Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Sztorm serca cz. 7

Miesiąc później.

     Wszystko dochodziło do normy. Scott odwiedził dwa razy Tracy i Jacksona.

     – Widzieliście Wiatr? – zapytała w czasie pierwszej wizyty.
     – Nie. Nie odzywa się, zmieniła numer telefonu. Ona bardzo kochała, Falę. Cały czas mamy nadzieję, że któregoś dnia się odezwie.
     – Odwiedziła mnie miesiąc temu.

     Rodzice ożywili się.

     – Dopiero teraz mówisz, co? Mów.
     – Przyszła na bardzo krótko, wyglądała dobrze. Powiedziała to samo co na pogrzebie.
     – Miała do ciebie nadal uraz i żal?
     – Nie podziękowała mi, za uratowanie, ale powiedziała, że nie ma żalu. Sądziłem, że tak jak Jane nie może się pogodzić, iż uratowałem ją zamiast Fali, ale nie, powiedziała tylko, że nie ma żalu, że ją uratowałem.
     – Och, Scott. Ja jestem ci wdzięczna do śmierci, że uratowałeś naszą córkę.
     – Była bliżej. Mogłem sam zginąć. Gdyby Fala była bliżej, uratowałbym ją, a wówczas wy byście mnie nienawidzili.
     – Nie mów tak, Scott – szepnęła Tracy.

     Scott popatrzył jej prosto w oczy i powiedział.

     – Nie wiesz tego na pewno. Jane jest, w tym samym stanieje, jeżeli chodzi o mnie. Nie rozmawia, nie zostawia wiadomości, ale wiem, że zaczęła pracować. Mogę mieć tylko nadzieję.


_______________________________________________________________________________
     


     Tymczasem Wiatr zrobiła małe zmiany w domu. Przywiozła kilka pilśni, śrub i parę desek. Od razu wzięła się do pracy. W końcu od małego lubiła majsterkować. W szafie zrobiła drugą ściankę. Kiedy skończyła, zaczęła mocować pineskami wycinki z gazet.

_________________________________________________________________________________


     Dzień pracy Jane był wypełniony. Wstawała o siódmej. Po porannych czynnościach jadła i szła do pracy. Pracowała od ósmej do siedemnastej. Jadła zawsze na mieście. Wracała do domu o godzinie osiemnastej trzydzieści. Mieszkanie kosztowało 1200 dolarów na miesiąc. Miała pieniądze i mogła nie pracować. W szafie miała siedem zestawów takich samych ubrań. Wyjątek stanowiła jedna zielona i jedna biała suknia z jedwabiu. Poza szafą, stołem i jednym krzesłem i łóżkiem nie miała nic. Na gołych ścianach nie miała żadnych dekoracji. Jedynie powiększone zdjęcie Fali. Od siódmej wieczór do północy wpatrywała się w zdjęcie nieżyjącej córki.


_________________________________________________________________________________


     Oliver Sobczak spojrzał do góry. Na niebie widać było drobne obłoczki. Właśnie opuścił wiezienie. Odsiadywał cztery lata. Za dobre sprawowanie skrócono mu karę ośmiu lat wiezienia. I za co? Że kilka razy uderzył żonę i jej syna? Bo, mimo że się zaklinała, że to jego, nie miał pewności. To dzięki niej tu siedział.

     Oskarżyciel miał nieco inne zdanie. Akt oskarżenia mówił o notorycznym znęcaniu się nad byłą żoną i synem. Twierdzili, że badanie krwi całkowicie potwierdza ojcostwo. Jedenastolatek podniósł na niego rękę i chciał bronić matki. O tym Oliver też dobrze pamiętał. Miał trochę pieniędzy, których niesprawiedliwy system go nie pozbawił. Zamierzał poszukać pracy. Obrońca obiecał pomóc. Na razie ciemny, czterdziestodwuletni szatyn zamierzał się trochę rozerwać. Brakowało mu tego. Na trzeci dzień zamknął drzwi wynajętego pokoju i ubrany w jeansy i ciemną koszulę, poszedł poszukać towarzystwa. Nie cierpiał kobiet, ale potrzebował tego, co mają między nogami.

     Sądził, że to wszystko przez matkę. Pamiętał, że zawsze śmierdziała wódką. Ojca w ogóle nie pamiętał. Nikt się nie dowiedział, że kiedy miał szesnaście lat, wlał jej trochę więcej niż trzy czwarte litra taniej brandy do gardła. Była zdrowo pijana już wcześniej, ale zostało w niej dość siły, żeby protestować. A potem się uspokoiła. Stwierdzono przedawkowanie alkoholu, a młodego Oli umieszczono w domu opieki. I niestety tam nie wszyscy byli mili. Szczególnie ruda Klara Wice.

     Poszedł w znajome miejsce.

     – Szukasz towarzystwa, kowboju? – prostytutka klasy D, z przesadnie umalowanymi oczami i ćwierć calową warstwą pudru zagadnęła go odważnie.

     O tak! Lubił wysokie buty i kapelusze. W końcu pochodził z miejsca, gdzie słyszał od rana do wieczora porykiwanie krów.

     – Jesteś za chuda, potrzebuję trochę ciała.
     – Tam nie jestem taka – uśmiechnęła się szeroko, że zdołał dostrzec ubytki w uzębieniu.

     Oliver ocenił ją w sekundę. Jej zbyt szczupła figura miała powody. Heroina. Zostawił chudą brunetkę. Minął następną. Nawet nie słuchał, co mówiła. Zobaczył to, co szukał. Idealna. Lekko przy kości, ale nie gruba. Jasna cera i włosy. Płomienna marchewka. Miała krótką spódnicę i czarne pończochy. Czerwoną bluzkę opinające duże piersi. Czy to możliwe? Wyglądała jak Klara Wice. Oczywiście to nie mogła być ona. Klara Wice zginęła w wypadku samochodowym. Ponoć hamulce wysiadły. Oliver od czternastego roku życia lubił wszystko naprawiać, co miało, chociaż odrobię zapachu smaru lub oleju. Dlatego sądził, że z pomocą tego urzędnika dostanie pracę w jakimś podrzędnym zakładzie samochodowym.

     – Ile bierzesz? – zapytał krótko.

     – Stówka, pełny serwis. Połowa za loda.

     Sobczak się uśmiechnął.

     – Dam ci pięćdziesiąt za pierwszy numerek. A za drugi ty mi zapłacisz, bo tak ci dogodzę.
     – Odpoczywałeś długo, rozumiem. – Uśmiechnęła się, bo jej doświadczenie szeptała, że właśnie złapała klienta. Zgodziłaby się i za dwadzieścia pięć, od rana to pierwszy chłoptaś.

     – Cztery wiosenki. Podobasz mi się. Jak masz na imię?
     – Maggi.
     – Dobra, szkoda twojego i mojego czasu. Mieszkam niedaleko.

     Kobieta mogła mieć koło trzydziestki, ale wykonywany od trzech lat zawód dodał jej kilka lat. Otaksowała go pozytywnie. Patrzył śmiało w oczy i wyglądał, że zapłaci. Oczywiście jego wypowiedź wzięła za żart. Chuda spojrzała z nienawiścią na Maggi, ale ta odwzajemniła się tylko uśmiechem i środkowym palcem w górę.

     – Jesteś głodna, Maggi? – Kobieta popatrzyła na niego uważniej.
     – Stawiasz kolację?
     – Na razie zamówię pizze, może potem.
     – Dobre i to – odrzekła.

     Po piętnastu minutach byli na miejscu. Maggi miała stary duży samochód. Oliver domyślił się, że jest to jej czasowe miejsce pracy. Pierwszy raz był miły. Maggi miała nawet niezłe ciało. Oliver dostrzegł tylko kilka siniaków.

     – Nie oceniasz się za nisko. – Pokiwał głową zadowolony. Trochę mu ulżyło na krzyżu, teraz zamierzał zrobić coś dla przyjemności.

     Wyjął pięćdziesięciodolarowy banknot.

     – Mam propozycję. Dam ci jeszcze setkę, jeżeli dasz mi się pobawić, jak lubię.

     Wyjął jeszcze dwie pięćdziesiątki. Ruda uśmiechnęła się nieznacznie.

     – Co zamierzasz? – nadal nie zmieniła zdania o gościu, który nawet dał jej mała przyjemność.
     – Wiesz, lubię uległe kobiety. Co powiesz na parę klapsów?
     – Ale nie mocno, miałam paru gości, którzy byli zbyt brutalni. Mam opiekuna, rozumiesz.

     Sobczak znała się na blefach. Maggi nie miała nikogo.

     – Tak, nie będzie mocno i będę na ciebie mówił Klara. To dla mnie ma duże znaczenie.

     Spojrzała na niego.

     – Dobra, masz pół godziny. – Schowała dwie podobizny prezydenta Ulyssesa Granta, do schowka w biustonoszu i uznała, że dzisiaj ma szczęśliwy dzień.
     – Połóż się na brzuch, masz niezły tyłek. – Kiedy kobieta to zrobiła, skrępował jej ręce paskiem i przywiązał do oparcia łóżka.
     – Nie mówiłeś nic o wiązaniu.
     – Nie mówiłem o wielu rzeczach.

     Maggi poczuła strach.

     – Rozwiąż mnie i zabierz swoją forsę. Dzisiaj dostałeś gratis.
– Nic się nie bój, przecież 150 $ piechotą nie chodzi. Opowiem ci, kim była Klara. Wychowywała mnie i był bardzo ostra. A ty jesteś do niej podobna, bardzo podobna. – Zaczęła się bać i to na poważnie, kiedy Oliver przywiązał jej jedną, a potem drugą nogę do pozostałych rogów łózka.

     Maggi słyszała, że facet się oddalił, otworzył szafę, ale nie widział, co wyjął. Zaczęła szybciej oddychać. Usłyszała świst i w tym samym czasie poczuła uderzenie.

     – Miało być lekko – jęknęła.
     – Zamknij się, bo ci zaknebluję buzię. Jeszcze dwa razy.

     Oberwała drugi raz. Zagryzła wargi i poczuła łzy na policzku. Sobczak wpatrywał się w jej intymność. Uniósł biodra i podłożył dwie poduchy. Trzeci raz dostała, ale nie w pośladki, które miały już dwie czerwone pręgi. Poczuła okropny ból. Uderzył ją w najbardziej czułe miejsce.

     – Ty zboczony skurwysynu.
     – Już po wszystkim, maleńka. – Rozwiązał jej ręce, a po chwili kostki nóg. Miał zadowolony wyraz twarzy.

     – Po boli i przestanie, a forsa zostanie.

     Maggi wytarła ręką łzy i syknęła.

     – Zbok!

     Chwycił ją za szyję i szepnął.

     – Mogę nie być miły.

     Kobieta ubierała się pospiesznie.

     – Wiesz, jak to boli, debilu? – wciąż czuła piekący i ostry ból w kroku.

     Sobczak uśmiechnął się szyderczo i wycedził.

     – Skąd mam wiedzieć, nie mam tego, co ty. – Maggi doszła do drzwi.
     – Spotkamy się za tydzień? Może coś dorzucę – zapytał.
     – Bardzo wątpię.

     Otworzyła drzwi i się wystraszyła. Za drzwiami stała smukła postać ubrana na czarno. Miała maskę na twarzy. Maggi oglądała czasem filmy. Postać wyglądała jak wojownik ninja.

     – Spadaj – odrzekła niskim głosem zamaskowana postać.

     Wystraszona kobieta pobiegła do samochodu. Jej intymność pulsowała z bólu.

     – Co jest kurwa, co tu robisz? – Sobczak rozejrzał się za czymś metalowym. Dostrzegł nóż, którym kroił pizzę. Postać stała nieruchomo. Złapał nóż i poczuł się raźniej.
     – Kim jesteś, kurwa! Zaraz cię nieźle poszatkuję.
     – Twoim sumieniem. – Zamaskowana postać odrzeka już normalnym głosem.

     Sobczak zaatakował szaleńczo. Pierwszy raz od wielu lat poczuł strach. Uderzył prosto. Postać zrobiła unik i po chwili poczuł ostry ból łamanego nadgarstka. Stał lekko zgięty i sparaliżowany bólem.

     – To za lekka śmierć dla ciebie, zły człowieku. – Teraz strach sparaliżował go całkowicie.
     – Za Kristel, Matta i za Klarę Wise – szepnęła osoba w msce

     Szybki prosty cios prawą dłonią zmiażdżył mu Jabłko Adama wraz z tchawicą. Zanim dosięgnął podłogi, był już martwy.

     Kiedy Maggi przeczytała w lokalnej prasie o zabójstwie, chciała zawiadomić policję, ale ostatecznie tego nie zrobiła.

     – Jest sprawiedliwość na świecie, pewnie sobie zasłużył – uśmiechnęła się pod nosem i spłynęła z pogardą.

     Co jakiś czas znajdowano zwłoki. Wypuszczonych przed wcześnie pedofilów, tych, którzy znęcali się nad żonami. Tylko jeden przypadek nie pasował. Trzydziestoośmioletni Trawis Gunrock zakatował swojego psa. Ukarano go 500 dolarową grzywną. Adwokat bronił swojego klienta argumentami, że pies był nieposłuszny i agresywny. Dwa tygodnie później ciało adwokata Gunrocka znaleziono martwe u podnóża klifu, kilkadziesiąt kilometrów od LA. Większość nie łączyła tego z przypadkiem Trawisa G. Mecenas Overlock lubił górskie wspinaczki. Wyglądało to na zwykły wypadek.

     Detektyw Roger Moor patrzył na lokalizację siedmiu morderstw.

     – Ktoś poprawia system karny – powiedział cicho do siebie.

     Do jego gabinetu wszedł szef.

     – Jakie postępy, poruczniku Moor.
     – Ciężka sprawa. To duch. Nie zostawia śladów. Musi znać sprawy, ma dostęp do tajnych akt.
     – Czy mamy czego się chwycić?
     – Ten osobnik jest obeznany ze sztukami walki. Komandos, członek ochrony rządu. Bardzo silny facet.
     – Czemu taki wniosek?
     – Proszę spojrzeć, kapitanie Craford. Gregory M. Molestował chłopców. Nikogo nie zabił. Ponad sześć stóp wzrostu. Sto dwanaście kilogramów. Wysportowany. Kawał chłopa. Numer kołnierzyka 48. Kark jak u tura. Złamanie kręgów szyjnych. Prawie bezbolesne.
     
     – Tak, ale miał jeszcze inne ślady przemocy. Zgniecenie jąder. To musiało boleć.
     – Raczej tak. Taki facet powinien siedzieć dziesięć lat, a nie dwa.
     – Sugeruje pan coś, poruczniku? Proszę pogadać z gubernatorem Kalifornii o zmianę wyroków. Jak coś będzie pan wiedział, proszę dać znać. Mam naciski z góry.

     Kiedy Craford wyszedł, porucznik jeszcze raz poparzył na miejsca zbrodni. Uśmiechnął się do siebie.
– Jestem z tobą, panie X. Ale będę cię musiał złapać.

     Zbliżał się długi weekend. Jane ułożyła cztery kanistry benzyny do swojego pick up-a. Ubrała się inaczej. Założyła czarne obcisłe spodnie z elastycznej bawełny, bluzę i trzymała w dłoni czapkę, jakiej używało się w czasie silnych mrozów. Wiedziała, że pojadą do swojego domku w lesie. Czuła spokój. Miała świadomość, że to morderstwo, ale obiecała im zapłacić za śmierć jej ukochanej córki. I nadszedł czas zemsty. Nie myślał, czy jej się uda, czy nie. W momencie śmierci Fali, jej życie straciło sens. A właściwie się skończyło. Zastanawiała się, czy zabić też Scotta, ale resztki jej świadomości podpowiadały jej, że to również jego córka. Czuła w środku przekonanie, że winni są Tracy i Jackson. To oni wymusili na dziewczynach, że muszą pojechać z nimi na te wyspy. Jane nie myślała o tym, że setki razy Wiatr i Fala ryzykowały życie. W jej świadomości wszystko było proste. Jackson i Tracy muszą zginąć. Potem? Miała już proszki. Trzy razy tyle ile potrzeba, żeby się nigdy nie obudzić. Nie była pewna czy spotka po tamtej stronie swoją córeczkę. Miała nadzieje, że Bóg jest tak miłosierni, jak mówiono. Tylko nie była całkowicie pewności. Bo skoro tak, to czemu zabrał jej Fale, a nie Wiatr? Sprawdziła, czy wszystko wyłączyła. Jeszcze raz sprawdziła, czy w szafie jest porządek. Jednej rzeczy nie była pewna. W jakiej sukni zaśnie. W białej czy zielonej. Pomyślała jeszcze raz o Tracy. Chciała ją tamtego dnia. Nigdy jeszcze nikogo tak nie pragnęła, ale to była inna Tracy. Bo wówczas Fala żyła. Przygotowany papier, długopis i nawet proszki miała na krześle obok łóżka. Wiedziała, co napisze, na razie kartka leżała pusta.
Dojechał po półtorej godzinie. Ostatnie dwieście metrów szła, niosąc dwa kanistry z benzyną. Mimo ciemności dostrzegła czarny Cadillac SUV. A więc przyjechali.

     Tracy siedziała na fotelu, a Jackson przygotowywał kolację. Pokój przenikały dźwięki preludium ostatniej opery Ryszarda Wagnera, Parsifal w wykonaniu orkiestry Georga Szella.

     Jane podeszła do samego okna. A jeżeli poczują zapach? Może powinna zablokować drzwi? Tylko jak? Czy zostawić list? Przyznać się? Wiatr nie miała pewności. Załadowała kanistry z benzyną, miała przygotowany specjalny kij, żeby zablokować drzwi.

     Jechała małym Chevroletem Sonomą. Jedyna myśl, która królowała w jej głowie to, że las zacznie płonąć. Przy sprzyjającym wietrze powinno spłonąć wiele hektarów i setki budynków. Nie była nienormalna, wiedziała, że nie posiada mocy, żeby spalić CAŁY świat, ale chociaż troszkę, mogła. Dojechała na miejsce. Dostrzegła czarnego Cadillaca.

     Jane wróciła do domu. Rozebrała się i ułożyła ubranie do foliowego worka. Wzięła prysznic i położyła się spać. Nastawiła komórkę na budzenie o godzinie ósmej. Fala zginęła parę minut po dziesiątej. To nie ważne, że tam był inny czas. Przed oczami miała kartkę:  Fala HeringtonCzas zgonu 10:13.
Kiedy się obudziła, umyła się, wytarła ręcznikiem i stała chwile nago przed otwartą szafą. Wzięła białą suknię. Szkoda, że Tracy nigdy jej nie chciała przyjąć. Włączyła komórkę i zaczęła przeglądać wiadomości. Jak przez mgłę czytała
Wczoraj w nocy nieznany sprawca wzniecił silny ogień w domku leśnym magnata olejowego Jacksona H., który rok temu odziedziczył i prowadził interesy po ojcu Malcolmie H. Z uwagi na wiatr i suchą ściółkę gaszenie pożaru jest utrudnione. Na razie ewakuowano mieszkańców z czterystu domów. Prawdopodobnie Tracy H. i Jackson H. zginęli przez zaczadzenie, zanim płomienie strawiły całkowicie ich leśną rezydencję. Policja prowadzi śledztwo.

     Jane próbowała zebrać myśli. A więc jednak podpaliła. Nie miała jednak całkowitej pewności czy to zrobiła. Popatrzyła jeszcze raz na fotografie Fali i wzięła proszki. Zaczęła pisać na kartce słowa. Ułożyła pieczołowicie długopis i położyła się na łóżku. Po jakimś czasie powieki zaczęły ciążyć. Zasnęła.

     Wiatr otworzyła oczy. Patrzyła w sufit. Zobaczyła, że komórka leżącą na stoliku pokazuje wiadomość. Od kogo? Przecież nikt nie zna jej numeru. Otworzyła i zmarszczyła brwi

     Twoi rodzice nie żyją. Zostali spaleni w leśnym domku. Powiedz, że to nie Ty. Scott.

     Poderwała się z łóżka. To jakiś straszny sen. Miała to zrobić, ale usłyszała głos. Jej głos.

     – Smołko nie rób tego.

     To nie mogła być halucynacja. Czyli jest gdzieś. Czy jest w niebie? Nigdy o tym nie myślała.
Skąd ma jej numer? Policja.

     – Boże, Jane. Mogłam się domyślić. – Bezzwłocznie dotknęła symbolu słuchawki.
     Wiatr, mam dla ciebie smutną wiadomość. Jane nie żyje. Wzięła środki nasenne. Jestem właśnie na miejscu. wysłuchała nagraną wiadomość.

     Czarnowłosa chciała zadzwonić i to zrobiła, ale w ułamku chwili zmieniła zdanie i nie odpowiedziała na głos Scotta. Ubrała się w jeansy i ciemno–zieloną bluzkę. Położyła komórkę na stole i na leżącej kartce napisała trzy siódemki. Wyszła do garażu i zapaliła swoją Augustę. Pojechała w kierunku centrum.

     Porucznik Roger Moor patrzył na mapę morderstw. Dodał miejsce ostatniego wypadku, a właściwie z pewnością zaplanowanego morderstwa.

     – No rusz głową Święty, bo ci odbiorą sprawę.

     Dostał takie imię, bo rodzice bardzo lubili odtwórcę Świętego, a potem Jamesa Bonda, agenta MI6, 007. Do pokoju bez pukania wszedł Craford.

     – Jakiś facet do ciebie. Przyjaciel tych, co się upiekli. – Głupi uśmiech kapitana wcale nie podobał się porucznikowi.
     – Ja do pana pukam, kapitanie.
     – Bo ja jestem twoim szefem, a nie ty moim. Rusz tą łepetyną, bo masz jeszcze trzy dni. Potem zabieram ci sprawę.– Kapitan zamknął drzwi, a po chwili Roger usłyszał pukanie.

     – Proszę.

     Do pokoju wszedł Scott.

     – Jestem Scott Clark, długoletni przyjaciel rodziny Hergingtonów.
     – Proszę usiąść. Kawy?
     – Panie poruczniku, proszę wybaczyć, ale nie mamy dużo czasu. Chodzi o życie, jednej, a może dwóch osób.
     – Może pan mówić jaśniej, panie Clark?
     – Scott, tak będzie lepiej.
     – Jestem Roger – porucznik wyciągnął rękę, ale ta zawisła w powietrzu.
     – Potrzebuję adres mojej nadal, żony i numer komórki córki Hergintonów.
     – Tak, to da się zrobić, a dlaczego?

     Twarz Scotta się zmieniła.

     – Nic nie rozumiesz, idioto. Natychmiast!

     Roger pomyślał, że facet ma jaja.

     – Jedna sekunda. Oczekuje wyjaśnień.

     Po trzech minutach mieli informację. Komórka żony nie odpowiadała, na telefonie Wiatru zostawił wiadomość.

     – Ma pan szybki samochód, poruczniku?

     Po dwudziestu minutach dotarli na miejsce. Porucznik zapukał. Po drugim razie Scott dotknął mu ramienia.

     – Mogę?
     – Proszę.

     Scott potężnym koniakiem wywalił drzwi z zawiasami.

     – Masz kopyto facet. Trenowałeś coś?  

     Scott nie odpowiedział. Podbiegł do łóżka i się zatrzymał. Porucznik już wiedział. Rzucił okiem na list.

     – A więc mamy sprawcę i powód.
     – To nie ona – szepnął Scott. – To nie jest możliwe.
     – Przykro mi Scott, ale tu jest napisane, że to ona.

     Na idealnie kwadratowym skrawku papieru widnia napis. Piękną kaligrafią.
     SPALIŁAM ŚWIAT. MOŻE MI WYBACZĄ.

     Porucznik spojrzał na zdjęcie.

     – Córka?
     – Tak. Proszę mi pozwolić opowiedzieć, a pan niech robi swoje.

     Usłyszał komórkę.

     – Wiatr, mam dla ciebie smutna wiadomość, Jane nie żyje. Wzięła środki nasenne, Właśnie jestem na miejscu. Smołko? Smołko! Dlaczego nic nie mówisz! – usłyszał, że przerwała połączenie.

Sapphire77

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 3444 słów i 20248 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Pumciak

    Sutne ale ciekawe

    Wczoraj 9:15

  • Użytkownik Sapphire77

    @Pumciak Sutne? Chciałeś napisać smutne. Może się doczekam, że napiszesz dłuższy komentach. Nie musisz jak Jakub, ale chciałbym wiedzieć co czujesz kiedy czytasz. Musiałam zabić kilku bohaterów, dla dobra moich najwazniejszych bohaterów. Zwykle nie zabijam moich bohaterów, a jesli to ich ożywiam. Tu jest inaczej. Dzieki za zzainteresowanie.

    Wczoraj 10:02

  • Użytkownik Pumciak

    @Sapphire77 jestem stu procentowym dyslektykiem i napisanie długiego komętarza jet dla mnie istną katorgom

    Wczoraj 12:53

  • Użytkownik Sapphire77

    @Pumciak Mysle, ze to wykręt. Jak ktos ma dyslekcje to I z czytaniem ma problem. I chodzi tu o pisanie reką, jezeli juz. A Ty stukasz klawisze. Jest chat GTP I poprawi. Wszyscy jak czegos nie chca zrobic, to się wykrecają. Ja nie przyjmuje wytłumaczenia. Dwójka. I przyjdziesz jutro z rodzicami.

    24 godz. temu

  • Użytkownik Pumciak

    @Sapphire77  mam bardzo stary sprzęt ja nawet nie wiem co to GTP

    21 godz. temu

  • Użytkownik Sapphire77

    @Pumciak Dobra, w porzadku bracie. Kiedyś napisałeś i wiem, że jesteś nieco starszy. Napisałem źle to jest Czat GPT. To sztuczna inteligencja, którą ja nazywam obcą. Pozdrawiam i dziękuję. Więcej nie wspomnę. Jestem pewny, że kazde opowiadanie wywołuje w ludziach inne reakcje. Przynajmniej powinno. Miłej nocy :)

    20 godz. temu