Pasierbica, czyli nic nie jest takie, jakie się wydaje (część 4)

Pasierbica, czyli nic nie jest takie, jakie się wydaje (część 4)***

CZĘŚĆ 4/6

*

     Zdaję sobie sprawę, że powinnam zapalić ci znicz, jednak wyjątkowo porywiste, późnowiosenne podmuchy skutecznie mi w tym przeszkodziły. Na dodatek mało co nie użyłam słów wybitnie nieprzystających do powagi cmentarza... Ale następnym razem przyniosę ci dwie lampki! Całą zgrzewkę! I jeszcze wieniec! Obiecuję! Tylko proszę, nie bądź na mnie zły! Nie wiń, że spieprzyłam dosłownie wszystko, co tylko mogłam spieprzyć! Starałam się, jak tylko potrafiłam, odgrywając przed całym światem kreację silnej, dzielnej kobiety, która pomimo przeciwności losu zawsze daje sobie radę. Nie, nie daje. I naprawdę ani nie chce, ani tym bardziej nie potrafi, żyć już dłużej w samotności!
     Doskonale wiem i nie musisz mi przypominać, że byłam nie dość, że słaba, to jeszcze głupia. Właściwie wciąż jestem. Chociaż dobrze pamiętam, co mi mówiłeś, znowu cię nie posłuchałam! A powtarzałeś to wielokrotnie, jak jakąś mantrę. Tym częściej, im szybciej błyskawicznie postępujący, wykryty w o wiele za późnym stadium nowotwór, bezlitośnie zżerał twe więdnące w oczach ciało. Wbijałeś mi dzień w dzień do głowy, że nie mogę się poddać! Że jestem przecież młoda, piękna, pełna życia, a świat nie kończy się tylko na takim – jak sam siebie nazywałeś – starym, chorowitym pryku jak ty. I że koniecznie i jak najszybciej będę musiała znaleźć sobie kogoś, kto pokocha mnie tak, jak na to zasługuję, a kogo ja także pokocham całym sercem. I żebyśmy, o ile tylko możesz mnie o to prosić, oboje kochali Jagodę.
     Tylko ani ty, ani tym bardziej ja, nie przewidzieliśmy, że ona już kochała mnie. Od paru dobrych lat. Znacznie silniej, niż mogłabym przypuszczać, a przede wszystkim nie w taki sposób, w jaki byśmy sobie wszyscy życzyli. Odrzuciłam jej uczucie kategorycznie, stanowczo i nieodwołalnie, ale co niby miałam uczynić? Nawet jeśli jej afekt w stosunku do mnie był i jest całkowicie szczery, a moja odmowa zraniła ją do żywego? Jeżeli moją orientację seksualną można określić jako zdecydowanie bardziej bi, niż hetero,  o czym zresztą powiedziałam ci na samym początku, żebyś miał absolutną jasność, z kim się wiążesz? I jeśli nic mnie biologicznie nie łączy z Jagodą, bo przecież jestem z nią spowinowacona, lecz spokrewniona już nie? Nawet wówczas nie mogłabym oddać się seksualnej podniecie z… a niech tam! Ona już zawsze będzie także i moim dzieckiem!

     No dobrze, ale pomiędzy twym odejściem a chwilą, w której Jagoda postanowiła w akompaniamencie iście wagnerowskich fanfar wyskoczyć z szafy, minęło przecież całkiem sporo czasu. Czy miałam więc sposobność, by ktoś nowy pojawił się nie tylko u mego boku, ale i w sypialni? Owszem, miałam. Przyznaję też, że kandydaci na przyszłego – jeśli nie od razu męża, to chociaż partnera – starali się być dla mnie dobrzy. Nawet mi się podobali. Tylko co z tego, skoro to ze mną było i najwyraźniej nadal jest coś nie tak?
     Nie chcę zostać źle zrozumiana, ale byłbyś zadowolony zwłaszcza z jednego z nich, który jako znajomy z pracy od początku znał moją sytuację i mimo wszystko sam zaproponował, byśmy pogłębili nasze czysto przyjacielsko-zawodowe do tej pory relacje. Był wyrozumiałym, sympatycznym kawalerem w moim wieku, z przyjemnym, ciepłym głosem i zaskakująco zadbanymi jak na mężczyznę, gładkimi dłońmi. I, żeby od razu przejść do szczegółów, okazał się bardzo dobry w łóżku, w którym zresztą wylądowaliśmy niespodziewanie szybko.  
     Nie chciałabym was porównywać ani tym bardziej ci przyganiać, jednak nie miałeś ani wytrzymałości, ani tym bardziej ciała regularnie chodzącego na siłownię trzydziestolatka. Nie wspominając o jego… wiadomym atrybucie męskości, którym mógł się pochwalić. Oj, mógł. Nawet Jagoda, choć celowo nie wtajemniczałam jej w szczegóły, musiała widzieć, co się święci. Na dodatek wydawała się całkiem dobrze z nim dogadywać.
     A ja oczywiście musiałam wszystko dokumentnie spierdolić! Musiałam! Robiłam awantury o byle co, wyśmiewałam najmniejsze potknięcia i stawiałam coraz nowsze, trudniejsze do spełnienia i – mówiąc wprost – głupsze żądania, przy których papkinowy krokodyl zdawał się ledwie igraszką, dostępną od ręki w pierwszym lepszym mięsnym za rogiem. Raz rżnęłam się jak ostatnie kurwiszcze, zachęcając otwarcie, by jebał mnie bezlitośnie niczym najpodlejszą szmatę, dziwkę i nawet nie córę, a bękarcicę Koryntu, by chwilę później odmówić bliskości pod jakimkolwiek, nawet najbardziej niedorzecznym pretekstem. I tak chamsko, jak tylko umiałam. A że potrafię skrajnie gardzić kulturą osobistą, wie doskonale całe moje otoczenie. Aż w końcu powiedziałam, że nie jest tobą i nigdy nie będzie. I żeby wypierdalał z mojego życia.  
     Więc wypierdolił.

     Bo chyba właśnie na tym polegał i nadal polega mój największy problem, że zawsze będę miała przed oczami ciebie. Twą opiekuńczą, niemal ojcowską – choć nie chciałam jej tak z wiadomych powodów nazywać – czułą miłość. Zaradność, pracowitość i umiejętność rozweselenia mnie także wówczas, gdy boleśnie szorowałam tyłkiem o samo dno.
     Ale też twoją fizyczność. Być może daleką od ideału i do której nie od razu się przekonałam, lecz ostatecznie i mnie sporo dzieliło od wzorca urody. Silne, spracowane i niby szorstkie, a przecież jakże delikatne ręce. Wydatną, męską szczękę, pokrytą podniecająco drapiącym zarostem. Zaskakująco sprawne usta, którymi raz za razem doprowadzałeś mnie do szaleństwa. I wreszcie męskość, którą zapraszałam do siebie tak chętnie i często, że nieraz z bólem (nie tylko) serca musiałeś mi odmawiać, nie będąc w stanie nie tylko doścignąć, ale tym bardziej zaspokoić moich młodzieńczo zdziczałych pragnień. Być może nie miałeś rozmiaru olimpijskiego, jednak nadrabiałeś zaangażowaniem i techniką. A na dodatek – będąc już w takim, a nie innym wieku i mając pewne doświadczenia życiowe – wyzbyłeś się młodzieńczego wstydu i fałszywej pruderii.

     To ty zmotywowałeś mnie do prawdziwego poznania własnego ciała i dzięki tobie wreszcie zrozumiałam, że kobiece strefy erogenne nie ograniczają się jedynie do cipki i ewentualnie cycków. Że kilkanaście lat różnicy między nami nie było może sytuacją idealną, ale wbrew pozorom nie stanowiło problemu nie do pokonania w zarówno codziennym, jak i conocnym życiu. I że z czasem sam twój widok, mimo że przecież sporo brakowało ci do posągowego herosa, podrywał motylki w mym brzuchu do szaleńczego trzepotu. Że nie musiałam depilować się do zera, wbijać w jakiś kurewski kostiumik kupiony cichaczem w internetach i nakładać makijażu szpachelką, by być pociągająca, seksowna, pożądana… By czuć się kochaną kobietą, mogącą liczyć na pełne zaangażowanie równie ukochanego mężczyzny.
     To ty udowodniłeś, że byłam w stanie przeżywać nieziemskie orgazmy, będąc ledwo tylko dotykana samymi koniuszkami palców i we wcale nie tak oczywistych miejscach, jak mogłabym się spodziewać. Że naturalny zapach i smak twojej skóry z czasem stał się dla mnie najlepszym afrodyzjakiem. Że nawet jeśli uznałam któryś z naszych łóżkowych eksperymentów za mało satysfakcjonujący albo wręcz nieprzyjemny – jak choćby niesprawiające mi absolutnie żadnej satysfakcji próby, bo nie dało się ich inaczej nazwać, seksu analnego, czy wybitnie przereklamowane zabawy typu „pejcz plus kajdanki” – to przynajmniej dowiedziałam się tego na podstawie własnych przeżyć. A nie, że tak usłyszałam na mieście albo przeczytałam u kolejnej nawiedzonej „ekspertki” w pisemku dla jej podobnych oszołomek.
     Uświadomiłam sobie, że kobieta może ssać, lizać, całować i w jakikolwiek inny sposób obciągać facetowi jego spoconą po całym dniu męskość nie dlatego, że jest w jakikolwiek sposób do tego przymuszana, tylko po prostu chce? Pragnie? Ma ochotę? A uczucie wypełniającego usta aż po samo gardło, dojrzałego, żylastego penisa, wypychającego spomiędzy umęczonych warg spienioną mieszaninę samczej chuci, śliny i spermy, potrafi być oszałamiająco wręcz cudowne?
     To ty pokazałeś mi, że czasami mniej znaczyło więcej, jakość potrafiła być zdecydowanie ważniejsza od ilości i…

     Odwdzięczałam ci się nie tylko bezgranicznym oddaniem, spełniając najbardziej niespodziewane zachcianki, ale i sama starałam się nie być dłużna, nierzadko galopując wyobraźnią przez naprawdę dzikie krainy seksualnych pragnień. Jeżeli po całym dniu spędzonym na ciężkiej harówie w nieklimatyzowanym magazynie nabrałam ochoty, żebyś mnie wylizał, otwarcie stawałam w rozkroku i kazałam ci klęknąć, wciskając twą twarz w przesiąknięte lepkim pożądaniem majtki. Jeśli w środku nocy obudził mnie nagły atak chcicy, nie miałam żadnych oporów, by cię przebudzić, postawić do pionu i wykorzystać bez cienia litości. A po wszystkim położyć się na boku, czując naszą wspólną, śliską namiętność, wypływającą z mego wnętrza wprost na prześcieradło i zamknąć oczy, oddając marzeniom. Zazwyczaj równie niegrzecznym jak te, których spełnianie właśnie zakończyłam.
     I komu to przeszkadzało? My byliśmy sobą zachwyceni, Jagoda co najmniej zadowolona, a moja rodzina, mimo początkowych obiekcji, nie tylko w pełni nas zaakceptowała, ale i wydatnie pomogła w organizacji przyjęcia weselnego. Nadmienię, że naprawdę udanego i ostatecznie cementującego jakże niespodziewany związek. Niestety, jako rzecze prastare, starocerkiewnosłowiańskie porzekadło: jeśli wszystko układa się po naszej myśli, to znaczy, że zło pierdolnie znienacka. Na pełnej piździe.

Do dziś nie potrafię wytłumaczyć, skąd wykrzesałeś w sobie siłę, ani jakim cudem lekarze w ogóle wypisali cię w takim stanie do domu, lecz stanąłeś w drzwiach jak gdyby nigdy nic. Blady, wychudły i całkowicie łysy, ale też tryskający taką chęcią życia, że… Poszliśmy we trójkę do kina na najnowszy komediowy hicior, a ty byłeś chyba najgłośniej śmiejącą się osobą na całej sali. Zabrałeś nas na obiad do bodaj najlepszej restauracji w mieście, gdzie w trybie ekspresowym postanowiliście wraz z Jagodą nauczyć się jedzenia muli, co o mały włos – czy raczej muszelkę – nie spowodowało poważnych strat wśród personelu. A potem całe popołudnie przesiedzieliśmy na nadrzecznych bulwarach, pogryzając ociekające frużeliną gofry i żartując z najbardziej nawet zwyczajnych wspomnień. Zaś calutki zarówno wieczór, jak i następującą po nim noc, spędziłeś tylko przy mnie. Podobnie kolejną.
     Pozorna sielanka skończyła się porankiem dnia trzeciego. Przy śniadaniu, świeżo zaparzonej kawie i Jagodzie, przeżuwającej kupioną przez ciebie bladym świtem, jeszcze ciepłą jagodziankę. Powiedziałeś wówczas otwarcie, że zdajesz sobie sprawę, że będą to nasze ostatnie wspólne chwile. Położyłeś na stole teczkę z dokumentami, wyciągając je po kolei i tłumacząc, że nie musimy martwić się o sprawy związane z mieszkaniem, samochodem, ubezpieczeniem ani czymkolwiek innym. A na koniec, gdy upewniłeś się, że zabezpieczyłeś naszą przyszłość na tyle, ile tylko mogłeś, wziąłeś swoją… naszą córkę na stronę i zaproponowałeś jej długi spacer tylko we dwoje. Po powrocie zaś poprosiłeś tak wprost, jakbyś nie był sobą – bo nie kojarzyłam, że kiedykolwiek rozmawiałeś z nią równie otwarcie – by zostawiła nas sam na sam na godzinkę. Czy nawet dwie.
     Dała nam calutkie popołudnie. Pełne dzikiego, szalonego seksu, uprawianego z taką pasją, jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Bezustannego chlapania minetki, obciągania laski, zabaw z wibratorem, wiązania, klepania, miętoszenia i ugniatania. Ssania i lizania absolutnie każdego fragmentu ciała. Od przodu, tyłu, z boku oraz we wszystkich możliwych oraz niemożliwych konstelacjach. Pośród jęków, sapań, pokrzykiwań i innych nieartykułowanych odgłosów. Aż do momentu, w którym oboje nie mogliśmy już…

     No nie. No, po prostu, kurwa, no nie! Byłeś chory. Nieuleczalnie, śmiertelnie chory. I chociaż robiłeś dobrą minę do złej gry, nie potrafiłeś ukryć swojego tragicznego wręcz stanu. Gdy w galerii handlowej uparłeś się, że musisz wejść z Jagodą do wszystkich sklepów i wychwalać każdą jej kreację, już w trzeciej przymierzalni zacząłeś desperacko poszukiwać krzesełka. A po powrocie z porannej wyprawy do dalekich krain w postaci osiedlowej piekarni wyglądałeś, jakbyś przebiegł co najmniej maraton.
     Natomiast w łóżku… cóż. Dawałeś radę kochać się nie dłużej, niż przez kilka minut, po czym padałeś bez tchu na pościel, powtarzając bez przerwy, że to tylko chwilowe i zaraz odzyskasz siły. Oboje wiedzieliśmy doskonale, że kłamiesz jak najęty, ale żadne nie potrafiło spojrzeć prawdzie w oczy. Ze swojej strony starałam się, jak tylko potrafiłam, by ci dogadzać, wybierać jak najmniej męczące pozycje i nie podkręcać niepotrzebnie tempa, któremu i tak byś nie podołał. Jednak w końcu i tak daliśmy sobie spokój. Ty sprawiłeś orgazm mnie, ja tobie, po czym wyczerpani zalegliśmy na łóżku, tuląc się do siebie nawzajem. Oddając wspólnie przynoszącej tak potrzebne ukojenie drzemce, w której nasze ciała coraz głębiej zanurzały się w płynącej leniwie z głośników suicie o blasku szalonego diamentu.
     Boże, jak ja cię kochałam. Jak wciąż cię kocham!

I uwierz, wcale nie jest mi łatwo, kiedy zwierzam ci się z tego wszystkiego zdecydowanie zbyt długim, wewnętrznym monologiem. Obejmując jednocześnie naszą wspólną, wtuloną głęboko w moje objęcia córkę, naprzeciwko twojego przystrojonego świeżą wiązanką nagrobka.

*

Tekst (c) Agnessa Novvak oraz _MK_
Okładka (c) peopie_allem

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 03.09.2019, a w niniejszej, zremasterowanej wersji, 03.09.2020. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobało Ci się opowiadanie? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na FB i Insta (niestety nie mogę wkleić linków, niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!

Dodaj komentarz