Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

SZKOLNE PRAKTYKI odc. 1

(Odcinek 1 z 3)
  
Miasto powiatowe gdzieś w PRL, pierwsza połowa lat siedemdziesiątych .


Część I: Wina
  
Miejscowy Zespół Szkół Zawodowych, klasa III E o profilu ekonomicznym

Dwadzieścia par siedemnastoletnich uczniowskich oczu wpatrywało się w wychowawczynię, panią Kowalik, która właśnie wyczytywała nazwiska uczniów i rozdzielała miejsca praktyk. Były one obowiązkowe w drugim semestrze III klasy: uczniowie klas o profilu ekonomicznym mieli przez miesiąc praktyki w okolicznych urzędach, spółdzielniach, państwowych firmach i lokalnym pegeerze. Po wyczytaniu każdej pary, nazwiska i miejsca, z ust ucznia lub uczennicy wydobywało się albo westchnienie ulgi albo (częściej) jęk zawodu. Najbardziej cenione były praktyki w urzędach, bo tam było najmniej roboty fizycznej, a wszyscy wiedzieli, że praktykanci są wykorzystywani do najgorszych prac, zupełnie niezgodnych z profilem nauczania ich klasy i szkoły. Miejsc w urzędach było jednak najmniej, a miejski komitet partii w ogóle praktykantów nie przyjmował.  
  
Pani Kowalik dojechała do końca alfabetycznej listy uczniów i odczytała dwa ostatnie nazwiska:
- Henryk Waciak i Helena Wirska, idziecie do Spółdzielni Rolniczo-Produkcyjnej „Postęp”. Wiecie gdzie to jest?
- Oczywiście, pani profesorko – odparła Helenka – na alei Pokoju, na wylotówce.
Pani Kowalik była zwykłą nauczycielką, ale uczniowie uwielbiali ją i na mocy niepisanej klasowej umowy tytułowali ją (i tylko ją w tej szkole!) właśnie „profesorką”. Zdobyła sobie ich zaufanie poważnym podchodzeniem do ich problemów i traktowaniem ich jak dorosłych.

Po odczytaniu list rozdała uczniom dzienniczki praktyk, poinformowała o zasadach ich wypełniania i innych formalnościach. Gdy rozległ się dzwonek na koniec lekcji zawołała jeszcze:
- Heniek, Hela, po lekcjach zaczekajcie na mnie przy pokoju nauczycielskim! Ja muszę teraz iść do sekretariatu, ale jeszcze muszę z wami porozmawiać!
  
- O co chodzi, pani psorko? – zapytał nerwowo niespełna godzinę później Heniek, najwyższy i najsilniejszy z pięciu chłopaków w klasie. Towarzyszyła mu Helenka, zwana przez wszystkich Helą, postawna dziewczyna, będąca jego przeciwieństwem – raczej cicha i nieśmiała.
Pani Kowalik westchnęła, a potem rozejrzała się dokoła jakby sprawdzając czy inne osoby na korytarzu nie stoją zbyt blisko. Uczniów nie zdziwiły te środki ostrożności; wiedzieli, że szkolne ściany mają uszy i nauczyciele nie zawsze mówią uczniom to, co chcieliby albo powinni powiedzieć.

- To jest trudna sprawa, więc słuchajcie uważnie – zaczęła pani Kowalik trochę ciszej niż zwykle. – Idziecie do najgorszego miejsca praktyk w całym powiecie. Tą spółdzielnią kieruje prezes Kędzik, dokładniej to pani prezes Lucyna Kędzik. Zapamiętajcie od razu to „pani prezes”, bo jeśli zwrócicie się do niej tylko przez „pani”, a nie „pani prezes”, a już nie daj Boże per „prezesowa”, to dostanie szału. Ona jest bardzo przeczulona na punkcie tytułów i w ogóle swojej ważności. Jest okropną i wredną osobą, traktuje pracowników po chamsku, krzyczy na nich i wyzywa, rolnicy ze spółdzielni też ją omijają, jeśli mogą. A praktykanci to dla niej już w ogóle nie ludzie tylko woły robocze, tak nimi pomiata.

