Re-medium – rozdział III

III

     Mieszając w aneksie kuchennym Earl Grey’a z trzema łyżeczkami cukru, czujnie obserwowałem siedzącą po ukosie Neskę. Było w tej dziewczynie coś przedziwnego, ale za cholerę nie potrafiłem sprecyzować w czym tkwił szkopuł. Po namyśle stwierdziłem, że chyba chodziło o jej oczy. Emanowała z nich dziecięca radość, która odbijała się na całej twarzyczce. Do tego wyglądała bardzo młodo, a brak makijażu jeszcze mocniej potęgował ten fakt.
   – Proszę. – Podszedłem do krzesła, zajmowanego przez kobietę i podałem jej kubek.
   – Dzięks – odpowiedziała dziwnie uprzejmie, czym nieco mnie zaskoczyła.
   – Czy teraz mogę liczyć na kontynuację historii? – zapytałem, zmieniając strategię. „Może bycie miłym zaoszczędzi niepotrzebnych spięć i w końcu uzyskam jakieś konkretne info?”.
   – Si, signore. – Pokiwała głową, upijając długiego „gżdula”. – Jak już wspominałam, nie miałam w życiu lekko. Bywałam to tu, to tam. Trochę marzłam zimą, czasem chodziłam głodna przez kilka dni. Niczym kopciuszek, tylko bez żadnego księcia na horyzoncie. – Uśmiechnęła się smutno, lecz od razu zaczęła kontynuować. – Z czasem zrozumiałam, iż powinnam wsadzić sumienie w buty i robić to, w czym po prostu byłam dobra. Przywłaszczanie cudzego mienia, to taki „mój konik”. Niegdyś kradłam koleżankom przybory szkolne i takie superanckie flamastry, które zmieniały barwę, jak się po innym kolorze przejechało białym mazakiem z tego samego zestawu. No, wiesz… – przerwała, spoglądając na mnie wyczekująco, ale tylko pokręciłem głową oraz zrobiłem duże oczy. – Takie w brokatowych opakowaniach z widoczkami, co się w nich przelewała woda… – Uniosła brwi i odstawiwszy kubek, rozłożyła lekko dłonie na boki. – Nic? Zero? Nie kojarzysz ich?
   – Pudło – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Szczerze? Nie miałem zielonego pojęcia, o czym baba bredziła.
   – Ech. Zapomniałam, że dzieli nas dziewięć lat różnicy. Dziad jesteś.
   – A skąd wiesz ile mam wiosen za sobą, jeśli można zapytać? – Puściłem mimo uszu kąśliwą uwagę, starając się przetrawić zapodanego newsa. Dziewucha miała dwadzieścia sześć lat?! „Jakim, kurwa cudem?!”.
   – You are thirty-three years old – wypowiedziała i uśmiechnęła się promiennie.  
     Pociągnęła kolejnego łyka. – Czytałam twój reportaż w gazecie.
   – Tam nie podają wieku – stwierdziłem rzeczowo. – Śledzisz mnie?
     O mało nie wypluła napoju. Z trudem udało jej się utrzymać herbatę w ustach oraz ją przełknąć. Spowodowało to jednak atak kaszlu.
   – Umiem korzystać z bezpłatnego wi-fi w marketach, okej? Do tego na stronie twojej gazety jest przegląd pracowników i krótkie notki – wyrzuciła, gdy przestała już rzęzić. – Angielski zaś znam głównie z piosenek oraz teledysków, jakbyś i pod tym kątem próbował mnie brać pod lupę.
     Pokręciłem nieznacznie głową, stwierdzając, iż ten babsztyl był po prostu niemożliwy. Już miałem na nią huknąć, by powróciła do opowieści, jednak wyprzedziła mnie o włos, mówiąc:
   – Czy mógłbyś mi nie przerywać? – spytała naraz poirytowana. – Jeśli dalej będziesz się wcinał, trzeba będzie zaparzyć cały dzbanek „liściastej”.
   – Pliss… – zacząłem, ledwo opanowując wkurwienie. – Kontynuuj.
   – No, i gra gitara. – Wyszczerzyła ponownie ząbki. Miałem ochotę wstać, by wypchnąć „miss brązowe kudły” za drzwi. – Jak już zaczęłam kraść, to na całego. Portfele, torebki, saszetki, piterki… no jednym słowem wszystko, co mogło zawierać hajs. Bywało różnie, parę razy nie wyszło i spędziłam nockę na komendzie, ale za kratki nigdy mnie nie wsadzili. Głupia nie jestem. Maksymalnie pobieram pięć stówek na raz. Tak zwana „mała szkodliwość czynu”. – Dziewczyna zaczęła się śmiać do rozpuku, aż musiała otrzeć zebrane w kącikach oczu łzy. – Boszzz, jak ja uwielbiam to określenie…
   – Opowiesz w końcu, kim był facio, który porwał moją matkę?
   – No, dobrze, już dobrze – żachnęła się. – Pożartować sobie nie można?  
   – Kiedy już wszystko wyśpiewasz, na pewno będzie mi do śmiechu, gdy wystawię cię za drzwi. – „Nie, no!”. Nie byłem w stanie przystopować. Dziewucha wyciągała ze mnie najgorsze instynkty.
   – Łeh, łeh, łeh, normalnie zaraz będę płakać. – Spojrzała ironicznie. – Ciekawe, czy jak spuszczę bombę, to też będziesz takim „śmieszkiem-orzeszkiem”.
   – Kobieto, puchu marny, mówże wreszcie!
   – Matko, jaki z ciebie wapniak. – Przewróciła teatralnie oczami. – Więc w wielkim skrócie: Obrobiłam kiedyś gościa, okazał się gliną, zamiast odstawić mnie na posterunek, zaoferował nocleg i tak spałam u niego każdej nocy, aż do dnia, gdy poszłam facia śledzić. Wtedy właśnie zobaczyłam go z twoją matulą.
   – Dlaczego za nim polazłaś?
   – Bo ciągle powtarzał, iż powinnam doskonalić umiejętności. Wiecznie podkreślał, że jeszcze mu się przydam. Pomimo to, nigdy mnie nie wykorzystał. Ani w łóżku, ani do prac domowych, ani też nie kazał czegoś dla siebie gwizdnąć. Ot, tylko spałam na kanapie i czasem zostawiał mi coś do jedzenia.
   – Długo to trwało?
   – Niecałe cztery lata.
   – Nie wydawało ci się podejrzane, iż tak po prostu pozwolił ci u siebie kimać?
   – A bo miałam wielki wybór? – zawarczała. – Z początku myślałam, że zechce splądrować mi gacie, ale nic takiego nie miało miejsca.
   – Nadal jednak nie wyjaśniłaś, dlaczego za nim tego dnia poszłaś.
   – Ponieważ zrobił coś dziwnego. Dzień wcześniej dał mi tysiąc złotych oraz powiedział, iż nazajutrz mam zniknąć.
   – I co się wydarzyło następnego ranka?
   – Gdy wstałam, czekało na mnie śniadanie, a obok gazeta z twoim reportażem…
   – Aż tak ci zapadł w pamięć, że kojarzysz go po pół roku?
   – Wtedy nawet na niego nie spojrzałam. Chapnęłam w locie kanapkę, a magazyn wrzuciłam do torebki. Obudził mnie trzaśnięciem drzwiami, więc podążyłam jego śladem.
   – Zachodził gdzieś jeszcze?
   – Nie, od razu podjechał pod uczelnię twojej matki.
   – A ty biegłaś za autem niczym „Nessie wróć”?
   – Wzięłam taksówkę, panie „dowcipalski”.
   – Kiedy zatem spotkałaś moją mamę?
   – Trochę trwało, zanim przyjechała. Stałam na skraju parku, tuż przy szkole. W zasadzie to ona na mnie wpadła. Przeprosiła, zamieniła kilka zdań, a później udała się w kierunku schodów.  
   – Jak więc zwinęłaś portfel?
   – Podniosłam go z ziemi, bo jej wypadł, no i… nie oddałam właściciele.
   – Ech… – Pomasowałem skronie. Wszystkie przekazane informacje nie były przełomowymi. – Znasz chociaż jego imię czy nazwisko?
   – Nie, ale może uda mi się włamać do mieszkania, które zajmowaliśmy. Czynsz został opłacony tylko do dnia zaginięcia. Ktoś wynajął już lokal. Istnieje jednak nikła szansa, iż pozostawił u siebie jakieś graty byłego lokatora.
   – Wątpię. Prędzej zalegają w piwnicy właściciela budynku.
   – To stara kamienica. Dostanie się tam, nie powinno stanowić problemu.
   – Chyba dla ciebie. Ja nie zamierzam być rzezimieszkiem.
   – Dlatego właśnie tutaj przyjechałam. Wiedziałam, żeś „miękka faja” i przyda ci się moja pomoc.
   – A właśnie… Jak zdobyłaś mój adres?
     Dziewczyna znieruchomiała oraz nerwowo przegryzła wargi. Po raz pierwszy od swojego przybycia, zdawała się czymś szczerze denerwować.
   – Ale nie wyrzucisz mnie na ten deszcz, gdy ci powiem?
   – Nesiu. – Uśmiechnąłem się ironicznie. – Wszystko zależy od tego, co masz do przekazania.
   – Vanessa Lalu – wypowiedziała cicho, spuszczając oczy. – Tak mam wpisane w dowodzie.
     Daję słowo, w pierwszej chwili miałem ochotę jebnąć śmiechem. Widząc jednak zażenowanie na twarzy „Neska-fe”, nie mogłem się pohamować i zapytałem tylko:
   – To autentyczne dane, czy pseudonim sceniczny?
     W odpowiedzi spiorunowała mnie wzrokiem, w którym zagościł smutek. Wypowiedzenie tej rewelacji najwyraźniej ją zabolało. A może chodziło o moje zachowanie? To, jak odebrałem szczere wyznanie? „No, na litość boską! Przecież ja tej kobiety w ogóle nie znałem, zatem czy moja reakcja była nieuzasadniona?”. Śmiechowo się nazywała, toteż odebrałem jej imię i nazwisko adekwatnie do sytuacji.  
   – No dobrze, panno Lalu. – Rozłożyłem ręce w pojednawczym geście. – Czy oświecisz mnie, jakim cudem tutaj dotarłaś?
   – Miałam wizję – powiedziała, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. – Ciebie, stojącego samotnie przy oknie w salonie. Zmarzniętego na kość oraz smutnego. Pijącego espresso z miniaturowej filiżanki. O! – wrzasnęła nagle. – I widziałam sztormiak! Wiem, że nadal z niego kapie, bo ganiałeś kaczki na ulicy!
   – Ty stalkerko jedna! – ryknąłem na całe gardło, sprawiając, iż dziewucha aż podskoczyła na krześle. – Od jak dawna mnie obserwujesz?!
   – Ale ja nie… – zaczęła, jednak stałem już przy niej i ciągnąc za fraki płaszcza, próbowałem wypchnąć babsztyla na werandę. Wierzgała oraz chciała coś wytłumaczyć, ale wezbrała we mnie taka furia, że byłem głuchy na wyjaśnienia. „Myślałem, iż właśnie otrzymałem od losu pieprzony dar. Ostatnią iskierkę nadziei. A trafiła mi się oszustka z lepkimi łapami. Straciłem cały wieczór na słuchanie dyrdymałów. Mega tępak ze mnie! No wręcz skończony idiota!”.
   – Wypad z baru, panno Lalu! – wyrzuciłem „na wkurwie”, gdy już miałem chwycić za klamkę drzwi wejściowych. – Tylko nie „chlipkaj”, że skończyła się bibka!
   – (…) tablica… korkowa ze zdjęciami… masz całą kolekcję fotek zaginionych! Trzymasz ją w piwnicy, zamkniętą na klucz, bo część kopii zdobyłeś nielegalnymi źródłami. Wszystkie są uporządkowane… ułożyłeś je według chronologii wydarzeń. Pierwsi porwani na przedzie. Twoja matka na końcu. Napisałeś na niej: „Ścieżka zniknięć”. Uznałeś to za nieco zabawne. Niczym z „Harrego Pottera”. – Tak właśnie pomyślałeś…
   – Co? – Zatrzymałem się, jak wmurowany. – Coś ty właśnie powiedziała?
     Staliśmy w korytarzu, tuż obok drzwi wejściowych. Ona „rozkudłaczona”, w pomiętym ubraniu, ze łzami w oczach. Ja wściekły, zdezorientowany, z bijącym niczym dzwon sercem. Mierzyliśmy się wzrokiem. W końcu Vanessa pierwsza zabrała głos:
   – „Ścieżka zniknięć, brzmi prawie jak książka zaklęć” – zacytowała moje słowa. A właściwie myśli. Nigdy bowiem nie wypowiedziałem tego zdania na głos.
   – Skąd o tym wiesz?
   – Zaufaj mi, wolałabym nie mieć wizji, że chciałbyś kiedyś wyłowić z wody czarną różdżkę i skleić ją „Kropelką” – wyburczała przez niemal zaciśnięte zęby, poprawiając w tym samym czasie włosy oraz ciuchy.
     Oniemiały, zupełnie nie rozumiałem, z czym przyszło mi się mierzyć. „Kim ona właściwie była? I co jeszcze potrafiła?”.
   – Nie zapowietrzaj tak mordki. Nie umiem czytać w myślach – dodała, klepiąc mnie po ramieniu. – To jak? Przyniesiesz dzbanuszek naparu, czy sama mam się obsłużyć?
     „O, ja pierdolę!”.

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller i kryminalne, użyła 1900 słów i 11366 znaków, zaktualizowała 18 sie o 16:14.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto