Naucz mnie jak kochać [1]

Przemyłam twarz zimną wodą i spróbowałam się uśmiechnąć. Słabo mi to wyszło, bo z lustra wciąż spoglądała niezdrowo blada twarz otoczona jasnymi włosami, które jeszcze bardziej uwydatniały cienie pod oczami. Przez pół nocy nie mogłam zasnąć, przewracałam się z boku na bok, zdenerwowana zbliżającym się początkiem roku. Wciąż przekonywałam sama siebie, że tak trzeba, że jestem to winna Kacprowi, jednak nadal nie potrafiłam pozbyć się resztki żalu do brata. Najbardziej bolało to, że potraktował mnie jak marionetkę. Nie zapytał o zdanie, nie wyjaśnił wcześniej, dlaczego mam porzucić życie w Ameryce.
Z jego powodu wróciłam do miejsca, którego nienawidzę, do ludzi, których nie chciałam oglądać. Wiem, że gdyby nie Kacper nigdy nie poznałabym Nowego Jorku, ale mimo to, tliła się we mnie złość. Jego argument, że przynajmniej nie będę mieć kontaktu z... Och, nie mogę się dłużej tym wszystkim zadręczać! Jestem w Malinówce i zostanę tu na przynajmniej rok. Nadszedł czas, by po raz kolejny zacząć od nowa. Zatrzeć ślady starych błędów oraz przekonać wszystkich, że tamta Weronika umarła wraz z wyjazdem do Stanów.
Wyszłam z łazienki, po czym wróciłam do łóżka, licząc na przynajmniej trzy godziny snu. Odgłos kroków niósł się po całym mieszkaniu, przypominał, że Kuba wyjechał z rodzicami kilka dni wcześniej, przez co dom stał się stanowczo zbyt cichy. Brakowało mi jego głosu, głośnego, roznoszącego się wokół śmiechu. Tęskniłam za rozmowami z Magdą, do której zbliżyłam się podczas wspólnego pobytu w Malinówce. Choć nie byłam sama – piętro niżej spała moja mama, ale mimo to, czułam się niezwykle samotna. Pozbawiona przyjaciół, znajomych, z sercem obdartym z miłości. Takiej przyszło mi mierzyć się z demonami przeszłości. Ze wspomnieniami, które nigdy nie zatrą się w umysłach mieszkańców tej wsi. Z pozostałościami dawnej mnie.
Sen nadszedł znacznie szybciej, niż się tego spodziewałam i przyniósł ukojenie od kotłujących się w głowie myśli. Gdy trwałam w objęciach Morfeusza, noc powoli zamieniła się miejscem z dniem. Ani słońce poranka ani krzyk ptaków nie wyrwał mnie z głębokiego snu. Dopiero znajomy głos matki sprawił, że otworzyłam oczy.
– Weroniko, spóźnisz się do szkoły!
Poczułam, jakbym znów miała szesnaście lat i zarwaną noc za sobą. Leniwie zwlokłam się z łóżka, po czym spojrzałam na srebrną tarczę zegara. Zorientowawszy się, ile czasu pozostało, dostałam natychmiastowego przyspieszenia. Jedną ręką kończyłam robić makijaż, drugą, próbowałam włożyć granatową sukienkę. Szło mi to na tyle nieporadnie, że omal nie wbiłam sobie mascary do oka i nie pomyliłam rękawa z dekoltem. Dopiero wtedy uznałam, że lepiej zakończyć tę wielofunkcyjność i zacząć robić wszystko po kolei. Trzy głębokie wdechy, zmycia czarnej kreski z policzka oraz odnalezienie tych niewygodnych, lecz eleganckich butów. Za śniadanie musiał mi wystarczyć kubek owocowej herbaty i czerstwy herbatnik. W drodze na przystanek upięłam włosy w niedbałego koka. Gdy stanęłam na rogu ulicy, znieruchomiałam. Mój autobus właśnie żegnał się błyskiem tylnych świateł. Na próżno próbowałam dobiec do przystanku, machając rękoma, aby zwrócić na siebie uwagę kierowcy. Zrezygnowana, usiadłam na ławce, zastanawiając się, co robić. Z bezradności zachciało mi się płakać. Brak własnego samochodu był bardziej uciążliwy, niż wydawało mi się to wcześniej. Zerknęłam na rozkład i jęknęłam. Następny kurs do Bakałarzewa miał mieć miejsce dopiero za pół godziny, co równało się dużemu spóźnieniu. Nagle usłyszałam, że jadące auto zwalnia. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam znajomą twarz.
– Piotrek?! – wykrzyknęłam z niedowierzaniem.  
– Weronika! – był równie zaskoczony co ja. – Co ty tutaj robisz?
– Patrzę, jak odjeżdża mój autobus – powiedziałam, rozkładając ręce.  
– Wsiadaj, akurat jadę do miasta.
Zajęłam miejsce na przednim siedzeniu. Ukradkiem otaksowałam wzrokiem mężczyznę obok, szukając podobieństw do chłopca, który dziesięć lat temu skradł moje serce. Zmienił się tak bardzo, że gdybym kiedyś nie była z nim tak blisko, teraz pewnie bym go nie poznała. Czarne włosy i równie ciemny zarost nadawały mu wyjątkowej powagi. Choć miał trzydzieści lat, wyglądał na znacznie starszego, na człowieka zmęczonego życiem i walką z jego przeciwnościami. Wyjeżdżając z Malinówki, całkowicie odcięłam się od starych znajomych, dlatego nie miałam pojęcia, co robił Piotrek w czasie, gdy przebywałam w Stanach. Nie miałam pojęcia i nie chciałam mieć, bo mimo że kiedyś był dla mnie bardzo ważny, po tym, co zrobił, długo nie potrafiłam patrzeć na niego bez żalu. Chyba nigdy nie wybaczyłam mu do końca. Cień głupiej, licealnej miłości nadal trzymał się mojego serca, przypominał o wydarzeniach sprzed lat.
– Ratujesz mi życie – odezwałam się, przerywając ciszę.
– Zawsze na posterunku – odrzekł, obdarzając mnie bladym uśmiechem. – Kiedy wróciłaś?
– Jakieś dwa tygodnie temu – odpowiedziałam. – Wybacz, ale nie miałam czasu na towarzyskie spotkania. Przeprowadzka, załatwianie spraw w szkole...
– W szkole? – zdziwił się.
No tak, nie wiedział. Zanim wyjechałam, miałam zupełnie inne plany na przyszłość i nie spodziewałam się, jak rzeczywistość brutalnie je weryfikuje.
– Jestem nauczycielką – wyjaśniłam szybko.
Spojrzał na mnie z ukosa.
– Nie sądziłem, że pójdziesz w ślady matki.
– Ja też tak nie sądziłam. – Odwróciłam głowę w stronę okna, żeby uniknąć odpowiedzi na dalsze pytania. – A ty? Wydawało mi się, że mieszkasz na stałe w Suwałkach.
– Jakiś rok temu wróciłem na wieś – odparł, zaciskając ręce na kierownicy.
– Mogę spytać dlaczego?
Nie odrywał wzroku od ulicy, udawał spokój, ale wskazówka prędkościomierza przechyliła się mocniej w prawo, zdradzając jego zdenerwowanie. Nie odzywał się przez dłuższą chwilę, a ja zrozumiałam, że zapytałam o coś, o co nie powinnam.
– Wiele się zmieniło od twojego wyjazdu – powiedział. – Zbyt wiele na tak krótką rozmowę.
W samochodzie zapanowała niezręczna cisza. Dotknęłam struny o żałośnie smutnym dźwięku, który zmazał wszystkie pozytywne emocje z twarzy Piotra. Osiem lat. Nie wiem, co wydarzyło się w jego życiu w tym czasie, ale to coś zmieniło go jeszcze bardziej niż wygląd. Nie był już tym samym człowiekiem, którego kochałam, ale nie był też tym, którego nienawidziłam. Z ulgą zauważyłam, że dojechaliśmy już do miasta. Trwaliśmy w milczeniu, aż niebieska Kia Rio zatrzymała się na parkingu przy Zespole Szkół w Bakałarzewie.
– Gdybyś jeszcze kiedyś potrzebowała transportu, jestem do usług – zaproponował.
– Muszę szybko znaleźć jakiś samochód, tyle że kompletnie nie znam się na używanych modelach.
– Mogę ci pomóc – zaoferował. – Prowadzę warsztat, więc znajdę coś dla ciebie i przejrzę, czy wszystko z nim w porządku.
Warsztat. Czyli nie tylko ja zmieniłam swoje życiowe plany. Pokręciłam głową, wspominając, jak wielkie marzenia miał Piotr. Szkoda, że pozostały tylko marzeniami.
– Och, dziękuję, będę zobowiązana – odpowiedziałam z uśmiechem.
Już otworzyłam drzwi auta, kiedy usłyszałam:
– Weronika...
Zacisnął usta w cienką linię tak, jakby bał się powiedzieć tego, co myśli.
– Tak?
– Może... wpadłabyś do mnie? – spytał niepewnie. – Porozmawialibyśmy, powspominali stare czasy. Chciałbym... chciałbym z tobą porozmawiać dłużej.
Westchnęłam głęboko, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Piotrek, ja...
Wyciągnął rękę w moją stronę, na co zareagowałam jak spłoszone zwierzę. Odsunęłam się tak daleko, jak na to pozwalała przestrzeń samochodu. Na twarzy mężczyzny malowało się zaskoczenie i coś z pogranicza żalu. Znowu! Dlaczego nie umiem opanować tego cholernego odruchu?! Przecież nie jestem jakimś psem Pawłowa!
– Jeśli nie chcesz, nie będę cię zmuszał – powiedział, opuszczając dłoń i wbijając wzrok w przestrzeń.
W jego głosie zabrzmiał niemy krzyk. Rozpaczliwie pragnął tego spotkania, nawet jeśli nie wyrażał tego słowami. Chciałam mu pomóc, tchnąć nieco szczęścia w tę naznaczoną smutkiem twarz, ale jedyne, co byłam w stanie wykrztusić to:
– Zadzwonię do ciebie, dobrze?
Nie czekając na odpowiedź, zamknęłam drzwi auta i podążyłam w stronę szkoły.  Dopiero przed wejściem do gimnazjum uświadomiłam sobie, że nie mam jego numeru. Spróbowałam uspokoić nerwy, zmusić drżące ciało do opanowania strachu. To tylko Piotr, mój Piotr. Tylko on. Nie muszę się niczym martwić, nikogo obawiać. Już nie.
       Do dużej sali gimnastycznej weszłam tak cicho, jak to tylko możliwe. To znaczy, chciałam tak wejść. Po latach nieobecności zapomniałam, jak zdradliwe bywają drzwi w tej szkole. Potrafią one bowiem trzasnąć z hukiem równym wybuchowi małej bomby. Poczułam na sobie palące spojrzenie kilku setek oczu, kiedy próbowałam przejść przez zatłoczoną salę do miejsca, gdzie stali wszyscy nauczyciele. Nawet Sosnowska, dyrektorka gimnazjum, przerwała w pół słowa i przeszyła mnie wzrokiem. Uczniowie spoglądali z ciekawością, zaś moi współpracownicy gromili mnie za to niefortunne wejście. Po pomieszczeniu przeszedł szept. Wreszcie Sosnowska chrząknęła, przywracając gimnazjalistów do porządku.
– W tym roku stanowisko nauczyciela matematyki obejmie pani Weronika Górecka, która zastąpi Aldonę Styczeń. Pani Górecka przejmie także wychowawstwo nad klasą III „d”.
Po tym wtrąceniu dyrektorka kontynuowała przerwane przemówienie, nie zwracając uwagi, że mało kto ją słucha. Uczniowie całkowicie skupili się na rozmowach między sobą, a stojący za mną nauczyciele w wisielczych humorach wymieniali pomruki niezadowolenia. Nie mogłam zatrzymać napływu wspomnień, które uderzyły z siłą dynamitu. W tych samych murach czternaście lat temu sama zaczynałam naukę. Wtedy, tak samo, jak dziś, wbiegłam spóźniona na salę, przerywając, równie pasjonujące co dziś, orędzie pani dyrektor. Zabawne, że mimo upływu lat, to miejsce pozostało niezmienne. Tamtym razem cieszyłam się z popularności, więc z zadartą wysoko głową kroczyłam przez środek hali. Wtedy z dumą przyjmowałam nagany od nauczycieli, grając im na nosie doskonałymi ocenami. Nie zależało mi na ich opinii, na fałszywych pochwałach wygłaszanych na forum klasy. Wystarczało mi to, co usłyszałam przez przypadek od dyrektor Sosnowskiej. Ta urocza kobieta potrafiła na lekcjach wychwalać moje umiejętności, a za zamkniętymi drzwiami, w otoczeniu współpracowników, mówić o mnie w najgorszych epitetach.
W końcu dźwięk pierwszego dzwonka uwolnił wszystkich od dalszego słuchania propagandowego przemówienia o doskonałości tego gimnazjum i uczniowie zaczęli się wylewać przez drzwi sali gimnastycznej na szeroki korytarz.
Kiedy dotarłam na drugie piętro, grupa młodzieży już stała przed drzwiami klasy numer trzynaście. Przekręciłam klucz i pozwoliłam im wejść do środka. Gdy zajęli miejsca, usiadłam na biurku i założyłam nogę na nogę, czując dwadzieścia pięć par oczu, śledzących każdy mój ruch.
– Jak słyszeliście, nazywam się Weronika Górecka i w tym roku będę waszą wychowawczynią – zaczęłam. – Wydaje mi się, że rozmawiam z ludźmi inteligentnymi, więc chcę was traktować jak dojrzałych ludzi. Bardzo poważnie traktuję zarówno wasze prawa, jak i obowiązki, dlatego zależy mi, abyście zawsze byli ze mną szczerzy. Jeszcze nie znam waszej klasy, ale jestem pewna, że niedługo się to zmieni. Chciałabym też, abyście zwracali się do mnie z każdym problemem. Sama skończyłam to gimnazjum, więc jestem w stanie zrozumieć naprawdę wiele...
W żadnej klasie, jaką do tej pory uczyłam, nie panowała taka cisza, jak dziś. Czternaścioro dziewcząt i jedenastu chłopców wpatrywało się we mnie szeroko otwartymi oczami. Podyktowałam im plan lekcji i omówiłam najważniejsze organizacyjne sprawy, po czym zakończyłam całe spotkanie. Kiedy wyszli z sali, stanęłam przy drzwiach, żeby kątem oka patrzeć, jak moi nowi wychowankowie ściszonym głosem dyskutują o swojej nowej nauczycielce. Najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Mam nadzieję, że zrobiłam dobre.

Akai

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 2177 słów i 12699 znaków.

5 komentarzy

 
  • Anka

    Kiedy next?Chcesz coś tu jeszcze napisać? Zwiastun tego opwiadania jest świetny

  • Aleksi

    Prosze tylko nie usniercaj nikogo z rodziny prosze :-)

  • Edek19

    Świetne! Czekam na dalszy ciąg :) Pozdrawiam!

  • .I.K.A.

    Fajne kiedy kolejna?

  • Tessiak

    Jestem ciekawa jak rozwiniesz to opowiadanie. Na razie wygląda zachęcająco. Czekam na kontynuację i pozdrawiam.