- I to jej uchodzi na sucho? - zdziwiła się Helenka.
- Wszystko jej uchodzi na sucho, bo ma znajomości – odparła gorzko nauczycielka. – Jej mąż pracuje w Urzędzie Miasta, co prawda na jakimś niższym stanowisku, a znajomych ma wszędzie, w Komitecie Miejskim, w PRN, i oczywiście w innych spółdzielniach. A że jej spółdzielnia jako tako funkcjonuje, a nie jak na przykład nasz reprezentacyjny PGR, który przez dwadzieścia lat nie przyniósł ani złotówki zysku, to władze ją hołubią. Strasznie mi przykro, że tam traficie, ale musiałam wyznaczyć tam kogoś naprawdę silnego, bo będzie miał tam dużo skrzynek i worków do przerzucania – Heniek ponuro pokiwał głową – i kogoś gramotnego w księgowości czyli ciebie, Helu. Znając życie, będą wami pomiatać przez miesiąc, a potem łaskawie wpiszą trójki do dzienniczków praktyk. No i wypłacą wam za nie jakieś grosze, bo i tak muszą.

- Za taką harówę? – jęknął Heniek – to niesprawiedliwe, przecież ja jestem na profilu ekonomicznym, a nie od roboty fizycznej. Myślałem, że trochę więcej forsy wpadnie, wujek obiecał mi, że dołoży się do nowego powiększalnika...
- I co my potem z tymi trójami poczniemy? Inni będą mieli w papierach czwórki i piątki z praktyk, więc to im ułatwi potem dostanie lepszej pracy – zauważyła Hela.
- O to się nie martwcie. Tę spółdzielnię i jej prezeskę znają w całym powiecie; wystarczy, że zobaczą, kto wam te tróje wstawił i przyjmą do pracy bez gadania – pocieszyła ich nauczycielka. – Bądźcie tam w poniedziałek na ósmą rano, szkoła ich już uprzedziła. Dalej… Uważajcie, co i do kogo mówicie, nie wiadomo kto tam słucha i komu donosi. I jeszcze… Heniek, specjalnie do ciebie mówię: ty jesteś pyskaty i porywczy nerwus, aż za bardzo, więc… Helenka, pilnuj go tam, żeby sobie nie narobił kłopotów, a przynajmniej spróbuj. A ty, Heniek, pomagaj Heli, gdyby trzeba było. To tylko miesiąc, dacie radę. No, powodzenia, dzieciaki – westchnęła.

I TYDZIEŃ

Parę minut przed ósmą rano w poniedziałek oboje praktykanci zameldowali się w sekretariacie spółdzielni „Postęp”. Sekretarka spółdzielni, pani Maria, przejrzała ich dzienniczki praktyk i pokiwała z aprobatą głową.
- Przydacie się, jest huk roboty – stwierdziła – ale pani prezes musi zadecydować, które z was co będzie robić.

Wstała i otworzyła drzwi do gabinetu. Jak się okazało, za nimi znajdowały się drugie drzwi, gabinet był więc mocno wyciszony. Zapukała do tych drugich drzwi.
- Czego tam?! – rozległ się krzyk ze środka.
Sekretarka ostrożnie uchyliła drzwi.
- Pani prezes, przyszli praktykanci z ekonomika – zaanonsowała uczniów.
- To czego tam sterczą i się lenią?! Dawaj ich!

Na znak sekretarki oboje weszli do gabinetu. Był całkiem duży jak na potrzeby tylko jednej osoby: mieściło się tam duże biurko i fotel za nim, mały stół z trzema krzesłami i kilka szaf z papierami. Na ścianie wisiało godło państwowe i liczne dyplomy za wypełnianie norm pracy, na podłodze leżał dywan.
- Dzień dobry, pani prezes – powiedział grzecznie Heniek – przyszliśmy na tegoroczne miesięczne praktyki, ja jestem Henryk…
- Papiery macie? – warknęła pani prezes. – Dawaj je, czego tam sterczysz jak słup soli?

Heniek bez słowa podszedł do biurka i położył na nim dzienniczki praktyk, jednocześnie przypatrując się osobie, o której krążyły tak złe opowieści. Pani prezes Lucyna Kędzik miała około pięćdziesięciu lat, ciemne włosy średniej długości, duży biust i była trochę przy kości. Byłaby nawet atrakcyjna, ale miała bardzo niesympatyczny, odpychający wyraz twarzy. Obrączka na palcu wskazywała, że jest mężatką.  

Prezeska przejrzała pobieżnie dzienniczki i rzuciła z powrotem na biurko.
- Będziecie pracować od ósmej do czternastej, w soboty do dwunastej. Niech się któreś spóźni albo wyjdzie wcześniej, to nogi z dupy powyrywam! Waciak, ty na razie do magazynu do Zośki, ona tam kierownikuje i powie ci, co masz robić. A ty, Wirska, niech cię Maryśka zaprowadzi do księgowości, może tam się przydasz, zobaczymy, czy czegoś was w tej szkole nauczyli. Ale najpierw też do Zośki, u niej zawsze potrzeba ludzi. Czego stoicie? Do roboty! I niech wam odzież roboczą wydadzą!
  
Heniek szybko zabrał z biurka dokumenty i popychając przed sobą Helę, która przez cały czas nie odezwała się ani słowem, pośpiesznie wyszedł do sekretariatu, starannie zamykając obie pary drzwi. „Ta prezeska w ogóle nie mówi normalnie, cały czas krzyczy i wyzywa – pomyślała Hela. – Jak można tak funkcjonować cały czas?”. „Jak ci pracownicy to wytrzymują?” – zastanawiał się Heniek – ja bym już dawno rzucił taką robotę. Chyba, że są po studiach i dostali nakaz pracy tutaj? Ale przecież chyba nakazy znieśli parę lat temu?”.

Zgodnie z poleceniem prezeski zostali oprowadzeni po budynku i magazynach spółdzielni i okazani pracownikom „żeby nikt nie poleciał na milicję, że niby obcy tu się kręcą”, jak wyjaśniła pani Maria. Spółdzielnia „Postęp” miała siedzibę w brzydkim parterowym budynku na ogrodzonym terenie, na którym, za budynkiem biurowym, znajdował się wybrukowany trylinką plac dla furgonetek przywożących płody rolne, rampa oraz kilka magazynów na skupowane towary. Sekretariat i gabinet prezesa spółdzielni znajdował się na lewo od wejścia do budynku; po prawej stronie był korytarz z wejściami do biur księgowości i działu rozliczeń z rolnikami, kasą, kanciapą zwaną szumnie „zapleczem socjalnym”, drugą kanciapą – „królestwem” pana Janeczka, kierowcy spółdzielni (wszyscy tak do niego mówili, nawet praktykanci mieli taki przykaz); na samym końcu korytarza były toalety. W piwnicy, do której schodziło się schodami przy sekretariacie była szatnia, prysznic oraz liczne składziki i magazynki.

Dostali mokasyny i fartuchy robocze (Heniek także spodnie) i pokazano im szafki pracownicze w piwnicy, w których mieli przechowywać swoje ciuchy.  
- A gdzie mamy się przebierać? – zapytała przy tej okazji Hela – przecież ja nie mogę przy Heńku.
Heniek już miał „dowcipnie” zaprotestować, że niby dlaczego nie, że jemu to nie przeszkadza, ale powstrzymał go rzut oka na zdenerwowaną i przestraszoną Helę. Dziewczyna wyraźnie źle zniosła wrzaski prezeski i niemiły początek praktyk.
- Zobacz, tam jest prysznic – pokazał jej białe drzwi schowane we wnęce – tam możesz się przebierać. A ja w tym czasie przebiorę się tutaj. Damy sobie radę.

Przebrali się i poszli do swoich pierwszych zajęć. Kierowniczka magazynów, pani Zofia, zmierzyła praktykanta wzrokiem od stóp do głów; Heńkowi wydawało się, że jakoś dziwnie się przy tym uśmiechnęła. Potem skierowała go do rozładunku dostarczanych warzyw i owoców. Chłopak szybko przekonał się, że na tych praktykach nie nauczy się zbyt dużo z księgowości czy zasad funkcjonowania spółdzielni. Miał po prostu harować fizycznie, a dobitnie uświadomił mu to pan Janeczek, który kazał mu rozładować Żuka pełnego worków ziemniaków, mimo że był to jego obowiązek, a chłopak miał się zajmować czym innym. Heńkowy protest zaskutkował stekiem wyzwisk ze strony kierowcy i pretensjami kierowniczki, że „źle organizuje sobie pracę”. Hela miała trafić do księgowości, ale ostatecznie kazano jej roznosić puste skrzynki i worki ze składu w piwnicy do magazynów. Na tym minęły im pierwsze trzy dni tych żałosnych praktyk.

+++
  
W czwartek do dotychczasowych kłopotów doszły nowe - z panem Janeczkiem. Do tej pory to głównie Heniek miał z nim do czynienia, ale też rzadko, bo wysłużony Żuk spółdzielni kursował cały czas po okolicy zwożąc towary. Oboje wiedzieli już jednak, że kierowca był chamem i prostakiem, dodatkowo ordynarnym wobec kobiet. Ale w czwartek nie było wyjazdów i pan Janeczek włóczył się po budynku i terenie spółdzielni.
  
Heniek zasuwał w magazynie z warzywami, a Hela donosiła tam skrzynki i worki. Chłopak zszedł do piwnicy w budynku biurowym niosąc uszkodzone skrzynki; zbliżając się do magazynu usłyszał głos pana Janeczka i jakby… szloch. Wszedł cicho do pomieszczenia przez otwarte drzwi i wychylił się zza zapełnionej półki ze skrzynkami stojącej przy samych drzwiach. Pod ścianą po lewej pan Janeczek przyciskał do ściany Helę.
- No przestań, od macania pizdy ci nie ubędzie – zagadywał obleśnie, przyciskając pierś dziewczyny jedną ręką, a drugą sięgając jej pod fartuch.
- Proszę pana, ja nie chcę, niech mnie pan puści – Hela odpychała natręta jak mogła – Ja… nie chcę, nie mogę, ja mam chłopaka!
- To się chłopak ucieszy, że jego dupcia ma doświadczenie w łóżku – rechotał pan Janeczek.

Heniek dojrzał nad ramieniem mężczyzny wykrzywioną twarz koleżanki. Krew uderzyła mu do głowy. „Psorka ma rację, opanuj się – pomyślał – to nie byle głupek w szkolnej szatni, on się nie da tak łatwo załatwić”. Popatrzył w kierunku Heli i porozumiewawczo położył palec na ustach, cicho wyszedł z magazynu i przeszedł korytarzem do schodów, po czym zaczął już z daleka wołać „Panie Janeczku, jest pan na dole? Panie Janeczku!”. Zatupał na korytarzu i z hałasem zawadził skrzynkami o ścianę w przejściu. Kiedy wszedł do magazynu, Hela ze spuszczoną głową liczyła worki na półce, a pan Janeczek stojąc o parę kroków od niej poprawiał fartuch.
- Czego tam – warknął.
- Panie Janeczku, jakaś nyska wjechała i pytają o kierowcę z tej spółdzielni – gładko skłamał chłopak.

Kierowca wzruszył ramionami i wyszedł z magazynu. Pochlipująca Hela oparła się o stół.
- Ja już nie mogę – jęknęła – on jest okropny, od samego początku mnie obmacuje, wsadza mi rękę pod fartuch, a teraz sam widziałeś, nie wiem co by było, gdybyś nie wszedł, chyba by mnie zgwałcił!

