Nocny Łowca.

Nocny Łowca.Pierwszy zew krwi: Przebudzenie łowcy.(1)


Nazywam się Andrzej kowalskim Moja historia zaczyna się jesienią w Wigilie Wszystkich Świętych. Wiec że nie dbam o to czy mi uwierzysz czy nie ale po prostu musze się z kimś tym podzielić.  

Wybrałem ciebie bo ani ty mnie ani ja ciebie nie znam.                                                                                                  

Usiać proszę i mnie wysłuchaj.  



Urodziłem się i wychowałem w Lublinie. Wychowywała mnie matka po tym jak ojciec zmył się w moje dziesiąte urodziny. Chodzę do normalnej szkoły i zdobywam normalne oceny. Mam normalnych  

kolegów i normalne zainteresowania.                                                                                                           

Sam nie wiem czemu to ja zostałem wybrany.                                                                                                    

Matka pracowała tego dnia kiedy to się zaczęło dlatego sam po szkole pojechałem na cmentarz by zapalić świece na grobach moich dziadków. Nigdy ich nie poznałem.                        

Cmentarz znajdował się niedaleko Majdanka i teraz kiedy wiem co wiem dochodzę do wniosku że to niebyło najlepsze miejsce na cmentarz. Zbyt wiele negatywnej energii skumulowanych w jednym  

miejscu.                                                                                                                     

Dni były coraz krótsze i słońce zaczynało zachodzić kiedy dojechałem autobusem z szkoły na cmentarz. Było wielu ludzi i czułem się dziwnie bezpieczny. Byłem głupi.                       

U jednej starszej pani kupiłem dwa durze znicze i cztery wkłady średniej wielkości. Nigdy niemiałem dobrej orientacji terenowej wiec zacząłem błądzić w nadziei na to że w końcu trafie. Po drodze  

podziwiałem jak setki tysięcy święcących się zniczy. To trzeba ujrzeć by zrozumieć niesamowitość tego widoku.                                                         

–Chłopce!                                                                                                                      

Odwróciłem się i w mroku rozświetlanym przez tysiące lampionów ujrzałem mężczyznę. Nosił szary prochowiec i był wysoki. Kiedy podszedł bliżej mogłem ujrzeć dobrze jego twarz. Był przystojny w  

sposób "łotrzykowski”. Pociągał twarz, kozia brudka, wąskie oczy i czupryna loków. Przez plecy miał przewieszony podłużny pakunek.                                               

-Słucham? –zapytałem ostrożnie przypominając sobie o gazie pieprzowym w kieszeni płaszcza. Nigdy nic nie wiadomo.                                                

Mężczyzna się uśmiechnął.                                                                                                                  

–Wybacz ale obserwuje cię już chwile i mam wrażenie że się zgubiłeś.                                                                                           –Aż  

tak widać? –poczułem się strasznie zażenowany swoją niezaradnością.                                                                                          

–Widać –przyznał dalej się uśmiechając. –Morze ci pomóc? –zaproponował ochoczo.                                                                                    

–Nie trzeba. W końcu znajdę drogę –za sto lat?                                                                                                   

– Jesteś pewien ?                                                                                                                    

Przytaknąłem a mężczyzna poszedł znikając gdzieś w mroku. Ja zacząłem poszukiwania od nowa. Przemierzałem cmentarz nieświadom niebezpieczeństwa kryjącego się w mroku.



Czekał. Śledził. Szukał okazji. Ukryty w mroku, spowity w cień. Śmiertelnie niebezpieczny i cierpliwy. Patrzył na swoja ofiarę czekając okazji do odebrania jej życia.                            

Czekał.                                                                                                                                          

Ukryty w mroku, spowity w cień.    


W końcu mi się udało. Znalazłem wspólny grób moich dziadków. Grzegorz i Marta Kowalscy. Postawiłem siatkę z wkładami i nowymi zniczami na nagrobku i przyjrzałem się uważnie nagrobkowi.  

Powrzucałem stare wypalone wkłady z starych zniczy i powsadzałem nowe. W kieszeni spodni miałem paczkę zapałek. Wyjąłem je i spokojnie pozapalałem znicze. Następnie wyjąłem z torby  

zapakowaną wcześniej zmiotkę i szufelkę. Trochę odkurzyłem nagrobek. Na koniec zmówiłem modlitwę w ich intencji.  


Skradał się. Ukryty w mroku, spowity w cień. Z każdym bezszelestnym krokiem zbliżał się do swojej ofiary. Czuł już jej zapach. Słyszał szum krwi w jego żyłach. Dziś była Wigilia Wszystkich Świętych.  

Był już tuż za ofiarą…  


Uważaj! –ktoś krzyknął.                                                                                                                      

Odwróciłem się szybko i zamarłem z krzykiem na ustach. Stał przede mną potwór. Byłą to humanoidalna istota o za długich rankach i zbyt dużych dłoniach zakończonych ostrymi szponami. Skórę  

poznaczona miał wrzodami sprawiającej wrażenie za małej na niego. Wyglądało to jak jakby ktoś naciągną tą skórę na jego ciało. Twarz jego była pusta nie licząc szerokiego rozwartej paszczy  

naszpikowanej trójkątnymi ząbkami i małymi szparkami czarnych oczodołów.                                                                                      

Sparaliżowany strachem stałem bezwładnie przed potworem.                            –Uciekaj idioto! –znowu krzyk a potem coś śmiga mi tuż obok głowy.                  

                                                                              Bestia odskakuje do tyłu i wyje przeraźliwie.                                

                                                                                       Zaczynam uciekać przed siebie w końcu odzyskując władze nad ciałem.  

Biegnę wrzeszcząc jak potępieniec. Potykam się jeden z nagrobków i padam na ziemie ale zaraz znowu wstaje i znowu biegnę oślepiony strachem.                                      

                                                                                                  Biegnę w stronę światła.                         

                                                                             


Markus wyprowadza serie pchnięć włócznią ale pudłuje. Ghul odskakuje zręcznie w bok i samemu przeprowadza nagła kontrę. Markus unika jego szponów i odskakuję do tyłu wywijając swoja  

włócznią z niebywałą zręcznością.                                                                                                              

–Ładnie! –chwali go postać wynurzająca się z mroku.                                                                                                            

Marcus dzięki zdolności widzenia w ciemnościach widzi go doskonale. Jest to kobieta o bardzo ponętnych kształtach ubrana w wyzywającą karminową sukienkę. Ma długie falowane czerwone włosy,  

piękna twarz modelki i oczy sadystki. Usta podkreślone czarna szminką wykrzywione były w uwodzicielskim uśmiechu.                                                            

                                                                   –Jak na Rytualistę tylko trzeciego poziomu radzisz sobie nieźle. –mówi. –Ale i tak zawiodłeś. Łowca zaraz  

zginie a ty nic na to nie poradzisz.  





Dzięki każdemu kto to przeczyta. Proszę o wasze komentarze. Część druga najpóźniej w przyszły czwartek.

Niewiadomy

opublikował opowiadanie w kategorii inne, użył 913 słów i 5325 znaków.

3 komentarze

 
  • Niewiadomy

    Staram się! już zaczynam powoli to ogarniać.

  • nemfer

    Tylko weź to stylistycznie ogarnij... Mniejsze odstępy między wierszami... I te literówki popraw...

  • Niewiadomy

    Zaczynam to chyba ogarniać.  :jupi: