
Udug, zastygli jak posągi z czarnego kamienia, wciąż podtrzymywali jej targane spazmami ciało. Dopiero gdy Tamuz przemówił ponownie, tym samym grzmiącym głosem:
— Odstąpcie od niej.
…z niebywałą jak na nich delikatnością opuścili Aszarę na granitowe pustkowie. Położyli ją powoli, prawie troskliwie, na chłodnym kamieniu.
Aszara leżała na wznak, wciąż drżąca po orgazmie. Jej ciało było całe pokryte demonicznym nasieniem – gęstym, lepkim, o ostrym, metaliczno-dymnym zapachu. Włosy, niegdyś długie i lśniące, były całkowicie zlepione, sklejone w mokre, ciemne kosmyki przylegające do twarzy, szyi i piersi. Z pochwy i odbytu lały się nieustanne strugi białego, gęstego nasienia, spływające po wewnętrznych stronach ud, zbierające się pod nią w małe kałuże. Miała je wszędzie: na brzuchu, na piersiach, na szyi, na policzkach, nawet w uszach i między palcami stóp. Skóra lśniła od tej lepkiej warstwy, a każdy jej oddech sprawiał, że kolejne krople spływały wolniej lub szybciej po oliwkowej cerze. Ciało wciąż drżało drobnymi, niekończącymi się skurczami, sutki stwardniałe, uda lekko rozchylone, z otwartych dziurek sączyło się jeszcze więcej.
Powoli, z wysiłkiem, Aszara uniosła się na kolana. Spojrzała w górę na Tamuza z czystym uwielbieniem. Nie mogła oderwać wzroku od jego potężnej męskości – twardej, napiętej, sterczącej ku niej z boską pewnością, jeszcze większej i bardziej majestatycznej niż wszystko, czym ją napełniano. Ślina napłynęła jej do ust na sam ten widok.
Tamuz przemówił łagodniej, choć jego głos wciąż niósł się zewsząd:
— Dobrze się spisałaś, Aszaro. Twoja uległość i oddanie są miłe moim oczom. Ciało masz piękne, stworzone do służby i rozkoszy. Zbliż się.
Aszara nie wstała. Opadła na czworaka i pełzła ku tronowi. Każdy ruch jej mięśni był wyraźny: łopatki unosiły się i opadały pod skórą, mięśnie pleców falowały, pośladki napięte przy każdym przesunięciu kolan, piersi zwisały ciężko ku dołowi, kołysząc się. Za nią, na szarym granicie, ciągnął się wilgotny ślad – strugi demonicznego nasienia spływały z jej cipki, odbytu, ud i brzucha, zostawiając błyszczącą, lepką ścieżkę. Włosy, ciężkie od spermy, zwisały ku ziemi, a krople spadały z ich końców przy każdym ruchu. Całe jej ciało lśniło w nierealnym świetle pustkowia, pokryte warstwą tego, co pozostawili w niej i na niej Udug.
Dotarła do stóp Tamuza. Z gorliwością, niemal rozpaczliwą, zaczęła składać pocałunki na boskich stopach. Każde zetknięcie ust ze skórą boga wywoływało w niej kolejną falę ekstazy – smak była słodkawo-słony, ciepły, niemal uzależniający. Całowała grzbiety stóp, kostki, nawet spody, mlaskając cicho, drżąc z rozkoszy przy każdym kontakcie.
Tamuz przemówił trzy razy, za każdym razem łagodniej:
— Wstań, córko moja.
— Wstań, żono moja.
— Wstań, boska ladacznico.
Aszara uniosła się powoli. Stanęła wyprostowana przed Tamuzem, dumna, całkowicie naga, całe ciało lśniące i ociekające nasieniem Udug, włosy zlepione, uda mokre, piersi uniesione. Czekała.
Aszara stała tuż przed Tamuzem i po raz pierwszy mogła przyjrzeć się mu z tak bliska. Jego ciało było doskonałością samą w sobie – doskonałością, która boli oczy od nadmiaru piękna. Skóra miała barwę ciepłego miodu, a pod nią żyły błyszczały złociście, jakby płynęło w nich ciekłe złoto zamiast krwi. Za każdym oddechem boga te złote linie pulsowały delikatnie, rozświetlając tors, ramiona i uda od wewnątrz. Mięśnie były wyraźnie zarysowane, lecz nie w sposób ludzki – wyglądały, jakby ktoś wyrzeźbił je z żywego światła i dopiero potem oblekł w ciało. Brzuch twardy, biodra wąskie, uda potężne. A między nimi… członek. Aszara wstrzymała oddech. Był niebywale wielki – znacznie większy niż te, którymi dysponowały Udug, a przecież demony były wyposażone hojniej niż jakikolwiek śmiertelnik. Długi, gruby, o ciemniejszej, prawie brązowo-złotej barwie, z szeroką, lśniącą główką, z której sączyła się już gęsta, perłowa kropla. Żyły na nim także świeciły złotem. Cała ta męskość tętniła spokojną, boską mocą, ciężki i jednocześnie wzniosły, jakby sam w sobie był ołtarzem.
