Re-medium – rozdział VI

Gatunek: Thriller kryminalny z elementami komedii i erotyki. Może zawierać brutalne i kontrowersyjne sceny.

VI

     Wojewo oddalone było od Butków o zaledwie dwadzieścia trzy kilometry. Drogę pokonywało się autem w niecałe pół godziny, zatem uznałem, że przed akcją wypadałoby wpaść gdzieś na szamkę. Neska ograbiła wczoraj lodówkę ze wszystkich kurzych jajec, toteż nie miałem jej czego rano zaproponować. Dawała co prawda znaki, iż chętnie chapnęłaby moje własne „cohones”, ale nie brałem tego na poważnie. Czułem, że za jej wyzywającym zachowaniem coś kitra łeb, jednak dopóki nie ufała mi na tyle, by podzielić się prawdą, musiałem zbywać kobiece umizgi lekko olewczym uśmieszkiem.  
     Bar „Kicha u Zdzicha” umiejscowiony był bezpośrednio przy linii kolejowej Butki-Wojewo oraz stanowił jedyny taki przybytek w naszej zapyziałej wsi. Latem cieszył się sporą popularnością miejscowych, jednak w okresie jesienno-zimowym klientela wyraźnie malała. Jak to przy dworcu PKP zwykle bywa, zachodzili tam zazwyczaj podróżni zanim wyruszyli w dalszą drogę. W Butkach krzyżowało się bowiem kilka linii kolejowych, więc pełniły rolę przystanku przesiadkowego. Właściciel knajpy, Pan Zdzisław Kiszkowski musiał radzić sobie zatem nie tylko z niepewnym utargiem, ale też ze złażącym się do lokalu okolicznym menelstwem. Mimo wszystko, żarcie miał mega dobre, więc obwieś czyhający u drzwi wejściowych, nie odwiódł mnie w najmniejszym stopniu od planu, by właśnie tam wtranżolić śniadanko.
     Gdy już zaparkowałem „Asiunię” i zacząłem odpinać pasy, bez zerkania na towarzyszkę rzuciłem pytanie:
     – Na co masz ochotę? Jajecznicę czy może omlet?
     Odpowiedziała mi jedynie cisza. Odwróciłem zatem głowę w kierunku Nes. Siedziała nadal przypięta do fotela oraz sprawiała wrażenie czymś mocno przejętej. Jej wzrok padał to na drzwi, to na pijaczka u progu.
     – Wolałabym zostać w aucie.
     Szybka rozkminka i w mig załapałem, iż musiała mieć już z tym miejscem do czynienia.
     – Zdziśka też opędzlowałaś?
     – Jeśli powiem, że tak, to coś zmieni?
     – Pozwolę ci zjeść w wiacie na dworze, poza zasięgiem jego wzroku. Są tam parasole grzewcze, zatem nie zmarzniesz.
     – Owszem. Okradłam.
     – Co dokładnie gwizdnęłaś?
     – 7-days’a spumante, Black’a zero oraz żelki malinki.
     – Bosz… – westchnąłem. – Kiedy to było?
     – W drodze do ciebie. Burczało mi w brzuchu, więc nie miałam wyjścia.
     – Okej… – wybąkałem i przejechałem dłonią po włosach. To, co sobie przywłaszczyła było warte około dziesięciu złotych. Nie wiedzieć czemu raptem złapałem doła, czując jednocześnie gorycz w ustach. Nic nie mogąc jednak począć, wysiadłem z auta, obszedłem je oraz poprowadziłem lekko przestraszoną Vanessę do opustoszałej wiaty. Wcale nie było mi do śmiechu, gdy kuliła się i wyraźnie kryła za męskim ciałem. Czułem, że wzrasta we mnie irytacja. Nie na towarzyszkę, ale na ten pojebany świat, który zmusza ludzi do złodziejstwa. Nawet tak drobnego…
     Zostawiwszy Teammate poza zasięgiem wzroku właściciela, poszedłem złożyć zamówienie. Zdzisław miał doskonałą pamięć jeśli chodzi o twarze, zatem przywitał się ze mną serdecznie oraz zamieniliśmy kilka niezobowiązujących zdań. Na smażoną śląską z cebulką i jajecznicę na boczku „łejtowałem” niecałe dziesięć minut. W tym czasie zauważyłem coś wybitnie niepokojącego. Obszczymur spod drzwi już w połowie oczekiwania podreptał w kierunku wiaty, ku mojemu zaniepokojeniu nie wracając na swoje miejsce. Nie mogłem jednak dać po sobie poznać zdenerwowania, dlatego też poprosiłem właściciela o spakowanie prowiantu na wynos. Czułem bowiem, że święci się coś niedobrego, ale postanowiłem sam sobie z tym poradzić.
     Gdy wyszedłem na zewnątrz, do moich uszu dobiegła następująca wymiana zdań:
     – Siupaj, siupaj, maleńka. Przeca wim, żeś swoja. Obcemu bym nie proponował. Pewnu cię ten fircyk z ciupanka przywiózł, aby nakarmić za usługę? Takie te fajansiarze skumpe, że żarłem płaco? No dziabaj, dziołcha. Flaszencja cię rozgrzeju…
     – Dziękówa, ale nie...  
     – A co? Lecisz dalej się bzykoć? Tako na trzeźwo?
     – Nie twój interes….
     – Jakeś ty wygadana… A przed chwilo się kuliłaś nicym te kurcęcie. Ja ciem widział wczorej, gdyś kradła. Myślosz, że właściciel odpuści, kieda mu nagadam, co żeś za jedna?
     Nastąpiła cisza. Zbliżyłem się więc do wiaty. W sumie mogłem wparować od razu, żeby gościem potrząsnąć, ale tak po prostu… potrzebowałem usłyszeć reakcję Neski. Poznać ją z tej zgoła innej strony.
     – Czego zatem chcesz?
     – Takaś ty łodna i pytosz? – Menel począł się śmiać. – Michy ci nie dom, ale butlą zapłacę za ruchanko. Laluś cię nakarmi, ja upijo. Będziesz babko szczęśliwo.
     – Chyba se moczymordo śnisz! Buda stąd, kapciu! Nie dla psa kiełbasa! – Łasiczka wybitnie zaczynała tracić cierpliwość. Swoją drogą i tak długo udawało jej się utrzymywać spokój. Gostek wyraźnie przekroczył cienką linię pomiędzy iście żałosnym flirtem a napastowaniem.
     – Co żeś, kurwo powiedzioła?! Lekcję ci trza dać, jako do starszych się łodzywoć należy?!
     – Chyba tobie z higieny, bo łajnem od ciebie jedzie gorzej niźli od konia w zafajdanej stajni! A pe-fe! – Splunęła. – Naucz się lepiej polskiego, wsiurze jebany, zamiast człowiekowi dupę zawracać pierdołami! Choćbym miała zdechnąć z głodu, to mnie nie tkniesz żadnym ze swoich obszczanych paluchów!
     – Ty, ty… – zapowietrzyła się menda, a następnie rozbrzmiał odgłos szarpaniny. Zanim wskoczyłem do środka, Neska już zdążyła ugryźć łachudrę w rękę. On zaś próbował wepchnąć przeszczep pod damski płaszcz oraz sweter. Momentalnie zmrużyłem oczy, odstawiłem jedzenie na stolik obok, po czym jednym szybkim ruchem złapałem buraka za wszarz. Następnie wykręciłem mu dłonie do tyłu, by bez słowa wypchnąć łachmytę z wiaty, dając soczystego kopniaka w zadzisko. Rach ciach i ludeczek wpieprzał piach! Nie chciałem jednak robić większego rabanu, zatem pochwyciłem Vanessę za rękę. Moment później, zgarnąwszy uprzednio żarcie z blatu, kroczyłem pośpiesznie z partnerką w kierunku auta. Gdy mieliśmy już wsiadać, odwróciła głowę oraz pokazała środkowy palec zbierającemu się z gleby palantowi. Ten zaś wycharczał coś w stylu: „Schowaj mordę, pizdo, bo na małpy polujo!”. Ona wówczas wystawiwszy jęzor odpysknęła: „Idź na grzybki, chuju brzydki!”, po czym zamknęła za sobą drzwi. No… i to by było na tyle, jeśli chodzi o spokojne spożycie wałówy.
     Zatrzymaliśmy się na poboczu kilometr dalej oraz w ciszy zaczęliśmy pochłaniać zawartość naszych pudełek. Vanessa zacieszała pod nosem, ale nic nie mówiła. Zapytałem więc o powód rozbawienia, na co rozentuzjazmowana odparła:
     – Byłeś suuuper! – Umyślnie przeciągnęła głoski. – Taki męski, silny, działający instynktownie… Masz moc w tych swoich łapiszonach.
     – Ćwiczę trochę w domu na atlasie – odparłem rzeczowo i całkowicie zgodnie z prawdą. – Taki pijany muł pasiasty nie był zbytnim wyzwaniem.
     – To właśnie w tobie lubię. – Uniosła do góry kciuk. – Nie przechwalasz się. Mówisz jak jest. Z tego powodu coraz bardziej siadasz mi na baniak „and” serducho.  
     – Wystarczy taka odrobina pomocy i już jesteś gotowa na love? Czy to nie lekka przesada z tymi deklaracjami?
     – Nie mam się czego innego uchwycić. – Wzruszyła ramionami. – A ty przyjąłeś nieznajomą niczym swoją. Pomimo obawy o jej, że tak powiem… profesję. Nie bez znaczenia jest również twój wygląd. Szczupły, brązowe włosy, niebieskie oczy. – Wyliczała na palcach. – Dobrze zbudowane barki, klatka i umięśnione nogi. – Dorzuciła na potwierdzenie wymowne oczko. – Takie z ciebie „słit” ciasteczko w sam raz do schrupania.
     Pokręciłem głową, śmiejąc się delikatnie. Ta dziewucha chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.
     – Naprawdę z tobą nie mogę…
     – To zacznij. – Wytrzeszczyła swój słynny uśmieszek. – Wiecznie młoda nie będę…
     Rozbawiła towarzysza na tyle, że kawałek kiełby stanął w moim gardle, przez co zacząłem panicznie kaszleć. Podniosłem ręce do góry, a wtedy Nes poklepała męskie plecy. Gdy się już trochę uspokoiłem, łzy ciekły mi ciurkiem po twarzy, na co pocmokała z dezaprobatą:
     – Coś taki łapczywy? Przecież ci nie zabiorę…
     – Dokończ lepiej swoją porcję. – Zdołałem wycharczeć. – Zaraz ruszamy.
     – Już dawno zjadłam. Nie lubię zimnego. Trzeba przyznać, że jak na dziennikarza, to twój zapłon jest wybitnie opóźniony. Masz. – Wyciągnęła rękę. – Wyrzuć i moją wydmuszkę.  
     Zabrałem opakowania oraz udałem się do pobliskiego śmietnika. Musiałem przyznać Vanessie punkt, bo faktycznie zbyt mało zauważałem w jej towarzystwie. Powód roztargnienia był bardzo prosty. Zwyczajnie bałem się na nią patrzeć. Nie dlatego, iż nie chciałem, a ponieważ nie ufałem samemu sobie. Wystarczył jeden dzień, a dziewczyna zaczynała stawać się mi bliska. To mogło ściągnąć na Cyprianowe barki wyłącznie same kłopoty…
     Dalsza podróż przebiegła w miarę spokojnie. Włączyłem cicho radio i jechałem w jako takim skupieniu, podczas gdy najedzona towarzyszka przymknęła oczy oraz oddała się pośniadaniowej drzemce. Obudziłem ją dopiero, jak wjechaliśmy do Wojewa. Po krótkim rekonesansie okolicy, podała wytyczne odnośnie dojazdu pod właściwą kamienicę i powróciła do kimania. „Heh, takiej to dobrze. Nakarmią ją. Dupę zawiozą. Żyć, nie umierać”.
     Budynek nie był szczególnie obskurny, ale świetność miał już dawno za sobą. Doskonale współgrał z pozostałymi gmachami, niczym niewyróżniającą fasadą. Szaro-buro-brązowy front oraz niegdyś białe drewniane okna z łuszczącą się farbą, budziły nostalgiczne wspomnienia o czasach PRL-u. Z uwagi na porę dnia i środek tygodnia nigdzie nie ganiały dzieciaki zwykle tnące w gałę. Nawet okoliczne plotkary, czyli tak zwany monitoring osiedlowy, musiał zostać zniechęcony do obserwacji przez panującą na dworze szarówkę. W to akurat było teamowi „Cypines” jak najbardziej graj.
     Lekki zapach stęchlizny towarzyszył nam, gdy wchodziliśmy na niezabezpieczoną kodem czy kłódką klatkę schodową. Drewniane oraz „obsiurpane” u dołu drzwi skrzypiały przy tym niemiłosiernie. Pokaźną warstwę kurzu zalegającą na skrzynkach pocztowych, zmiatał ogonem gruby czarny kot. Łypał przy tym na nas obojętnie, wyślepiając jedno jedyne niewyłupione oko. Nie mogłem zatem powiedzieć, że otoczenie napawało człowieka zbyt optymistycznie. Miałem  dziwne wrażenie, iż pomimo zapalonych żarówek, wszędzie panował dziwny półcień, który przy dłuższym przebywaniu mógł człowieka doprowadzić do szaleństwa.
     Przytłoczenie to, o dziwo zadziałało również na Vanessę. Jej ruchy spowolniały i sprawiała wrażanie trochę nieobecnej. Nie chcąc więc przedłużać konieczności przebywania w nieprzyjemnym miejscu, szybko zapytałem:
     – Które mieszkanie zajmowaliście?
     – Dwójkę – Przeniosła wzrok na moją twarz. – Ale o tej porze nie zastaniemy lokatora.
     – Skąd ta pewność?
     – To instruktor pływania. Jak wychodzi rano, nie ma go do ciemnej nocy. Typowy wysportowany singiel.
     – Miałaś na niego oko, jak widzę. – Stwierdziłem z przekąsem, nie mogąc znieść świadomości, że denerwuje mnie wizja Nes obserwującej jakiegoś ociekającego „water” typka.
     – Nie tak, jak na ciebie. – odparła powracając nieco do swojego dawnego „ja”. – Jest tylko jeden oślizgły drań, który ujął mnie stylem na wodę w piwnicy. Wiesz przecież, iż babki dosłownie szaleją za podwiniętymi spodniami oraz odsłoniętą owłosioną łydką w gumofilcach. Normalnie „mrau…”, Monsieur Giur.
     Na te słowa spaliłem przysłowiowego buraka. Miałem bowiem świadomość, jak żałośnie wyglądałem, usiłując schwytać „kaczkofony za dupsony”. Odchrząknąłem więc tylko, mimo wszystko postanawiając sprawdzić, czy „Aquamana” nie ma w domu. Najpierw zadzwoniłem dzwonkiem. Cisza. Później zapukałem. „The same”. Pokonany zlazłem zatem na dół, gdzie Neska-fe obrzuciła męskie ryło triumfalnym spojrzeniem.
     – Jeden-zero dla mnie, Cypuśku.
     – Zamilknij, jeśli chcesz mieć gdzie spać.
     – Ej, to nie było fair…
     – A kto powiedział, że w tej walce zabronione są ciosy poniżej pasa?
     – W sumie, to…
     – To miałaś zwiedzić piwnicę „Mistera Surfera”.
     – Miałam. Ale jakoś odeszła mi ochota.
     – Jaja se robisz?! Przecież sam tam nie wlezę!
     – Co się mówi?
     – Nie wkurwiaj mnie, Nessie…
     – Pudło. Strzelaj dalej.
     – Vanesso! To nie pora na „podśmiechujki”.
     – Zawsze jest pora na „Telesfora”!
     Zacisnąłem dłonie w pięści. Musiałem odliczyć do dziesięciu. Wiedziałem, czego łasica ode mnie oczekuje, ale miałem również świadomość, że trudno mojemu ego się na to zdobyć. Zrobiłem jednak krótkie podsumowanie za oraz przeciw i postanowiłem dać żmijce to, o co prosi. Na zemstę znajdę czas później…
     – Moja droga Nes, czy uczynisz mi honor oraz wyrazisz chęć wykorzystania swoich zdolności manualnych, abyśmy dostali się do konkretnej piwnicy, w celu odnalezienia informacji o osobie, która porwała moją matkę?
     – Ależ owszem, drogi kawalerze. Zrobię to z szaloną wręcz przyjemnością. – Powrócił szyderczy uśmieszek. – Nie bolało tak bardzo, prawda?
     Podniosłem oczy ku niebu. Na usta cisnęło się nieśmiertelne „Zamknij paszczę, bo ci naszczę”, ale darowałem sobie pyskowanie. Vanessa była mi potrzebna. Nie wolno denerwować sprzymierzeńca. Inaczej jeszcze na ciebie tyłek wypnie…
     Wejście do piwnicy umieszczono tuż pod schodami. Niestety nie działało tam żadne oświetlenie. Za pomocą latarki w telefonie rozjaśniałem więc drogę przed sobą, zaś Nes kroczyła moim śladem. Na dole wilgoć oraz chłód stały się wręcz niemożebne. Do tego stopnia, że para buchająca z ust osiadała na rzęsach. Jeszcze bardziej chciałem zatem czmychnąć z tego miejsca, ale było za późno, by się wycofać.
     – Na lewo. – Głos towarzyszki za plecami rozbrzmiał tak mocno, iż zakłuł wręcz w bębenki. Wszechogarniające echo zdawało się potęgować każdy nasz krok. Bez słowa ruszyłem we wskazanym kierunku.  
     – To te czwarte za zakrętem – dodała po chwili.
     – Gdzie tu sens i logika? – burknąłem pod nosem, przypatrując się tabliczce zawieszonej na metalowych drzwiach. – Mieszkanie numer dwa, a piwnica szóstka? – Oświetliłem lekko kłódkę zapiętą na wysokości pasa. Chwilę przy niej pomajstrowałem jedną ręką, jednak w końcu zrezygnowany opuściłem grabę – Kurczę, ma jakiś wymyślny zamek. Nie wiem czy da radę go sforsować bez klucza…
     – Doniczka… – rozbrzmiało tuż obok mojego ucha. Obróciłem ciało oraz spojrzałem w pełne lęku oczy Vanessy. Jej twarz rozjaśniona łuną skierowanej w górę latarki telefonu była blada, zlana potem i wykrzywiona przerażeniem.  
     – Jaka doniczka? – zapytałem, zupełnie nie rozumiejąc, o co może chodzić. Buzia dziewczyny w tym momencie jakby zamarła, tylko oczy przesunęły się powyżej mojego łba, a następnie powróciły na męską facjatę.  
     – Widziałam, jak wkłada kluczyk pod kwiatek w doniczce, wiszący tuż nad tobą.  
     – Kiedy to ujrzałaś?
     – Przed chwilą – padła odpowiedź. Usta dziewczyny zaczęły drżeć, a oczy wypełniły łzy. Złapałem ją delikatnie za ramiona oraz spokojnym głosem próbowałem się dowiedzieć czegoś więcej.
     – Znowu miałaś wizję?
     – T…ak – odparła cichuteńko, spuszczając głowę. Łzy płynęły strumieniami po damskich policzkach. Niewiele myśląc, wziąłem Nes w objęcia. Gładząc proste włosy i czując ich niebiański zapach sam próbowałem się uspokoić. Wiedziałem, że to, co zobaczyła ją zszokowało. Niestety musiałem zapytać o szczegóły wizji.
     – To było coś strasznego, prawda?
     Pokiwała lekko łebkiem, drżąc już na całym ciele.
     – Czy możesz mi o tym opowiedzieć?
     Nastąpiła kolejna chwila ciszy. W tym czasie wzmocniłem uścisk oraz mówiąc krótkie: „Ciii”, próbowałem opanować szalejące w nas obydwojgu emocje. Serce Nes waliło jak oszalałe. Czułem jego bicie nawet poprzez kilka warstw materiału. W końcu jednak zaczęło delikatnie spowalniać. Wówczas w tej oblepiającej zewsząd ciemności oraz zimnie, powiedziała:
     – Gdy wkładał klucz pod kwiatek, odwrócił twarz oraz spojrzał mi prosto w oczy ze słowami: „Wiedziałem, iż okażesz się pomocna…”.
     – Brzmi rzeczywiście przerażająco, ale…
     – Kiedy to mówił jego całe ciało oraz ubranie było obryzgane krwią…

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller i kryminalne, użyła 2871 słów i 17145 znaków, zaktualizowała 3 maj o 20:34.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto