przestrzeń. Był piękny w sposób, który bolał oczy. Wysoki, smukły, a jednocześnie pełen zwierzęcej siły. Skóra miała barwę dojrzałego miodu, gładką i ciepłą, jakby nigdy nie zaznała cienia. Włosy, ciemne i lśniące, spływały mu na ramiona w gęstych falach, ozdobione cienką złotą opaską. Twarz była młoda, prawie chłopięca, lecz oczy – głębokie, czarne, pełne starożytnej wiedzy – paliły się lubieżnym ogniem. Usta miał pełne, zmysłowe, jakby stworzone do pocałunków i rozkazów. Na nagim torsie nie nosił nic poza szerokim naszyjnikiem z lapis lazuli i złota. Między udami, nawet w spoczynku, rysował się potężny, ciężki członek – znak jego nieustającej płodności. Cała jego postać emanowała witalnością tak intensywną, że powietrze wokół niego zdawało się drżeć. Był bogiem wiosny i pożądania, bogiem, który co roku umiera i zmartwychwstaje w łonie ziemi, bogiem, którego nasienie karmić miało pola i kobiety.
Głos Tamuza odezwał się nagle ze wszystkich stron naraz – niski, aksamitny, wibrujący w jej piersiach i w samym środku macicy.
— Wstań, Aszaro.
Aszara uniosła się powoli, drżąc. Sam dźwięk jego głosu sprawiał, że fale rozkoszy przechodziły przez jej ciało bez dotyku.
— Witaj, zrodzona z łona Isztar i z mojego własnego nasienia — ciągnął Tamuz, a każde słowo było jak pieszczota. — Twoja służba jest miła bogom. Dlatego sprowadziliśmy cię tutaj. Masz służyć nam swoim ciałem, tak jak służyłaś ludziom w świątyni.
Aszara stanęła naga przed nim, piersi uniesione, uda lekko rozchylone, i poczuła, jak sama boska obecność spycha ją w orgazm. Nie potrzebowała dotyku. Wystarczyło jego spojrzenie, jego głos, świadomość, że stoi przed prawdziwym bogiem. Fala przyszła z samego dna brzucha – głęboka, rozlewająca się, niepowstrzymana. Jej kolana ugięły się, biodra szarpnęły się do przodu, a pochwa zacisnęła się w pustych, rytmicznych skurczach. Jęknęła głośno, głowa odchylona do tyłu, długie czarne włosy spływające po plecach. Sok spłynął po wewnętrznych stronach ud, podczas gdy całe jej ciało drżało w przedłużających się konwulsjach. Orgazm nie ustawał – trwał, falował, karmiony samą obecnością Tamuza, aż w końcu Aszara osunęła się z powrotem na kolana, wciąż szczytując, dłonie przyciśnięte do granitu, oddech urywany.
— Błagam… — wydusiła przez zaciśnięte zęby, wciąż drżąc. — Napełnij mnie, boski Tamuzie. Daj mi swoje nasienie. Chcę je w sobie. Chcę je poczuć…
Tamuz uśmiechnął się wolno, a w tym uśmiechu było zarówno miłosierdzie, jak i okrutna, boska żądza.
— Przyjdzie na to pora, córko moja i Isztar. Ale najpierw musisz zaspokoić Udug.
Aszara uniosła głowę, jeszcze nie rozumiejąc. W tej samej chwili przed nią zaczęły pojawiać się smugi ciemności – gęste, wirujące, jakby sam cień ożył i pełznął ku niej po granitowym pustkowiu.
Smugi ciemności osaczyły Aszarę ze wszystkich stron. Wirowały, pełzały, zgęstniały, a powietrze wokół niej stało się ciężkie i gorące – nie od zwykłego żaru, lecz od wszechobecnego ognia bez płomieni, który piekł skórę od środka, nie pozostawiając śladów. Ciemność zaczęła twardnieć. Najpierw uformowały się zarysy nóg – grube, muskularne, zakończone stopami o ostrych, pazurzastych palcach. Potem tors: szeroki, atletyczny, jak wykuty z czarnego kamienia, bez żadnego meszku, gładki i lśniący jak obsydian. Ramiona wyrosły potężne, żyłkowane, zdolne zmiażdżyć człowieka jednym uściskiem. Z pleców wystrzeliły skrzydła – błoniaste, jak u nietoperza, rozpięte na kostnych wypustkach, szeleszczące przy każdym ruchu. Ogon wykiełkował z podstawy kręgosłupa: gruby, gładki, wijący się powoli jak żywy wąż. Twarz wyłoniła się ostatnia – gładka maska z hebanowego kamienia, bez brwi, bez włosów, tylko wąskie, świecące oczy i usta o ostrych krawędziach. A między nogami… członek. Monstrualny. Gruby jak biceps przeciętnego mężczyzny, dłuższy niż całe ramię Aszary, twardy jakby wykuty z tego samego czarnego kamienia, a jednak żywy – pulsował, tętnił, bił z niego wyczuwalne ciepło, wręcz ogień. Pod nim zwisały olbrzymie, ciężkie jądra, napięte i ciemne.
Aszara patrzyła, a z jej cipki lały się soki szeroką, gorącą strugą, spływając po wewnętrznych stronach ud aż na granitowe pustkowie. Rozejrzała się w ekstazie. Udug otaczali ją zewsząd. Było ich tak wielu, że nie potrafiła zliczyć – dziesiątki, może setki czarnych, skrzydlatych postaci, które jeszcze przed chwilą były tylko smugami cienia. Na początku wydawali się identyczni, lecz im dłużej patrzyła, tym wyraźniej dostrzegała różnice: jeden miał szersze barki, inny dłuższy ogon, jeszcze inny blizny na torsie jakby po starożytnych bitwach. Jedno pozostawało niezmienne – monstrualne, w pełni wzwiedzione, twarde jak skała członki, wycelowane w nią ze wszystkich stron niczym włócznie gotowe do przebicia.
Spojrzała na Tamuza. Bóg siedział rozparty na złotym tronie, nagi, a jego własny członek był jeszcze potężniejszy. Sterczał ku górze, gruby, ciemniejszy u nasady, z wyraźnie zarysowaną, lśniącą główką. Był dłuższy niż te, które nosili Udug, i szerszy – tak szeroki, że Aszara nie była pewna, czy jej dłonie zdołałyby go objąć. Żyły pulsowały na jego powierzchni, a z ujścia sączyła się już gęsta, perłowa kropla boskiego preejakulatu. Cała ta męskość emanowała siłą, płodnością i nieokiełznaną żądzą, jakby sam w sobie był żywym ołtarzem.
Głos Tamuza odezwał się znowu ze wszystkich stron, niski i wibrujący:
— Boska Aszaro. Zanim poczujesz moje nasienie w swoim łonie, musisz najpierw nasycić żądze Udug. Oddaj im swoje ciało. Dopiero gdy ich napełnisz i sama zostaniesz przez nich napełniona, będziesz godna przyjąć mnie.
Aszara osunęła się na kolana w spazmach czystej ekstazy. Soki wciąż spływały z niej obficie. Uniosła twarz ku tronowi, oczy błyszczące, usta rozchylone.
— Będę godna, mój boże — wyszeptała drżącym, pełnym pożądania głosem. — Pragnę twojego boskiego nasienia bardziej niż powietrza. Pragnę poczuć, jak twoja męskość wbija się we mnie, jak rozrywa mnie i napełnia. Oddam się im. Oddam się tobie. Weź mnie… weź wszystko…
Udug zbliżyli się jeszcze bardziej, tworząc już ciasny, czarny krąg wokół jej klęczącej postaci. Skrzydła szeleszczały, ogony wiły się niecierpliwie, a monstrualne członki drgały tuż przed jej twarzą, piersiami i biodrami. W momencie, gdy Aszara otwierała usta, by po raz kolejny zapewnić Tamuza o swoim oddaniu, pierwszy z Udug – ten, którego twarz była najbliżej – wsunął swojego wielkiego, czarnego, pulsującego członka pomiędzy jej wargi.
Aszara wzięła czarnego, monstrualnego członka pierwszego Udug głęboko w usta. Ekstaza zalała ją natychmiast. Nie było w tym nic delikatnego – demon nie dbał o jej wygodę. Chwycił ją oburącz za głowę, wbijając pazury w jej skórę, i zaczął posuwać biodrami gwałtownie, używając jej ust wyłącznie dla własnej rozkoszy. Gruby, twardy niczym trzon rozpychał jej szczęki aż do bólu, sięgając gardła przy każdym pchnięciu. Aszara krztusiła się, ślina spływała jej obficie po brodzie i piersiach, a jednak uniesienie było tak potężne, że jęczała wokół niego z czystej rozkoszy. Jej język pracował żarliwie, oblizując, ssąc, starając się objąć jak najwięcej tej niemożliwej grubości. Każde brutalne pchnięcie wywoływało w niej falę dreszczów, sutki twardniały jeszcze bardziej, a z cipki lały się soki szerokim strumieniem.
Pozostałe Udug zacieśniły krąg. Ich dłonie – szorstkie, gorące, pełne nienaturalnej siły – rzuciły się na jej ciało bez żadnej litości. Ściskały jej piersi tak mocno, że zostawiały ciemne ślady, wykręcały sutki, szarpały je. Grube palce wbiły się jednocześnie w jej ociekającą cipkę i w ciasny odbyt, rozciągając oba otwory, penetrując głęboko, skręcając się wewnątrz. Inne dłonie ugniatały jej pośladki, rozchylały je, smagały, zostawiając odciski pazurów na oliwkowej skórze. Aszara nie czuła bólu. Czegoś takiego nie było w tej boskiej przestrzeni. Był tylko ogień bez płomieni, który palił ją od środka rozkoszą. Każdy szarpnięcie, każde wbicie palców, każde brutalne ściśnięcie potęgowało ekstazę. Wiła się w ich uchwytach, jęcząc wokół kutasa w swoich ustach, ciało drżące, całkowicie oddane.
Nagle kolejny Udug przepchnął się siłą. Odsunął pierwszego na bok i wbił swojego równie monstrualnego członka w jej usta obok poprzedniego. Aszara, w uniesieniu graniczącym z szaleństwem, starała się objąć oba naraz – wargi rozciągnięte do granic, język pracujący między dwoma grubymi, pulsującymi trzonami, ślina spływająca strumieniami. Ssąła ich obu z desperackim oddaniem, podczas gdy reszta stada wciąż szarpała, penetrowała i ugniatała jej ciało. Dłonie demonów były wszędzie – na piersiach, na brzuchu, między udami, na szyi. Ogon jednego z nich owinął się wokół jej talii, ściskając.
Wtem czterech Udug chwyciło ją jednocześnie – dwa za nadgarstki, dwa za kostki. Unieśli ją w powietrze twarzą do góry, jak ofiarę. Aszara zawisła naga, rozciągnięta, wciąż z dwoma członkami w ustach, sokami spływającymi z niej na granitowe pustkowie.
Z tego położenia dostrzegła Tamuza. Bóg siedział na złotym tronie, rozparty, i zaspokajał się własną ręką. Jego potężny, boski kutas był w pełni wzwiedziony – jeszcze większy, jeszcze grubszy niż te, które wypełniały usta Aszary. Tamuz obejmował go u nasady jedną dłonią i poruszał nią powoli, mocno, z królewską pewnością. Kciuk przecierał szeroką, lśniącą główkę, rozmazując gęste, perłowe krople preejakulatu po całej długości. Drugą ręką czasem ściskał ciężkie jądra. Jego biodra lekko unosiły się naprzeciw własnej pięści, a na pięknej, miodowej twarzy malowała się głęboka, boska rozkosz. Patrzył prosto na Aszarę, podczas gdy masturbował się na jej widok, i każdy ruch jego dłoni był powolny, celebrujący, pełen władzy.
Udug, którzy trzymali Aszarę w powietrzu, zaczęli powoli, nieubłaganie rozchylać jej nogi coraz szerzej.
Aszara, trzymana za nadgarstki i kostki przez czterech Udug, zawisła w powietrzu z nogami szeroko rozchylonymi. Przez mgnienie oka zobaczyła kolejnego demona stającego między jej udami – czarnego, skrzydlatego, z monstrualnym, pulsującym członkiem wycelowanym prosto w jej ociekającą cipkę. Nie było żadnego przygotowania. Z impetem, jednym potężnym pchnięciem, wbił się w nią aż do nasady.
Aszara powinna była poczuć ból rozrywający. Członek był zbyt gruby, zbyt długi, niemożliwy do przyjęcia przez ludzkie ciało. A jednak ból nie istniał. Była tylko ekstaza – wszechogarniająca, biała, piekąca od środka. Granitowy trzon rozpychał jej ścianki tak mocno, że miała wrażenie, iż zaraz pęknie, a jednocześnie każda żyła, każda nierówność kamiennej skóry demona ocierała się o jej najwrażliwsze miejsca, wywołując fale rozkoszy tak intensywne, że oczy zaszły jej łzami. Czuła, jak jej pochwa rozciąga się do granic, jak macica zostaje uderzona od dołu, jak całe jej wnętrze jest zajęte, zdominowane, wypełnione w sposób absolutny. Wyła. Jęczała. Biodra, mimo że trzymane, starały się poruszać, nabijając się miarowo na tego niemożliwego kutasa, jakby chciała wziąć jeszcze więcej.
Gdy w uniesieniu odchyliła głowę do tyłu, kolejny Udug wykorzystał okazję. Wbił swojego równie monstrualnego członka prosto w jej otwarte usta i głęboko w gardło. Aszara poczuła, jak gardło rozpiera się w sposób, który nie powinien być możliwy. Trzon wszedł na całą długość, omijając wszelki opór, sięgając tak głęboko, że miała wrażenie, iż główka zaraz przebije się do jej piersi. Ślina i soki spływały jej z kącików ust, a ona nie mogła nawet krzyczeć – tylko tłumić dźwięki wokół grubej, pulsującej męskości. Nabita z dwóch stron jednocześnie, niemal czuła, jak oba członki – ten w pochwie i ten w gardle – zbliżają się do siebie wewnątrz jej ciała, jakby chciały się zetknąć przez jej wnętrzności. Każde pchnięcie dolnego demona wpychało ją na górnego, każde pchnięcie górnego wpychało ją na dolnego. Była tylko kanałem, mięsem rozpiętym między dwoma potworami, a rozkosz była tak totalna, że traciła poczucie czasu.
W tej samej chwili na jej piersiach pojawiły się usta. Dwóch kolejnych Udug pochwyciło jej sutki – zachłannie, brutalnie. Wargi były gorące, języki szorstkie, zęby ostre. Ssali, gryźli, wyciągnęli sutki, szarpali je, mlaskali głośno. Aszara czuła każdy ząb, każde pociągnięcie, każde mokre, chciwe oblizanie. Ból, który powinien był istnieć, zamieniał się natychmiast w kolejne fale ekstazy. Jej piersi były szarpane, ssane, gryzione, a ona tylko wiła się mocniej, nabijając się jednocześnie na oba członki.
I wtedy poczuła coś jeszcze. Coś bardziej elastycznego, choć wciąż potężnego, nacisnęło na jej odbyt. Ogon. Jeden z demonów wbił go w nią bez ostrzeżenia – gruby, gładki, wijący się, rozpierający zwieracz z niemożliwą siłą. Aszara, już wypełniona w pochwie i gardle, teraz została otwarta także od tyłu. Ogon wciskał się coraz głębiej, skręcał się wewnątrz, ocierał o ścianki, podczas gdy dwa członki tłukły się w niej z przodu i od góry. Była nabita w trzy otwory naraz, trzymana w powietrzu jak ofiara, a jej ciało drżało w nieustającej, chaotycznej rozkoszy. Każdy ruch, każde pchnięcie, każde ugryzienie na piersiach potęgowało uczucie wszechobecnego wypełnienia – nie było już miejsca, które nie byłoby zajęte, nie było już skrawka jej ciała, który nie należałby do nich.
Nagle demon w jej ustach zaryczał nisko, demonicznie. Jego członek spęczniał jeszcze bardziej i zaczął tryskać. Gęste, gorące, gorzkawo-słodkie nasienie wypełniło jej gardło falami – obfite, lepkie, o smaku metalu, dymu i czegoś starożytnego. Aszara nie mogła przełknąć wszystkiego naraz. Część spłynęła jej do żołądka, część wypłynęła nosem i kącikami ust, spływając po brodzie na piersi. Gardło było pełne demonicznego nasienia, a ona, wciąż nabita z pozostałych stron, tylko drżała w ekstazie, pragnąc już tylko jednego – boskiego nasienia Tamuza.
Członek Udug w jej ustach nawet przez chwilę nie zmiękł. Po wypełnieniu jej gardła gęstym, gorzkawym nasieniem demon kontynuował pchnięcia z tą samą brutalną siłą, używając jej rozciągniętego gardła jak zwykłej pochwy. Aszara, wciąż trzymana w powietrzu, czuła, jak jej własne ścianki – zarówno te w cipce, jak i w odbycie – zaciskają się kurczowo wokół członka i ogona, ssąc je w rytmicznych, niekontrolowanych skurczach. Była tylko mięsem rozpiętym między demonami, a każda fala rozkoszy pogłębiała jej szaleństwo.
Nagle demon w jej ustach został brutalnie wyszarpnięty. Aszara poczuła to z intensywnością równą samej penetracji – nagłe, gwałtowne wycofanie grubej, pulsującej długości, które zostawiło jej gardło puste, rozwarte, ociekające nasieniem i śliną. Powietrze wdarło się do niej z sykiem, a ona wydała z siebie nieprawdopodobny, wysoki wrzask czystej rozkoszy.
— Tamuzie! — krzyknęła, głosem zachrypniętym i złamanym. — Boski Tamuzie! Posiądź mnie! Weź mnie! Chcę twojego nasienia!
Ledwie te słowa opuściły jej usta, kolejny Udug wbił się w nie z impetem. Znowu poczuła, jak gardło zostaje rozepchane na całą długość, jak demon posuwa się w niej głęboko, traktując jej usta i gardło jak kolejne otwarte łono.
W tej samej chwili poczuła wytrysk w pochwie. Nasienie demona, który ją tam pieprzył, uderzyło w jej wnętrze falami – gorące, gęste, obfite, rozpierające macicę od środka. Aszara zadrżała w całym ciele, czując, jak kolejne salwy wypełniają ją, przelewają się, spływają wokół wciąż poruszającego się trzonu. Było tego tak dużo, że miała wrażenie, iż zaraz pęknie z przepełnienia, a jednocześnie rozkosz była tak absolutna, że tylko mocniej zacisnęła się wokół niego.
Dopiero teraz zrozumiała, że ten sam demon penetrował ją jednocześnie członkiem i ogonem. Nagle został z niej wyszarpnięty przez pozostałe osobniki. Aszara poczuła podwójne, gwałtowne wycofanie – najpierw gruby trzon opuszczający jej pochwę z mokrym, głośnym dźwiękiem, zostawiając ją rozwartą i ociekającą nasieniem, a chwilę później elastyczny, wciąż twardy ogon wyślizgujący się z jej odbytu, pozostawiając piekące, puste uczucie rozciągnięcia. Pustka była równie intensywna jak wypełnienie. Zadrżała, jęcząc wokół kutasa w swoich ustach.
Nie zdążyła nawet złapać oddechu. Kolejny Udug stanął za nią i jednym, nieubłaganym pchnięciem wbił swojego monstrualnego członka prosto w jej dopiero co opróżniony odbyt. Aszara wyła. Człon demona był zbyt gruby, zbyt twardy, rozpychał zwieracz z siłą, która powinna była ją zniszczyć, a jednak znowu była tylko ekstaza. Czuła, jak każde kolejne wbicie wchodzi coraz głębiej, jak kamienna twardość ociera się o jej ścianki, jak całe jej ciało jest znowu zajęte od tyłu.
Teraz była penetrowana jednocześnie w odbyt i w gardło. Dwa demony tłukły się w niej z przeciwnych stron, a na piersiach wciąż pracowały zachłanne usta i zęby kolejnych Udug – ssące, gryzące, szarpiące sutki aż do granic. Do tego wszystkiego dołączyły strugi nasienia. Te demony, które nie mogły się dopchać do jej ciała, zaspokajały się same, stojąc wokół, i tryskały na nią – gęste, gorące, lepkie salwy spadały na jej brzuch, piersi, uda, włosy, twarz, mieszając się z tym, co już z niej wypływało. Aszara była pokryta demonicznym nasieniem od stóp do głów, a każde nowe uderzenie tylko potęgowało uczucie, że tonie w nim.
Traciła rachubę. Kolejni Udug brali ją w posiadanie – w usta, w cipkę, w odbyt, czasem po dwóch naraz w ten sam otwór. Napełniali ją wielokrotnie, pokrywali jej ciało strugami, szarpali, gryźli, unosili. Mogło ich być setki. Aszara nie wiedziała. Zatraciła się całkowicie w ekstazie i rozkoszy, w szaleństwie bycia nieustannie penetrowaną, wypełnianą, używaną przez stado demonów. Jej ciało nie należało już do niej. Była tylko naczyniem, ołtarzem, mięsem oddanym ich żądzy – i czerpała z tego satysfakcję tak głęboką, że graniczyła z boskością.
Wtem ze wszystkich stron naraz odezwał się głos Tamuza – niski, władczy, wibrujący w jej kościach:
— Dość.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
2 komentarze
ErykWgr
Fajne zagranie z tym bożkiem. Już się zastanawiałem czemu dałeś kategorię fantasy. Jak będziesz miał okazję to napisz coś z demonami kobiecymi.
Bisexwaw
@ErykWgr mam za dużo naraz prowadzonych serii. Każda ma jakichś swoich fanów, mniej lub więcej. Pomysł dobry ale może kiedyś.
ErykWgr
@Bisexwaw spoko, nie mówię, że masz wszystko rzucać od razu i pisać na moje żądanie
Pumciak
Fajny erotyk ale co u Psitki
Bisexwaw
@Pumciak nadejdzie czas i na nią.