Sam widok spychał Aszarę na samo pogranicze orgazmu. Sutki bolały ją od napięcia, a z cipki znowu popłynęły soki, mieszając się z tym, co jeszcze w niej pozostało po Udug.
Tamuz uniósł dłoń i delikatnie chwycił jej pierś. Palce boga były ciepłe, prawie gorące. Ścisnął sutek pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym – nie mocno, lecz wystarczająco, by Aszara jęknęła. Drugą ręką sięgnął między jej uda. Dwa palce wsunęły się w nią bez oporu, rozcierając jej własne soki zmieszane z gęstym, demonicznym nasieniem.
Każdy dotyk Tamuza był dla Aszary ekstazą innego rodzaju niż wszystko, czego doświadczyła wcześniej. Nie było w nim brutalności Udug. Było ciepło, które wnikało pod skórę, rozchodziło się po żyłach i sprawiało, że całe jej ciało stawało się jednym wielkim punktem rozkoszy. Gdy bóg ściskał jej sutek, czuła to nie tylko w piersi – czuła to w macicy, w gardle, w czubkach palców. Gdy jego palce poruszały się w niej, rozcierając lepką mieszaninę, Aszara miała wrażenie, że ktoś głaszcze jej duszę od środka. Drżała, wzdychała, biodra same unosiły się naprzeciw jego dłoni, a jednak starała się stać nieruchomo, oddając mu pełną kontrolę.
Tamuz nie spieszył się. Palce wsuwały się głębiej, najpierw w pochwę – wolno, badawczo, rozchylając ścianki, które wciąż były wrażliwe i rozciągnięte po demonach. Potem jeden z palców, mokry od jej soków i nasienia, przesunął się niżej i delikatnie, niemal troskliwie, wniknął w jej odbyt. Aszara wzdychnęła długo, przeciągle. Ciepło boskiego dotyku w obu otworach jednocześnie sprawiało, że drżenie przechodziło przez nią falami. Nie było pośpiechu. Palce poruszały się cierpliwie, okrężnie, czasem rozchylając, czasem wciskając się głębiej, a ona znosiła to z pokorną rozkoszą, choć w głębi duszy pragnęła już tylko jednego – poczuć w sobie tę potężną, złocisto żyłowaną męskość.
— Jesteś gotowa — powiedział Tamuz cicho, a jego głos owinął się wokół niej jak aksamit.
Uniósł ją z łatwością, jakby nic nie ważyła. Aszara przylgnęła całą sobą do jego ciepłego, migoczącego złociście ciała. Skóra boga pachniała słońcem, miodem i czymś starożytnym, czego nie umiała nazwać. Smakowała jego ramię, gdy przycisnęła do niego usta – słodkawy, lekko metaliczny posmak złota.
Rzeczywistość wokół nich zamigotała. Granitowe pustkowie zaczęło się rozmazywać, krawędzie traciły ostrość, kolory bledły i jednocześnie intensywniejszały. Wszystko zgęstniało w mleczną mgłę, a potem rozbłysło tak intensywnym światłem, że Aszara musiała zamknąć oczy. Gdy je otworzyła, stały wśród chmur. Białe, złociste, miękkie formacje unosiły się we wszystkie strony, a pod stopami – choć nie było widać podłoża – czuło się stabilność i bezpieczeństwo. Powietrze było rześkie i jednocześnie ciepłe, pachniało deszczem i słońcem.
Znikąd wyłoniło się wielkie łoże. Wydawało się utkane z samych chmur i złocistych promieni słońca – miękkie, lśniące, lekko pulsujące wewnętrznym światłem. Kształt miało królewski, szerokie, z wysokim wezgłowiem, które rozmywało się w obłoki.
Tamuz położył Aszarę na nim z nieskończoną delikatnością.
Tamuz pochylił się nad nią, a jego złociste oczy spłonęły spokojnym, starożytnym ogniem.
— Teraz cię posiądę, Aszaro.
Aszara uniosła biodra naprzeciw niego, głos załamany od pożądania:
— Zrób to… błagam. Napełnij mnie. Chcę twojego nasienia w sobie. Chcę poczuć, jak bóg we mnie tryska. Weź mnie. Całą.
Po raz pierwszy Tamuz się uśmiechnął. Uśmiech był powolny, łagodny i jednocześnie pełen władzy, jakby samo słońce rozpogodziło się na jego twarzy. Widząc to, Aszara bez wahania rozłożyła nogi szeroko, odsłaniając wciąż ociekający, rozciągnięty srom pokryty resztkami demonicznego nasienia. Czekała.
Tamuz nawet nie celował. Po prostu przyłożył szeroką, gorącą główkę swojego olbrzymiego członka do jej warg sromowych. Samo to zetknięcie niemal zepchnęło Aszarę w orgazm. Ciepło boskiej skóry, pulsowanie złotych żył, absolutna twardość – wszystko to sprawiło, że jej całe ciało drgnęło, a z gardła wydobył się długi, drżący jęk.
Potem zaczął wchodzić.
Powoli. Nieubłaganie. Aszara czuła, jak jej pochwa rozchyla się wokół niego centymetr po centymetrze. Nie było to zwykłe wypełnienie. Członek boga był żywy w sposób, którego nie dało się porównać z niczym ludzkim ani demonicznym. Rozpychał ją nie tylko fizycznie – zdawał się wnikać głębiej, aż do samego rdzenia jej istnienia. Złote żyły tętniły w niej, ciepło rozchodziło się po macicy, po brzuchu, po kręgosłupie. Każdy kolejny cal sprawiał, że miała wrażenie, iż zaraz pęknie z przepełnienia, a jednocześnie pragnęła jeszcze więcej. Gdy wreszcie wszedł do samej nasady, Aszara była pewna, że czuje go aż pod sercem. Oddychała płytko, oczy szeroko otwarte, usta rozchylone, całkowicie oddana.
Tamuz zaczął się poruszać.
Powoli najpierw – długie, głębokie wycofania i jeszcze głębsze pchnięcia. Potem coraz pewniej, coraz mocniej. Każde wbicia było jak uderzenie żywiołu. Biodra boga uderzały o jej uda z mokrym, ciężkim dźwiękiem, a olbrzymi trzon wchodził i wychodził, rozciągając ją za każdym razem na nowo. Aszara czuła każdą żyłę, każdą zmianę grubości, każdy puls. Była nabijana rytmicznie, nieubłaganie, a jej ciało przyjmowało to z pokorną, niemal religijną chciwością.
Wiła się pod nim. Nie potrafiła leżeć spokojnie. Biodra unosiły się naprzeciw pchnięciom, plecy wyginały się w łuk, piersi drżały, a długie, wciąż zlepione nasieniem włosy rozrzucały się po złocistych chmurach łoża. Jęczała bez składu, paznokcie wbijając w miękkie, świetliste posłanie. Jej nagie ciało, wciąż pokryte lepkim, demonicznym nasieniem, lśniło w nierealnym świetle, a każdy ruch sprawiał, że kolejne smugi spływały po skórze.
W pewnym momencie strach przed własną śmiałością ustąpił. Aszara nie chciała już tylko biernie przyjmować. Przemogła lęk i sama zaczęła wychodzić mu naprzeciw – unosząc biodra, nabijając się pochwą na jego potężną męskość, obejmując go kurczowo nogami, ręce zaciskając na jego złocisto żyłowanych barkach. Przylgnęła do niego całym ciałem, wciąż ociekająca, wciąż brudna od Udug, całkowicie oddana.
Orgazm nadszedł jak objawienie.
Nie był to zwykły szczyt. Było to coś mistycznego – jakby sama istota Aszary rozpadła się na tysiąc świetlistych odłamków i została na nowo złożona wokół członka boga. Skurcze przeszły przez nią z taką siłą, że krzyknęła, a jej pochwa zassała się wokół Tamuza w długich, konwulsyjnych falach. Widziała za zamkniętymi powiekami złote światło, czuła smak miodu i dymu na języku, słyszała w uszach odległy dźwięk harf. Całe jej ciało drżało, wygięte, przyciśnięte do boskiego torsu, a rozkosz była tak absolutna, że graniczyła z rozpłynięciem się w nicość. Była śmiertelniczką spółkującą z bogiem – i w tej chwili wiedziała to każdą komórką.
Niemal omdlała. Członek Tamuza wypełniał ją w sposób, który nie powinien być możliwy, a ona tylko trzymała się go kurczowo i krzyczała w czystej, niepohamowanej ekstazie.
