– Tak, miałem powiedzieć to Tracy w przyszły weekend.
– Jak mogłeś ją dotykać i całować?
– Tak, to było dziwne. Pewnie jestem nic niewartym samcem.
– Przestań gadać bzdury. Gdybyś był napalony, to pewnie dawno już byście to mieli za sobą.
Mimo lekko agresywnego tonu Scott nie zamierzał się z nią zgodzić w tej kwestii.
– Myślę, że ani ja tego nie chciałem, ani ona i moje ewentualne starania w tym kierunku nic by nie dały.
Jednak Jane nie pasowała, parła naprzód, mimo że Scott nadal nie wiedział, do czego ona zmierza.
– A więc brałeś pod uwagę, że możesz się z nią przespać.
– Tego nie powiedziałem...
– Powiedziałeś: moje ewentualne starania. Słyszałam.
Tym razem Scott odpowiedział błyskawicznie.
– Wiem, że to nie uczciwe i głupie, ale od wielu miesięcy, jeżeli byliśmy w sytuacji bardziej intymnej, wyobrażałem sobie, że to ty. Z drugiej strony nie chciałem posunąć tego dalej, bo wiedziałem, że to nie ty.
Jane otworzya szerzej oczy.
– Fantazjowałeś o mnie, kiedy nie byłeś z nią?
– Co wieczór. Co miałaś, na myśli mówiąc, co sobie o tobie pomyślę?
Jane po jednej sekundzie zapomniała o taktyce. Bez względu na konsekwencje chciała mu to powiedzieć.
– Jesteś strasznie głodny, czy trochę wytrzymasz?
– Przecież nie jestem dzieckiem, mów.
Jane spojrzała na niego inaczej niż do tej pory, ale nadal nic nie rozumiał. Podeszła do niego i wzięła go za rękę. Poszli na górę. Otworzyła drzwi.
– To mój pokój.
– Wiem, byłem tu kilka razy.
– Ale nie byłeś nigdy w takiej sytuacji jak teraz.
– Tak, to prawda. Jane, jeżeli mogę prosić, wytłumacz mi.
– Tak, właśnie się staram. Jak już powiedziałam, jestem raczej wstydliwa.
– Zauważyłem.
– Nie jestem dziewicą.
– Och! Więc był ktoś przed Jacksonem.
Jane się uśmiechnęła. Zrobiła minę i pokazała prawą dłoń.
– Nie bardzo rozumiem?
– Jak wiesz gram na fortepianie i mam długie palce.
– Nadal nie rozumiem.
Jane podeszła i pocałowała go delikatnie w usta.
– Muszę ci powiedzieć, bo się nie domyślisz. Miałam czternaście lat i sama to zrobiłam któregoś wieczoru. Dotykałam się. Rozumiesz?
– Tak, też to czasem robiłem.
– Kurwa – Jane chyba puściły nerwy.
– To cię raczej nie kwalifikuje... do takiej nazwy
– Scott albo przestaniesz, albo coś się stanie złego. Nie widzisz, że chcę ci coś powiedzieć i nie wiem jak?
– To powiedz, przecież cię kocham i nic tego nie zmieni.
– Dobra, sama nie rozumiem. Wydawało mi się albo miałam uczucie do Jacksona. Jestem dość pobudliwa seksualnie. Dość mocno się podniecam, aż dziwne, że przy nim tak się nie czułam. Wręcz przeciwnie. Nie kocham cię, ale wierzę, że to może się stać szybko.
– Byłoby miło.
– Chcesz mnie?
Scott czuł, jak jego dolna szczęka opada.
– Bardzo, ale...
– Żadne, ale. Chcesz mnie czy nie?
– Chcę.
Jane podeszła do niego delikatnie stawiając stopy.
– Chodzi o to, że od momentu jak mnie pocałowałeś cała płonę i chcę tego jak jasna cholera. Sam zobacz.
Scott poczuł, że zielonooka bierze jego dłoń i kładzie na swoich napiętych brodawkach.
– Czujesz?
– Tak robią wrażenie twardych.
– Nie robią wrażenia, tylko są. Jeszcze gorzej, albo lepiej jest tu.
Jak w zwolnionym filmie zobaczył, że Jane umieszcza jego prawą dłoń na swojej wilgotnej intymności.
– Jane nie masz bielizny.
– Miałam, tylko zdjęłam niedawno, bo zdecydowałam się dać ci do zrozumienia co się ze mną dzieje.
– Jane, myślę, że jesteś bardzo odważna.
– Nie wiem, jaka już naprawdę jestem. Mój jedyny kłopot tej chwili jest taki, co sobie pomyślisz o mnie. Wiem, że mnie kochasz, bo ci wierzę i zaczęłam nareszcie rozumieć niektóre twoje gesty i spojrzenia. Chodzi tylko o to, że w tej chwili cię nie kocham, natomiast bardzo tego chcę z Tobą.
Tym razem Scott powiedział coś, co poczuła jak najsłodszy balsam.
– Kocham Cię. To jedyna myśl, jaką mam od wielu miesięcy. Wybacz mi, że ci tego nie powiedziałem wcześniej. Rozumiesz sama, że...
Jane nie dała mu dokończyć. Jej usta miały posmak świeżego owocu zroszonego wodą.
– Zrób coś ze mną, proszę.
Scott wziął ją na ręce i postawił nogę na pierwszym schodzie na górę.
– Scott, zmęczysz się, a wolałabym, żebyś miał dużo siły. Wybieraj, kanapa w salonie albo stół w kuchni.
– Jane, jesteś jak wulkan.
Skierował kroki do salonu...
Przez dwie godziny odwiedzili kuchnie, pralnie, łazienkę na dole, jej sypialnie i łazienkę na górze. Za każdym następnym razem Scott dziwił się, że to jest następny raz. Było jednak coś, co dziwiło go najbardziej. Jane. Wybuch lawy mógł się schować. Sztorm na morzu albo huragan na lądzie zdawał się przy niej być niczym. Chłopak nie pojmował, jak gorąca kochanka jest ta śliczna i subtelnie wyglądająca nastolatka.
– Chodź, zrobię ci coś jeść i tym razem nie spalę. Chyba że chcesz poczekać i podam ci do łóżka.
– Dobrze, zejdziemy na dół.
Jane założyła szlafrok, a Scott spodenki. Na dole w kuchni Jane kolejny raz go zaskoczyła.
– To biały jedwab, nie chcę go pochlapać pomidorowym sosem.
Zrzuciła szlafrok i założyła tylko fartuszek. Scott po chwili nie mógł się skupić. Tym bardziej że dziewczyna tym razem uważnie mieszała i co chwilę rzucała mu spojrzenia pełne uśmiechu.
Scott spokojnie patrzył na nią. Poprzednio byli zbyt blisko, żeby dostrzegł jej nienaganną figurę.
Widział wszystko z bliska. Nie tylko widział, ale czuł skórę w różnych miejscach. Czuł w dotyku i zapachu. A teraz zaspokajał zmysł wzroku widokiem jej zgrabnych nóg, małych pośladków, wąskich bioder i dwóch ślicznych dołeczków. Podziwiał nie tylko atrybuty seksualne. Kochał ją, a więc i jej ciało. Czuł rozkosz, patrząc na jej łopatki, łydki i kostki u nóg. Jane musiała wyczuć, że ją obserwuje. Nałożyła pachnącą pastę z makaronem, postawiła napój mango w wysokiej szklance i zdjęła fartuszek.
– Jedz i patrz, możesz?
– Tak kochanie – szepnął.
Wkładał do ust pyszne jedzenie, a oczy podziwiały równie cudne widoki. Wiedział, że kocha w niej wszystko. Biodra, kolana, małe piersi z ciągle sztywnymi jasnymi brodawkami. Kości obojczyków i miedziany lasek na dole brzucha. Uwielbiał jej wielkie zielone oczy i pieprzyk w okolicy pępka. Stała i patrzyła jak je. Na jej buzi panował niezmiernie uśmiech spełnienia.
– Byłeś wspaniały – szepnęła. Mam jeszcze owoce. Co byś chciał? Truskawki, świeże maliny i winogrona?
– Weź wszystko do półmiska i zjemy razem w sypialni, dobrze?
– Dobrze, kochanie.
To słowo zabrzmiało jak cudowny śpiew słowika. Zauważyła jego błogość na twarzy i zapytała.
– Czy wielokrotny orgazm może przyspieszyć zakochanie się?
– Nie wiem, kochanie.
– Chyba może – odrzekła cicho. – Czuję się cudownie. I ty jesteś źródłem tego błogostanu.
– A ty nie jesteś głodna?
– Wiesz, może to zabrzmi nieprawdziwie i zbyt romantycznie, ale po kochaniu z tobą jestem spełniona i napełniona jakimś cudownym pokarmem. Naprawdę. Powinnam myśleć teraz o tym jako o ostatniej rzeczy, ale nadal cię pragnę. Nie martw się, jeżeli nie będziesz w stanie.
– Myślę, że będę. Sam nie wiem jak to możliwe.
Po kilku minutach poszli na górę z półmiskiem świeżych owoców. Jane usiadła na brzegu łóżka i zaczęła wkładać mu winogrona do ust. Postanowiła pozostawić maliny na koniec.
– Mogę sam?
Spojrzała z lekkim smutkiem i skinęła głową.
– Nie masz powodu do smutku, szczególnie jak się dowiesz, co miałem na myśli. Możesz się położyć?
Dziewczyna zrobiła to z wyrazem lekkiego zdziwienia na buzi, ale Scott nie trzymał jej długo w niepewności. Zaczął układać owoce na jej ciele. Z uwagi na warunki najwięcej położył na jej brzuchu i biodrach. Położył winogrona na oczach, maliny na ustach. Potem zbierał to ustami. Jane czuła się wspaniale. Jednocześnie myślała, że chłopak jest niezwykle subtelny.
Kiedy to pomyślała, on jakby wyczuł, uśmiechnął się i zapytał.
– Mogę poukładać w innych miejscach?
– Możesz, wszędzie gdzie chcesz.
Tym razem ona go wyczuła i szepnęła.
– Muszę się inaczej ułożyć, żeby nie pospadało.
– Czytasz moje myśli, kochanie, to nie będzie potrzebne. Wiesz, że zamierzam być architektem, a w moim zawodzie trzeba dostrzegać i wykorzystywać nierówności terenu.
Jane drżała z podniecenia, kiedy Scott z niezwykłym wyczuciem układał owoce w najbardziej intymne części. Kiedy pozjadał, już wszystkie wiedziała, że zaraz znowu będą blisko. Bardziej rozluźniona niż poprzednio czuła, że naprawdę rozkosz fizyczna przyspiesza stan zakochania się. W niedziele rano była prawie pewna, że kocha Scotta. I to już na zawsze.
Dopiero w środę po południu Scott zadzwonił do Jacksona. Po kilku minutach wymienili pozornie nie tak ważne informacje, które utwierdziły ich w przekonaniu, że są nadal przyjaciółmi. Następnego dnia dziewczyny ze sobą rozmawiały. Tego samego dnia wieczorem Scott rozmawiał z Tracy. Oboje nie czuli napięcia.
– Hej Tracy.
– Hej. Czemu czekałeś aż cztery dni?
– Sam nie wiem. Jesteś szczęśliwa?
– Bardzo, a ty?
– Też. Czy sądzisz, że Jackson i Jane są gotowi pogadać?
– Jackson tak, nie wiem, czy Jane jest.
– Powiedz mu, że jest. Wypadałoby, żeby on zadzwonił.
– Dobra, powiem mu.
Po kilku minutach Scott poinformował o tym swoją miłość. Jane czuła lekkie zdenerwowanie. Odebrała.
– Hej, Jane.
– Hej.
– Wybaczysz mi?
– Wiesz co, Jackson. Chyba dobrze się stało. W sumie mam nadal do ciebie to samo uczucie. Może to jest forma miłości. Dobre jest to, że nic między nami nie doszło na poziomie intymnym. Oczywiście nie żałuję pocałunków. Ty?
– Wiesz, że nie. To była bardzo dziwna sytuacja. Myślę, że się szanowaliśmy i byliśmy i jesteśmy nadal przyjaciółmi. A teraz jesteśmy z właściwymi osobami.
– Tak Jack. To prawda. I cieszę się, że nadal jesteśmy kumplami. Może się spotkamy w piątek? Całą czwórką.
Przyjaźń została. Wzmocniła się i połączyła obie pary. Jane też zaszła w ciążę. Blisko osiemnastki obie pary wzięły ślub. Co nie zawsze ma miejsce, ale w tym wypadku, rodzice wyglądali na zadowolonych.
Po dziewięciu miesiącach obie dziewczyny urodziły córki. Jane i Scott dali swojej na imię Fala (Wave), a Jackson i Trace swoją córkę nazwali Wiatr (Wind).
I tak Wiatr i Fala zostały przyjaciółkami prawie od urodzenia. _
___________________________________
Czy jest możliwe, że niektórzy rodzą się i gdzieś tam czeka na nich bratnia dusza?
Rodzice, jak i dziadkowie nie mieli wątpliwości, że dziewczynki urodziły się dla siebie.
Bardzo bogaci rodzice czasem pragną, by ich dzieci związały się również z kimś o podobnym statusie finansowym. Jednakże może Malcolm Hergington, właściciel pięciu pól naftowych w Texasie nie był typowy pod tym względem. Małżeństwo syna z przeciętnie bogatą Trace Glenmore przyjął z radością. Kiedy Wiatr miała dwa miesiące, wyznał synowi, że od początku czuł, że to Tracy jest dla niego, a nie Jane. I wiadomość, że będzie dziewczynka, również przyjął z radością. Obie rodziny Glenmorów i Hergingtonów wkrótce się zaprzyjaźniły. W końcu stali się rodziną.
Drugie rodziny także nie miały żadnych problemów. Jane Mildok, a teraz Clark, od nazwiska Scotta była wzorem matki. Przez cztery lata cztery rodziny spotkały się kilkakrotnie. W piątym roku ich małżeństw wpływ wnuczek zaczął wzrastać. Wiatr odziedziczyła włosy po matce, ale oczy miała po ojcu. Czarne włosy i brązowe oczy. Natomiast Fala była jak mama Jane. Typowa blondynka. Błękitnooka o włosach jak pszenica.
Od najmłodszych lat dziewczynki cechowały pomysły i odwaga. Nie było drzewa w okolicy, na które by nie weszły. Uwielbiały rowery i wrotki. Obie miały charaktery jak chłopcy. Nie bawiły się lalkami. Za to uwielbiały samochody, a prawdziwą radość sprawiało im majsterkowanie. Pierwszy poważny incydent zdarzył się, zaraz, kiedy skończyły siedem lat.
Od dwóch lat sprawiły, że cztery rodziny stały się jak jedna. Były nie tylko oczkiem w głowie rodziców, ale i dziadków.
Jackson powoli przejmował niektóre obowiązki ojca. Miał dopiero 24 lata, ale uczył się szybko prowadzić wielki interes. Nie zaniedbywał Tracy ani w dzień, ani w nocy. Małżeństwo Scotta i Jane też było udane, a oni bardzo szczęśliwi. Jane miała niesamowity temperament, o czym wiedział tylko Scott. I tę cechę odziedziczyła Fala. Z wyglądu przypominała anioła, ale na tym podobieństwo z pomocnikami Boga się kończyło.
– Co dzisiaj robimy? – zapytała Wiatr.
– Jedziemy do parku. Mam ochotę na ten dąb.
– Właziłyśmy na niego w zeszłym tygodniu.
– Tak, ale obok jest wysoki świerk – odrzekła niezbita z tropu Fala.
– Ten też zaliczyłyśmy – odpowiedziała czarnowłosa.
– Mam pomysł, ale dowiesz się na miejscu.
– Nie bardzo mi się to podoba, już czuję kłopoty – rzuciła Wiatr.
– Cykor cię obleciał, Smołko.
– Wiesz, że jestem odważniejsza niż ty, Snopku.
Dziewczynki lubiły swoje imiona, ale wymyśliły sobie swoje własne. Poza najbliższymi nikt o tym nie wiedział. Stało się to w zeszłe lato. Pierwsza otrzymała imię Fala, kiedy zobaczyły żniwa. Jechały razem samochodem. Następnego dnia Fala się zrewanżowała. Jadły razem i o ile mogły, robiły wszystko wspólnie. Wszystko. Tylko jedna rzecz je różniła, ubiór. Fala lubiła sukienki i spódnice, natomiast Wiatr preferowała spodnie. I znowu jedyną osobą, która zdolna była namówić ją do założenia kobiecego ubioru była Fala.
Pogoda była idealna. Dwadzieścia stopni, lekki wiaterek. Dojechały do parku znajdującego się około trzech mil od domu Fali, na rowerach. Ponieważ się uwielbiały w wakacje i często w ciągu roku szkolnego spędzały dnie i noc w tym samym domu. Teraz od tygodnia mieszkały w domu państwa Clark.
Czarnowłosa spojrzała krytycznie na przyjaciółkę.
– Jak wejdziesz na drzewo w sukience?
Fala nie dała się sprowokować do dłuższej dyskusji.
– Liczy się technika i chęć.
Smołka spróbowała ostatniego argumentu.
– A co jak spotkamy chłopców i będą patrzeć z dołu, jak nam idzie?
– Wcale mi to nie przeszkadza.
Wiatr uśmiechnęła się zawadiacko.
– Wiesz, co mam na myśli.
Stały już pod drzewem i przygotowywały się do zadania.
– Masz siedem lat, mądralo. Nie powinnaś o to pytać, ale jak chcesz, to ci powiem. Jedno ostrzeżenie, a potem dam po mordkach.
– Mówi się po pyskach.
– Mali chłopcy jak my albo trochę starsi więc mają mordki. A co to za zadanie? Powiedziałaś, że powiesz.
– Włazimy na to drzewo, a potem skaczemy na drugie.
– Nie mogłaś od razu powiedzieć, wzięłabym spodnie. To z dziesięć metrów!
– Mówiłaś, że nie znasz strachu.
– Mówiłam, że jestem odważniejsza niż ty, to powiedziałam.
– Cholercia, wywróżyłaś.
Do drzewa podjechała czwórka chłopców. Najmłodszy miał tyle, co one, a reszta mogła mieć koło dziesięciu lat.
– Co one zamierzają? – zapytał opalony albo mający hiszpańską domieszkę, chłopak.
– Chyba będą wchodzić.
Piegowaty dziesięciolatek o rudej czuprynie uśmiechnął się głupio.
– To ja postoję pod drzewem.
Chłopcy zaczęli się śmiać. Fala faktycznie była odważna i zdecydowana.
– Macie tyle drzew, te są nasze. A czemu to będziesz stać?
Chłopcy zaczęli się śmiać.
– Nie zwracaj uwagi, Fala. Włazimy.
Dąb był wysoki na dobre czterdzieści metrów. Konar miał gruby i dopiero na wysokości pięciu metrów zaczynały się pierwsze gałęzie.
– Ej, one naprawdę chcą włazić – powiedział Hiszpan, albo pół krwi Meksykanin.
– To ja poczekam, aż ta blondynka wejdzie – rzekł rudy.
Fala podeszła do niego.
– Ty, rudy! Nie masz siostry albo mamy? Wiem, co tam ci chodzi pod tą rudą czupryną.
– Mała, o co ci chodzi? Nie widzisz, że jestem, straszy. Masz szczęście, że nie biję młodszych dziewczyn.
Błękitne oczy Fali zapaliły się gniewem.
– Spadaj, póki jeszcze możesz.
– Ty, ona cię straszy, John.
– Dobre sobie, młoda go straszy – Chłopcy zaczęli się śmiać. Rudy poczerwieniał ze złości.
– Przegięłaś, mała.
Podszedł do Fali, ale zatrzymał się krok przed nią.
– Przeproś mnie albo ci wleję.
– Zostaw ją John, mają może siedem. Jesteśmy trzy lata starsi.
– Tym bardziej powinna uważać.
John popchnął blondynkę.
– Uprzedzam cię – powiedział cicho Fala.
Rudy uśmiechnął się brzydko i wycedził.
– A co mi zrobisz, chudzielcu.
Fala miała szczupłe ciało, ale aż tak chuda nie była. Gdyby tylko na tym pozostało. Blondynka miała łagodną naturę, ale do czasu. Wiatr stała ze trzy kroki z boku i nic nie mówiła. Niestety John nie był dżentelmenem i popchnął ja drugi raz.
– Nie próbuj więcej – wycedziła.
– Hej, John. Daj spokój – powiedział dziewięcioletni szatyn.
– Zamknij się Spencer, ona szuka guza.
Pozostała trójka była innego zdania, ale nie chcieli się narazić wyrośniętemu rudzielcowi. A ten wyciągnął ręce, by popchnąć Fale po raz trzeci. Dziewczynka nie pozwoliła na to. Kopnęła go dość mocno w bardzo wrażliwe miejsce. Chłopak zmienił się na twarzy.
– Snopku, nie – szepnęła Wiatr.
Brunetka czuła, co chce zrobić jej przyjaciółka, lecz widocznie rudy był skreślony w oczach Fali. Zaciśniętą pięścią walnęła go w nos. Chłopak poleciał na ziemię, a z nosa zaczęła lecieć dość obficie krew.
– O gówniaro, teraz ci nie ujdzie! – krzyknął Hiszpan.
Wiatr nie czekała. W końcu uczyły się samoobrony. Wyskoczyła jak z procy i zanim chłopak się zdołał zorientować, dostał solidnego kopniaka w szczękę. Padł bez przytomności.
– Chłopaki, one nas leją – wrzasnął ostatni z czwórki, dziesięciolatek o brązowych włosach.
Fala miała w ręku aluminiową pompkę od roweru.
– Lepiej zmiatajcie, bo poleje się więcej krwi.
Zatrzymali się w miejscu.
– Mówiłem wam – rzekł dziewięciolatek.– Możemy zabrać rannych?
– Wiatr się rozchmurzyła od razu.
– Jasne. Ty jesteś fajny. Jak masz na imię?
– Spencer. Byłem od początku przeciwny. Czy go zabiłaś? – zapytał, patrząc na ciało Hiszpana.
– Nie myślę. Zaraz dojdzie do siebie.
Faktycznie chłopak zaczął się zbierać. Rudy trzymała się za nos i krocze.
– Jeszcze popamiętacie – wycedził.
– A co, przyjdziesz ze starszym bratem? Ma jakąś broń, bo mój tata ma.
– One są szalone – wysapał szatyn. Zwiewamy.
Po chwili odjechali powoli na rowerach.
– Będzie wpadka, Snopku – powiedziała brunetka.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.