Re-medium – rozdział V

Gatunek: Thriller kryminalny z elementami komedii i erotyki. Może zawierać brutalne i kontrowersyjne sceny.

V

     Zejście do piwnicy było ciemne, wilgotne i chłodne. Wszędzie wisiały pajęczyny, a wiecznie „mrygająca” żarówka dyndająca na gołym kablu, w żaden sposób nie ożywiała mrocznego pomieszczenia. Nigdy nie lubiłem tego miejsca, lecz dawało korzyści, jeśli musiałem ukryć coś przed oczami innych ludzi. Chociaż matka pochwalała mój zawód, miała pełną świadomość, iż czasem bywał on niebezpieczny. Bardzo łatwo jest zajść komuś za skórę, gdy opisuje się jego grzeszki.
     O dziennikarzach mawiano bowiem skrajnie różnie: „pismaki szukający sensacji tam, gdzie jej nie ma”, „obrońcy prawdy”, „łachudry zarabiający na cudzym nieszczęściu”, „jedyni, którzy nie boją się mówić wprost, że gówno paruje”. Bywało więc, iż dostawałem pogróżki, Internet wrzał od barwnych epitetów na mój temat, bądź przednią szybę auta zdobiła jajecznica na surowo. Nie było to jednak nic, z czym bym sobie nie mógł poradzić.  
     Mama stanowiła zaś zupełnie inną historię. Im mniej wiedziała, tym była zdrowsza oraz bezpieczniejsza. Dlatego też z wieloma dowodami zamykałem się w piwnicy, a klucz nosiłem zawsze przy sobie. W końcu nie bez przyczyny mawiają: „co z oczu, to z serca”. Zresztą, matula jakoś nie lubiła odwiedzać pachnącego stęchlizną podziemia. Mimo wszystko kategorycznie odmawiała wykonania jakiegokolwiek remontu. Choć miałaby tutaj sporo miejsca do zagospodarowania, wolała trzymać weki w spiżarce koło kuchni. Trochę dziwiło mnie jej podejście, ale wykazałem się rzadkim zrozumieniem omawianej kwestii. Każdy ma przecież jakieś swoje chimery.
     Vanessa nie kryła podniecenia, żywo wypatrując gałami na wszystkie strony po ceglanym przybytku. O mało nie spadła z drewnianych schodów, ponieważ skacząc jak kauczukowa piłeczka ominęła kilka stopni. Musiałem ją przytrzymać, gromiąc spojrzeniem, by pohamowała dziecięcą ekscytację. Gdy już byliśmy na dole od razu odpaliła torpedę:
     – A gdzie lodówka?
     – Na co tu ona? Nie masz wrażenia, że ziąb przenika do kości?
     – Pomieszczenie wygląda niczym z horroru wyjęte, zatem tak dla pewności dopytuję, gdzie trzymasz poćwiartowane trupy?
     – Jak nie ogarniesz łba, to rozważę kupno piły mechanicznej i chłodziarki. Będziesz typowym „first try”.
     Na te słowa roześmiała się szaleńczo oraz obrzuciła moją osobę ironicznym uśmieszkiem:
     – Szkoda takiej laski, żeby leżała poćwiartowana. Jaki miałbyś ze mnie pożytek gdybym została podzielona na kawałki? Ani tego przytulić, ani „pociupciać”, czy nawet…
     – Skończ te dyrdymały. Jestem zbyt zmęczony, by mieć siłę na przekomarzania. Przyjrzyj się lepiej facjatom zaginionych.
     Podszedłem do sztalugi, na której matka zwykła niegdyś malować pejzaże. Dawno już zapomniana przez rodzicielkę, teraz służyła za podpórkę korkowej tablicy. Jednym ruchem zdjąłem przykrywające ją prześcieradło, po czym przeniosłem wzrok na Neska-fe:
     – Nawijaj o co biega.
     Dziewczyna zmrużyła lekko oczyska i podeszła bliżej sztalugi. Studiowała zdjęcie po zdjęciu, zaciskając usteczka, niekiedy jedynie cicho wzdychając. Cały czas zawzięcie milczała, co po kilku minutach wprawiło mnie w stan potężnej irytacji. Miałem bowiem wrażenie, że szuka wymówki, aby nie wyszło na jaw, iż znowu kłamała. Już miałem dać wyraz niezadowoleniu, gdy w końcu zabrała głos:
     – Yep, tak jak sądziłam.
     Niewiele myśląc rzuciłem pytanie:
     – Czyli?
     – Masz wadę wzroku, prawda?
     – Niewielką, dlatego noszę kontakty – burknąłem pod nosem, powstrzymując się od mocniejszej riposty. „Co ją obchodzi stan moich gałek… ocznych?”.
     – Kto prowadzi dochodzenie? – zapytała, lecz nie dane mi było udzielić odpowiedzi. – Siwy pierdziel, w „pinglach” grubych jak denka od butelek, z krzaczastymi brwiami oraz brodą, w którą wpadają wszystkie okruszki?
     Roześmiałem się na ten jakże barwny opis, przyznając młodej częściową rację:
     – Brody nie ma, za to kulfon niczym kartofel po potrójnej dawce nawozu.
     – Hmm… nic więc dziwnego, że nie zauważyliście tego, co widać na pierwszy rzut oka. „Ślepak i ślepejszyn”. No ale nic. Zerknij no tutaj, pokażę w czym rzecz. – Wskazała na dwa pierwsze zdjęcia. – Podobne rysy twarzy, nisko osadzone oczy, długie rzęsy oraz prosty nos. Zbliżony wiek. Kolor tęczówek się różni, lecz samo spojrzenie jest jednakowe. Tutaj zaś – wskazała na kolejną fotkę – jest ten sam nos, ale usta podobne jedynie do gościa z pierwszej fotografii. Przy następnych „the same”. Jeśli dobrze łypniesz patrzałkami, każdy z tych jegomościów ma coś łączącego go przynajmniej z jednym z pozostałych. Im dalej w las, tym analogia jest mniejsza, co potwierdza, iż porywacz szukał ofiar nieco na siłę. Jakby jednak nie patrzeć, tylko jedna osoba z tego kolażu nie jest podobna do pozostałych. – Stuknęła dłonią w ostatnie zdjęcie. – Twoja matka.
     Bez słowa zacząłem lustrować twarze zaginionych. Niechętnie musiałem przyznać, że Vanessa miała rację. Dotąd skupiałem się na kolorach oczu, czy włosów, ale będąc typowym facetem, którego nie interesują mordy obcych chłopów, olałem całą resztę. Odniosłem porażkę zarówno jako syn, jak i dziennikarz. Potrafiłem wyszukiwać ukryte informacje, lecz gdy świeciły mi tyłkiem przed oczami, zupełnie je ignorowałem. Niczym ulicznice, na trasie szybkiego ruchu…
     – Punkt dla ciebie – odparłem wreszcie, dając teammate do zrozumienia, iż faktycznie zdała egzamin na prawo do bycia moją partnerką w dochodzeniu. – Mówiłaś jednak, że widzisz podobieństwo pomiędzy nimi, a mną. Gdzie dokładnie?
     – No przecież na pysku! – Zakpiła, uśmiechając się półgębkiem. – Na inne rewiry jeszcze nie dane mi było rzucić okiem…
     – Coś już chyba mówiłem. – Otarłem nos wierzchem dłoni. „Cudownie, jeszcze przeziębienia mi potrzeba”. – Płyń do brzegu, bo rozważę zakup sprzętu masarskiego.  
     – Skoro tak pięknie prosisz – przerwała, po czym podeszła, stając naprzeciwko mnie. Uniosła dłoń do góry oraz zaczęła gładzić moje policzki. – Jeśliby przyjąć najczęściej powtarzające się cechy z fotografii, to masz… – w skupieniu sunęła palcem w kolejne miejsca – takie samo spojrzenie, podobny nos, zbliżone rysy twarzy i to… – Dotknęła opuszkiem miejsca ponad ustami. – Pieprzyk. Wiadomo, iż każdy z nich posiada go w nieco innym położeniu, czy też wielkości, lecz jest to znamię charakterystyczne dla każdego zaginionego płci męskiej. Dobrze, że usta matula sprezentowała ci inne. – Drobny paluszek musnął moje wargi, nie wiedzieć czemu, wywołując przyjemny dreszcz w okolicach lędźwi. – Twoje są o wiele pełniejsze.  
     – Miło mi. – Złapałem kruchą dłoń, a następnie szybko opuściłem ją w dół. Miałem wrażenie, iż bździągwa umyślnie stara się słać podteksty. „Nie ze mną te numery, bejbe”. Przykryłem zatem damski przeszczep swoją grabą oraz poklepałem łasicę po jej własnym policzku. Gdy w końcu zabrałem rękę, zniżyłem ton do prowokacyjnego szeptu: – To by było na tyle. Idziemy do łóżka.
     – Wreszcie gadasz z sensem. – Uśmiechnęła się promiennie. – Wiedz jednak, że jeśli nie użyjesz kapturka, to...
     – Każdy do swojego. – Posłałem smarkuli ten sam ironiczny wyszczerz, którym tak często mnie obdarzała.
     – Auć… – skwitowała tylko.
     Zadowolony z wymiany zdań, przykryłem tablicę prześcieradłem, po czym odwróciłem cielsko na pięcie i nie czekając na towarzyszkę, zacząłem wchodzić na górę. Skrzypienie schodów za plecami potwierdziło, iż ruszyła moim śladem.  
     Musiałem przyznać, iż czułem się coraz gorzej. W głowie zaczęło szumieć, a czoło zrosił pot. Niechybnie ganianie kaczek przyprawiło mnie o gorączkę. „It’s beautiful, Cypek! Beautiful, żesz w opór mać!”.
     Gdy byliśmy na górze, zamknąłem drzwi do piwnicy na klucz, który następnie zawiesiłem na rzemyku na szyi. Chwilę później wyjmowałem już z kufra kanapy pościel dla Nes. Przez „wstręto-momento” stała ze skwaszoną miną, lecz w końcu posłusznie zajęła się słaniem legowiska. Ponownie już dzisiaj wskazałem na łazienkę oraz poleciłem, by porządnie wymyła ciało, gdyż nie chciałem żadnych nieprzyjemnych zapachów, ani rzeszy kłująco-ssących „przyjaciół” z rodziny stawonogów. Zrobiłem to specjalnie, żeby babce dogryźć, mając stuprocentową świadomość, że pachniała całkiem apetycznie, kiedy gładziła mnie dłonią. Nie chciałem jednak wchodzić w szczegóły, jakim cudem udawało jej się dbać o higienę, mieszkając na ulicy. Tylko z grzeczności zapytałem, czy ma czystą pidżamę. O dziwo przecząco pokręciła łepetynką:
     – Zwykle śpię „w opakowaniu”.  
     Zerknąłem na damski sweterek i legginsy. W sumie były wygodne, lecz przy domowej temperaturze mogłaby zaparzyć „ciposzkę” pod kołderką. Postanowiłem zatem dać młodej jakąś matczyną koszulkę nocną.
     – Coś ci skołuję. Poczekaj sekundkę.  
     Nie zdążyłem przejść kilku „drep-drepów”, a już ze śmiechem wyrzuciła:
     – Właśnie minęła!
     Nawet nie odwróciłem tułowia, dalej kierując kroki w stronę schodów na piętro. Dałem zaledwie radę wejść na pierwszy stopień, a już mną zachwiało. Pokręciłem więc głową, próbując strząchnąć zmęczenie oraz narastającą gorączkę. Niestety skutek był odwrotny, ponieważ momentalnie straciłem równowagę, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Wówczas wydarzyło się oczywiście to, czego bardzo, ale to bardzo nie chciałem…
     Wiotkie mięśnie, biała ściana przed oczami, mały przebłysk bólu, gdy „łupnąłem” cielskiem do tyłu. Potem wszechogarniający mrok. Niczym u Stuhra: „Ciemność! Widzę ciemność. Ciemność widzę”.
     „Mayday!”.

***

     Zapach pieprzonych fiołków wypełniał całe nozdrza. Do tego buchający gorąc i lepkość odzienia przylegającego z każdej strony do mokrego ciała. W głowie tabun górników walił kilofami, jakby zmierzał w kierunku rudy złota. Podjęcie decyzji o otworzeniu oczu wydawało się cięższe od wyboru kariery życiowej. Jednak nie byłem tchórzem. A przynajmniej miałem taką nadzieję…
     Z trudem uniosłem powieki. Za oknami świtało, więc przez jesienną szarówkę gdzieniegdzie zaczęły przekradać się promienie słoneczne. Pomimo moich obaw, pokój nie został splądrowany: wszystko stało nienaruszone na przeznaczonym mu miejscu. Z tą tylko różnicą, iż koło sofy na której leżałem, pół siedząc na dywanie, a w połowie opierając cycki o posłanie, kimała młoda dziewczyna z małym ręczniczkiem w dłoni. Obok niej stała miska z wodą, w której częściowo moczył się kobiecy rękaw. Długie oraz proste brązowe włosy opadły lśniącymi pasmami na nagi tors, okryty tak szczelnie kołdrą, że ledwo mogłem oddychać. Coś wewnątrz całego jestestwa ścisnęło moje serce i gardło. To było… miłe.
     Mogła mnie okraść. Wykorzystać. Upić. Pobić czy zabić. Albo wszystko na raz. Jednak mając tak wiele złych rzeczy do wyrządzenia zaopiekowała się nieznajomym tak, jakby zrobiła to jego matka, przyjaciółka czy… żona. Nie umiałem opisać wszystkich emocji, jakie grasowały w mojej głowie. Niewiele myśląc sięgnąłem po kosmyk damskich włosów oraz uniosłem go do nosa. Fiołki. Użyła szamponu mojej mamy, który w połączeniu z jej własnym zapachem podskoczył na znacznie wyższy level. Działał… zupełnie niczym afrodyzjak.  
     Myśl ta otrzeźwiła mnie momentalnie, co spowodowało, iż podskoczyłem raptownie na posłaniu, wypuszczając diabelski pukiel z dłoni. Ból rozsadził skronie, które (co dopiero zauważyłem) zostały przez smarkulę owinięte gazą i bandażem. Nie lubiłem mieć długów wdzięczności, a tak właśnie się w tamtym momencie poczułem. „Że też musiała być świadkiem chwili mojej słabości”.
     – O, nie śpisz już. – Cichy oraz zaspany głos przerwał gonitwę myśli. – Zdrowo żeś mnie wczoraj nastraszył. Doceniam breakdance na schodach, lecz nie rób tak więcej.
     – Nikt ci nie kazał mi pomagać – burknąłem pod nosem, nie mając odwagi spojrzeć na twarz towarzyszki. – Trzeba było wykorzystać sytuację, zgarnąć co cenniejsze i zwiać z łupem…
     Cisza, która po tych słowach wypełniła pomieszczenie nieznośnie świszczała w uszach. Nie mogąc jej znieść, odwróciłem głowę oraz przyjrzałem się rozjuszonej twarzyczce małolaty. Wręcz kipiała ze złości. Nic zatem dziwnego, że chwilę później gwałtownie stanęła na równe nogi i górując nade mną zaczęła z siebie wyrzucać:
     – Ty skończony matole, palancie, samolubie, burżuju, łajzo żesz „zaślimondolona”! To ja z dobrego serca się tobą zajęłam, przytargałam seksowne cielsko na wyro, ocierałam pot, opatrzyłam łeb oraz wyprałam zakrwawioną koszulkę, żebyś mi teraz pluł jadem w mordę?! Ty masz swoje zasady, ale mnie to już ich posiadać nie wolno?! Mówiłam, iż swoich nie tykam, lecz oczywiście ślepy dziennikarzyna, który majaczy przez sen, nie jest w stanie tego ogarnąć pustym łbem! Wiesz, co? – przerwała ze łzami w oczach. – A goń się leszczu barowy! Szkoda mojego czasu na takiego zadufanego w sobie maminsynka!
     Chwila moment i już pędziła w stronę drzwi wejściowych. Próbowałem ją pochwycić za dłoń, ale migiem wyrwała palce z mojego uścisku. Z trudem więc łapiąc oburącz za „opancerzoną” głowę zacząłem wstawać z kanapy, jednocześnie mówiąc ciche:
     – Przepraszam…
     Brak reakcji. Chyba mnie nie usłyszała, ponieważ cała w nerwach zapinała guziki płaszcza.
     – Przepraszam – wypowiedziałem znacznie głośniej, jednak bez zawahania sznurowała swoje zimowe „trapery”.
     – Przepraszam, do cholery! Dziękuję, że się mną zajęłaś, ale zupełnie nie potrafię przyjmować takich aktów miłosierdzia!
     Wyprostowała powoli ciało, by z nieprzeniknionym wyrazem twarzy stanąć z obiema dłońmi pod bokami. Sekundę później jej buźkę rozjaśnił szczery uśmiech:
     – No, to jest nas dwoje – odparła, energicznie rozpinając płaszcz oraz skopując z nóg buty. – Skoro formalności mamy za sobą, tańcuj, tańcuj, mój zasrańcu pod prysznic. Musimy dzisiaj pojechać do kamiennicy zajmowanej niegdyś przez nieznajomego. Tylko umyj porządnie pachy, bo wieje ci spod skrzydła gorzej niż z ryja menela po tygodniowej libacji…
     Parsknąłem śmiechem, odpowiadając:
     – „Oko za oko, ząb za ząb?”.
     – A co żeś myślał, iż puszczę ci to płazem? Smaruj wrotki pod natrysk!
     Tego dnia zrozumiałem, że w moje życie wcale nie wkroczyła głupia smarkula. Nes przez jedno „s” była bowiem nietuzinkowo inteligentną kobietą. Przede wszystkim miała poczucie humoru, któremu trudno dorównać. Czy mnie to złościło? Po maksie! Nie wiedzieć czemu, miałem jednak apetyt na każdą kolejną porcję „łasiczkowego” słowotoku.
     Zatem… do Wojewa! Niechże inna piwnica nam prawdę wyśpiewa!

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller i kryminalne, użyła 2648 słów i 15419 znaków, zaktualizowała 9 lut o 11:50.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AHopeS

    Słowo "spier..." ma wiele synonimów, ale "smaruj wrotki"- przebija nawet - "rwij skarpetki"

  • Kocwiaczek

    @AHopeS, "ciąg rajtuzy" też by się nadało:D Ale to może w odwrotną stronę :rotfl:  Poczekamy, łobczaimy, co to jeszcze bohaterowie nawyrabiają ;)

  • AHopeS

    @Kocwiaczek  boję się twoich haseł!  
    One są wprost mordercze!  Pekam ze śmiech od pierwszego rozdziału!  :chatownik:  :lol2:  :eek:  :lmao:  brakuje mi emotki- BOOM ze śmiechu