Tamuz nie przerwał. Nawet gdy ciało Aszary stało się bezwładne po orgazmie, bóg kontynuował głębokie, miarowe pchnięcia. Olbrzymi, złocisto żyłowany członek wsuwał się i wysuwał z jej rozluźnionej, wciąż kurczącej się pochwy, rozciągając ją za każdym razem na nowo. Aszara leżała pod nim jak ofiara złożona na ołtarzu z chmur, niezdolna jeszcze do ruchu, a jednak każde wbicia rozchodziło się po jej wnętrzu falą tępej, wszechogarniającej rozkoszy. Członek boga był gorący, tętniący, niemożliwie gruby – wypełniał ją tak całkowicie, że miała wrażenie, iż nie ma już w niej miejsca na cokolwiek innego. Złote żyły pulsowały w rytm jego spokojnego oddechu, a ciepło boskiej męskości rozlewało się po jej macicy jak płynne słońce.
Powoli siły wracały do Aszary. Jej biodra zaczęły znowu unosić się naprzeciw pchnięciom, ręce odnalazły barki Tamuza, a oddech stał się głębszy, bardziej świadomy. Bóg nie wykazywał żadnego zmęczenia – tylko żądzę, pasję i absolutne skupienie. Jego złote oczy spoglądały na nią z spokojną, starożytną intensywnością.
Wycofał się prawie całkowicie, pozostawiając tylko główkę w jej wnętrzu, po czym delikatnie, lecz stanowczo odezwał się:
— Odwróć się.
Aszara natychmiast posłuchała. Przekręciła się na czworaka na miękkim, świetlistym łożu z chmur, unosząc pośladki wysoko, rozchylając uda.
— Dziękuję ci… — wyszeptała drżącym głosem. — Dziękuję za rozkosz, którą mi dajesz. Weź mnie znowu. Proszę.
Tamuz chwycił jej wąską kibić obiema dłońmi i jednym, płynnym ruchem wbił się w nią z powrotem. Aszara krzyknęła. W tej pozycji olbrzymi członek boga wchodził jeszcze głębiej, jeszcze pełniej. Czuła, jak rozpiera ją od spodu, jak główka uderza o najgłębszy punkt jej istnienia, jak złote żyły ocierają się o każdą ściankę. Było to doznanie mistyczne – nie tylko ciało było penetrowane, ale i dusza. Miała wrażenie, że bóg wchodzi w nią na wszystkich poziomach naraz: fizycznym, duchowym, kosmicznym. Ciepło rozchodziło się od macicy aż po czubki palców, a zapach miodu, słońca i starożytnej magii wypełniał jej nozdrza.
Tamuz zaczął się poruszać – delikatnie, lecz zdecydowanie. Długie, głębokie pchnięcia, przy których jego biodra uderzały o jej pośladki. Aszara czuła każdy cal, każde wycofanie i każde ponowne wypełnienie. W tej pozycji była całkowicie otwarta, całkowicie oddana, a członek boga nabijał ją rytmicznie, nieubłaganie, jakby sam czas płynął w takt jego ruchów.
Z każdym pchnięciem Aszara wielbiła go na głos:
— Dziękuję ci, mój boże… dziękuję, że raczysz posiąść moje śmiertelne ciało… jesteś we mnie… czuję cię wszędzie…
Orgazm nadszedł nagle i z siłą objawienia. Aszara wygięła się w łuk, krzycząc, a jej pochwa zassała się wokół Tamuza w gwałtownych, mistycznych skurczach. Widziała za powiekami złote światło, czuła smak niebiańskiego miodu na języku, słyszała odległy śpiew gwiazd. Była śmiertelniczką połączoną z bogiem – i w tej chwili jej istnienie rozszerzyło się poza granice ciała. Skurcze przechodziły przez nią falami tak intensywnymi, że prawie traciła świadomość, a jednak każdy z nich był pełen czystej, boskiej rozkoszy.
Spazmy jeszcze nie ucichły, gdy poczuła, jak Tamuz wypełnia ją swoim nasieniem. Nie było to zwykłe nasienie. Było złote – dosłownie złote, lśniące, gęste i gorące. Wypływało z niej strugami, przelewając się wokół wciąż twardego członka, spływając po udach na chmurne łoże. Paliło delikatnym, rozkosznym ogniem od środka, a Aszara niemal fizycznie czuła, jak kiełkuje w niej życie zasiane przez boga. Każda salwa była jak błogosławieństwo, jak zapłodnienie nie tylko ciała, ale i duszy. Czuła się pełna, uświęcona, całkowicie posiadana.
A mimo to członek Tamuza pozostał tak samo twardy i potężny jak na początku.
Bóg wycofał się powoli, delikatnie, aż ostatni centymetr opuścił jej ociekającą złotym nasieniem pochwę.
Aszara pozostała na czworaka, ciężko oddychając, gdy tylko poczuła pustkę. Brak członka Tamuza w jej wnętrzu był niemal bolesny – jakby ktoś odebrał jej część samej siebie. Złote nasienie boga wciąż lało się z niej obficie. Srom Aszary był rozwarty, zaczerwieniony, lśniący, wargi sromowe opuchnięte i wilgotne, a z głębi jej pochwy spływał nieustanny, gęsty, złocisty strumień. Nasienie miało konsystencję gęstszą niż cokolwiek ludzkiego – lśniące, prawie świetliste, o zapachu miodu, słońca i starożytnego kadzidła. Spływało po wewnętrznych stronach jej ud długimi, lepkimi strugami, zbierało się na miękkich chmurach łoża, a każda kropla zdawała się pulsować słabym, złotym blaskiem. Wyglądało to niemal mistycznie – jakby sama istota boga wciąż opuszczała jej ciało, zostawiając za sobą święty ślad.
Aszara odwróciła głowę, oczy pełne łez tęsknoty, głos załamany:
— Proszę… — wyszeptała, niemal płacząc. — Posiądź mnie znowu. Nie mogę znieść pustki. Chcę cię w sobie. Błagam, Tamuzie… weź mnie jeszcze raz. W jakikolwiek sposób. Tylko nie zostawiaj mnie pustej.
Tamuz spojrzał na nią z łagodnym, boskim spokojem. Jego członek wciąż sterczał twardo, złocisto żyłowany, lśniący od jej soków i własnego nasienia.
— Twoje uwielbienie jest miłe, Aszaro — odezwał się miękko. — Doceniam je.
Przesunął się nieco i przyłożył szeroką, gorącą główkę do jej odbytu.
Aszara wiedziała, że to niemożliwe. Człon boga był zbyt ogromny, zbyt gruby, by zmieścić się w tak ciasnym miejscu. A jednak gdy nacisnął, jej zwieracz ustąpił. Nie było bólu. Była tylko ekstaza – czysta, rozlewająca się, niemal religijna. Aszara czuła, jak jej ciało otwiera się w sposób, który powinien był ją zniszczyć, a zamiast tego napełniał ją rozkoszą tak intensywną, że oczy zaszły jej łzami. Główka weszła powoli, rozciągając ją nieubłaganie, a za nią kolejne cale złocistego, tętniącego trzonu. Miała wrażenie, że zostaje rozrywana od środka – ale rozrywanie to było bezbolesne, słodkie, wypełniające. Ciepło boga wnikało w nią głębiej niż kiedykolwiek wcześniej, złote żyły pulsowały w jej wnętrzu, a ona czuła, jak całe jej istnienie skupia się wokół tego jednego, niemożliwego wypełnienia. Oddychała płytko, drżąc, całkowicie poddana.
Tamuz wszedł do końca.
Potem zaczął się poruszać – z niebywałą pasją, głęboko, rytmicznie. Każde pchnięcie wbijało ogromny członek jeszcze dalej, rozpychając jej odbyt, wypełniając ją w sposób absolutny. Aszara czuła go wszędzie: w brzuchu, w kręgosłupie, w samym środku duszy. Uczucie wypełnienia dominowało nad wszystkim. Była tylko kanałem dla boga, naczyniem, które przyjmuje go z pełną uległością. Rozkosz była wszechobecna – spływała po jej skórze, wibrowała w sutkach, zbierała się w macicy, która wciąż ociekała złotym nasieniem. Jęczała przy każdym pchnięciu, biodra same cofając się naprzeciw niemu, pośladki napięte, plecy wygięte.
— Dziękuję… — szeptała bez końca, głosem złamanym od uniesienia. — Dziękuję, że mnie bierzesz… że mnie wypełniasz… jesteś we mnie… czuję cię tak głęboko… moje ciało należy do ciebie…
Tamuz trzymał jej kibić pewnie, penetrując ją z boską, nieustępliwą pasją, a Aszara oddawała się całkowicie, tonąc w mistycznej, niekończącej się rozkoszy bycia posiadaną przez boga.
Aszara czuła każde pchnięcie Tamuza całym ciałem i całą duszą. Olbrzymi, złocisto żyłowany członek wchodził w jej odbyt głęboko, nieubłaganie, a ona reagowała euforią na każdy ruch – biodra cofały się naprzeciw niemu, pośladki napięte, plecy wygięte w łuk. Upajała się uczuciem bycia rozciąganą i wypełnianą przez boga. Zapach miodu, słońca i starożytnej magii unosił się wokół nich, a smak złotego nasienia wciąż utrzymywał się na jej języku.
Tamuz przemówił spokojnie, wciąż penetrując ją miarowo:
— Twoje oddanie jest piękne, Aszaro. Twoja uległość… czysta.
Aszara drżała całym ciałem przy każdym wbiciu, głos załamany od rozkoszy:
— Dziękuję ci… dziękuję, mój boże… za tę rozkosz… za to, że mnie bierzesz… czuję cię tak głęboko…
Orgazm nadszedł nagle i z mistyczną siłą. Aszara krzyknęła, a jej ciało wstrząsnęły gwałtowne, konwulsyjne skurcze. Odbyt zacisnął się rytmicznie wokół potężnego członka boga, ssąc go, podczas gdy fale rozkoszy przechodziły przez nią od stóp aż po czubek głowy. Widziała za zamkniętymi powiekami złote światło, czuła, jak jej dusza rozszerza się i łączy z boską obecnością. Nie było to tylko fizyczne spełnienie – było to obcowanie z tym, co boskie, rozpłynięcie się w czystej, świętej ekstazie. Skurcze trwały długo, intensywnie, aż mięśnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa.
Ostatkiem sił Aszara powstrzymała się przed upadkiem w bezwład. Zebrała się w sobie i zaczęła sama nabijać się odbytem na męskość Tamuza. Z mocą, o jaką sama siebie nie podejrzewała, cofała biodra, wciągając w siebie kolejne cale złocistego trzonu, potem prawie się zsuwała i znowu napierała. Ruchy były desperackie, chciwe, pełne uległej żądzy. Jej pośladki uderzały o biodra boga, a z jej ust wydobywały się ciągłe, załamane jęki.
Tamuz przyglądał się temu z powagą.
— Zasługujesz na więcej, Aszaro — oświadczył spokojnie. — Na dużo więcej.
Aszara poczuła to, zanim zobaczyła. Z krocza Tamuza, zaraz pod pierwszym członkiem, zaczęło kiełkować coś nowego – jak nasionko przebijające się przez glebę. Rosło szybko, twardniało, złociście żyłowało się, aż osiągnęło rozmiary pierwszego. Drugi, równie potężny członek.
Tamuz wycofał się z jej odbytu. Zanim Aszara zdążyła poczuć pełnię pustki, poczuła jednocześnie dwie szerokie, gorące główki – jedną przy wargach sromowych, drugą przy zwieraczu. I nacisnął.
Aszara zawyła. Oba olbrzymie członki wchodziły w nią równocześnie – jeden w pochwę, drugi w odbyt. Rozciąganie było absolutne, niemożliwe, a jednak bezbolesne, pełne czystej, mistycznej rozkoszy. Czuła, jak oba trzony wsuwają się centymetr po centymetrze, jak rozpychają ją od środka z dwóch stron naraz, jak złote żyły tętnią w obu otworach. Wypełnienie było totalne. Nie było już w niej żadnego pustego miejsca. Miała wrażenie, że bóg zajmuje całe jej istnienie naraz.
Gdy wszedł do końca, Aszara zaczęła się poruszać. Z niebywałą siłą nabijała się jednocześnie pochwą i odbytem na oba członki. Cofanie bioder, wciąganie ich w siebie, prawie zsuwanie się i ponowne, chciwe napieranie. Ruchy były dzikie, pełne uniesienia, jej ciało lśniące od potu i złotego nasienia, włosy rozczochrane, piersi kołyszące się. Jęczała, krzyczała, dziękowała bez słów.
I wtedy zawyła z czystej, niepohamowanej rozkoszy.
Tamuz przyciągnął Aszarę mocniej za talię, trzymając ją pewnie, jakby ważyła mniej niż powietrze.
— Córko — odezwał się niskim, spokojnym głosem, który wibrował w jej kościach. — Twoja uległość jest czysta. Twoja zdolność do przyjmowania rozkoszy… rzadka nawet wśród bogów.
I wtedy zaczął ją penetrować naprawdę.
Oba olbrzymie, złocisto żyłowane członki wbijały się w nią jednocześnie – jeden w pochwę, drugi w odbyt – z siłą, która nie znała litości, a jednak pozostawała boska. Aszara wyła. Nie potrafiła już wydawać innych dźwięków. Każde pchnięcie rozpychało ją od środka z dwóch stron naraz, wypełniając ją tak całkowicie, że miała wrażenie, iż zaraz pęknie z przepełnienia. Czuła oba trzony osobno i jednocześnie: grubość, tętno złotych żył, gorąco, które rozchodziło się po macicy i po jelitach, po kręgosłupie, po samej duszy. Była nabijana rytmicznie, głęboko, nieubłaganie. Biodra Tamuza uderzały o jej pośladki z mokrym, ciężkim dźwiękiem, a ona tylko wyła – długo, załamująco, w nieustającej ekstazie.
