Nocny pociąg z rudzielcem, czyli na zdrady nie ma rady - wersja 2020 (2/2)

Nocny pociąg z rudzielcem, czyli na zdrady nie ma rady - wersja 2020 (2/2)Zapraszam do lektury drugiej i ostatniej części opowieści o Mirelli.

***


     – Powtórz to! – żądam od ciebie twardo.
     – Ale co dokładnie? – Wydajesz się autentycznie zaskoczona.
     – Wszystko. Tak, jakbyś mówiła wprost do mnie! – uściślam.
     – Weź mnie jak nikogo wcześniej! Wyżyj się za wszystkie czasy! – podnosisz głos, aż mając na uwadze komfort pozostałych podróżnych, muszę cię przyhamować. – Potraktuj jak ostatnią szmatę i uderz, a gdybym wrzeszczała, zatkaj mi usta! Najlepiej własnym fiutem! Zajedź we mnie jednego kondoma, drugiego, nawet dziesiątego, jeśli będzie trzeba! Przerżnij na wylot moją nienasyconą pizdę, rozochoconą dupę, lubieżne wargi! – chichoczesz nagle, jakbyś opowiedziała wyjątkowo udany dowcip. – W tej właśnie kolejności! A potem powtórz wszystko jeszcze raz i…
     – Bądź więc tak miła – wchodzę ci bezczelnie w słowo – i zamknij się, Mirello!
     Celowo ściągam twoje ramiona jeszcze mocniej, aż niewielkie początkowo fałdki między ich nasadą a biustem wybrzuszają się. Korzystając z okazji, chwytam je w usta. Nie przeszkadza mi, że daleko ci do nawet szeroko pojmowanych kanonów piękna, a o świeżości twojego ciała moglibyśmy dyskutować. Naprawdę intensywnie. Wbijam palce w miękką pupę, którą mnie przytłaczasz i coraz słabiej powstrzymuję się od wsadzenia rozpalonego do granic penisa głęboko w źródło kleistej wilgoci. Tak bliskiego, chętnego oraz szeroko otwartego.
     Przez głowę przemyka mi nagła myśl: w której kieszeni walizki mogą być te cholerne prezerwatywy?

     Gdy kończę wylizywać zaskakująco smakowite wałeczki, przenoszę się ku szyi. Zahaczam jeszcze o niedający się ukryć drugi podbródek, po czym wracam do piersi. Łapię wargami za rozbudzone sutki i mocno zasysam, czując na języku charakterystyczną słoność. Przygryzam je zębami. Z początku leciutko, czujnie obserwując reakcję. Chcesz więcej, widzę to wyraźnie! Ściskam cię mocniej, aż do momentu, w którym grymas bólu wykrzywia ci twarz. Późno się to dzieje. Bardzo.
     Klepię twój boczek. Coraz energiczniej. W końcu uderzam, jakbym wyrabiał wyjątkowo oporne ciasto, z którym nie mogę sobie poradzić nawet wałkiem. A ty za każdym razem spinasz się mocniej, stękasz głośniej i… uśmiechasz. Gryzę brodawki niemal do krwi, paznokciami jednej ręki rozdrapuję skórę, zostawiając czerwone szramy, a drugą dosłownie biję. I boję się, dokąd zmierzamy? A ty się śmiejesz.
     Chwytam cię za kark i zmuszam do zejścia. Wpijam się w usta, obśliniając policzki i brodę. Schodzę ku dołowi, miętosząc po drodze trzęsący się brzuszek, całując oponki, wciskając język w pępek. Już z tej odległości dociera do mnie twój zapach, lecz odważnie podążam niżej. Przykładam nozdrza do zmierzwionych włosów, porastających wzgórek i aż muszę się cofnąć. Nie wiem, kiedy ostatnio się odświeżałaś, i wolę nie pytać. Nie, że – wybacz dosłowność – śmierdzisz, ale ostra, drażniąca woń potu, ociekającej lepką żądzą pizd… kobiecości i amoniakalnej nuty moczu w tle jest dla mnie zupełną nowością. Perwersyjnie tajemniczą i fascynująco wręcz wulgarną, którą, pełen ambiwalentnego podniecenia, zlizuję z posklejanego zarostu.

     Wciskam dłoń pomiędzy uda, zbierając śliską, ciągnącą się długimi nićmi namiętność. Bez najmniejszego oporu wsuwam w ciebie palec, potem drugi i dopiero trzecim wypełniam całkowicie. Nie przerywając pieszczot wstaję i spoglądam w płonące iście diabelskim blaskiem oczy, wciąż skryte za ciężkimi oprawkami.
     – Mirella, ja się naprawdę obawiam, że… – próbuję wykrztusić z siebie ostatnie słowa ratunku.
     – Bój się, bój! – rzucasz krótko i wyszczerzasz się w wyjątkowo nieprzyzwoitym uśmiechu. – Masz czego, waniliowa buło!
     Niekoniecznie rozumiem kontekst, lecz nie trudzisz się, by go objaśnić. Wyszarpujesz dłoń z własnego wnętrza i oblepioną mlecznobiałą wydzieliną wkładasz do ust tak głęboko, jakbyś celowo chciała się udławić. Odwracasz się, opierasz rękami o poręcz nad łóżkiem i wypinasz w bardzo jednoznacznym celu. Powracam ku szeroko rozchylonym, mięsistym płatkom, rozpychając je ociekającymi sokami oraz śliną palcami. Napinasz biodra, pragnąc jeszcze, a ja sprawdzam, czy dobrze odczytałem twój gest? Powolutku przesuwam kciuk w kierunku pośladków, rozsmarowuję wilgoć dokoła nich i czekam na reakcję. W odpowiedzi rozstawiasz nogi szerzej i cała się naprężasz, opuszczając głowę znacznie poniżej rąk. Czyli zrozumiałem.
     Nie przerywając penetracji rozgrzanej kobiecości, wciskam kciuk w drugą dziurkę. Drżysz nerwowo, ale się nie odsuwasz. Zaczynam więc poruszać nim coraz szybciej, słuchając narastających pojękiwań. Próbuję umieścić w tobie kolejny palec, lecz wtedy definitywnie się spinasz. Czyli jeszcze za wcześnie.
     A może jednak nie?

     Odrywasz jedną rękę od poręczy i uciskasz sutek, w odpowiedzi na co zaczynam cię znów posuwać, gdy ty odwracasz głowę… chwila, bo się pogubię! Czy dobrze widzę?
     Stoisz przede mną, pochylona pośrodku przedziału sypialnego. Jedną ręką drażnisz brodawki zwieszających się swobodnie piersi, a drugą kierujesz między uda. Pobudzasz łechtaczkę tak energicznie, aż zahaczasz paznokciami o moją dłoń. Wypełniam trzema palcami calutką cipkę, równocześnie wciskając kciuk po ostatni staw w tyłeczek. Drugą zaś wkładam w usta… nie! Błąd! Ty sama ssiesz ją tak łapczywie, aż obawiam się, byś się nie zakrztusiła lub, co gorsza, nie pokaleczyła podniebienia.
     Tyle że przecież tego właśnie chcesz! Nie przytulasków, czułego miziania i zwiewnej niczym puszek z pipki jednorożca gry wstępnej! Nie kochania się! Nie seksu! Pragniesz pierwotnie wściekłego rżnięcia! Bez zahamowań i litości, pędzącego na złamanie karku wprost ku ostatecznemu zatraceniu!
     Mimo oporu wciskam ci do pizdy ostatni pozostały palec i zginam kciuk tkwiący w dupie na tyle mocno, aż czuję je wzajemnie przez cienką ściankę, oddzielającą odbyt od pochwy. Wpycham rękę w usta po same kostki, spieniając ślinę spływającą przez nadgarstek ku przedramieniu. Wierzgasz tak gwałtownie, że w pewnym momencie muszę wstrzymać pieszczoty. O ile w ogóle można je jeszcze tak nazwać… Spoglądasz na mnie wzrokiem pełnym złości, zawodu i kpiny. Nie zważając więc na napięte do granic ścięgna, rozedrgane mięśnie czy nagłe zawroty głowy, oddaję się jedynemu, co mi pozostało. Pierdoleniu cię do utraty sił.

     Nie mam pojęcia, jak nazwać odgłos, który właśnie z siebie wydajesz. Mam tylko nadzieję, że hałas pociągu zdoła go choć trochę zagłuszyć. Plujesz płatami śliny z jednej i kleistą mazią z drugiej strony. Trzęsiesz się tak rozpaczliwie, jakbyś zaraz miała upaść… Co faktycznie robisz, osuwając się bezwładnie i tylko dzięki mojemu refleksowi nie uderzasz twardo o wykładzinę. W przeciwieństwie do okularów.
     Prosiłem, byś mnie nie straszyła, Mirello! Chociaż nie do końca to miałem na myśli.

*

     Leżysz na łóżku zwinięta w kłębek, próbując złapać głębszy oddech. Nie wiem właściwie dlaczego, lecz klękam przed tobą i wtulam twarz w piersi. Obejmuję cię ramieniem, kładę drugą rękę na mięciutkim łonie i bezwiednie rozgarniam palcami splątane wilgocią, urocze loczki. Powoli odwracasz głowę i wbijasz we mnie zmętniałe oczy. Jesteś mi wdzięczna? Chcesz się jakoś zrewanżować? A może zbyt wiele sobie dopowiadam i twoje spojrzenie nie wyraża niczego poza satysfakcją lub najzwyklejszą ulgą? Ostatecznie właśnie się zaspokoiłaś, przy mojej co najwyżej niewielkiej pomocy.
     Wtem twój wzrok krzepnie, jakby pod ognistą grzywką nagle zakiełkowała myśl decydująca o losie świata. Unosisz się na łokciach, dosuwasz do mnie i przytulasz, co zaskakuje mnie bez porównania bardziej niż niedawna, podwójna palcówka.
     – Wstań… – szepczesz ciepłym głosem wprost do ucha.

     Spełniam prośbę i czekam na ciebie, lecz najwyraźniej masz inne plany. Wiesz doskonale, że sztywne przyrodzenie znajdzie się akurat na wysokości twarzy i bez ceregieli chwytasz mnie mocno dłonią. Mam zamiar zaprotestować, jednak wbijasz mi paznokcie w pośladek i otwarcie żądasz, bym podał ci prezerwatywy. Po chwili mocowania się z opakowaniem nakładasz lateksowy krążek na czubek członka i ściągasz go w dół. Wargami. Coraz niżej. Wyraźnie czuję opór i chcę się odsunąć, ale ponownie mi nie pozwalasz. Nabijasz się na mnie, dopychając na siłę, aż zaczynasz się dławić.
     – Nie! – protestuję.
     Podnosisz oczy i patrzysz na mnie z wyrzutem. Ponownie. Na powrót obejmujesz też penisa. Tym razem, co wydaje się niemożliwością, jeszcze głębiej, tocząc pianę z kącików ust. W pewnym momencie przerywasz, łapiesz mnie za ręce i zakładasz je sobie za głową.
     Nie chcę, Mirello! Nie mogę! Nie jestem taki! Ja przecież nigdy i żadnej kobiecie…
     Trzymam cię za włosy, wbijając kutasa w usta raz za razem. Coraz szybciej i gwałtowniej. Pełen atawistycznej furii, pośród lejącej się strumieniami śliny i dzikiego charkotu, dosłownie rozrywam ci gardło, podczas gdy ty rozdrapujesz mi pazurami plecy.

*

     Kładziesz się na zdecydowanie zbyt małym i kompletnie nieprzystosowanym do bieżących potrzeb łóżku, podnosisz nogi i rozchylasz palcami kobiec… pizdę. Wybacz, lecz nie jestem w stanie inaczej jej nazwać. Pizdą, cipskiem, piczą, brochą, długo mógłbym jeszcze wymieniać. Wyraźnie obrzmiałą i przekrwioną, porośniętą posklejanymi, rudawymi kędziorami. Przyklękam i opieram czubek fiuta o rozpulchnione płatki, napierając powoli, lecz konsekwentnie. Praktycznie nie czuję fizycznego oporu, ale psychicznie… tak, chcę tego! Pragnę całym jestestwem! Moje mizoginistyczne ego wrzeszczy, bym cię posiadł, wykorzystał oraz upokorzył, a na koniec pogardliwie porzucił!
     Mimo wszystko wciąż nie mogę się przemóc. Nie jestem… tak samo pewny własnych zasad, gdy ledwie parę chwil wcześniej fundowałem ci poniżający facefuck?
     Po ostatniej, pełnej rozpaczliwych resztek zawahania chwili, łączę nasze biodra w jedność. Posuwam się z początku ostrożnie, z uwagą badając teren. Jesteś śliska i cudownie ciepła, lecz mimo wszystko także zaskakująco ciasna. Przyjmujesz mnie całego z nieukrywaną przyjemnością. Przesuwam palcami po pofalowanym brzuchu i głaszczę kołyszące się swobodnie piersi, tym razem bardzo delikatnie, wręcz czule podskubując skutki. Kładę dłoń na zaróżowionym, uniesionym w ślicznym uśmiechu policzku. Wyraźnie oczekujesz więcej. Zachęcasz mnie do wzmożonego zaangażowania, gwałtowności, niemal agresji. A ja jestem ci całkowicie i bezwarunkowo posłuszny.

     Nie myślę już o własnej żonie i dzieciach, szczerości oraz zaufaniu, miłości i wierności… Za to zdradzam. Znowu. I to z kim tym razem?
     Nie z nagrzaną, małomiasteczkową małolatką z figurą modelki, która za parę drinków, przejażdżkę sportową furką oraz pustą z założenia obietnicę pomocy w karierze dała się zaliczyć… trzykrotnie, jeśli dobrze pamiętam? Przy czym po drugim dymaniu na tylnym siedzeniu podejrzewałem, a po ostatnim na zapleczu dyskoteki miałem już pewność, że ów „modeling” był tylko przykrywką do puszczania się z podobnymi mnie tatuśkami. Ona po prostu to lubiła, sucz jedna!
     Nie z byłą dyrektorką regionalną w byłej firmie, która na odchodne musiała kogoś namaścić na swojego następcę, więc trzeba było jej pomóc w podjęciu decyzji. Też zresztą więcej niż raz. Chociaż nie powiem: warto było! I to nie tylko ze względów czysto zawodowych, bo taka milfeta jak ona trafiała się tylko raz z życiu i grzechem byłoby nie wykorzystać okazji choćby z tego tylko powodu. To jednak prawda, że każdy facet powinien chociaż raz spróbować w życiu doświadczonej kobiety! Tak w przenośni, jak i bardzo dosłownie.
     Nie z bezustannie uśmiechniętą, równie sympatyczną jak puszystą sekretareczką w ośrodku, w którym w ciągu dnia miałem szkolenia teoretyczne z negocjacji umów, a w nocy… zajęcia praktyczne. Równie owocne, co niepozbawione przyjemności. No dobra, może i laska miała kilka, o ile nie kilkanaście kilogramów za dużo, za to jak już wskoczyła na mnie swoją wielką dupą i zaczęła podskakiwać, to nie wiedziałem, gdzie jest sufit, a gdzie podłoga. Że o najsłodszej cipeczce, jaką kiedykolwiek wylizywałem, nie wspomnę.
     Nie z laską zaproszoną na kawalerski kumpla, która miała być z założenia pewnie tylko ostrą striptizerką, a okazała się… cóż, moim zdaniem normalna to ona do końca nie była. Ewidentna nimfomanka, zafiksowana na punkcie lateksu, absurdalnej wysokości koturnów, napompowanych cycków, ust i sam nie wiedziałem czego jeszcze, która w ciągu wieczoru obsłużyła nas wszystkich tak, że wracaliśmy do domów na miękkich nogach.
     Nie z… cóż, trochę ich było. Jednak za każdym razem mogłem się sam przed sobą jakoś wytłumaczyć. Choćby w najbardziej naciągany i – mówiąc wprost – głupi sposób. Każda z nich miała coś w sobie, czego nie mogłem im odmówić wtedy i nie mogę teraz: urodę, elegancję, maniery, władzę, absurdalnej wielkości cycki, pełne odpychającego wręcz fetyszyzmu wyuzdanie, długo by wymieniać.

     Tymczasem co masz ty? I co z tobą robię? Zatracam się w nieprzytomnym, zwierzęcym rżnięciu w gruncie rzeczy niezbyt urodziwej, niespecjalnie ładnie starzejącej się, o zdecydowanie nieprzyjemnie przepoconym ciele… Ciebie, Mirello. Co cholernie mi się podoba!

*  

     Klękasz przede mną z wypiętym wysoko, przeoranym bruzdami cellulitu, pulchnym zadem. Pierdolę jak oszalały chlapiącą sokami cipę w akompaniamencie ciężkich postękiwań, plaskających odgłosów biustu i smaganego obiema rękami tyłka, w którym trzymasz już dwa palce i zaraz wciśniesz trzeci… przepraszam, właśnie to zrobiłaś.
     Nie jestem w stanie czekać dłużej. Pochylam się, łapię za nędzne resztki koczka, odciągam ci głowę do tyłu i rzucam:
     –  Wyruchać cię w dupala, ty gruba, brzydka kurwo?!
     W sekundzie czerwienieję ze wstydu. Do jakiego doprowadziłem się stanu, że w ogóle śmiałem powiedzieć coś takiego? Spodziewam się co najmniej spoliczkowania, ale zamiast niego wyciągasz dłoń z wiadomego miejsca, nadstawiając ziejącą szeroko, obtartą do czerwoności dziurę. Podniecającą mnie do obłędu i jawnie obrzydliwą zarazem, o której higienie – lub jej braku – nie chcę nawet próbować myśleć. Spluwam w nią i jednym ruchem wypełniam nabrzmiałym chujem po samo dno. Rżnę nawilżone jedynie moją śliną i twoimi własnymi sokami, jak sama rzekłaś, rozochocone dupsko.
     Jak dawno uprawiałem seks analny? Bardzo. Kiedy brutalnie pierdoliłem rozwartą wulgarnie… Przenigdy!

     Okładam cię niczym upojony adrenaliną jeździec swą narowiście galopującą klacz. Wbijam palce głęboko w zawijające się fałdy na bokach. Drapię plecy paznokciami. Nie potrafię się powstrzymać, choćbym chciał. Zwalniam wszelkie hamulce, stając się wściekle zdziczałym samcem, dosiadającym uległą samicę nie w akcie prokreacji, a prymitywnej dominacji i chuci. Próbuję nie tylko opanować nieartykułowane odgłosy, które z siebie wydaję, ale też zignorować ich coraz poważniejsze konsekwencje w postaci ostrzegawczego walenia gdzieś za ścianą.
     Mimo starań, chęci i zaangażowania ostatnich resztek sił, nie daję już rady. Unoszę biodra, wbijam w ciebie kutasa bardziej z góry niż od tyłu, przytrzymuję za kark i wreszcie spuszczam wprost do tyłka.
     Nie podoba ci się to. Czekasz, aż skończę, lecz potem odwracasz się z miną, jakbyś miała ochotę kogoś zamordować. Względnie zgwałcić. W dowolnie wybranej kolejności. Co gorsza, dobrze wiem, kogo. Nie dając mi dojść do słowa, ściągasz prezerwatywę i wyciskasz jej zawartość do swojej dupy, po czym chwytasz mnie za nadgarstek. Nie udaję, że nie wiem, dokąd nim zmierzasz.

     Nie chcę, Mirello! Nie mogę! Tym razem zupełnie serio! Wcześniej miałem jedynie podejrzenia, lecz teraz jestem całkowicie pewien. Niestety. Choć padam ze zmęczenia, zdaję sobie doskonale sprawę, że nie jesteś czysta. Dlatego też, starając się zwalczyć ohydne uczucie kwasu wzbierającego w przełyku, składam palce i wciskam ci rękę w… Nie! Tego nie zrobię! Choćbyś nie wiem, jak mnie błagała, groziła czy przymuszała!
     W zamian docieram tak głęboko w otchłań pizdy, aż nie mogę uwierzyć, że w ogóle się w niej mieszczę. Ty zaś dosłownie rozszarpujesz sobie łechtaczkę pomalowanymi nierówno szponami, jednocześnie znów próbując dobrać się do czeluści własnego odbytu.
     Ogarnia mnie nagły przypływ powracającego nieoczekiwanie, nieokiełznanego podniecenia, któremu czym prędzej muszę dać ujście. W jednym i tym samym momencie poddaję cię brutalnemu fistingowi, masturbuję się do bólu i podziwiam nieludzko zmaltretowane, a przecież niepowstrzymanie podniecające mnie ciało. Mdleję z wyczerpania. Wraz z twoim szczytowaniem, moim wytryskiem i wezwaniami o natychmiastowe zaprzestanie seksualnych ekscesów, dobiegającymi tym razem zza drzwi, osuwam się na podłogę.

*

     Podziwiam cię półprzytomnym wzrokiem, dysząc i charcząc na przemian. Leżysz bezwstydnie rozłożona, z iście kurewskim uśmieszkiem na ustach. Bez cienia pruderii podnosisz nogę aż do wysokości półki na bagaż, ukazując tym samym wszystkie wdzięki. Widzę zmaltretowane piersi o przekrwionych sutkach, podrapany brzuch i obtarte uda. Spływającą po ciele spermę. Ślady palców na szyi oraz potargane włosy. Zerżniętą bezlitośnie, dosłownie zmasakrowaną cipę w pełnym rozwarciu, z której wyciekają kolejne porcje sam już nie wiem, czego, zostawiając obrzydliwe plamy na prześcieradle. Może i dobrze, że z tej perspektywy nie dostrzegam dupy. Boję się choćby pomyśleć, jak teraz wygląda i co się z niej wylewa…

     Wiesz, kogo mi w tym momencie przypominasz? W jaki sposób mógłbym cię nazwać? Jaka jesteś?
     – Jesteś piękna, Mirello… – szepczę półprzytomnie.
     Zwracasz ku mnie zaskoczone spojrzenie barwy tym razem spokojnego morza, jakbyś źle usłyszała lub zupełnie mi nie uwierzyła. Aż tak dziwią cię moje słowa? Uważasz, że kłamię? A w jakim niby celu? Bo chcę się odwdzięczyć za prawdopodobnie jeden z najlepszych, a definitywnie najostrzejszy seks w życiu? Tak! Czy mam ochotę sprawić ci przyjemność komplementem? Owszem! A może pragnę, byś poczuła się… doceniona? Usatysfakcjonowana? Szczęśliwa? Zgadza się!
     – Jesteś piękna, Mirello! – znienacka zaczynam rzucać coraz pretensjonalniejszymi pochwałami. – Z naturalistycznie cudownym, nieidealnym ciałem. Ponętnymi piersiami, apetycznym brzuszkiem i niesamowitą kobiecością. Nieoczywistą, wcale niełatwą urodą. Hipnotyzującymi oczami! – Nakręcam się mocniej i mocniej. – Jesteś piękna w swej rozpustnej, pierwotnie zdziczałej seksualności. Pełna nieokiełznanej żądzy, drzemiącej nieoczekiwanie w jakże zwyczajnej, niepozornej osobie. Jesteś piękna.

     Ja za to nie jestem już nawet pewny, czy wypowiedziałem ową jawną deklarację uczuć na głos, czy tylko pomyślałem? Nie dając rady powstrzymać ołowianych powiek, osuwam się na łóżko. Zaraz wstanę, ułożę się przy tobie i przytulę do tak dalekich od perfekcji, a przecież wspaniałych kształtów. Odetchnę głęboko ostrym zapachem wspólnej namiętności i pocałuję cię nie tylko w usta. Zliżę słono-kwaśną żądzę, ściekającą po skórze. Już, za momencik, tylko się zdrzemnę…

*

     Poderwałem się roztrzęsiony i mokry od potu, uderzając nadgarstkiem o bok łóżka. Omiotłem wzrokiem przedział. Rozpoznałem spoczywającą na półce własną walizkę oraz drugie, puste posłanie, przykryte złożoną byle jak pościelą. Wciąż nie będąc pewnym, co się dzieje, odrzuciłem kołdrę i sięgnąłem do majtek.
     Nie znalazłem ich. Za to wyraźnie poczułem na obolałym penisie miejscami wciąż kleistą mieszankę… oby jedynie środka nawilżającego z prezerwatywy i własnej spermy. Wstałem z wysiłkiem, zapaliłem światło i sprawdziłem w lustrze, czy chociaż trochę przypominałem osobę, która ledwie kilka godzin wcześniej weszła do przedziału. Na szczęście, poza dającymi się przysłonić ubraniem zadrapaniami, bladoszarą twarzą i podejrzanymi plamami w dziwnych miejscach, nie stwierdziłem specjalnych różnic. Wciągnąłem spodnie i ostrożnie wystawiłem głowę na korytarz, wyglądając ratunku.
     Prysznic, jedną zmianę bielizny, podwójne śniadanie w bufecie i trzy kawy później opanowałem drżenie rąk na tyle, by w miarę normalnie się ubrać i spakować. Nie próbowałem nawet zaczynać analizy minionej nocy w obawie, że oszaleję. Tym bardziej że złapana po drodze konduktorka nie miała pojęcia, od jak dawna byłem sam w przedziale. O tyle dobrze, że najwyraźniej nie dotarły do niej pewne wyjątkowo nieprzyzwoite odgłosy, a i współpasażerowie nie zgłosili skarg ani zażaleń.

     Opuszczałem miejsce będące świadkiem mego wstydu, hańby i ostatecznego upadku, upewniając się po raz ostatni, czy niczego nie pozostawiłem. I wówczas dostrzegłem kawałek papieru, wystający spod pokrytej częściowo już przyschniętymi, ostro pachnącymi plamami kołdry. Drżącymi palcami podniosłem wizytówkę i przeczytałem: Mirella, nazwisko, nazwa najwyraźniej firmy, mail, numer telefonu. Znalazła się tam przypadkowo? Czy przeciwnie – miałem ją znaleźć? A jeśli tak, jaki przyświecał temu cel? I dlaczego w takim razie jej posiadaczka pozostawiła mnie samego? Bez słowa wytłumaczenia czy choćby symbolicznego pożegnania?
     Z walącym niczym młot sercem opadłem na krawędź łóżka. W jednej ręce trzymałem kartonik, mogący być równie dobrze przepustką do nowego, wspaniałego świata, co biletem w jedną stronę ku najczarniejszym czeluściom piekieł. W drugiej telefon ze zdjęciem szczerze szczęśliwej rodziny na tapecie.
     Spoglądałem naprzemiennie na obie te rzeczy, zdając sobie doskonale sprawę, że nic i nigdy nie będzie już takie samo.

***

Tekst (c) Agnessa Novvak
Okładka (c) Peopie Sober_Wine

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 17.10.2019, a w wersji z remasterowanej jako "Nocny pociąg z rudzielcem, czyli zdradzający wciąż zdradzają" 17.10.2020. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobało Ci się opowiadanie? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na FB i Insta (niestety nie mogę wkleić linków, niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!

Dodaj komentarz