Nowy - Uniwersum Metro 2033

Zbliżała się godzina wyjścia na powierzchnię. Siwy siedział niedaleko grodzi hermetycznej i czekał na przywódcę grupy. Wpatrywał się w popękany, niegdyś biały strop i myślał.          
Dlaczego się tyle spóźnia?  
Odkleił wzrok i oparł się głową o lufę AKM-a. Zastanawiał się co znajdą w zrujnowanym mieście. Czy w mieszkaniach, naprzeciwko placu Hallera, będzie coś cennego, pomagającego w przeżyciu kolejnego dnia.
Pośród codziennego zgiełku stacji, usłyszał tupot wojskowych butów. Lewa, prawa, lewa, prawa, równy rytm.
"Pewnie Sęk" pomyślał.
Zza zakrętu wychynęła wysoka, dobrze zbudowana postać
w grubej kurcie, bojówkach i maską zwisającą z szyi. Krótko ostrzyżone, czarne włosy oraz pokaźna ciemna broda. Za nim, próbował nadążyć, młody chłopaczek. Na oko dwudziesto-paro letni. Podobny ubiór, ale fryzura zaczesana do tyłu, sięgająca karku.
Kontemplujący sufit, wstał ze skrzynki i wyszedł na spotkanie.
- Siwy, jesteś gotowy? – rzucił na przywitanie brodacz
i wypchnął chłopaczka przed siebie. – Ten tutaj, Paweł, wyjdzie z nami szukać skarbów.
- A gdzie reszta? Myślałem, że idziemy wszyscy – odpowiedział.
- Wziąłem ciebie, bo jesteś moją prawą ręką. On chce dołączyć do naszego oddziału i dlatego idzie z nami. Muszę mu pokazać niebezpieczeństwo powojennej Łodzi – uśmiechnął się.
- A potem przyjdzie zwykły wilczur i zje naszego żółtodzioba. Będziesz miał go na sumieniu, Sęk – odwrócił się i podążył do straży wrót.
Przywitali się skinieniami. Gwardziści otworzyli ogromne podwoje, które odgradzały świat zewnętrzny od podziemnego.
Grupa powoli następowała na kolejne stopnie schodów prowadzących do metra. Brodacz i Siwy w rękach ściskali kałasze, jednocześnie rozglądając się dookoła w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Paweł natomiast próbował uspokoić drżące dłonie trzymające makarova.
Rozległ się ryk. Dorośli stalkerzy dalej pilnowali swoich stron, natomiast nowy klęczał, nakrywając dłońmi głowę i łkając.
- Wstawaj mazgaju! – syknął dowódca drużyny. – Niepotrzebnie brałem cię tutaj!
- Mówiłem – odpowiedział zastępca.
Chłopak wstał nie przestając chlipać.  
Znaleźli się przy parku. Lufy skierowali na roślinność; tam najczęściej pojawiały się mutanty chcące zjeść pożywne mięso. Poczekali, aż nowy członek znajdzie się koło nich. Odwrócili się plecami do zejścia, do metra i wybrali odległy, o parę kroków, biurowiec.
Budynek, teraz w większości, w ruinie, mieścił parę tysięcy biurokratów. Dziś maksymalnie weszłoby tam pięćset czy sześćset ludzi. Jasny, beżowy kolor został zamieniony na szarość, a najwyższe piętra zawaliły się, zostawiając wyłącznie dziesięć do spokojnej eksploracji.
Młodemu ciężko było dorównać sprawnością fizyczną jego starszym mentorom. Postanowili, że nie będą robili spartańskiego treningu i zamierzyli iść chodem.
- Uważaj Paweł – odwrócił się do niego brodacz. – Możemy spotkać groźne stwory na piętrach, bądź gotów do strzelania.
Chłystek pokiwał pośpiesznie głową.
- Ale żeś to ładnie w słowa ubrał. Powiedz po prostu co go czeka jeśli usiądzie na tyłku i nakryje się – rzucił spod maski partner.
Młodziak skierował swoje spojrzenie na szefa. Ten tylko parł na przód w kierunku wieżowca.
Zatrzymali się, coś ich zaniepokoiło. Siwy powoli podniósł automat. Coś zawarczało, wszystkie lufy zostały skierowane na zarośla w ogrodzie. Obaj uspokajali swoje oddechy, żółtodziób natomiast wpuszczał i wypuszczał przefiltrowane powietrze coraz szybciej.
- Uspokój się – wyszeptał Sęk.
Nie potrafił. Czuł zagrożenie, strach i adrenalinę. Chciał pognać z powrotem do bezpiecznego podziemnego tunelu, ale stał jak wryty.
- Przestań rzęzić – tym razem odezwał się drugi.
Makarov ściśnięty, odbezpieczony. Zaraz mógł wystrzelić, przebić stopę i wywołać wrzask, przyciągający całą watahę. Jeden ze stalkerów podszedł od tyłu i wyrwał broń. Przestraszony stoi jak stał i głośno rzęzi.
Z chaszczy wyszedł jeden przerośnięty, wychudzony pies. Pokryty czarną sierścią i z wydłużonym pyskiem, skrywającym rzędy ostrych kłów. Zmierzał powoli w ich stronę, cały czas wydając z siebie przerażający dźwięk. Brodacz złapał połacie ubrania uczniaka i pociągnął go za siebie. Ten upadł i wróciła mu świadomość, zauważył zwierzaka.
- Oddajcie mi pistolet – pisnął cichutko.
Oni celowali w zbliżającą się kreaturę.
- Proszę… - znowu wydobyły się podwyższone tony. Tamci nie zwrócili na niego uwagi.
Następnie wyłonił się jeszcze jeden wilczur i kolejny. Siwy rzucił zabezpieczonego gnata koło Pawła.
- Celuj w tego środkowego – cichy, spokojny głos.
Trzęsąca ręka powędrowała do uchwytu, złapał mocno
i podciągnął do linii oczu. Nakierował muszkę i szczerbinkę na wyszczerzony pysk.
Padł strzał.
Doświadczeni wysłali serię w swoje cele. Niby psy rzuciły się do przodu. Karabiny terkotały, młody nie mógł wystrzelić. Zablokował się. Nie odbierał bodźców.
- Strzelaj mazgaju! – rzucił szybko Sęk.
Wilk wyskoczył w powietrze i wiązka pocisków ścięła go z trasy. Wylądował na ziemi. Próbował wstać, ale w tym momencie ciężki, wojskowy but rozgniótł mu czaszkę.
Obaj żołnierze wzięli kompana pod ramiona i zawlekli do środka. Zbiegli szybko do piwnicy i walnęli go na ścianę. Siwy zaryglował drzwi i usiedli przed nim.
- Świetnego znalazłeś sobie żółtodzioba, Sęk. Myślałem, że gorszego od Janka nie ma – patrzył wymownie na Pawła.
- Zgadzam się z tobą… On przynajmniej strzelał jak usłyszał kanonadę. A ten… Zero reakcji – spacerował z kąta w kąt.
- Ale ja potrafię! – rzucił niedbale.
Zastępca wstał i trafił go otwartą dłonią w potylicę.
- Co potrafisz! Co potrafisz! Grzyby tylko obierać! – wyryczał mu w twarz, po czym usiadł na swoim miejscu. – Mazgaj pieprzony.
Młodziak spojrzał ze łzami w oczach na brodacza, szukał oparcia chociaż w nim. Ale on nie zważał na swojego podopiecznego, siedział na betonie i pocierał się o skroń.
- Mieliśmy dzisiaj się udać na drugą stronę, a nie do tej ruiny. Mamy iść z nim? – wskazał zastępca.
Szef popatrzył najpierw na drugiego zawodowca, potem na początkującego i pokręcił głową.
- Spróbujmy poszukać czegoś tutaj.
Wstali, wzięli broń do ręki. Nasłuchiwali drzwi w poszukiwaniu zagrożenia.
Otworzyli.
Czysto.
Wszyscy wyszli z bezpiecznej kryjówki i ruszyli do klatki prowadzącej na następne piętro.
Korytarz to istne gruzowisko. Wszędzie się walały kawałki betonu z wystającymi prętami, pył, szczątki mutantów i ludzi oraz spalone kawałki nie wiadomo czego. Szli raźno w kierunku wąskiego Halu. Najpierw w lewo, zawalona część podłogi. Potem w prawo, dziura w ścianie. I końcówka drogi, mocno przetrzebione stopnie.
Paweł zaczepił się o gruzy i upadł. Siwy parsknął śmiechem  
i szedł dalej, Sęk podniósł uczniaka.
  
***

- Skąd ty w ogóle go wytrzasnąłeś? – zagadnął po cichu do brodacza.
Obejrzał się na niego.
- Syn naczelnika, oczko w głowie – odparł.
- A szefowi się nie odmawia – pokiwał lekko głową wice i dalej wyglądał przez pustą okiennicę.
- Musi przetrwać – Sęk patrzył się w dal.
- Nooo… Musi – odpowiedział kumpel.
Po chwili chłopak wrócił z rekonesansu. Przysunął sobie zdezelowaną skrzynkę i usiadł.
- Przejścia nie ma – rzucił.
Siwy zaśmiał się cicho i patrzył na krajobraz zniszczonego miasta.
- Masz coś do mnie? – podszedł do niego Paweł.
- Co, teraz będziesz chojraka udawał? A przed mutantami srałeś w gacie ze strachu – odepchnął młodziaka.
- W przeciwieństwie do ciebie…
- Zostałeś wychowany w ciepełku i dobroci swojego ojczulka, naczelnika – przerwał mu. – Nigdy nie widziałeś powierzchni. To dlaczego chciałeś wyleźć? By zginąć? A! Już wiem, bo cię przezywali pizdą. W sumie nie dziwię się im.
Zastępca odwrócił się tyłem do uczniaka, któremu nalały się łzy do oczu. Sęk nie interweniował.
- Przez ciebie nie wypełnimy planu, a i tak, jak wrócisz, będą cię nazywali tak jak na to zasługujesz. Mazgaju.
- Nie jestem mazgajem! – wrzasnął.
- To pokaż to – nakazał mu chłodnym głosem. – Pójdziesz
z nami na przeciwległą stronę jezdni i będziesz strzelał do stworów razem z nami. Zero płakania i bania się, zrozumiano?
Chłopaczyna przytaknął stanowczo. Dowódca wstał z siedziska.
- Zatem ruszajmy. Musimy uporać się przed zmrokiem.
Udali się truchtem na klatkę i zaczęli schodzić. Paweł, wydawać się mogło, nieźle się zmienił po zbesztaniu przez przyjaciela mentora. Trzymał mocno pistolet i postanowił.
Nigdy więcej płakać.
Znaleźli się przed budynkiem, skrócili drogę biegnąc niegdysiejszym trawnikiem, weszli na ulicę Zieloną, a następnie między bloki stojące przy Żeligowskiego. Rozejrzeli szybko
i ruszyli dalej.  
Drogę zagrodziła im wataha stworów. Karabiny i pistolet poszły w górę nachodząc na łby stworów.
BANG! Pierwszy wystrzał z makarova. Stwór upadł po dostaniu kulki centralnie między oczy. Następnie poszły serie z AKM'ów. Jeden z psów uczepił się ręki brodacza. Paweł przyskoczył i wbił nóż głęboko w kark mutanta. Sęk wolną ręką otworzył paszczę, zrzucił balast i powrócił do strzelania.
Najwidoczniej bestii przybywało, a amunicja się kończyła.
- Wiedziałem! Wiedziałem, że gdzieś tu mają norę! – wywrzaskiwał Siwy zabijając coraz to kolejne sztuki.
- Młody! Drzwi! – rzucił rozkaz.
Chłopaczek powoli zaczął się wycofywać. Gdy znalazł się przy klatce, przestrzelił zamek i pchnął skrzydło do środka. Reszta zmierzała w tym samym kierunku. Gdy weszli, trzasnęli
i zaryglowali.
- I jak? – wysapał chłystek.
Dowódca przytaknął i wskazał schody.
Wdrapali się na pierwsze piętro i podeszli do pustej okiennicy. Drapieżnicy próbowali dostać się do środka, ale nie możność otwarcia kłami im nie pozwalała.
Siwy wyglądał przez lornetkę miejsca wejścia do nory, niestety ogromne drzewo przysłaniało widok.
- Cholera jasna – odrzekł wściekły. – Będziemy musieli tam pójść i zrobić porządek z tym ich gniazdem. Inaczej możemy zapomnieć o eksploracji tego miejsca.
Oboje mu przytaknęli.
Wice zdjął swój plecak i zaczął przeszukiwać. Znalazł dwa ładunki C4.
- Myślę, że to powinno wystarczyć – uśmiechnął się przez wizjer maski.
- Chcesz tam wyjść? – zapytał się uczniak.
- I tak będziemy musieli – przypiął sobie ładunek do kamizelki. – To i możemy rozwalić im domek przy okazji.

***

Przy dużym drzewie zaczęli się rozglądać w poszukiwaniu kolejnych wilczurów. Szli prosto mając nadzieję, że szybko znajdą miejsce odpoczywania tych bestii.
Okazało się, że postanowiły się urządzić niedaleko, w jednym
z budynków. Weszli cicho do ruiny i nasłuchiwali warkotów lub sapania. Zeszli małymi schodami do piwnicy i tam zobaczyli. Stado groźnych drapieżników liżących rany po ostatniej bitwie ze stalkerami. Siwy rzucił jedną paczkę pomiędzy stwory. Wybiegli stamtąd i zastępca nacisnął detonator. Huk niósł się po okolicznych blokowiskach, a ściany, pod wpływem wybuchu, zawaliły się na dobre. Raczej stwory już nie znalazłyby drogi wyjścia.
Gniazdo i jego mieszkańcy zostali rozgromieni.
Czas wrócić do domu.

2 164 czyt.
100%1
Hybrajan

opublikował opowiadanie w kategorii przygodowe, użył 1967 słów i 11628 znaków, zaktualizował 16 sie 2015.

Dodaj komentarz