Orgazm spadł na nią jak otchłań.
Nie był to pojedynczy szczyt. Było to rozpadnięcie się. Aszara poczuła, jak jej świadomość pęka na tysiące świetlistych odłamków, z których każdy drży w osobnej, niekończącej się fali rozkoszy. Skurcze przechodziły przez nią bez przerwy – gwałtowne, konwulsyjne, mistyczne. Pochwa i odbyt zaciskały się na przemian i jednocześnie wokół obu członków, ssąc je, pulsując, nie potrafiąc przestać. Widziała złote światło, smakowała miód i dym, słyszała śpiew, którego nie dało się opisać ludzkimi słowami. Jej ciało szarpało się w uchwycie Tamuza, piersi drżały, uda trzęsły się niekontrolowanie, a z oczu płynęły łzy czystego uniesienia. Rozpadała się i składała na nowo z każdą kolejną falą, a fale nie ustawały.
Tamuz nie pozwolił jej opaść. Trzymał ją mocno za talię i dalej nabijał na swoje oba członki. Unosił ją lekko i opuszczał na siebie, wbijając się aż do nasady, potem prawie wycofywał i znowu wpychał głęboko. Ruchy były potężne, miarowe, absolutnie kontrolowane. Aszara była tylko naczyniem – podnoszona i opuszczana, nabijana, wypełniana, używana przez boga w sposób, który nie znał końca. Każde takie nabicie wywoływało w niej kolejny krzyk.
I orgazm trwał dalej.
Nie kończył się. Przechodził z jednej fali w drugą, z jednego mistycznego wstrząsu w kolejny. Aszara wyła bez przerwy, ciało drżące, świadomość roztapiająca się w czystej, boskiej rozkoszy. Nie wiedziała już, gdzie kończy się ona, a gdzie zaczyna Tamuz. Była tylko wypełnieniem, tylko uległością, tylko nieustającym szczytowaniem, które spalało ją od środka złotym ogniem.
Wtem poczuła to.
Oba członki Tamuza zaczęły pulsować.
Aszara poczuła to zanim jeszcze zrozumiała.
Oba potężne, złocisto żyłowane członki Tamuza spęczniały jednocześnie i eksplodowały. Z każdego z nich wdarła się fala nasienia – nie zwykłego, lecz boskiego, złotego, gęstego i gorącego jak płynne słońce. Wlało się w jej pochwę i w odbyt w tym samym momencie, z taką siłą i obfitością, że Aszara miała wrażenie, iż zaraz pęknie z przepełnienia. Nasienie paliło delikatnym, rozkosznym ogniem od środka, rozchodząc się po macicy, po jelitach, po każdej żyłce. Było go tak wiele, że natychmiast zaczęło się przelewać – złociste strugi wypływały wokół wciąż twardych członków, spływały po jej udach, zbierały się na świetlistych chmurach łoża. Aszara czuła, jak bóg zasiewa w niej coś więcej niż tylko nasienie. Czuła kiełkowanie, błogosławieństwo, święte ciepło, które wnikało nie tylko w ciało, lecz i w duszę. Smak miodu i dymu wypełnił jej usta, choć nic nie przełknęła. Zapach starożytnego kadzidła i rozgrzanego złota ogarnął wszystko.
A orgazm nie ustawał.
Ciało Aszary szarpało się w uchwycie Tamuza w niekończących się konwulsjach. Pochwa i odbyt zaciskały się naprzemiennie i jednocześnie wokół obu członków, ssąc z nich kolejne fale złotego nasienia. Uda trzęsły się niekontrolowanie, plecy wyginały się w niemożliwy łuk, piersi unosiły się gwałtownie, a z gardła wydobywał się ciągły, załamany krzyk. Skurcze przechodziły przez nią jedna za drugą, coraz głębsze, coraz bardziej mistyczne, aż miała wrażenie, że jej świadomość rozpada się i składa na nowo z każdą kolejną falą. Była tylko rozkoszą, tylko wypełnieniem, tylko naczyniem przyjmującym boga.
Ekstaza trwała.
Wszystko wokół zaczęło wirować. Chmury, złote światło, ciało Tamuza – wszystko rozmazało się w jedną wielką, świetlistą pustkę. Aszara wciąż wyła z rozkoszy, wciąż czuła gorące, złote nasienie wypełniające ją i spływające z niej, gdy nagle dostrzegła, że jej nagie, ociekające ciało zaczyna się zmieniać. Świetlista tkanina – cienka jak mgła i jednocześnie mocna jak jedwab – oplotła jej piersi, biodra i uda, formując krótką, półprzezroczystą szatę. Na skroniach zmaterializowała się korona z czystego światła i złota, delikatna, a jednak majestatyczna. Stopy spowiły się w miękkie, złociste sandały, które zdawały się utkane z samych promieni.
Światłość ogarnęła ją całą.
Aszara, wciąż drżąca, wciąż pełna boskiego nasienia, wciąż tonąca w niekończącej się rozkoszy, zapadła się w tę światłość.
Aszara materializowała się powoli, jakby światłość, w którą zapadła, zgęstniała i przybrała znowu kształt ciała. Najpierw pojawiły się stopy – spowite w delikatne, złociste sandały – potem łydki, uda, biodra. Świetlista szata, cienka jak mgła i jednocześnie nieprzejrzysta jak jedwab, oplotła jej piersi i biodra, spięta w pasie ozdobnym złotym gorsetem imitującym zbroję. Długie, czarne włosy spłynęły swobodnie na ramiona, a na skroniach spoczął złoty sumeryjski diadem. Stała przed głównym ołtarzem świątyni Isztar w Ahur, wyprostowana, dumna, a po jej nogach – z pod szaty – spływały wciąż gęste, złociste strugi nasienia Tamuza. Świeciły w blasku pochodni, spływały po wewnętrznych stronach ud, po kolanach, po łydkach, aż spadały na kamienne stopnie ołtarza, zostawiając lśniące, święte smugi.
Pochodnie rzucały długie, drżące cienie na malowane ściany. Świątynia była wypełniona po brzegi – kupcy, żołnierze, kapłanki, rzemieślnicy, kobiety i mężczyźni wszelkich stanów stali w ścisku, wstrzymując oddech. Nikt nie mówił. Wszyscy wpatrywali się w postać, która właśnie wyłoniła się z niczego w złotym blasku.
Gdy światłość wreszcie przygasła, Aszara objawiła się w pełni. Oliwkowa skóra lśniła od potu i boskiego nasienia. Pełne piersi unosiły się pod cienką tkaniną, sutki zarysowane wyraźnie. Płaski brzuch, wąska talia spięta złotym gorsetem, biodra zarysowane pod szatą. Nogi – długie, zgrabne, mokre od złotych strug, które spływały po nich nieustannie i zbierały się na stopniach ołtarza, świecąc jak płynne złoto. Twarz miała spokojną, dumą, oczy ciemne i głębokie, jakby wciąż widziała rzeczy, których śmiertelnicy nie byli w stanie pojąć. Diadem lśnił na jej czole, włosy spływały aż do połowy pleców.
Tłum westchnął jak jeden organizm. Nie wiedzieli, co się dzieje. Wiedzieli tylko, że to, co widzą, przekracza ludzkie pojęcie. Że stoi przed nimi ktoś, kto właśnie wrócił z obecności bogów.
I wtedy coś pękło.
Pierwsza kobieta zdzierając z siebie szatę rzuciła się na stojącego obok mężczyznę. Za nią poszli kolejni. W ciągu kilku oddechów cała nawa zamieniła się w jedną wielką, spontaniczną orgię. Mężczyźni rwali z siebie przepaski i tuniki, kobiety zrzucały lniane szaty. Ciała padały na kamienną posadzkę, na maty, na stopnie bocznych ołtarzy. Aszara stała dumna i nieruchoma, złote nasienie Tamuza wciąż spływające po jej nogach, i patrzyła.
Widziała, jak młody żołnierz wpycha się w starszą kapłankę opartą o kolumnę, jak dwie kobiety splecione ze sobą liżą się żarliwie, podczas gdy mężczyzna bierze jedną z nich od tyłu. Widziała kupca o ciężkim brzuchu, który klęczał między udami młodej dziewczyny, i skrybę, który brał innego mężczyznę na stopniach. Powietrze wypełniło się mokrymi odgłosami, jękami, zapachem potu, rozkoszy i wciąż unoszącej się mirry. Ktoś szczytował głośno, ktoś inny krzyczał imię Isztar. Ciała wiły się, piersi kołysały się, biodra uderzały o biodra. Nasienie tryskało, soki spływały po udach, a wszystko to działo się w blasku pochodni, pod spojrzeniem posągu bogini i pod spojrzeniem Aszary.
Ona stała wyprostowana, dumna, ze złotymi strugami spływającymi po jej nogach na święte stopnie, i patrzyła na orgię, którą samym swoim pojawieniem się wywołała.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz