Nie ma białych ludzi cz.3 (ostatnia)

Tej nocy krople deszczu roztrzaskiwały się z pluskiem o zakurzone ulice Krakowa, wtapiając się w drobne wyżłobienia pęknięć bruku. Szła jedną z nich, bezszelestnie, a przysłoniętą kapturem twarz rozświetlał jedynie mdły blask latarni. Drżącymi dłońmi ściskała skórzany neseser. Dobiegające zewsząd szmery budziły niepokój, kobieta przyspieszyła kroku. Co rusz rozglądała się wokół by mieć pewność, że wszystkie elementy wokoło pozostają nieruchome. Zboczyła z głównej ulicy w wąską piaskową drogę znikając w cieniu skumulowanych przy niej drzew. Niemal truchtem pokonała skrót by wślizgnąć się niezauważalnie do jednej z kamienic. Wspięła się po stromych drewnianych schodach mijając bezdomnego, który spał mocno sapiąc i wydychając wprost na nią odór alkoholowy. Gdy dotarła na piętro, drżącą dłonią wyjęła z kieszeni klucze. Drzwi, które dawno już zapomniały o czasach swojej nowości, rozwarły się z jękiem.
Znajdując się w ciasnym przedsionku, zdjęła płaszcz, który zamaszystym ruchem rzuciła na dębową komodę.  Skórę miała bledszą niż zwykle, widocznie zmęczoną. Jednym ruchem uwolniła z uścisku burzę kasztanowych loków i przeszła do pokoju. Na środku ściany wisiał duży pozłacany zegar, który ogłaszał nadejście północy.  Pokój, o którym mowa, służył jednocześnie za kuchnię, salon i łazienkę. Wnętrze kawalerki sprawiało nienajlepsze wrażenie, ale Nadia nigdzie indziej nie czuła się tak bezpiecznie jak tam. Nie mogła powstrzymać opadania powiek. Zgasiła światło i padła bezsilnie na skrzypiącą wersalkę.

*
Wybiło południe. Mocne strumienie słońca przebijały się przez okienne żaluzje, tworząc kontrast z poszarzałymi ścianami. Kobieta przebudziła się i natychmiast wstała wiedząc, że tego dnia musi działać szybko. Ubrała się w proste popielate spodnie i czarną bluzę. Ciemne loki przykryła blond peruką ułożoną w niewielki koczek. Umalowała twarz inaczej niż zwykle. Wychodząc z mieszkania czuła się jak aktorka przed spektaklem. Jedynym bagażem jaki posiadała była mahoniowa torba formatu A4, która skrywała majątek odziedziczony po starszej kobiecie imieniem Maria. Maria była jedną z wielu, którymi Nadia zajmowała się jako pielęgniarka. Mimo dużej przepaści wiekowej zawsze szybko odnajdywała z podopiecznymi wspólny język i często ich rozmowy trwały również po godzinach pracy. Doskonale wiedziała, że dla starszej kobiety była wszystkim. traktowała Nadię niemal jak córkę.  

Czas mijał, przeskakujące wskazówki na ogromnej tarczy dworcowego zegara zdawały się machać do Nadii na pożegnanie, gdy rozległ się zgrzyt szyn wywołany żelaznym cielskiem zbliżającego się pociągu. Kobieta pewnym krokiem ruszyła w stronę czwartego wagonu. Gdy wsiadła zorientowała się, że przedział jest pusty – widocznie niewielu ludzi kręcą podróże jesienią – pomyślała. Usiadła, ułożyła neseser na kolanach i wyjrzała za okno, jak mniemała ostatni raz spoglądając na gród Kraka. Pociąg ruszył, w powietrzu czuć było gęsty żelazny puls. Nadia odwróciła głowę od coraz bardziej rozmazanych elementów świata zewnętrznego, podciągnęła kolana pod brodę i zamknęła oczy.

*
  
Podróż trwała trochę ponad dziesięć godzin. Rześkość porannej bryzy przedarła się z otwartego okna w korytarzu przez szczelinę niedomkniętych drzwi przedziału. Nadia zadrżała, jednak szybko się rozbudziła, po czym wstała i wsparła łokciami na oknie przysłuchując ostatnim oddechom zmęczonej maszyny.  Wysiadając czuła się zupełnie zagubiona, gdyż wszystko wokół wydawało się obce, nawet niebo które nad morzem ma najczystszy odcień błękitu. Usiadła na stacyjnej ławce i rozłożyła mapę mając w zamiarze odnaleźć kierunek dalszej drogi. Dłuższą chwilę błądziła wzrokiem po pajęczynach precyzyjnie nakreślonych ulic, z tej perspektywy dzieliło ją od celu zaledwie kilka centymetrów. Złożyła papier i ruszyła kamienistą ścieżką wzdłuż korytarza drzew, z których niczym muśnięcia farbami spływały barwne liście. Zauroczona takim naturalnym wernisażem zwolniła kroku. Wynurzając się z tego żywego tunelu ujrzała zarys niebieskiej tablicy. Podeszła bliżej i uważnie przestudiowała rozkład jazdy autokarów. Zanim skończyła uśmiechnęły się do niej jasne reflektory nadjeżdżającej maszyny. Autokar zatrzymał się i rozłożył przed nią ramię drzwi. Nie zastanawiając się ani chwili weszła do środka i opadła na pierwsze wolne miejsce jakie dostrzegła. W pojeździe panował gwar, młodzieniec siedzący z przodu rozmawiał zbyt głośno przez telefon z „kwiatuszkiem” tworząc tę rozmowę nie do końca intymną. Z kolei kobieta zajmująca dwa miejsca po przeciwległej stronie, przydająca na myśl muzę Rubensa, chrapała równie impulsywnie jak ton głosu mężczyzny. Atmosfera sprawiała, że Nadia poczuła się jak zwykła turystka a nie uciekinierka i z ulgą skorzystała z tej chwili zapomnienia. Podróż minęła szybko i bez komplikacji. Jedynym defektem był uciążliwy ból głowy, który nasilał się z każdą chwilą sprawiając, że wysiadając młoda kobieta czuła się zupełnie otumaniona i  zdezorientowana. Ruszyła przed siebie, próbując zebrać myśli. Ulica, którą szła zdawała się nie mieć końca. Po godzinie snucia się tą gardzielą w końcu odnalazła cel. Jednak radość niemal natychmiast zastąpił niepokój; przed jej oczami stanął nieduży dom koloru jasnej magnolii a z drzwi cynicznie śmiała się pozłacana cyfra siedem. Ostrożnie wyszła po dwóch marmurowych stopniach dzielących ją od wejścia, powtarzając sobie w duchu, że to z pewnością jedynie zbieg okoliczności, a tym razem siódemka przyniesie jej szczęście.     Nim zdążyła zapukać, drzwi otworzyły się a z wnętrza domu wyłoniła się sylwetka starszego mężczyzny pokaźnej postury.

–  Numer siedem, proszę się obudzić.

Potężne dłonie chwyciły kobietę za ramiona i zaczęły nią potrząsać. Zniknęło błękitne niebo, kolorowe drzewa, żwirowe ścieżki, wszystko co dotychczas otaczało Nadię zastąpił zamglony biały kwadrat… sufit. Leżała skrępowana grubymi, skórzanymi pasami, na białym, szpitalnym łóżku, które stało mniej więcej na środku sterylnie czystej sali.

- Stąd nie ma ucieczki. Znamy każdą Twoją myśl i zamiar.

Zabrzmiał inny męski głos. Głos, który znała nazbyt dobrze: Rudolf Zemski. Nie mogła uwierzyć, że w ten sposób zakończy się jej i tak marna egzystencja.  Słowa szefa podziemnej kliniki brzmiały dla niej jak wyrok. Ciało Nadii przeszył zimny dreszcz. Chciała coś powiedzieć ale nie potrafiła, czuła w gardle suchość Sahary, usta miała spierzchnięte.

Nie mogła uwierzyć, że Ci ludzie żyją. Że wszystkie działania przeciw klinice podziemia, jej plany, myśli, nawet sny.. były kontrolowane przez jej największych wrogów.

- Siódemko czyżbyś zapomniała czego dotychczas Cię nauczyliśmy? Rzeczywistość tworzy potwory, schorowane, zgorzkniałe i samotne, co w gruncie rzeczy sprawia, że są zbyteczne.

Nadia przełknęła z trudem ślinę zmuszona znów słuchać niedorzeczności ludzi, których nienawidziła całym sercem.

- Natomiast my sprawiamy, że ich marna egzystencja nabiera znaczenia, choć nie zdają sobie z tego sprawy. Testują leki, które pomogą ratować inne życie. Jak sama wiesz fundusze, które przy ich pomocy zyskujemy zostają wykorzystane właśnie w tym celu, a nie na nasze własne potrzeby czy wygody! Nie potrzeba nam egoistów agentko Siedem, świat i tak uchyla się już porządnie czując ich ciężar!

Po przemowie Zemski pochylił się nad kobietą, jego głos brzmiał opanowanie, można powiedzieć nawet, że nad wyraz miło, niemal jak dobrego psychoterapeuty.

- Dziś pobrałaś najcenniejszą lekcję Siódemko, szkoda, że na nic Ci się już nie przyda – Starszy mężczyzna pochylił się nad kobietą tak, że jego twarz znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od jej.
- Nie wszystko było snem.. zabiłaś ludzi, niewinnych emerytowanych lekarzy.. oraz jedynego człowieka z wnętrza kliniki, którego miałaś po swojej stronie. – W ustach mężczyzny nawet szept brzmiał okrutnie. Nadia zamarła, nie potrafiąc wydusić z siebie żadnego porządnie brzmiącego słowa.. – ale przecież.. wy.. ty.. – wydukała.

- Nigdy nie poznasz naszej prawdziwej tożsamości moja droga, nie powinnaś była zbyt łatwo ufać złudzeniom.. -  dodał Zemski jakby znudzonym tonem. – Ale musimy Cię pochwalić agentko siedem, udało Ci się wyrównać nasze porachunki .

- A policjanci..? – Nadia całą sobą czuła, że znalazła się w najbardziej beznadziejnej sytuacji, więc dała całkowity upust swojej ciekawości.

- Porucznik Miński i Szreder.. porządni gliniarze, jednak przyszedł dla nich czas na zasłużoną emeryturę.

1 620 czyt.
100%11
Ata

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użyła 1574 słów i 9035 znaków.

1 komentarz

 
  • Hebr

    Hebr · 11 paź 2017

    Będzie ciąg dalszy?