Heniek położył zepsute skrzynki na stole i niezdarnie pogładził dziewczynę po ramieniu, nie wiedząc jak ją pocieszyć. Wzdrygnęła się, ale nie odsunęła. Milczał, nie wiedząc co powiedzieć, kiedy w korytarzu rozległy się szybkie kroki i pan Janeczek z powrotem wpadł do pomieszczenia.

- Żarty sobie robisz, gówniarzu – krzyknął – kto niby mnie szukał, nikt nic nie wie!
- Przecież byli – bronił się chłopak – taka zwykła szara nysa, nie wiem, może już nie czekali na pana i odjechali, przecież brama cały czas jest otwarta.
Kierowca złapał Heńka za fartuch na piersi i z całej siły pchnął go na półki wzdłuż ściany, aż ten uderzył tyłem głowy o jakieś pudło.
- Dobrze ci radzę, gnoju, nie żartuj sobie ze mnie, bo pożałujesz, i ta głupia cipa też – warknął i odwrócił się w kierunku drzwi.
  
Heńkowi pociemniało w oczach. Zacisnął dłoń na skrzynce leżącej na stole i już miał zamachnąć się nią na odwróconego kierowcę, gdy Hela w ostatniej chwili chwyciła skrzynkę z drugiej strony i mocno ją przytrzymała. Janeczek wyszedł z magazynu nieświadomy tego, że był o krok od ataku od tyłu i poważnych obrażeń.  

Hela chwyciła kolegę za obie ręce i mocno przytrzymała.
- Błagam, uspokój się – wyszeptała nerwowo – uspokój się, rozumiesz? Wiesz co by było, gdybyś go walnął tą skrzynką? Mógłbyś go nawet zabić! Poszedłbyś do więzienia za takiego chuja! Pomyśl o sobie, pomyśl o rodzicach! On nie jest tego wart!

Heniek ciężko oparł się o stół dysząc pod wpływem emocji, potem popatrzył na koleżankę.
- Helka, ja jestem prosty chłopak, i ty nie jesteś moją dziewczyną czy coś… Ale kiedy widzę, że ktoś robi coś takiego jak on, to po prostu… dostaję szału. U nas w szkole już raz dałem wycisk dwóm chłopakom, bo próbowali się zabawiać siłą z dziewczyną w szatni, teraz też mogę.

- To byłeś ty?! – wykrzyknęła Hela i od razu zatkała sobie usta i wyjrzała na korytarz – To ty załatwiłeś Bogdana i tego drugiego? Biedna Anka niczego nie chce powiedzieć, Bogdan też trzyma gębę na kłódkę, pewnie ze wstydu.
- Nie ze wstydu, tylko wolał mocny wycisk ode mnie od milicji i poprawczaka, zresztą po tygodniu siniaki mu zeszły. Nikomu ani słowa o tym, rozumiesz? I nie zmieniaj tematu, lepiej myśl, co zrobić z tym bydlakiem?
Hela spuściła głowę.
- Nie wiem – powiedziała rozkładając bezradnie ręce – chyba niczego nie możemy zrobić. Ja myślę, że prezeska wie o jego wyczynach, ale on ma u niej jakieś chody, albo może ma jakieś haki na nią? I dlatego wszystko mu wolno.

