Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Deszcz cz. 12

     – Dobrze więc. Co powiesz na mały sparing, też trochę trenuję. – Rozalinda mówiła z zupełną swobodą, jakby pozostałej dwójki tutaj nie było.
     – Nie masz wielkich szans, Rodriguez.
     – Nie przejdzie ci przez gardło moje imię przystojniaku?

     Poczułem się dziwnie. Ta niezwykle ostra kobieta, której większość się obawiała, próbowała mnie kokietować. Czyżby wyczuła, że powiedziała coś zbyt osobiście, bo nagle zwróciła się do pozostałych.

     – Co myślicie panowie o mojej propozycji. Ugościmy gościa i jesteśmy wolni.
     – Oczywiście.

     Zgodzili się tak łatwo? To kto tu właściwie rządził? Zacząłem się zastanawiać, czy właściwie oceniałem, że Colins miał decydujące zdanie.

     Uśmiechnęła się.

     – Mamy wynajętą restaurację, sprawdzonych ludzi. Żadnych gości. Dobre trio i tancerka. Przyjmiesz?
     – Nie odmówię – chyba polubiłem tę osobę.

     Być może wszystkie informacje o niej nie do końca pokrywały się z prawdą.

     – Zwykle jeździsz Rolls Royce lub SUV Lamborghini, co powiesz na Rolls Royce SUV?

     – Mówisz o Cullinan?
     – Opancerzonym, ośmiusetkonnym czarnym brutalu.
     – Czemu nie, chociaż Yukon spełnił wymagania.
     – Chcemy zostawić dobre wspomnienia.
     – Dziękuję – powiedziałem.
     – Panowie – zwróciła się raczej do nich – wiem, że uważacie mnie za zimna sukę, ale muszę się ubrać. Będę gotowa z dziesięć minut.

     Wstała energicznie i wyszła. Colins patrzył na mnie i Morgana.

     – Coś podobnego! Nie pamiętam, żeby tak się zachowywała do jakiegokolwiek faceta. To lesba. Sama stwierdziła, widocznie przypadłeś jej do gustu.
     – Dziękuję, ale mam żonę.

     Morgan się roześmiał.

     – To nie dlatego, że jest brzydka jak noc?

     Spojrzałem na niego.

     – Dla mnie nie jest. Dokładnie powiedziałem, co sądzę o jej urodzie i nie zamierzam mówić czegoś innego za jej plecami.

     Widziałem, że odebrał to jako przytyk do siebie i pewnie dlatego się skrzywił.

     – Jaka pogoda w Londynie? – zapytał Colins, jakby chciał szybko zakończyć drażliwy temat.
     – Jak zawsze. Deszcz, mgła. Kilka dni temu mieliśmy słońce. Na szczęście nie mamy tam ostrych zim jak wy.
     – O tak, potrafi czasem spaść do minus trzydziestu, a przy tej wilgotności mrozi tyłek.

     Morgan jeszcze przełykał lekką obrazę, ale sam się o to prosił.

     – Chcesz się napić czegoś mocnego, wiemy, że nie pijesz, a jak już to naprawdę dobre trunki. Mamy koniak za 15 tysięcy, na wielkie okazje.
     – Skorzystam – odrzekłem.

     Larry podszedł do jednego lustra i przyłożył kartę wyglądającą jak karta kredytowa.
W środku znajdował się barek. Wyjął trzy kieliszki i butelkę koniaku. Remy Martini Grand Champagne, Czarna perła. Butelka o połowę mniejsza niż zwykle. Te koniaki potrafiły kosztować i kilka razy tyle.

     – Nie poczekamy na Rozalindę? – zapytałem.
     – Mówiła, że będzie za dziesięć minut, a już minęło piętnaście. Może ty po nią pójdziesz?
     – Ja?
     – Nie chcę dzisiaj stracić życia – uśmiechnął się Colins.
     – Żartujesz?
     – Daleki jestem od tego. Ty nie znasz tej osoby.

     Ostanie słowo, zaakcentował w ten sposób, że mogłem się domyślać prawdziwego znaczenia, a prawdopodobnie żadne z podtekstowych znaczeń nie było cenzuralne.

,,Czy oni się jej obawiają" – pomyślałem.

     Ruszyłem w kierunku, w którym się udała. Jak zgadnę, gdzie jest? Miałem przed sobą sześć drzwi. Postanowiłem wyczuć, wykorzystując moje nabyte zdolności wojownika. Słuch, zapach i intuicja. Miałem przed sobą mały sprawdzian. Po chwili wybrałem. Zapukałem.

     – Wejdź, Euri.

     ,,Wiedziała, że ja przyjdę" – pomyślałem.

     Wszedłem. Pokój wyglądał ja biuro, ale dalej musiała mieć drugi.

     – Chodź, pomożesz mi w decyzji.

     Wszedłem zdecydowanie i stanąłem jak wryty. Stała w szpilkach, pończochach i komplecie bielizny, powiedzmy, że nazwałbym go odważnym. Figurę miała niezłą jak na jej wiek, a nawet bardzo dobrą.

     – Wiedziałaś, że przyjdę?

     Spojrzała na mnie i nie miałem już najmniejszych wątpliwości. Podeszła blisko.

     – Dawno nie spotkałam prawdziwego faceta. W Brazylii owszem, ale tamci mało mają z ludzi. Ci dwaj to dupki.
     – Rozalindo, powiedziałem coś...
     – Dlatego, że jestem starsza i brzydka jak noc?
     – Nie jesteś brzydka jak noc.
     – Mam tylko trzy lata więcej niż ty – powiedziała wyjątkowo miękko.
     – Lubisz kobiety, a ja mam żonę.

     Spojrzała mi prosto w oczy i szepnęła.

     – Nie powiesz mi, że nie spałeś z inną kobietą, od kiedy jesteś żonaty, a ja gustuje w kobietach nie dlatego, że je wole, tylko z powodu, że nie spotkałam odpowiedniego faceta.
     – To nie jest dobry pomysł. Miałaś wrócić za dziesięć minut...
     – Chciałam, żebyś przyszedł – teraz już opierała swoje jędrne, chociaż nie tak duże piersi o mój tors.
     – Porozmawiamy o tym potem, teraz chodź.

     W tym momencie przypomniałem coś sobie.

     – Tylko jedno pytanie. Zajmujesz się handlem dziećmi?

     Popatrzyła na mnie ostro.

     – Też słyszałam o tym. Ktoś przypina mi najgorsze łaty. Aniołem nie jestem, ale pamiętam dzieciństwo w Brazylii. Jadłam już lekko śmierdzące jedzenie. Widziałam tyle okrucieństwa na niewinnych istotach. Wiesz, kto rozsiewa te plotki? Jest ktoś z naszej trójki, kogo szczerze nienawidzę. Nie z innego powodu, tylko z tego.

     – Morgan?
     – To pedał. Ja jestem lesbijką i powinnam go wspomagać, ale powiem ci coś w sekrecie, bo masz jaja. Któregoś dnia zabije tego skurwiela, właśnie za to, że kłamie na mój temat.

     Odetchnąłem. Czy wszystko, co mówili o tej kobiecie, pozostawało kłamstwem? Musiałem trochę poczekać, by się tego dowiedzieć. Skończyła i spojrzała inaczej. Momentalnie złagodniała. Dostrzegłem w jej oczach nadzieję i dłużej nie patrzyłem. Wyszedłem szybko. Wystarczyło kilkanaście kroków i ochłonąłem.

     – Zaraz będzie. Zacięła się jej haftka, to w końcu tylko kobieta.

     Obaj wymienili uśmiechy.

     – Pracujemy z nią kilkanaście lat. Nigdy do nikogo się tak nie zachowywała. Mieliśmy naciski od sponsorów, by nie być tak miłym dla ciebie, ale wymogła zmianę decyzji.
,
     ,Czyżby"– pomyślałem?  

     Miała aż takie wpływy albo coś wyglądało inaczej niż w rzeczywistości. Rozalinda przyszła za trzy minuty.

     – Dobry koniak czeka – powiedział Colins.
     – Mam imię, Larry. W ostateczności nazwisko.
     – Przepraszam, Rozalindo. Zachowujesz się dzisiaj inaczej.
     – Nie każdego dnia żegnamy zasłużonego pracownika.

     Chyba trochę przesadziła. Sądziłem, ze mnie będą chcieli wykończyć, a ta wstawia gadkę, jakby zamierzała mnie uhonorować medalem Honoru Kongresu.
Suknia świadczyła, że zna się na ciuchach. Srebrna, jedwabna, z rozcięciem na udzie i udekorowana gustownym pasem i naramiennikami.

     Wzięliśmy kieliszki.

     – To za twoje odejście Euri Parker i moje wkrótce.

     Spojrzała na Larrego.

     – Ciebie tak łatwo nie puszczą – uśmiechnęła się.

     Koniak miał wyśmienity smak i aromat. Mieszaniny owoców, cygar, amfory, suszonej róży i zapachu trawy.  
Prawdopodobnie im większy smakosz i znawca, tym odkryłby szerszą gamę zapachów i smaków.

     – Całkiem niezły – rzekłem.

     – Dla mnie to koniak jak koniak.

     Rodriguez spojrzała na Morgana jak na prostaka.

     – To zbrodnia dawać coś tak dobrego ignorantowi.

     Zauważyłem, że poruszyły mu się kości policzkowe. Już drugi raz w ciągu kilku minut dotknęła go do żywego. Wypił szybko i odłożył kieliszek.

     – Zadzwonię, żeby kierowca czekał – powiedział sucho.
     – Jedziemy w obstawie, nie zapomnij.
     – Tym razem będzie wiadomo, gdzie są ważne osoby.
     – Boisz się o swoją dupę, było zostać kobietą do dziecka – roześmiała się serdecznie

     Colins jej wtórował.

     – To jest typowa Rozalinda Rodriguez.
     – Pani Rozalinda Rodriguez – zaakcentowała.
     – Oczywiście – spoważniał.

     Zaczęliśmy iść do windy. Oczywiście uczepiła się mojego ramienia. Widocznie miałem powodzenie u pewnego rodzaju kobiet.

     Dojechaliśmy po czterdziestu minutach. Zbliżała się dopiero pora lunchu. Ja tylko coś skubnąłem w samolocie, z powodu natłoku myśli. Teraz kiedy dowiedziałem się, że jest całkiem inaczej, niż myślałem, nabrałem ochoty na posiłek.
Kucharz przedstawił nam całą listę potraw. Homary, ryby, różne rodzaje mięs. W klasztorze zadowalałem się ryżem z sosem. Czasem jarzynami, ale po przyjeździe do Anglii zacząłem jeść mięso.
Rozalinda miała wilczy apetyt. To dziwne, bo miała szczupłe i umięśnione ciało, bez grama tłuszczu. Morgan chyba stracił apetyt, a Colins dbał o to, by nie miał większego brzucha. Obaj męczyli ryż z sosem, sałatkę i jagnię. Ja zjadłem dobą rybę, owoce, homara, spróbowałem kilka sosów i sałatek. Rozalinda kończyła trzeci talerz. Spojrzałem zdziwiony.

     – Masz rację, trzeba zostawić miejsce na deser – spojrzała bardzo miło i ciepło w moim kierunku.

     Wypiła całą butelkę wina. Przedniego. Ja tylko umoczyłem usta.

     – Ja dziękuję za deser – odrzekłem.
     – Cholera! Zapomniałam, że mieliśmy walczyć. I tak byś mnie pewnie pobił, za to możemy postrzelać. Umiesz, prawda?
     – Nieźle, wole miecz.
     – To wiem. Faktycznie to, co masz należało do Hirohito?
     – Tak. Dał to w ramach zasług zasłużonemu właścicielowi elektronicznych sprzętów, a tamten podarował mi za osobistą przysługę.
     – Coś słyszałam. Zabiłeś kilku ludzi w wieku dwunastu lat. Ja również miałam już kilku na swoim koncie. A potem kilka razy tyle, ale nie jestem dumna z tego. Pewnie się będę smażyć w piekle.
     – Nie wiem – odrzekłem.
     – Każdego dnia obiecuję sobie z tym skończyć, ale nie długo wytrzymuje. Wierz mi, zabijam, jak muszę.
     – Słyszałem, że robisz to z przyjemnością.

     Walnęła pięścią w stół.

     – Co za skurwiel ci to naopowiadał?
     – Nie zdradzam ludzi.
     – To zgraja kłamców. Obrabiają mi dupę i czynią ze mnie potwora. A widzisz, że taka nie jestem. – Klepnęła mnie mocno w tors.
     – Może już starczy wina, Rozalindo – powiedziałem łagodnie.
     – Nie jestem pijana.
     – Może i nie. Masz słabą głowę...

     Spojrzała na mnie ze złością.

     – Gówno wiesz. Zanim przyjechałeś z lotniska, wypiłam pół butelki whiskey. Nie mówili ci, że mam problemy z alkoholem. To moja jedyna wada.

     Colins się roześmiał, a Morgan powstrzymał.

     – Co się śmiejesz, Colins. Jesteście facetami bez jaj, a ja muszę z wami pracować. Szkoda, że Euri odchodzi. Pozbyłabym się was i z nim bym postawiła Syndykat na nogi. Chińce nas okradają, Japońce mają w dupie, a Ruscy tylko patrzyć jak zaczną robić nam konkurencje. Wiesz, ile gangów tam powstało, od kiedy komuna upadła? Co za świat!
Widziałem, że powoli odpływa.

     – Zawiozę ją do domu – powiedziałem.

     Colins uniósł brwi i odrzekł.

     – Czuj się wolny. W końcu to jej zasługa, że nie masz nieprzyjemności.
     – Wiem, że pewnie chcieliście mnie sprzątnąć i pewnie by wam się udało.
     – Nie chcieliśmy tego. Zaprzyjaźnieni ludzie sugerowali na ciebie wpłynąć...
     – Nie mów mi. Postanowiono tak i dobrze. Z tymi sprawami różnie bywa. Każdy jest śmiertelny.

     Larry chciał coś powiedzieć, ale Rodriguez podniosła głowę ze stołu i popatrzyła lekko zamglonymi oczami.

     – Chcę się napić, ale muszę iść do toalety.

     Zebrała się i niezbyt równym krokiem poszła we wskazanym kierunku. Po blisko dziesięciu minutach wróciła. Miała nieco zmoczona sukienkę przy dekolcie.

     – Szkoda dobrego jedzenia, ale już mi lepiej. Napijesz się ze mną Euri?
     – Zawiozę cię do domu – powiedziałem zdecydowanie.
     – Do domu? – Popatrzył na mnie bardziej trzeźwo.
     – Nich będzie. Potem postrzelamy.
     – Mamy dla ciebie zarezerwowany hotel u zaprzyjaźnionych ludzi. Bezpieczny.
     – Dam sobie radę. Jutro wracam do Londynu. Przyjechałem tylko porozmawiać.
     – Tak. Szkoda, że odchodzisz. Mieliśmy małe kłopoty z Hajze, zanim wróciłeś, dlatego pan Parker zaznaczył w testamencie...
     – Daruj sobie, Colins. Powinienem to wszystko inaczej rozegrać, ale nie wrócę historii. Żegnam. Może się jeszcze spotkamy lub porozmawiamy.
     – Być może.

     Nie podałem im ręki. Morgan się nie odezwał, a Colins tylko skinął głową. Poprosiłem właściciela o zamówienie taksówki. Zdziwił się, że chcę tak jechać. Czy oni wszyscy nie mieli za grosz odwagi?
Rodriguez zawisła mi na ramieniu. W taksówce zasnęła, zaraz po tym, jak podała adres.

     Miała ładny dom blisko Centralnego parku. Sześciu goryli patrolowało teren. Dostrzegłem kamery i kraty w oknach. Twierdza z solidną bramą.

     – Kim jesteś? – zapytał jeden trzydrzwiowy osiłek.
     – Twoją ciotką, nie poznajesz? – Widziałem, że zacisnął pięści.
     – Max, to mój dobry znajomy. Na drugi raz grzeczniej się odzywaj – widocznie w samą porę się obudziła.
     – Tak, proszę pani – zmiękł momentalnie.

     Coś tam mruczała w niezrozumiałym języku, pewnie po portugalsku.
Kiedy weszliśmy do domu, zrzuciła szpilki.

     – Muszę siusiu – powiedziała.

     Pokręciłem głową. Potwór okazał się jagnięciem albo traktowała mnie naprawdę wyjątkowo.
Usłyszałem szum spuszczanej wody, potem kilka przekleństw, a potem szum prysznica.

     – Mam nadzieję, że wyjdzie w szlafroku – powiedziałem cicho do siebie.

     Odmawianie kobiecie jest trudną sztuką. A ja miałem słabość, chyba szczególnie do niej. No może nie tak jak do Chloe.
Czytałem jej akta. Nie miała łatwego życia, ale to, co pokazała dzisiaj, zaprzeczało całkowicie, co o niej mówiono i pisano. W końcu woda przestała szumieć. Wyszła w białym szlafroku.

     – Jestem już trzeźwa.

     Z pewnosia częściowo alkohol z niej wyparował, ale do całkowitej trzeźwości jej sporo brakowało.

     – Napijesz się? – zapytała i otworzyła barek.

     Dostrzegłem wina, wódkę, gin i oczywiści whiskey. Nic specjalnego. Nalała sobie szklankę Johny Walkera za sześćdziesiąt dolarów i wrzuciła dwie kostki lodu. Podszedłem do niej i zabrałem szklankę.

     – Przywiozłem cię i masz iść spać, nie będziesz pić.

     I w tym momencie mnie zaskoczyła. Zobaczyłem w jej dłoni pistolet.

     – Oddawaj, bo cię zastrzelę.

     Nie miałem pewności czy mówiła poważnie. Raczej nie chciała mnie zabić, ale nadal miała procenty w sobie. Poruszyłem dłonią ze szklanką. Dała się złapać. Skierowała tam wzrok. Odebrałem jej broń.

     – Idziesz spać! – powiedziałem ostrzej.

     Znowu mnie zaskoczyła. Poczułem jej usta na swoich, a szlafrok się rozsunął. Może przypadkowo. Musiała umyć zęby, bo nie czułem nic niemiło pachnącego z jej ust. Nie miałem ochoty jej całować. Szybko odchyliłem twarz. Spojrzała na mnie naprawdę trzeźwo.

     – Pieprzyłeś mi smutki, że nie jestem koszmarna. Te lezby, które pieprzę, też mnie nie lubią, ale tylko przed. A wiesz dlaczego? Bo jestem zdolna w te klocki.

     Poczułem się dziwnie. W ostatnich dniach za dużo się działo, dobrze, że Kamila nie chciała ode mnie niczego, ale ona naprawdę kochała Georga. A ja miałem problem. Naprawdę nie uważałem Rozalindy za brzydką. Może dlatego, że dostrzegłem coś dobrego w jej wnętrzu. Bo pod maską twardej i brutalnej osoby tkwiła inna istota.

     – To nie tak. Mam żonę...

     Spojrzała mi w oczy.

     – Przysięgnij, że nie całowałeś nigdy innej kobiety od czasu ślubu, bo inaczej nie uwierzę. Wiem, że jestem koszmarna, a ty mnie oszukałeś.
     – To bardziej skomplikowane...
     – Czyli mnie oszukałeś...
     – Nie.
     – Dobrze całuję, naprawdę.
     – Rozalindo...

     Uparta baba. Znowu mnie pocałowała, tym razem, zanim przerwałem, poczułem jej język na swoim.

     – Przestań!
     – W takim razie powiedz, że jestem brzydka i pasuję.

     Stała zupełnie naga, bo szlafrok leżał na drewnianej podłodze. Miała naprawdę zgrabne ciało.

     – Nie patrz na twarz, ciało mam niezłe.

     Wkurzyła mnie. Nie wiedziałem, jak postąpić.

     – Nie powinnaś błagać.

     Chyba wybrałem najgorszą opcję.

     – Błagać! Jak śmiesz! Co sobie myślisz? Jestem kobietą. Zła, czasem okrutną, ale kobietą. Spierdalaj! Wynoś się kłamco!

     Zaczęła mnie okładać po twarzy otwartymi dłońmi. Musiałem to skończyć. Nie miało dla mnie znaczenia, jak wygląda, z pewnością nie była odrażająca. Gdyby nie blizny, wyglądałby zupełnie dobrze, ale nie chodziło o to. Czułem jej ból. Złapałem jej głowę i zacząłem całować usta w bardzo namiętny sposób. Chwilę czułem zaskoczenie. Oddawała mi pocałunek, ale wciąż niepewna. Odrzucona i oszukana. Musiałem to zmienić. Całowałem dalej. I czułem zmianę. Chyba uwierzyła. W moje słowa, a potem w siebie. Nie hamowałem jej. Pozbyła mnie góry, całowała i drapała tors. Dosłała się do spodni. Po chwili już nic nie miałem na sobie.

     – O kurwa, ale armata. Twoja żona jest szczęściarą.

     Zamknęła się i zajęła się moją dość wrażliwą częścią. Albo miała nadzwyczajne zdolności, albo się bardzo starała. Albo jedno i drugie.

     – Dobrze to robię? Nienawidzę nazwy: robić loda.

     Co miałem odpowiedzieć? To ja miałem ją przekonać do końca, że nie jest okropna. Widziałem, że mnie chce, ale nie było to tylko samą fizycznością.

     – Dobrze – powiedziałem tylko tyle. Wiedziałem, że nie kupi tanich kłamstw, że jest cudowna lub, że jest najlepsza na świecie. Może troszkę ustępowała Dianie. W każdym razie wkładała w to serce.
     – Moje panienki są czyste, gwarantuje. Weź mnie, jeżeli naprawdę nie czujesz obrzydzenia.
     – Rozalindo, przestań. Już ci mówiłem.
     – Zgwałcili mnie, kiedy miałam jedenaście lat. Potem było lepiej, ale wciąż ktoś chciał, a nie ja. Potem ich znalazłam i zabiłam i przysięgłam sobie nigdy nie dotknąć faceta, aż do dzisiaj. Przekonaj mnie, że męski ród to nie banda egoistycznych skurwysynów. Mam nadzieję, że twoja żona mi wybaczy.

     Jej oczy nie błagały, ale czy mogłem odmówić? Bardziej już powinienem Chloe, kiedy chciał doprowadzić do zbliżenia.
Czy mogłem przypuszczać, że wizyta w Nowym Jorku do tego doprowadzi?
Popchnąłem ja delikatnie na łóżko. Widziałem radość w jej oczach.
Przez następne dwie godziny udowadniałem, że nie wszyscy mężczyźni są źli, chociaż przecież nie byłem w porządku do kobiety, którą kochałem. Natomiast Rozalinda od momentu, kiedy uwierzyła, że mówiłem prawdę, dawała z siebie wszystko. A miała co dawać. Trudno porównywać, ale wiedziałem jedno. Ani Koi, ani Diana, ani nawet Chloe nie chciały tak dać siebie, jak ta kobieta. I nie robiła tego w sposób ordynarny. Powiem, że więcej w to wkładała serca niż ciała. Podobnie jak Chloe chyba chciała zapamiętać jedynego mężczyznę w życiu, który dał jej rozkosz. I co dziwne, poza początkowym całowaniem nie tylko ust, robiliśmy tylko to, co najbardziej powszechne. Chociaż, gdybym tylko chciał, dostałbym z radością wszystko. Czy to, co najbardziej lubiłem? Nie wiem...

     Dopiero potem zasnęła. A ja myślałem o tym, kim jestem. Nabrałem na tyle słabości do niej, że nie chciałem po prostu wstać i wyjść. A ona widocznie wyczuła i otworzyła oczy.

     – Wiem, że nie należysz do mnie. Wiem, że pewnie cię już nie zobaczę. Powiem ci coś Euri. Jesteś dobrym człowiekiem. Być może i ja stanę się dzięki tobie lepsza. Dzisiaj, a w zasadzie teraz coś mi uświadomiłeś. A wiesz dlaczego, bo dałeś mi trochę uczucia, może więcej niż trochę. Ci tak zwani sprawiedliwi by to potępili. Może się mylę, ale kobieta, z którą jesteś, to zrozumie. Że nie tylko jej nie zdradziłeś, ale że może być dumna, że ma takiego człowieka. Jesteś wyjątkowy. Wierz mi, że nie kłamię. Pozwól mi pocałować cię na pożegnanie, dobrze?

     – Tak, zrób to.

     Po chwili patrzenia w moje oczy i dotykaniu mojej twarzy zaczęła mnie całować. Zamknąłem oczy i czułem jej radość i ból. Czułem jej łzy. W końcu skończyła.

     – Dziękuję Euri. Wracaj do domu i bądź szczęśliwy.

     Wziąłem taksówkę i pojechałem do centrum. Chodziłem po wielkich sklepach i oglądałem rzeczy, których nie chciałem kupić.

Sapphire77

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i thrillery, użył 3522 słów i 20334 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Jakub

    Bardzo ciekawy rozdział, szczególnie ze względu na postać Rozalindy. Z pozoru bezwzględna i groźna kobieta okazuje się kimś znacznie bardziej wrażliwym i poranionym przez życie. Podoba mi się to stopniowe odkrywanie jej prawdziwego oblicza. Zakończenie skłania też do refleksji, czy dobre intencje mogą usprawiedliwiać moralnie trudne wybory.

    10 godz. temu

  • Użytkownik Sapphire77

    @Jakub W sumie to pierwszy odcinek, gdzie przedstawiłem Roz. Zapraszam do przeczytania całości, troche to potrwa. Najdokładniej opiuje Euri czyli Deszcz w języku Basków, ale dla całości opowiadania przedstawiam ludzi, ktorzy pojawiają się w jego życiu. Diane, Chloe. Remi, Hayze( Wiatr po Baskijsku) Betty, Koi( Milosc po japonsku) I Kenshin- Omura mistrz I nauczyciel buddyjski. Jest jeszcze Aisha. Milosc Chloe. Moim zdanie warte poczytania opowiadanie. Tasiemiec, ponad 200 stron. Jesli ci sie uda nie musisz komentowac kolejnych. Wystarczy, ze skomentujesz calosc I mozesz w wiadomosciach. Oczywiscie mozesz. Nadal uwazam ze opowiadanie o Elzbiecie I Wiktorze to jedno z bardziej interesujących na lolu. Nie odblokowała...

    10 godz. temu