Re-medium – rozdział VII

Gatunek: Thriller kryminalny z elementami komedii i erotyki. Może zawierać brutalne i kontrowersyjne sceny.

VII

     Chciałem wziąć nogi za pas oraz spierdalać, gdzie pieprz rośnie, jednak Nes powstrzymała moje tchórzowskie zapędy:
     – Daj spokój – powiedziała, gdy po raz ostatni próbowałem nakłonić ją do popylania na górę. – Nie rób scen. Nic mi nie będzie.  
     – Ocipiałaś do reszty?! – wybuchnąłem. – Trzęsiesz się niczym Blobby z Hotelu Transylwania! Nie mogę pozwolić ci tutaj sterczeć w tym stanie!
     – Nie będzie drugiej szansy – westchnęła zrezygnowana, na przemian trąc oczy i masując skronie. – Idź wyniuchać trop w piwnicy. Ja zaczekam aż skończysz.
     – Ale…
     – Wio do roboty, koniu pociągowy! – Siliła się na żarty, chociaż jej zmęczona mina oraz ślady łez na policzkach świadczyły o potężnym wyczerpaniu. – Ciuch-ciuch! Im szybciej przetrzepiesz jaskinię, tym prędzej opuścimy te egipskie ciemności.
     Bez słowa pokiwałem głową. Wiedziałem, iż chciała za wszelką cenę pomóc w poszukiwaniach. To budziło zarówno mój podziw, jak i przywoływało dziwny ucisk w okolicy serca. Nie mogłem, albo nie chciałem wnikać w przyczynę tego stanu. Zrobiłem więc jedyne, co było w tej sytuacji słuszne.
     Najpierw zdjąłem doniczkę z uchwytu. Zgodnie z oczekiwaniem po wygramoleniu osłonki z wybitnie kłującymi łodygami, naszym oczom ukazał się metalowy kluczyk. Wzór był dziwnie znajomy, lecz jakoś w tamtym momencie nie miałem czasu rozmyślać nad tego typu pierdołami. Nareszcie mogłem wrócić do planu! Ochoczo włożyłem stop do zamka kłódki, a ta po zaledwie jednym przekręceniu płynnie się otworzyła. Nie było na co czekać, zatem wślizgnąłem cielsko do środka, po raz ostatni zerkając zmartwionym wzrokiem na skuloną pod ścianą sylwetkę Teammate. „Dziołcha wyżłopie dzisiaj pełen dzbanek Earl Greya. To więcej niż pewne”.
     Oświetliwszy latarką telefonu wnętrze składziku z miejsca mnie zamurowało. Liczyłem na stertę syfu, tonę gazet czy starych rupieci pomieszanych z przedziurawionymi dętkami od roweru, a zamiast tego zastałem… błysk. No może bez zbytniego przesadyzmu. Piwnica wyglądała jak najzwyklejszy pokój. Wyposażona została w dywan, drewniane krzesło, szklany stolik oraz paździerzową półkę. Na niej zaś umiejscowiono przedpotopowy boombox. I to tyle. Nic na ścianach, zero biurka, żadnych komódek czy szaf. Nawet nadpleśniałej książki bądź gazety. Choćbym chciał coś wertować, kompletnie nie było czego. Spróbowałem jednak podnieść magnetofon w nadziei, że znajdę pod spodem choćby karteluszkę, ale nic takiego nie zauważyłem. Pod półką również. Natrafiłem jedynie na przyklejoną gumę do żucia oraz kilka zaschniętych kóz z nosa. Obrzydzony wytarłem dłoń w spodnie, po czym przesunąłem stół i krzesło. Następnie zwinąłem dywan. Kurz kręcił w nozdrzach niemiłosiernie, a oczy szczypały od ciągłego mrużenia w mroku. Nie mogłem jednak wyjść z pustymi rękami. Chodziło przecież o życie mojej matuli…
     Po jakichś dziesięciu minutach miotania się bez najmniejszego sukcesu, prawie wyłem z rozpaczy. W porywie złości strąciłem sprzęt grający na podłogę. Poniewczasie przestraszyłem się, że huk mógł niepotrzebnie zaalarmować lokatorów bądź Neskę, zatem rzuciłem w stronę drzwi zdawkowe:
     – Żyję! Nic się nie stało.  