- Wiesz, co mu wolno? – popatrzył na nią ciężko i nagle chwycił skrzynkę i z wściekłością walnął nią o podłogę, rozleciała się na kawałki. – To ci powiem, co widziałem rano, tylko gęba absolutnie na kłódkę! Byłem w magazynie z warzywami, Zośka kazała mi ustawić w rogu puste skrzynki, żeby zajęły mniej miejsca. Jak je ustawiałem, to chyba nie było mnie zza nich widać. I w pewnej chwili wszedł do magazynu Janeczek z jedną robotnicą, taką młodą rudą, może ją kojarzysz… Nie zauważyli mnie, poszli do tej przybudówki, gdzie leżą puste palety. Jak tam zajrzałem po chwili przez okienko, to on ją ciupciał na tych paletach! Leżała na workach rozkraczona, majtki obok, a on spodnie na kostkach i ją dymał! A jak skończyli i się ubrali, on wyciągnął z kieszeni jakiś banknot i jej dał, a ona schowała go do stanika. Rozumiesz? Dla niego ta spółdzielnia to jest jak burdel, gdzie on może sobie wybierać kurwy! I niemożliwe, żeby inne baby tutaj o tym nie wiedziały! I nic z tym nie robią!
- To co my sami możemy zrobić?
- Na razie staraj się nie zostawać sama – westchnął chłopak – pracuj razem ze mną, albo z którąś robotnicą. Chyba masz rację, że więcej nie możemy zrobić.
  
Czwartkowe zdarzenie nie powtórzyło się już w takiej formie, ale pan Janeczek ciągle miał lepkie łapy. Hela czasami czuła ich dotyk, kiedy mijali się na schodach czy w korytarzu. Wyzwiska prezeski, pretensje kierowniczki magazynów, Janeczek i ciągła harówka spowodowały, że po kilku dniach już sama poranna droga do spółdzielni mijała obojgu uczniom pod znakiem nerwowego bólu żołądka i ponurego milczenia.

+++

- Synku, jak tam na tych praktykach? – zapytała przy sobotnim obiedzie matka – Bo ty tylko wracasz, nic nie mówisz, zjadasz i idziesz do kolegów. Powiedz coś wreszcie, jak ci tam jest?

Heniek milczał dłuższą chwilę, w końcu wypalił:
- Mamo, ja idę do chłopaków, gram w piłkę do wieczora, żeby się zmęczyć i nie myśleć, bo muszę te praktyki codziennie wyrzucać z głowy! Harujemy jak woły, a będziemy mieli z praktyk tylko trójki, i w ogóle to, co tam się dzieje, to…

- Czekaj, synku – ojciec podniósł się zza stołu, sprawdził zamek przy drzwiach wejściowych i dodatkowo zamknął drzwi między kuchnią a przedpokojem – Teraz możesz mówić, nie wiadomo, kto się kręci po klatce schodowej…

Heniek wyrzucił z siebie prawie wszystko: o bezsensownej organizacji pracy („Mamo, Hela nosi worki i skrzynki w te i z powrotem między budynkami, a w magazynie jest pusta kanciapa, gdzie by można te rzeczy trzymać i mieć pod ręką”), o marnotrawstwie („Tato, wczoraj pękł worek z ziemniakami przy zdejmowaniu z paki, zacząłem je zbierać, uzbierałem może z dziesięć kilo do innego worka, a kierowniczka się wydarła, że się bzdurami zajmuję i potem samochody rozgniotły to na miazgę, rozumiesz, z dziesięć kilo ziemniaków zmarnowali, ot tak”), o pijaństwie wśród pracowników, także tych biurowych, i przede wszystkim o wrzaskach i przekleństwach prezeski.

- A ta dziewczyna, która ma z tobą praktyki, Helenka, zdaje się? – zmieniła temat matka – jak jej tam idzie?
- Marnuje się po prostu. Ona jest kosa z rachunkowości i w ogóle z cyferek, a przez cały tydzień nosi puste worki i skrzynki – odpowiedział ponuro Heniek.
- Zaproś ją kiedyś do nas na herbatę. Poznacie się lepiej.
- Mamo, coś ty – skrzywił się – my się znamy, przecież to koleżanka z klasy, ale po praktykach mówimy sobie „Cześć, do jutra” i każde idzie swoją drogą.
  
Heniek nie zdradził rodzicom niczego o kłopotach z panem Janeczkiem; czuł, że Hela nie chciałaby tego. Nie powiedział im również o tym, że poprzedniego dnia pani Zofia przyszła do pokoju socjalnego popędzić go, żeby szybciej wracał do pracy po zjedzeniu kanapki, a gdy wychodził i mijał ją w drzwiach, przy wtórze śmiechu reszty kobiet dała mu klapsa, a potem nie odsunęła ręki tylko mocno ścisnęła jego pośladek. Obmacała go przy wszystkich! Gdyby tak zrobiła jakaś młoda robotnica w magazynie, to pewnie odwdzięczyłby się jej tym samym i skończyłoby się na śmiechu. Ale to była kierowniczka magazynów. Można było tylko zacisnąć zęby i milczeć.
  
Coraz częściej marzył o odegraniu się na prezesce za wyzwiska, za traktowanie ich jak zwierzęta robocze, za krzywdy Helenki, bo to przecież na terenie jej spółdzielni to wszystko się działo, i zapewne za jej wiedzą. Wyobrażał sobie różne scenariusze, ale wszystkie pomysły mogły zaprowadzić go do więzienia. „Psorka miała rację, jak mówiła na którejś lekcji, że najgorsza w życiu jest bezradność; kiedy bardzo chcesz coś zrobić dla siebie czy nawet dla innych i nie możesz. Właśnie teraz to odczuwam, i Hela też: bezradność. Żal mi siebie i żal tej dziewczyny, chociaż to nie moja sympatia, ale jest fajniejsza niż się wydawała, i razem w tym siedzimy. Co z tym zrobić, co zrobić?”

II TYDZIEŃ
  
W drugi poniedziałek praktyk uczniowie jak zwykle przyszli rano do sekretariatu podpisać listę obecności i trafili w sam środek kosmicznej awantury. Prezeska wydzierała się na wszystkich, klęła, rzucała papierami, a co chwila powtarzało się słowo „jubileusz”. W jej opinii nic nie było przygotowane, nikt nie wysłał potrzebnych papierów, nic nie było kupione, nikt niczego nie wiedział. Pani Maria i pozostałe pracownice pokornie wysłuchiwały tych bluzgów. Kiedy wreszcie podwójne drzwi zamknęły się z hukiem, sekretarka usiadła na swoim miejscu ze spuszczoną głową, a inne po prostu uciekły.

- Pani Mario, co się stało? – zapytała nieśmiało Helenka. – O jaki jubileusz chodzi?
- W najbliższą sobotę ma być uroczystość, jubileusz spółdzielni, bo jest jej dwudziestolecie – odparła głuchym głosem sekretarka. – Jest już załatwiona sala w miejskim domu kultury na przemówienia i bankiet, ma być dużo oficjalnych gości, będą władze miasta i władze powiatu, i oczywiście ktoś z komitetu miejskiego partii, może nawet ktoś z województwa przyjedzie. Właściwie wszystko jest przygotowane, kupione, zaproszenia wysłane. A teraz pani prezes co chwila zmienia zdanie w sprawie tekstu na zaproszeniach, informacji do naszej miejscowej gazety, żeby kogoś przysłali, wystroju sali i tak dalej. A przecież wszystko już załatwione i wysłane, sama to sprawdzała i zaaprobowała – westchnęła ciężko. – Jeśli zaczniemy coś zmieniać, to skończy się tym, że albo prasy nie będzie, albo zdjęć nie będzie, albo któryś ważny gość nie dojedzie… Idźcie lepiej do roboty, was to i tak nie dotyczy.
  
- A o jakie zdjęcia chodzi? – zapytał nagle Heniek. – Chodzi o to, żeby pstrykać na tym jubileuszu? Bo ja mam aparat, nawet niezły, bo trochę fotografuję amatorsko i sam wywołuję zdjęcia. Więc może mógłbym to zrobić, tylko musiałbym mieć pieniądze na papier fotograficzny, klisze i chemikalia.
Sekretarka łypnęła na niego podejrzliwie.
- Jeśli chcesz, to wejdź do pani prezes i zaproponuj to – stwierdziła z powątpiewaniem.

Heniek, z zachowaniem wszelkich procedur pukania i otwierania drzwi, wszedł do gabinetu i wyłuszczył propozycję. Po kilku minutach wyszedł, a przez otwarte drzwi rozległ się wrzask Kędzikowej:
- Maryśka! Dawaj mi tu kasjerkę, niech przygotuje zaliczkę dla młodego na klisze i papier! A tobie nogi z dupy powyrywam, jeśli te zdjęcia nie wyjdą!
  
- Czyś ty zwariował? – spytała Hela zatrzymując go po drodze do kasy – po coś to zrobił? Jeśli te zdjęcia wyjdą, to tylko ona zbierze chwałę, a jeżeli nie, to tylko tobie się oberwie. A właściwie nam, bo ona ciągle stosuje odpowiedzialność zbiorową.
- Jeżeli zdjęcia wyjdą, to może, podkreślam, może ona spojrzy na nas łaskawszym okiem i przestanie się znęcać – wyjaśnił chłopak.
- A jeżeli nie wyjdą?
- To będzie się znęcać tak, jak do tej pory, więc co mamy do stracenia? Nie możemy nic na nią poradzić, więc może spróbujmy się jej podlizać? Co się tak gapisz, masz lepszy pomysł? Lepiej wepchnąć ją pod ciężarówkę na placu?
- Nawet tak nie mów! – przestraszyła się – psorka ma rację, ty masz straszne pomysły!
- To nie moja wina – westchnął chłopak – raczej to miejsce jest straszne, skoro podsuwa mi takie pomysły, prawda?
Dziewczyna mogła tylko pokiwać głową.
  
+++
  
Do piątku Heniek zorganizował klisze, zapas papierów fotograficznych i chemikaliów oraz uprzedził rodziców, że w sobotę wróci bardzo późno, a na całą niedzielę będzie musiał zająć łazienkę na ciemnię fotograficzną w celu wywołania ważnych zdjęć z pracy. Rodzice i tak planowali na niedzielę wyjazd do babci, więc nie oponowali, ale... podzielali zdanie Heli.

- Może i zapłacili za materiały, ale to przecież ty się narobisz; dasz im darmo swój czas i umiejętności, a czy oni to docenią? – westchnął ojciec.
- Tato, ale to jest szansa na lepsze zaliczenie praktyk!
- Zrobiłbyś zamiast tego jakieś ładne zdjęcia tej dziewczynie – zaproponowała z kolei matka.
- Mamo – jęknął – to tylko koleżanka ze szkoły!

Dodatkowo starał się przypomnieć sobie wszystko, co wiedział na temat fotografowania bez lampy błyskowej przy sztucznym świetle i inne rzeczy, które mogły mu się przydać podczas tej „misji”.  
  
Szczęśliwym trafem udało mu się załatwić także jeszcze jedną ważną sprawę: korzystając z chwilowej jednoczesnej nieobecności prezeski i sekretarki (obie wybiegły na dwór z powodu bójki kilku robotników na placu) z duszą na ramieniu otworzył gabinet i szybko zajrzał do szafek w biurku Kędzikowej i szaf stojących obok. Trafił prawie od razu: głęboko w szafce biurka zobaczył butelkę winiaku, drugą, mniejszą butelkę wódki, obie napoczęte, i szklankę. Nie były to „oficjalne” napoje do częstowania gości, bo te stały razem z kieliszkami w oddzielnej szafce za szybą. To potwierdziło pewne jego podejrzenia.


c.d.n. (bo skoro jest wina, to powinna być i kara, prawda? PRAWDA?)  :)

Telemach77

opublikował opowiadanie w kategorii obyczajowe i erotyczne, użył 4601 słów i 26336 znaków, zaktualizował 11 kwi o 0:13. Tagi: #szkoła #nastolatki #PRL

1 komentarz

 
  • Użytkownik Gazda

    Ciekawe opowiadanie.
    Czekam niecierpliwie na rozwój wydarzeń 👏

    Przedwczoraj