Krwawe słońce. Część 4. Jastrząb.

Jechałem bardzo powoli, zgodnie z przepisami, aby żaden ewentualny patrol drogówki nie miał powodu do zatrzymania naszego auta. Zapadał zmrok. Dobrze, im mniej widać, tym mniej widzą inni, a zwłaszcza ewentualni wrogowie. Co mogę powiedzieć? Nie jest dobrze. Zamordowałem wielu ludzi. Czy słusznie? Jak najbardziej. Czara potrafi się przelać, każdy ma swoje granice. Moje już dawno zostały przekroczone. Tyle lat, tyle lat w cierpieniu. Aż dziw, że dopiero niedawno postawiłem na swoim. Mniejsza o to. Oby tylko nie znaleźli tych ciał. Co do mojego miasteczka, jestem spokojny. To zabite dechami i zapomniane przez Boga miejsce nigdy nikogo nie obchodziło. Ci obojętni na wszystko ludzie, nie zwrócą nawet uwagi na brak kilku z nich. Jednak nie mogę mieć pewności co do tych dwóch śmieci i rodziców Basi pozostawionych w lesie.
Cóż, jak na razie nie ma się co tym przejmować. Są ważniejsze sprawy...
Spojrzałem na dziewczynkę siedzącą na fotelu pasażera. Spała od jakiegoś czasu, tuląc do siebie Puszka. Na pierwszy rzut oka psiak również wyglądał, jakby spał, lecz wyraźnie mogłem dostrzec ruchy jego oczu wskazujące na czujność.
– Pilnujesz jej, co? – powiedziałem szeptem. – Dobrze, to twoje zadanie, zresztą moje też. Właśnie, muszę ją chronić, muszę ich chronić. Znaleźć jakieś schronienie, dach nad głową. Nawet prowizoryczne. Zadbać o wyżywienie, ubrania i wiele innych rzeczy. Tak, nie mam czasu myśleć teraz o takich pierdołach, jak to, czy znajdą ciała. W końcu jest tyle do roboty.
Ech, właśnie, robotę będę musiał znaleźć. Nic to, pomyślę o tym później.

Powoli dojeżdżaliśmy do miasta. Dobrze, że nie najgorzej szło mi prowadzenie auta. Ruch również był mały, co było sporym ułatwieniem. W takim wypadku jedyne co mnie martwiło, to brak jakichkolwiek patroli drogówki. Cóż, podczas takiej trasy powinniśmy natrafić, chociaż na jeden. Natomiast, jak do tej pory nie było żadnego. Może przesadzam, zastanawiając się nad takimi rzeczami, jednak mimo wszystko, każda rzecz odbiegająca od normy jest podejrzana. Dlaczego nie było żadnych patroli, a my jechaliśmy bez najmniejszych problemów? Nie miałem pojęcia, jednak z pewnością stan ten nie był zwykłym przypadkiem.
Coś musiało się za tym kryć...
Jechałem dalej. Po raz kolejny spojrzałem na tę dwójkę. Spali już teraz oboje. Spokojnie. Tak, jak powinno być. Nigdy nie myślałem, że do tego dojdzie, gdyż wcześniej się to nie zdarzało, ale patrząc na nich, coś mnie natchnęło do rozmowy:
– Ech i widzisz, nawet mnie ruszyło. Powiedz mi, czy jestem złym człowiekiem? Czy jestem złym człowiekiem, bo zabiłem, aby żyć? Czy jestem złym człowiekiem, bo zabiłem, aby ktoś mógł żyć? Bo wyrzuciłem śmieci, które spadły na młodą latorośl, przysłaniając jej światło i nie pozwalając w spokoju wzrastać? Odpowiesz mi? Nie? Opuściłeś już nawet ten samochód? Nic nie szkodzi. Mogę odpowiedzieć za Ciebie. Otóż nie jestem zły. W końcu, jak to było? Większa radość w niebie z jednego nawróconego grzesznika niż z dziesięciu sprawiedliwych? Tak, tak to leciało. Dlatego większa radość z dwójki ocalonych niż smutek z sześciu zabitych, czyż nie? Zgodzisz się ze mną, prawda? Ahh, wiedziałem, że się zgodzisz – powiedziałem, unosząc lekko do góry głowę i puszczając oczko. – Co? Myślałeś, że ja tu jakiś rachunek sumienia będę czynił? Nie, nie, nie, absolutnie. Nie mogłeś ich ocalić lub nawet nie chciałeś ich ocalić, dlatego zrobiłem to ja. Wyręczyłem Cię. Ba, mnie też nie ocaliłeś. Zrobiłem to sam. Wiesz co? Nawet nie mam żalu.
Bo teraz chociaż wiadomo, kto jest silniejszy...
Cóż, uciąłbym sobie jeszcze dłuższą pogawędkę, ale niestety, albo właśnie stety, są ważniejsze rzeczy, niż Ty.

Otrząsając się z myśli, które mnie nawiedziły, zdałem sobie sprawę, że wjechaliśmy już do miasta. Było już późno i zupełnie ciemno. Jedynie pojedyncze lampy dawały trochę światła. Rozglądałem się dookoła za najbliższym parkingiem. Plany był taki. Jak najszybciej porzucić samochód i znaleźć schronienie.
Po kilku minutach znalazłem odpowiednie miejsce. Mały parking na uboczu, w dodatku spory kawałek od głównej drogi. Znajdowała się przy nim chyba szkoła podstawowa, ale co do tego nie miałem pewności, gdyż z powodu ciemności nocy niewiele było widać.
Całe szczęście o tej porze nie było tutaj żadnych ludzi. W końcu, kto szwendałby się teraz pod szkołą?
Zaparkowałem, tak jak umiałem najlepiej, zgasiłem silnik i wysiadłem z auta. Sięgnąłem po plecak, gdzie miałem wszystkie swoje rzeczy, oraz te „zdobyte” podczas ostatniej „potyczki”. Skierowałem się w stronę miejsca pasażera. Wziąłem na ręce powoli budzącą się już Basię, a Puszek standardowo wylądował w plecaku.
Szybko chwyciłem jeszcze gruby koc, którym przykryta była dziewczynka, a który znalazłem wcześniej na tylnym siedzeniu.
Powoli, obserwując otoczenie, czy aby nie spoczywają na nas czyjeś oczy, zacząłem się oddalać.

Wędrowałem przez miasto w poszukiwaniu...? No właśnie? Czego? Schronienia, tak, to jest obecnie priorytetem. Cóż, miasto jak miasto, lecz wydawało się dziwne. Dziwnie spokojne. Żadnych wieczornych odgłosów charakterystycznych dla nocnego życia. Dookoła panowała, jakaś jakby ponura aura. Coś jak u mnie w miasteczku, lecz jeszcze bardziej spotęgowane. Do tego dochodziło jeszcze coś innego. Coś, co bardzo dobrze znam.
Mniejsza o to.
Chodziłem tak po mieście prawie godzinę. Mieliśmy połowę lipca, jednak mimo to, nocą robiło się chłodniej.
Cóż, gdyby nie udało mi się znaleźć schronienia, miałem w planach „wprosić się” do kogoś. Jednak, gdy rozważałem już tę ewentualność, znalazłem to, czego szukałem. Co prawda, nie jest to kwatera naszych marzeń, ale lepsza taka niż żadna, przynajmniej na początek. A dokładnie, pustostan, najprawdopodobniej po jakiejś fabryce, przeznaczony do rozbiórki.
Podszedłem bliżej do miejsca, gdzie kiedyś musiało być wejście. Teraz wisiały tutaj tylko taśmy z napisem „Zakaz wstępu”.
Rozejrzałem się jeszcze, czy aby przypadkiem nie ma nikogo w okolicy. Nikogo nie wypatrzyłem, więc niewiele myśląc, wszedłem do środka.
Budynek był już dość zniszczony, jednak w większości miał wszędzie szyby. Wiadomo, dookoła gołe ściany z betonu, bez tynku i farby, lub gdzieniegdzie z odpadającymi resztkami. Wchodząc głębiej do środka, dostrzegłem po prawej stronie schody prowadzące na pierwsze piętro. Skierowałem się na górę. Chciałem znaleźć pomieszczenie, w którym były jeszcze drzwi, oraz w miarę dobre okno, nieprzepuszczające zimna.
Przeszedłem całe pierwsze piętro, jednak nie znalazłem tego, czego szukałem. Powędrowałem na drugie. Szedłem korytarzem i w końcu znalazłem, „pokój” z jeszcze dość solidnymi drzwiami. Chyba jedynymi na tym piętrze, gdyż w innych pomieszczeniach był one albo uszkodzone, całkowicie wyważone, albo w ogóle ich nie było. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, będąc w pomieszczeniu, było sprawdzenie okna:
– Solidne, wytrzyma i w dodatku prawie nie przepuszcza zimna – powiedziałem do siebie.
Położyłem Basię na ziemi i przykryłem kocem. Wyjąłem Puszka z plecaka i położyłem obok dziewczynki.
– Bądź cicho psiaku i pilnuj jej. Pilnuj jak oczka w głowie. Rozumiesz? – spytałem go, podnosząc wysoko jedną brew.
Piesek, na znak zrozumienia pomerdał ogonkiem.
– Dobrze, ja w tym czasie pójdę rozejrzeć się po pozostałych piętrach – rzekłem, wychodząc i zamykając za sobą drzwi.
Zawsze należy zrobić obchód i zbadać teren, zwłaszcza w takich miejscach, gdzie mogą znajdować się różni bezdomni, czy inni degeneraci. Tak, jak myślałem. Budynek miał jeszcze dwa piętra. Dobrze, że udało mi się znaleźć odpowiednie dla nas pomieszczenie. Ani za nisko, ani za wysoko, a w sam raz. Zwłaszcza gdyby trzeba było się szybko ewakuować.
Zbadałem trzecie i czwarte piętro i na szczęście nikogo więcej tu nie było. Jak widać, nikt nie lubił takich miejsce. Cóż, tym lepiej dla nas.
Wróciłem po cichu do Basi i Puszka. Usiadłem obok nich. W końcu, we względnym spokoju mogłem przejrzeć zdobyte „łupy”. W końcu zabrałem cztery portfele i cztery telefony. Rzuciłem okiem na każdy z nich. W sumie dzięki temu mieliśmy około trzy tysiące złotych, no i oczywiście telefony, które zawsze można sprzedać. Cóż, na początek dobre i to.  
Jednak na długo nie wystarczy, patrząc na to, ile będziemy mieli wydatków. Znalezienie pracy to mus. Bez tego nie przetrwamy.
Ale to jutro, jutro. Na razie wszyscy potrzebują odpoczynku. Nawet ja. Spojrzałem na Basię i Puszka śpiących na gołej ziemi. Spali jak susły. W sumie nie ma się co dziwić. Oboje wiele przeszli, a zwłaszcza dziewczynka. Pomyśleć, że będę wychowywał dziecko. Gdyby ktoś mi to w przeszłości powiedział, zapewne bym nie uwierzył. A jednak, a jednak jest. Szesnastolatek wychowuje sześciolatkę. Dziecko wychowuje dziecko. Cóż, samo życie. Poza tym nikomu bym jej nie oddał. A dlaczego? Bo dookoła pełno potworów, w ludzkiej skórze. Nikomu nie można ufać, chyba że niewinnym...
Z tymi wszystkimi myślami zapadłem, w zaskakująco głęboki sen.

Obudziłem się. Obok mnie leżała Basia. Oboje byliśmy przykryci kocem, a na dodatek Puszek ogrzewał ją własnym ciałem.
Przetrwaliśmy pierwszą noc.
– Halo, mała królewno. Pora wstawać – powiedziałem delikatnie.
Basia wydała bliżej nieokreślony dźwięk, przeciągnęła się i w końcu otworzyła swoje ciemno–miodowe oczy.
– Co...? – Ziewnęła. – Co będziemy dzisiaj robić?
– Cóż, przejdziemy się po mieście. Będę szukał pracy, abyśmy mieli za co żyć i przy okazji zrobimy zakupy, kupując najpotrzebniejsze rzeczy.
– Będziesz pracował? – zdziwiła się.
– Muszę, nie mam innego wyjścia. No nic, musimy się ogarnąć i ruszać.
– Dobrze.
Z początku myślałem, czy by jej nie zostawić samej z Puszkiem, jednak doszedłem do wniosku, że to zbyt lekkomyślne i niebezpieczne. W końcu jest jeszcze mała, a biorąc pod uwagę, to co przeżyła, wyłania się jeden wniosek: Nie wolno zostawić jej samej, lecz należy brać ze sobą.
Tak więc postanowione.

Zjedliśmy szybkie śniadanie, składające się z suszonego mięsa, którego miałem spory zapas, oraz wody. Skromnie, ale jak na razie musiało nam wystarczyć.
Cóż, Basia w moich ciuchach będzie się rzucać w oczy, jednak na ten moment, nic na to nie poradzę. Będę musiał kupić jej odpowiednie ubrania, aby w końcu wyglądała, jak normalna dziewczynka.
Z tymi myślami wyruszyłem w miasto wraz z moimi towarzyszami.
Skierowaliśmy się na drugą stronę budynku. Cóż, zakupy zakupami, ale chciałem również zwiedzić najbliższy teren.
Stara pozostałość firmy z każdej strony otoczona była prowizorycznym „murem” ze zwykłej blachy, aby odgrodzić prawdopodobnie niebezpieczny teren od reszty miasta.
Będąc już po drugiej stronie, natrafiliśmy na małą uliczkę. Spojrzałem na znak, „Ulica targowa”. Ciekawe czy będzie na niej można dobić targu, czy jest to kolejna nazwa z uwarunkowaniami historycznymi, bez żadnego przełożenia na rzeczywistość? – pomyślałem.
– Bartku, Bartku! – odezwała się nagle Basia, ciągnąc mnie delikatnie za rękaw prawej ręki.
– Tak? – spytałem, lekko się do niej nachylając.
– Co będziemy robić? Co będziemy kupować? – rzuciła rozemocjonowana.
– Na sam początek musimy ci kupić jakieś ubrania, bo wyglądasz w tych moich za dużych łachach, jak siedem nieszczęść. Potem pójdziemy zaopatrzyć się w coś do jedzenia.
– Nie wyglądam ładnie? – spytała, spuszczając głowę w dół.
– Wyglądasz, wyglądasz – odparłem, kładąc prawą dłoń na jej głowie. – Ale chcę, abyś wyglądała jeszcze ładniej.
– W takim razie chcę sukienkę – powiedziała pewnie.
Lubiłem patrzeć na ten błysk determinacji w jej oczach.
– Chcesz sukienkę? – Udawałem zaskoczonego.
– Tak! – podniosła głos.
– Dobrze, niech będzie, ale tylko jedną. – Zaznaczyłem od razu.
– Ok – odparła z uśmiechem na drobnej twarzyczce.
Idąc uliczką, zauważyłem, że wielu ludzi rozstawia tutaj małe stoiska, z wszelkiego rodzaju towarami. Od warzyw i owoców po ubrania, a nawet elektronikę. Było ich naprawdę wiele, przez co stworzyły mały targ. Obok tego wszystkiego stały oczywiście profesjonalne sklepy. Konkurencja musiała być duża, dlatego właściciele stoisk oferowali atrakcyjne ceny. Co prawda samych klientów nie było wielu, jak i ogólnie samych ludzi, co było dziwne, zważywszy na to, że był środek dnia, ale zawsze ktoś się trafił.
Właśnie miałem skierować się na stoisko z ubrankami dla dzieci, ale coś innego przyciągnęło moją uwagę.
Mały budyneczek wciśnięty pomiędzy spory butik, a supermarket. Na drzwiach napisane było „Księgarnia”. Nie mogłem się powstrzymać. Od zawsze lubiłem książki, nawet jeszcze za czasów mojej „niewoli”. Dużo czytałem. To mnie uspokajało i prawdopodobnie pozwoliło przetrwać tak długo w tym pojebanym miejscu i sytuacji, jaką było moje życie. Tak, książki to zdecydowanie to, co pozwala całkowicie pochłonąć się opowiadanej przez nią historii, oraz zapomnieć o otaczającej nas parszywej rzeczywistości.
– Kupić ci jakąś bajkę? – spytałem Basię.
– Tak!– odpowiedziała, uśmiechając się.
– A umiesz czytać?
Chyba nie była gotowa na to pytanie. Dostrzegłem, że wyraźnie się zmieszała i zaczęła nerwowo splatać dłonie. Czekałem spokojnie na odpowiedź. Trwało to jeszcze chwilę, aż w końcu odpowiedziała:
– Nie... Nie bardzo – znów spuściła głowę w dół.
– To znaczy? – dopytywałem.
– Po literce – powiedziała ze smutną miną.
– Ha! Nie martw się. Nauczę cię – mówiąc to, złapałem ją za rękę i weszliśmy do księgarni.

Tak jak myślałem. W środku unosił się wspaniały zapach starych książek, a samo pomieszczenie było dość przytulne. Sprzedawca znajdował się naprzeciwko drzwi. Za nim stał wielki regał, po brzegi wypełniony książkami. Inne z kolei leżały ułożone w stosy na jego biurku. Patrząc dalej, można było dostrzec wnękę, w której również znajdował się regał po sam sufit. Kolejne dwa stały po prawej stronie obok siebie, w taki sposób, iż można było wejść pomiędzy nie i być całkowicie niewidocznym. Jeszce inne książki leżały na prowizorycznych stołach. Prawdopodobnie były przecenione.
Spojrzałem na sprzedawcę. Człowiek grubo po siedemdziesiątce. Z zupełnie siwymi włosami i praktycznie białym wąsem. Oczy błękitne jak dzisiejsze niebo. Poczciwe. Dobrze powiadają ci, którzy mówią, iż z wiekiem człowiek łagodnieje. Twarz naznaczona zmarszczkami i upływem czasu. Mimo to stał tam i uśmiechał się. Był pierwszym napotkanym człowiekiem, który okazał emocje. Do tej pory wszyscy, których napotkaliśmy na ulicy, mieli spuszczone głowy, a gdy przez przypadek mój wzrok napotkał ich, szybko odwracali głowy. Najwidoczniej się bali, ale czego? Tego chciałbym się dowiedzieć.
– Dzień dobry – powiedziałem w końcu. – Czy moglibyśmy rozejrzeć się za jakimiś ciekawymi pozycjami?
– Dzień dobry, dzień dobry młoda damo – odparł starzec, jednocześnie pochylając się w kierunku Basi. – A proszę, proszę uprzejmie. Gdyby potrzebował pan pomocy, młody człowieku, proszę mnie zawołać.
Widziałem, że lekko się przestraszyła.
– Nie bój się pana, Basiu. Przecież jesteś ze mną, co się mówi?
– Dzień dobry – powiedziała dziewczynka.
– Czyli masz na imię Basia? Ładnie, bardzo ładnie – rzekł starzec z uśmiechem.
– Dziękuję.
– Dobrze, nie będziemy panu przeszkadzać. Pójdziemy się rozejrzeć. Chodź Basiu.
– Proszę się nie śpieszyć! – rzucił starzec.
Poszliśmy w stronę podwójnych regałów. Weszliśmy pomiędzy nie i zaczęliśmy się rozglądać. Wskazałem dziewczynce dział z książeczkami dla dzieci i powiedziałem, że może sobie jedną wybrać, a sam rozglądałem się za czymś dla siebie.
Natrafiłem na ciekawą pozycję, a dokładnie „Mały atlas anatomiczny”. Zacząłem powoli czytać początek. Kątem oka dostrzegłem, iż Basia również coś znalazła i powolutku, swoim tempem czytała.
Anatomia człowieka całkowicie mnie pochłonęła. Kości, mięśnie, stawy. Wszystko to było interesujące i w pewien sposób przydatne.
Moją uwagę od lektury odciągnął dopiero dźwięk otwieranych drzwi, głośna rozmowa dwójki chłopaków, a także krzyk sprzedawcy:
– To znowu wy?! Łotry! Czego chcecie?! – krzyknął starzec.
– Jak to czego? Tego, co zawsze staruszku, pieniążków, pieniążków – odezwał się jeden z nich.
– Nie mam żadnych pieniędzy! Wynoście się stąd!
– Eee, nie masz? Coś tam zawsze wyskrobiesz – odezwał się drugi. – Bo jak nie... – zawiesił na moment głos. – To spalimy ci tę budę.
– Nic wam nie dam, kryminaliści! – wykrzyczał sprzedawca.
Widziałem, że to nie spodobało się temu pierwszemu, niższemu z nich. Po ruchach jego ciała zdałem sobie sprawę, iż bierze zamach, oraz miałem świadomość, że muszę wkroczyć.
– Zostań tutaj za regałami. Przykucnij i nie wychodź, ok? Masz, potrzymaj Puszka, tak jak zawsze – powiedziałem do Basi. Pokiwała głową i w ciszy wykonała polecenie.
Tymczasem ja, z prędkością błyskawicy wystartowałem do chłopaka. W ostatniej chwili udało mi się złapać jego rękę.
– No, no. Napadać tak na starszego pana? W dodatku w biały dzień? Nieładnie, bardzo nieładnie – rzekłem i spojrzałem mu w twarz.
Na oko mógł mieć z dziewiętnaście, dwadzieścia lat. Długa blond grzywka, ostre rysy twarzy i brązowe oczy. Przyjrzałem się sylwetce. Można powiedzieć, typowy szczypior.
– A ty coś za jeden! – wydarł się blondyn.
– Klient – odparłem spokojnie.
– Puszczaj mnie, cwelu!
– A gdzie magiczne słowo? – spytałem ironicznie.
– Magiczne co? – zdziwił się ten drugi.
Był przeciętnej budowy i dość wysokiego wzrostu. Włosy brunatne, sięgające prawdopodobnie do ramion, teraz związane w kucyk.
– Puszczaj mojego ziomka, bo pożałujesz, młokosie.
Już brał zamach prawą ręką, gdy nagle krzyknąłem na całe gardło:
– Stój!
Zatrzymali się natychmiast, zaskoczeni reakcją. Widać, że nie grzeszyli inteligencją. Można było nimi łatwo manipulować, ale w sumie czego można było się spodziewać po pionkach. Dlaczego pionkach? Bo już powoli wiedziałem, co może się tu święcić.
– Wiesz co zaraz może stać się, twojemu przyjacielowi? – spytałem dryblasa.
– Co? – Zareagował odruchowo. – Coś to zaraz tobie się stanie gnoju!
Blondyneczek przeczuwał jednak, że coś mu zagraża, gdyż próbował mnie uderzyć lewą ręką. Jednak byłem szybszy. Cóż, czas „treningu” w rzucaniu nożem przełożył się na lepszy refleks i szybsze reagowanie, nie tylko co do rzutów, ale i ogólnej motoryki.
Chłopak dostał lewego prostego centralnie w nos. Uderzając, usłyszałem trzask chrząstki. Cudowny dźwięk. Krótki zgrzyt i już połamany.
Głowa blondyna poleciał trochę do tyłu.
Dryblas był w całkowitym szoku. Prawdopodobnie nie przewidział takiego obrotu spraw oraz tego, że ktoś może stawić opór. Przez to nie wiedział, jak się zachować i tylko stał jak ten muł, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.
– No i co? Nie wierzyłeś pajacu, a tu proszę. Jednak coś mu się stało, co nie? – odezwałem się do długowłosego. – Ale, ale, nie o to mi chodziło. Zobacz co zaraz spotka jego kolano – mówiąc to, wziąłem błyskawiczny zamach lewą nogą i kopnąłem szczypiora w prawe kolano. Znów usłyszałem odpowiedni, piękny dźwięk. Tak, to zawsze będzie muzyka, dla moich uszu.
Chłopak upadł na ziemię i wył z bólu.
O tak, krzyki, jęki, ból, to jest to. To jest wspaniała „nagroda” dla tych, przez których cierpią niewinni. Stałem chwilę bez ruchu i wsłuchiwałem się w „melodię”. Grała w moich uszach, w moim umyśle.
Podziwianie jej przerwał mi dryblas, który najwidoczniej w końcu oprzytomniał z pierwszego i drugiego szoku.
– Co mu zrobiłeś do kurwy nędzy?! – wydarł się.
– Jak to co? To, o czym ci mówiłem. Widzisz. Jeśli kopniesz w rzepkę z odpowiednią siłą i pod odpowiednim kątem, sprawisz, że się przesunie, powodując olbrzymi ból. To właśnie spotkało twojego przyjaciela – odparłem spokojnie.
– Nie pierdol! – długowłosy zaszarżował na mnie, wziął zamach i uderzył mnie prawym sierpowym.
O tak, ból. Mój wspaniały sprzymierzeniec. Dawno go u siebie nie gościłem. W końcu przyszedł do mnie, ale za słaby. Za słaby. Jak do tej pory byłem spokojny, tak teraz się wkurwiłem.
– Co jest kurwa?! – wydarłem się na niego. – Bić nie umiesz? Baba od ciebie mocniej bije, łajzo. No dawaj!
– Jak chcesz, pojebie! – wziął koleiny zamach, tym razem lewą ręką.
Trafił mnie w policzek, jednak niestety, moje ciało po tylu latach „hartowania”, doskonale przyjmowało ciosy. Tak jak mówiłem, ból stał się moim przyjacielem.
– Ech, nuuuuuda – powiedziałem przeciągle. – No dawaj do chuja! Uderz mnie mocniej! Jeśli potrafisz.
Widziałem, że dryblas również się wkurwił i znów wziął zamach prawą ręką.
– Jesteś chory! – wydarł się i rąbnął mnie w twarz.
Poczułem, jak delikatnie zaczęła puchnąć, a z kącików ust popłynęła krew.
Spróbowałem. Pyszny metaliczny smak. Aż adrenalina zabuzowała w moich żyłach, jednak to i tak było za mało. Nie czułem już tego bólu co kiedyś. Zatraciłem prawdziwe fizyczne czucie. Choć prawdopodobnie, to za sprawą zwiększonej tolerancji na ból. No cóż, miał chłop swoją szansę. Teraz moja kolei.
– Ciota! – wykrzyczałem do niego.
– Co takiego, gnoju? – zdziwił się.
– Ciota, nie potrafisz nawet uderzyć. Ale ja ci pokażę. Ja cię nauczę. Patrz i zapamiętaj, jak się uderza.
Chłopak się wkurzył i znów chciał zaatakować, ale na nieszczęście dla niego, bez problemu zablokowałem jego cios swoją lewą ręką. Prawą natomiast wziąłem zamach, używając przy tym nie tylko mięśni ramienia, lecz całego ciężaru swojego ciała, dla wzmocnienia siły uderzenia.
Dryblas niefortunnie przyjął całą energię ciosu na szczękę i w okamgnieniu padł na ziemię.
Zadowolony spojrzałem dookoła. Jeden wyje z bólu, trzymając się za kolano i nie mogąc nic powiedzieć. W dodatku zalewa się krwią i łzami z powodu złamanego nosa. Drugi leży znokautowany na „deskach” i jęczy, próbując się pozbierać.
Piękna sceneria. Jestem dobrym reżyserem – pomyślałem i zaśmiałem się w duchu.
– Widzisz mój drogi? Tak się uderza, ale już mniejsza o to. Słuchajcie gnoje. Powtórzę to tylko raz, a że jesteście tępi, jak kilo gwoździ, to lepiej słuchajcie uważnie. Tak na przyszłość, jeśli kroczycie drogą bólu, to lepiej nauczcie się go zadawać, a przede wszystkim nauczcie się myśleć, bezmózgi. Nie umiecie go zadawać, nie umiecie go tolerować, nie umiecie myśleć. Jesteście kurwa zerem. Słyszycie?! Jesteście zerem! Para bałwanów!
W złości kopnąłem leżącego przede mną chłopaka w twarz tak mocno, że na powrót zalał się krwią.
– Kretyni! Wiecie? Wiecie, dlaczego nie czynicie nic dobrego i nawet nie potraficie czynić, a wasze życie nie ma sensu? Wiecie?  
Słyszałem tylko jęki oraz plucie krwią.
– To ja wam kurwa powiem dlaczego! Dlatego, że ten, kto zła nie umie czynić, ten i dobra nie uczyni! Bo skąd ma wiedzieć, jak walczyć z wrogiem, jeśli tego wroga nie zna?! Jak pytam się?! Ten, kto nigdy zła nie widział, ten i dobra nie zobaczy i odwrotnie! Ech, nie chcę mi się już tego dalej tłumaczyć, zwłaszcza kretynom. Jednak mam nadzieję, że coś wam w tych łbach zostanie. A teraz proszę was grzecznie, WYPIERDALAĆ! – ryknąłem na całe gardło. – I nie pokazywać mi się tu więcej, bo zajebię!
Zauważyłem, że długowłosy zdążył się pozbierać. Podszedł na chwiejnych nogach, do leżącego na ziemi i prawdopodobnie nieprzytomnego towarzysza. Złapał go za rękę i powoli zaczął ciągnąć przez księgarnię w kierunku drzwi.
– Pożałujesz tego, śmieciu! – odezwał się nagle.
– Mówiłeś coś kurwa! – dryblas spojrzał w moje oczy, w których z wściekłości płonęły już mordercze ogniki. Zląkł się, bo już nawet nie pisną, tylko po prostu wytaszczył blondyna na zewnątrz.
– Para popierdoleńców – rzuciłem na koniec.
Ochłonąłem, sytuacja została opanowana.
– Już wszystko w porządku. Basiu, możesz wyjść – powiedziałem, kierują wzrok w stronę pary regałów.
– Dobrze – usłyszałem w odpowiedzi, a po chwili zza książek wyłoniła się dziewczynka w za dużej męskiej bluzie.
– Pan też może już przestać się chować panie... – zawahałem się.
– Zdzisławie.
– Zdzisławie.
– Synu, czy wszystko w porządku? – spytał starzec, parząc mi prosto w oczy.
– W jak najlepszym – odparłem i uśmiechnąłem się. – Przepraszam za bałagan – powiedziałem, rozglądając się po księgarni i widząc w niektórych miejscach plamy krwi i porozrzucane książki.
– Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi, chłopcze. Dziękuję, że mnie obroniłeś – rzekł, kłaniając się.
– Proszę się nie kłaniać. W zasadzie to o co chodziło z tą dwójką? – spytałem zaciekawiony.
– Z nimi? Niech ich piorun trafi! – wykrzyczał. – Od czasu do czasu przychodzili do mnie i zabierali wszystkie pieniądze, w ramach haraczu.
– Haraczu? Jak to?
– Normalnie, ci dwaj to młodzi członkowie tej pieprzonej mafii.
– Mafii? Jakiej mafii?
– Jastrzębi – powiedział krótko starzec.
– Jastrzębi? Właśnie szukam o nich informacji. Wiesz coś więcej? – spytałem z nadzieją.
– Oczywiście. Każdy mieszkaniec tego ponurego miasta wie, ale nikt o tym nie mówi. Jastrzębie to mafia, która przejęła kontrolę nad miastem.
– Kontrolę? Co to dokładnie oznacza?
– Kontrola oznacza po prostu kontrolę. Rozpanoszyli się całkowici, a tak naprawdę wzięli się nie wiadomo skąd. Osobiście uważam, że ta organizacja powstawała i rosła w siłę w tym mieście już od kilku, jak nie kilkunastu ładnych lat. Dorobili się olbrzymiej fortuny na handlu narkotykami, bronią i innymi szemranymi interesami. Dzięki temu przejęli całą miejscową policję i inne służby porządkowe. A to powoduje, że mogą bez żadnych przeszkód prowadzić swoje interesy. Mają nawet na stołku prezydenta własnego człowieka, który jest przez nich opłacany. Tak naprawdę całe miasto siedzi im w kieszeni.
– Teraz już rozumiem. To dlatego przez całą drogę tutaj nie spotkałem żadnego patrolu policji ani pojedynczego funkcjonariusza.
– Dokładnie, policja praktycznie nie istnieje, a jeśli już to jest tylko na pokaz, aby nikt z zewnątrz nie zorientował się, co tu ma miejsce.
– Czyli nie bez powodu wszyscy ludzie w tym mieście są ponurzy, a sama aura przygnębiająca – zastanawiałem się na głos.
– Tak, wszyscy się boją, na każdego padł strach, iż jeśli nie będzie siedział cicho, to zostanie zlikwidowany przez członków Jastrzębi.
– Ale jednak handel w dzień funkcjonuje normalnie, tak jakby nic się nie działo?
– Owszem, jednak tylko za dnia. W nocy rozpoczyna się właściwy „handel”, przeważnie narkotykami. Wbrew pozorom, wielu ludzi współpracuje z Jastrzębiami, bo albo są po prostu zastraszeni, zmuszeni i boją się o swoje życie, albo również mają z tego korzyści.
– To chore – podsumowałem krótko.
– Niestety, ale taka jest rzeczywistość – odparł starzec.
– A jak to jest z tobą, panie Zdzisławie?
– Ze mną? Pytasz, czy współpracuję z nimi?
– Tak.
Sprzedawca zaczął się śmiać.
– Nie, nie współpracuję. Na szczęście jestem dla nich za stary, poza tym mnie praktycznie nikt nie odwiedza, więc obroty byłyby słabe.
– Na pewno? – dopytywałem dla pewności.
– Na pewno, zresztą widziałeś, jak mnie traktują i jak ja traktuję ich.
– Obyś mówił prawdę... Bo nie znoszę kłamców – powiedziałem, z naciskiem na ostatnie słowo.
– Możesz być spokojny.
– Niech będzie. Wracając, masz może jeszcze jakieś informacje. Na przykład kto jest bossem tej mafii lub coś innego, cokolwiek?
– Co do szefa to nic nie wiem. Po prostu tak naprawdę nikt go na oczy nie widział, a sam się nie ujawnia, więc nikt spoza członków nie wie, kim jest, choć bardzo możliwe, że wśród samych członków, wie tylko garstka. Co do innych informacji, cóż, chodzą słuchy, że prowadzą jeszcze inny interes, niż te, o których mówiłem...
– A dokładnie? – spytałem, wchodząc mu w słowo.
– Dokładnie nie wiem, ale z tego, co słyszałem, ma to związek z czarnymi dostawczakami.
– Dostawczakami?
– Tak, późną nocą dzień w dzień transportują coś z i do miasta.
– Nie wiesz, co to może być?
– Niestety nie, więcej nie wiem.
– Dziękuję.
– A w zasadzie dlaczego pytasz, jeśli mogę wiedzieć?
– Cóż, spotkałem członków Jastrzębi już w drodze do miasta, poza tym atmosfera tutaj panująca była podejrzana, dlatego chcę wiedzieć więcej.
– Rozumiem, szczerze, to patrząc na to, jak poturbowałeś tamtych dwóch, to wydaje mi się, iż im się naraziłeś.
– Prawdę mówiąc, możliwe, że naraziłem się już wcześniej, więc nie ma to dla mnie większego znaczenia.
– Rozumiem. Kończąc już ten temat, mam pytanie.
– Tak?
– Jak mogę ci się odwdzięczyć za pomoc?
– Cóż, na początek chciałbym kupić te dwie książki.
Podałem Zdzisławowi pozycję, którą wybrałem. Po chwili również Basia, która do tej pory była cicho i przysłuchiwała się z ciekawością rozmowie, podała panu książeczkę.
– Ach... „Mały atlas anatomiczny” i „Nosorożec i Jeż”. Dobrze, dobrze, możecie je wziąć za darmo – powiedział z uśmiechem starzec.
– Naprawdę?
– Tak.
– Dziękuję. Basiu, co się mówi?
– Dziękuję – odparła dziewczynka.
– Nie ma za co, nie ma za co. Mogę dla was zrobić coś jeszcze?
– Szczerze, tak. Widzisz, na gwałt potrzebuję pracy. Nie chcesz zatrudnić pomocnika do księgarni? Przy okazji byłbym, ala ochroniarzem.
– Ciekawa propozycja, ale weź pod uwagę, że nie będzie z tego kroci.  
– To nie ma znaczenia. Jak na razie liczy się dla mnie jakakolwiek robota i jakiekolwiek pieniądze. No to jak będzie? – spytałem.
Starzec zamyślił się, chwile podumał, aż w końcu rzekł:
– Masz tę robotę. Możesz zaczynać nawet od jutra – powiedział z zadowoleniem.
– Jeszcze raz dziękuję. Swoją drogą, nie przedstawiłem się jeszcze. Mam na imię Bartek – mówiąc to, lekko skłoniłem głowę, a na przypieczętowanie, jak na razie słownej umowy uścisnęliśmy sobie dłonie. – Wybacz, że nie pomogę ci posprzątać tego bałaganu, ale mamy jeszcze kilka spraw do załatwienia.
– Nie kłopocz się tym. Poradzę sobie, a tymczasem, do zobaczenia jutro – powiedział starzec na odchodne, gdy już opuszczaliśmy księgarnię.



***



Byliśmy już w „domu”, a raczej w ruinach po dawnej fabryce. Ostatecznie udało nam się wszystko załatwić. Kupiłem na targu za grosze, nawet całkiem ładną żółtą sukienkę dla Basi, oraz dwie koszulki, bluzę i dwie pary spodni. Dla siebie również coś znalazłem w atrakcyjniej cenie. Zaopatrzyliśmy się w żywność, głównie taką, którą można spożyć od razu, zważywszy na to, że nie mamy, jak gotować.
Jednak najważniejszym było po pierwsze to, czego dowiedziałem się od Zdzisława o Jastrzębiach. Czyli jednak naprawdę jest tak, jak podejrzewałem. Co prawda, z początku nie miałem pewności, lecz wątpliwości zostały całkowicie rozwiane.
Po drugie udało mi się znaleźć pracę, dzięki czemu będziemy mieli z czego żyć. Cóż okupione to zostało prawdopodobnym narażeniem się Jastrzębiom, jednak jakoś sobie poradzimy.
Z rozmyślań wyrwała mnie Basia:
– To pouczysz mnie czytać Bartku, czy nie? – spytała z nadzieją w głosie.
– Oczywiście, podaj książeczkę.
Wziąłem ją od niej i otworzyłem na pierwszej stronie.
– Przeczytaj tytuł – poprosiłem.
Basia zebrała się w sobie, skupiła, jak najbardziej mogła i zaczęła literować:
– N–O–S–O–R–O–Ż–E–C I J–E–Ż.
– Czyli?
– Nosorożec i Jeż?
– Dokładnie tak, brawo – Pochwaliłem ją i pogłaskałem po głowie. No to jedziemy dalej.
– P–E–W–N–E–G–O D–N–I–A, Pewnego dnia, Nosorożec...
– Dobrze, dobrze.
– P–O P–O... – nie mogła przeliterować.
– Postanowił, powtórz.
– Postanowił.
– A teraz całość.
– Pewnego dnia Nosorożec postanowił...
– Świetnie.

I tak nam mijał wieczór na nauce czytania, a ja nadal rozmyślałem nad jedną nurtującą i niedającą mi spokoju kwestią. A mianowicie: czarne dostawczaki. Co takiego ta hołota może nimi transportować? Będę musiał się tego dowiedzieć. Lecz, jak na razie z tego, co wiem, nie mogę, a raczej nie możemy ufać nikomu, poza panem Zdzisławem. Gdyż praktycznie każdy może współpracować z Jastrzębiami, z przymusu, lub z własnej woli.
Cóż, jak do tej pory niewiele się zmieniło. Wcześniej nie mogłem zaufać nikomu, teraz też nie, poza dwiema istotami śpiącymi obok mnie i staruszkiem z księgarni.
Mnie też już morzył sen. Morfeusz wzywał do swej krainy.
– Śpijcie moi drodzy, jutro też jest dzień – rzekłem cicho, głaskając zarówno Basię oraz Puszka i kładąc się obok nich.
Zasypiając, nieustannie pytałem sam siebie:
– Jaką tajemnice kryją czarne dostawczaki...?

Bo ten, kto zła nie zaznał, dobra nie zazna. Ten, kto zła nigdy nie uczynił i dobra nie uczyni. Kto nie widział i nie widzi jednego, nie dostrzeże drugiego.

Kto jest dobry, a kto zły?

Czy istnieje ktoś taki?

...

                                                                                                                                                                      





Shogun

Shogun

opublikował opowiadanie w kategorii horror, użył 5971 słów i 34527 znaków, zaktualizował 20 wrz 2020.

1 komentarz

 
  • shakadap

    Brawo.
    Świetnie napisane. Wciągające.  
    Czekam na dalszy ciąg.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Shogun

    @shakadap Bardzo dziękuję :) Ciesze się, że wciąga :)
    Ciąg dalszy, z pewnością za jakiś czas ;)
    Również pozdrawiam :)