     – Spoko… ale nikt nie pytał – odpowiedziała trochę w swoim stylu, lecz totalnie bez entuzjazmu.
     Warknąłem cicho, łapiąc dłońmi pod boki. Czułem, że towarzyszka ma się coraz gorzej. Moje zrezygnowanie zaczynało powoli sięgać zenitu. Spuściłem smętny wzrok na szczątki „graj-pudła”. Górna klapka od CD całkiem odpadła i wiało tam pustką. Przez moment miałem ochotę totalnie zbezcześcić starocia, ale zauważyłem, iż z przodu otworzyło się również miejsce na kasetę CC. A tam… tkwiła przykurzona taśma.  
     Wyjąłem prędko zdobycz ze środka, unosząc do góry niczym Świętego Graala. Następnie zgarnąłem z podłogi telefon, by oświetlić napis tytułowy widniejący na przedniej etykiecie. Nabazgrano tam zwyczajne „1”. Niestety sprzęcior po moim ataku nadawał się wyłącznie na złom, więc nie było szansy odsłuchać w tym momencie nagrania. „Dobre i to”. – Opuszczając znalezisko oraz smartfon w dół, wyszczerzyłem do siebie kły. Wówczas moje oczy natrafiły na coś, co nie przykuwało wcześniejszej uwagi. Mimowolnie zamarłem.
     W prawym górnym rogu pomieszczenia umiejscowiona została kolejna doniczka. Były w niej zasadzone żółte róże miniaturowe, wypisz wymaluj jak te z korytarza. Znałem ową odmianę, bo mateczka z uporem maniaka stawiała swego czasu identyczne na naszych schodach wejściowych. Potem nie wiedzieć czemu, od razu po zakupie przesadzała krzewy na klomb ogrodowy. Miałem zatem świadomość, że muszę spojrzeć pod osłonkę wiszącego kwiecia. Nie to jednak mnie najbardziej przeraziło, a sam fakt, iż obydwa krzewy potrzebowały do wzrostu widnego miejsca, nawet w okresie spoczynku. W piwnicy panowała zaś kompletna ciemnizna i chłód o wiele większy niż preferowana przez te rośliny temperatura. Oznaczało to więc, że albo dopiero co zostały kupione, albo świeżo przeniesione z innego miejsca. Wystarczyłoby zaledwie kilka dni, by zmarniały. Te zaś odznaczały się sprężystością i nasyconą barwą. Z pewnością nie „pływak-dziwak” je spuścił do tego kanału. Według relacji Nes nie miałby na to czasu.
     Dotarło do mnie, iż porywacz wiedział, że odwiedzimy piwnicę. Umyślnie pozostawił kwiaty w doniczkach, będąc pewnym, iż prędko sczaję bazę. Podobnie mogło być również z kasetą. Dostałem bowiem na komunię analogiczny odtwarzacz. Złoczyńca bawił się więc z nami w jakąś posraną gierkę. Świadomość ta z jednej strony mnie przerażała, z drugiej popychała do działania. „Myślisz, fiucie, że pozwolę ze sobą pogrywać?! Niech no tylko zdołam sięgnąć twojej facjaty! Będziesz miał z mordy zrobioną taką sieczkę, iż nawet dupa Tatara przy tobie da radę zdobyć tytuł Mister Supranational!”.
     Wkurwiony z impetem zwaliłem doniczkę na dywan. Pogniotły się płatki, połamały pędy, a grudki czarnej ziemi pokryły książeczkowy dowód osobisty oraz odznakę policyjną z wyrytym numerem. Obydwa znaleziska wypadły spod osłonki badyla. Wytarłszy torf, zajrzałem do dokumentu ze zdjęciem. Dane niegdyś młodego faceta zupełnie do mnie nie przemawiały. Nie znałem bowiem żadnego Marcela Kierś. Uznałem jednak, że dalsze przeszukiwanie piwnicy nie ma najmniejszego sensu. Należało zgarnąć Vanessę czym prędzej do domu, a tam zastanowić się nad ewentualnymi krokami.
     Jak można było przewidzieć, młoda siedziała na podłodze tuż za drzwiami. Gdy tylko wyszedłem uniosła głowę i z nadzieją zapytała:
     – Masz coś?
     Wypowiadając lakoniczne „tak”, podałem dziewczynie grabę, którą prędko pochwyciła. Ulga na jej twarzy była widoczna nad wyraz boleśnie. Czułem, iż jest na skraju wyczerpania. Nie wiem, co w wizji aż tak Neska-fe przeraziło, ale musiało mieć drugie dno. Postanowiłem więc wypytać w czym rzecz, jak tylko wrócimy na chatę.
     Opuszczenie piwnicy na całe szczęście nie nastręczyło nam większych problemów. Czmychnęliśmy jedynie za winkiel, gdy starsza pani z zakupowym wózeczkiem znikała w swoim mieszkaniu, uprzednio wołając kotkę Jaskrę. Błędnie zaszufladkowana samiczka, co prawda prychnęła na nas nieprzyjaźnie, opuszczając miejsce na skrzynkach, lecz babuleńka musiała mieć problemy ze słuchem, zatem zatrzasnęła wrota tuż za kuprem wchodzącej do środka pupilki.
     Droga powrotna minęła nam w ciszy. Nes swoim zwyczajem zamknęła oczy, ale tym razem doskonale wiedziałem, że nie śpi. Uparcie jednak milczałem, pozwalając jej odsapnąć po trudnych przeżyciach.
     Niestety w połowie jazdy spod kobiecych powiek popłynęły pojedyncze łzy. Niewiele myśląc, złapałem Nesię za położoną na udzie dłoń, której nie cofnęła. Zaszlochała przy tym cichuteńko, a dźwięk ten niemalże roztrzaskał mi gong w klatce na tycie dzwoneczki. Miałem świadomość, że do szczerej rozmowy potrzebna jest odpowiednia atmosfera. W domu mogłem zapewnić łasiczce należyte bezpieczeństwo. „Asiunia” chodziła dość cicho, lecz nie dawała odpowiedniego komfortu, do prowadzenia „konwersejszyn”.
     Po krótkim pit-stopie w sklepie z logo zielonego płaza, w końcu dotarliśmy na miejsce. Już w przedpokoju zauważyłem, iż Vanessa wręcz słaniała się na nogach. Trzeba było zatem nabrać speeda, aby wmusić w nią coś do jedzenia oraz picia. Poleciłem smarkuli wziąć prysznic, sam zaś zamierzałem sklecić typowe „wszystko do gara, módlmy się i nara”.  
     Gdy już wręczyłem siusiarze świeży ręcznik, chcąc skierować kroki do kuchni, Nessie nieoczekiwanie złapała mnie za rękaw bluzy:
     – Czy możesz…? – Damski głosik zamarł już na początku zdania. Wlepiła wzrok w podłogę oraz zagryzła dolną wargę. Obróciłem się więc o sto osiemdziesiąt stopni i ująłem ją za obydwie dłonie, zmuszając do spojrzenia mi w oczy:
     – Tak? – zachęciłem kobietkę do mówienia, przywdziewając najbardziej pokrzepiający uśmiech, na jaki było mnie stać.
     – Nie chcę zostać sama – odparła po chwili pełnej wahania. Jej brązowe oczy skakały na boki, niczym dwa fistaszki podrzucane przez Chipa oraz Dale’a. Robiła wszystko, by ukryć zakłopotanie.
     – Moja droga, Nes… – zacząłem, przygarniając dziołchę do siebie. – Jesteś tutaj bezpieczna. Nikt nie wejdzie ci pod natrysk, ani nie otworzy drzwi do łazienki. Nie musisz się bać.
     – Ale… – Znowu urwała wypowiedź. Ja w tym czasie gładziłem jej włosy, co spowodowało, że nieco odpłynąłem myślami. Naprawdę wyobraziłem sobie nas obściskujących się nago pod deszczownicą. Jednak nie mogłem na to pozwolić. Nie wiedziałem na czym razem stoimy. Przyciąganie w teamie było niezaprzeczalne. Troska, którą zaczynałem darzyć smarkulę niemalże dawała się uchwycić oraz tarmosić za uszy. Niestety dziewczyna była młodsza, po przejściach i do tego wyraźnie zraniona. W chwili obecnej należało się lepiej poznać oraz pozwolić czasowi robić resztę. W końcu i tak będzie, co ma być.
     – Zostań przy mnie – nalegała, zacieśniając macki jeszcze mocniej. Czułem, że moja silna wolna zaczyna pękać. Lecz nie mogłem, po prostu nie mogłem tego zrobić. W porywie emocji zdecydowałem się na coś, co nigdy wcześniej, by mi nie przyszło do głowy.
     – Wejdę z tobą do łazienki. Posiedzę na klopie oraz poczytam maile na telefonie. Trochę się ich już nazbierało. Kabina jest matowa, więc nie będziesz musiała łapać „wstydzioszka”.
     Zamilkła na dłuższą chwilę. Doskonale wiedziałem, iż nie o to jej chodziło. Nie miałem jednak najmniejszego zamiaru być ucieczką od problemów, czy też próbą odwrócenia uwagi. Wszystkie moje dotychczasowe partnerki wiedziały, że podczas naszych zbliżeń dawałem im sto procent siebie. Tego samego oczekiwałem od nich. „Matko, Cypek o czym ty bajdurzysz? Jeszcze nie przebrałeś się w strój do ćwiczeń, a już biegniesz po medal w sztafecie?”.
     – Okej. Niechaj tak będzie. – Słowa Teammate wybudziły mnie z zamyślenia. Musiałem odchrząknąć dwa razy, by powrócić do zwyczajowej luzackiej postawy.
     – No, to ciuch-ciuch! – Sparafrazowałem kobiecą wypowiedź z piwnicy. – „Herbacinka” się sama nie wygżduli, a jajca nie zetną.
     – A myślałam, iż jestem już bliska takiego efektu… – wymamrotała pod nosem w swoim stylu, lecz towarzyszące temu potężne westchnienie bezlitośnie wspominało, że przeżyła dzisiaj ogromny szok. Poczłapała jednak posłusznie do toalety, a ja wzywając wszystkie znane mi świętości uniosłem oczy ku niebu, by dało mi siłę przetrwać próbę „pary i zmoczonej wary”.
     Posłusznie obróciłem sylwetkę, gdy dziewczę pozbawiało się odzienia. Dopiero, kiedy zatrzasnęła drzwi kabiny pozwoliłem sobie zerknąć w kierunku prysznica. Musiałem przyznać, że cholernie żałowałem, iż matowe drzwi skutecznie zasłaniały widok.  
     Zgodnie z obietnicą wziąłem smartfona do ręki i przejrzałem wiadomości w skrzynce odbiorczej. Usunąwszy spam, parę reklam oraz odpisawszy na kilka propozycji zleceń ze zdziwieniem uniosłem oczy, gdy pojawiły się przede mną bose stopy dziewczyny. Tak mnie to wszystko wciągnęło, że nie zarejestrowałem, iż skończyła myju-myju!
     Na całe szczęście była ubrana w fatałaszek wyjęty przeze mnie naprędce z rodzicielskiej komody. Cieniutka koszula nocna matuli, chociaż w nieco babciowym stylu, mocno podkreślała figurę łasiczki. Była również wyraźnie za krótka, ponieważ we wzroście Nes przewyższała matkę o jakieś kilkanaście centymetrów. Wietrzyłem niebezpieczeństwo, ale nie dałem nic po sobie poznać.
     – Skończyłaś? – Obrzuciłem towarzyszkę zaskoczonym spojrzeniem, zwlekając cztery litery z tronu. Trzeba było jak najszybciej opuścić ten lokal. – Pakuj się pod kocyk na wersalce, a ja pójdę coś upitrasić.
     Uciekłem z łazienki, nie odwracając łba na milimetr. Nawet jeśli Vanessa chciała coś powiedzieć, to nie dałem jej szansy. Smażąc omlety z szynką zmieloną zapewne razem z racicami, zauważyłem, że dziewczę posłusznie klapnęło na wskazanym posłaniu. „Uff, naciągnęła pled. Dobra moja. Może damy jednak radę pogadać bez zbędnej krępacji”.
     Gotowe „amciu” przełożyłem na talerze. Po uprzedniej degustacji odkrojonego kawałka stwierdziłem, iż dla zabicia smaku starego knura potrzeba żarciu iście serowej nuty. Zdecydowałem się więc zetrzeć nieco parmezanu na wierzch. Gdy przechodziłem do drugiego „omleciorro” usłyszałem nieoczekiwany pisk. Podskoczyłem w miejscu, po czym skierowałem wzrok w kierunku salonu. Neska-fe stała ze znalezionym dowodem osobistym w jednym ręku. Drugą zaś dłonią zasłaniała sobie usta.
     Rzuciłem tarkę oraz ser na blat, driftując w skarpetkach przez kuchnię niczym Vin Diesel w serii „Szybkich i wściekłych”. Dziewucha coś zwietrzyła, a mnie wręcz skręcało, by dowiedzieć się „what is about”?
     – Co tam Nessie?! Jakieś wieści?!
     – To musi być pierwsza ofiara! – wypaliła nawet na mnie nie zerkając.
     – Ale jak to? – Kompletnie nie czaiłem co się jej kiełbie we łbie.
     – Srakto! – wykrzyknęła w odwecie, posyłając kpiący uśmieszek. – Po prostu znowu widzę analogię porwanych ze zdjęć!  
     – Do mnie?
     – Nie, kałmuku! – Podniosła błyszczące na powrót oczy i pomachała dowodem tuż przed moim nosem. – Do tego gościa! Myślałam, iż są podobni do ciebie, lecz nie miałeś cech, które dzieliłbyś ze wszystkimi. On! – Postukała palcem w fotografię. – On zebrał pełne combo! Numero, pierdolone uno!
     – Czyli znaleźliśmy punkt zaczepienia? – Wyszczerzyłem klawiaturkę.
     – Dokładnie! Musimy to pokazać kartoflanemu kinolowi!
     – Zuch dziewczynka! – Pogłaskałem kobitkę po mokrych strąkach.
     – Aye aye, sir! – zasalutowała, odwzajemniając uśmiech. Następnie uniosła dłonie do góry oraz złapała mnie z radości za szyję. Nie musiałem nawet zerkać w dół, by wiedzieć, iż borsuk wychynął z norki, a serwetka w koszyczku ześlizgnęła się z krągłych jabłuszek. Złapałem więc Teammate prędko za biodra i obsunąłem koszulkę w dół.
     – Zimny jak zawsze… – skwitowała, szepcząc mi do ucha. Mimowolnie stanęły wszystkie włoski na męskim karku. – Mam jednak coś, co cię totalnie rozgrzeje. – Musnęła językiem płatek ucha, aż zadrżałem na całym ciele. Wówczas zmysłowym głosem dodała:
     – Wiesz, Cypuśśśku? – Przeciągnęła maksymalnie zdrobnienie. – W tym wszystkim najbardziej jara mnie to… – złożyła krótki pocałunek na mojej szyi – że nadal ogarniam więcej od ciebie.  
     Już miałem zapytać w czym rzecz, ale polizała skórę wzdłuż lekko zarośniętej żuchwy, co wręcz paraliżowało. Gdy skończyła, odsunęła twarz oraz nadal oplatając męską szyję przybliżyła buzię, świdrując gałkami ocznymi moje własne. Ciężko było uciec przed babskim spojrzeniem, więc oniemiały mogłem jedynie unieść brwi i oczekiwać na wyjaśnienie:
      – Cóż… – Żmijka trzymała mnie w niepewności. – Tacy jesteście do siebie podobni, iż ten koleś mógłby spokojnie być twoim ojcem…
Patrzyłem pustym wzrokiem. Kilka razy mrugnąłem. Wreszcie impuls dotarł na swoje miejsce. Wówczas wydukałem jedyne, co przyszło do głowy:
     – Że, kurwa „what”?!

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller i kryminalne, użyła 2902 słów i 16920 znaków, zaktualizowała 21 maj o 21:37.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto