Praskie wspomnienia część 5

Praskie wspomnienia część 5Ojciec był zaniepokojony moim towarzystwem.  Przeprowadził ze mną rozmowę wychowawczą. Po latach dowiedziałem się że to dzielnicowy przyszedł i ostrzegł ojca . O naszych wyczynach zrobiło się głośno i milicja interesowała się  naszą grupą.  Szlaban i obowiązki domowe pomogły mi ustrzec się przed najgorszym.  W okresie przed świętami wielkanocnymi, babcia poprosiła mnie o pomoc w pracach domowych. Kochałem ją z wzajemnością i zawsze robiłem to o co mnie prosiła.  Więc mimo że chłopaki namawiali mnie na wypad na miasto,  zdecydowanie odmówiłem.  Zostałem w domu, trzepałem dywany i myłem okna.  Chłopaki za dużo wypili i puściły im hamulce.  Kiedy skończył im się alkohol włamali się do sklepu . Konsekwencje tego czynu były brzemienne w skutkach.  Milicja szybko namierzyła złodziei.  Suma i Afrykana wśród nich nie było, ale pozostali  dostali od dwóch trzech lat bezwzględnej odsiadki. To zdarzenie dobitnie pokazało, że dalsze przebywanie w tym towarzystwie, może się dla mnie źle skończyć. Wspólnie z rodzicami podjąłem decyzję o kontynuacji nauki w średniej szkole z  internatem.  Gdybym pozostał na miejscu albo bym dalej brnął albo musiał znaleźć się w grupie która ma u git ludzi kiepsko. A taki konflikt mógł się skończyć ciężkim pobiciem.

W wieku niespełna czternastu lat całkowicie zmieniłem środowisko i otoczenie. Egzamin wstępny zdałem bez problemu. Załatwiwszy  temat szkoły udałem się na zasłużone wakacje. Ostatni raz pojechałem na wieś w koszalińskie. Dwa miesiące niczym nie skrępowanej laby. No i Ksenia . O rok starsza rozglądając się za kandydatem na męża. Mimo to nadal spotykaliśmy się ukradkiem. Było nam ze sobą bardzo dobrze. Zapowiedziała, że to koniec. Nie ukrywała że ma plany matrymonialne. Mówiąc to uważnie patrzyła w moje oczy, śledząc reakcję i być może czekając na słowa , których nie wypowiedziałem.  Pozostała niezapomniana do dziś. 

Pobyt w nowej szkole to zderzenie z zupełnie inną rzeczywistością. Szkoła znajdowała się w małej miejscowości, otoczona polami , lasami i wioskami. Do szkoły jechałem na raty. Do Kielc pociągiem, potem autobusem i około kilometra trzeba było przejść pieszo. Dla człowieka obciążonego bagażami ,był to spory wysiłek. Większość przedmiotów i walizkę , zostawialiśmy w magazynie.  Do pokoju braliśmy najpotrzebniejsze rzeczy .
Zupełnie inny niż w domu był rozkład zajęć . 
6.00 - ppobudku i wyjście na poranną gimnastykę.
6.10- 6.30 - gimnastyka połączona z biegiem. Jeśli pogoda pozwalała to na zewnątrz budynku , jeśli padało to po schodach. 
6.30-7.00 - toaleta, ubikacja pakowanie rzeczy do szkoły
7.00-7.45 - śniadanie na dwie zmiany.
7.45-8.00 - wyjście do szkoły .
Godziny lekcyjne trwały od 8.00 do 13. 25 lub 14.20
W zależności od ilości lekcji a mieliśmy ich sześć albo siedem  był wydawany obiad na dwie zmiany.
14.00-15.30 - obiad
Po obiedzie czas własny 
16.00-18.30 odrabianie lekcji
18.30-19.00 czas własny 
19.00-20.00 kolacja 
20.00-20.15 czas własny
21.15-22.00 mycie i przygotowanie do snu.
22.00-6.00 capstrzyk
Taki rozkład obowiązywał od poniedziałku do soboty. 
W niedzielę pobudką była o 7.30 a czas między posiłkami był czasem wolnym.  
W sześcioosobowym pokoju mieściły się trzy piętrowe łóżka , dwie małe wbudowane szafki oraz mały stolik i dwa krzesła. Z tego względu w pokoju podczas lekcji własnych zostawali tylko dwaj uczniowie. Reszta uczyła się pod okiem wychowawców na stołówce i w czytelni . W pokoju zostawiano tych co się najlepiej uczyli. Ponieważ w pierwszej klasie technikum miałem same oceny bardzo dobre , byłem jednym z nich. 
Że względu na oszczędzanie kosztów, bo za internat płacili rodzice, sprzątanie całego obiektu należało do uczniów . Mieliśmy wyznaczone rewiry a także tygodniowe dyżury w sypialniach. Młodsze roczniki dostawały gorsze rewiry czyli umywalnie i ubikacje. O ile korytarze i klatki schodowe, mimo że były drewniane i trzeba je było wiórkować i pastować,  sprzątało się raz dziennie, to w umywalniach dyżur trwał od 7.00 rano do 23.00.  W moim przypadku do tych zajęć dochodziły : zajęcia w szkolnym zespole muzycznym i treningi podnoszenia ciężarów. W internacie mieszkała głównie młodzież z wiosek. 'Miastowi" stanowili mniej niż 20% populacji. Z tego ja jeden byłem z Warszawy , dwóch kolegów i trzy koleżanki z Kielc a parę osób z mniejszych miasteczek. W efekcie większość z nich miała starszych kolegów lub koleżanki ze swoich miejscowości. Natomiast ja i ludzie z Kielc nie mieliśmy oparcia w starszym roczniku i dlatego trzymaliśmy się razem. Było to o tyle łatwiejsze że mieszkaliśmy w jednym pokoju i dwóch z nich grało ze mną w zespole muzycznym.  
W takim zagęszczeniu ludzi bardzo łatwo było konflikty. Do tego dochodziła presją starszych roczników , którzy próbowali zachowań nazwanych później "falą" . Próbowali nas zmuszać do sprzątania za nich na rewirach, albo wręcz próbowali wymusić pranie swoich brudnych ubrań lub czyszczenie butów. Moi rówieśnicy ze wsi nauczeni widać że  z nimi lepiej żyć w zgodzie , nie protestowali zbytnio licząc na ich opiekę i ochronę. Kilkakrotnie się przekonałem że sami nie stawali do bójki w razie konfliktu, tylko biegli na skargę do starszych kolegów. Z perspektywy lat myślę że wychowawcy o wszystkim dobrze wiedzieli, tylko przymykali oczy, bo było im tak wygodniej. Czwartoklasiści byli dyżurnymi i obsługiwali portiernię z książką wejść i wyjść a także tablicą z kluczami od pokoi , które przed pójściem do szkoły należało zostawić.  Raz w miesiącu była "wyjazdówka" to znaczy że w sobotę po skróconych lekcjach szkolnych  można było pojechać do domu . Należało wrócić w niedzielę wieczorem. Młodzież wychodziła grupami , ponieważ na pojedynczych wędrowców polowali "tubylcy". Mnie na wyjazdówki zapraszali do swoich domów koledzy z Kielc bo domu opłacało mi się pojechać dopiero na święta bożego narodzenia.  W dowód wdzięczności chroniłem ich jak mogłem i pomagałem w nauce. Internat był podzielony na trzy części . Męską , damską i wydzieloną z oddzielnym wejściem część dla uczących się w dwuletnim pomaturalnym studium. Mogli oni w swojej części palić tytoń a także spożywać alkohol oczywiście w rozsądnych granicach. Nie mieli przydzielonego wychowawcy a ewentualne problemy załatwiał kierownik internatu. Młodzież z technikum mówiła do nich używając formy pani lub pan. 
W skład zespołu muzycznego wchodzili : wychowawca grający na pianinie, perkusista uczęszczający do studium pomaturalnego i ja z dwoma kolegami z pierwszej klasy , grającymi na gitarach. Wokalistkami były owe trzy dziewczyny z Kielc. Dlatego to opisuję że dzięki temu zespołowi byłem zwolniony z pracy na rewirach. Zostawał mi tylko dyżur w pokoju sypialnym , co pięć tygodni. 
W czasie wolnym intensywnie ćwiczyliśmy , szykując repertuar na uroczystości szkolne , powiatowe eliminacje  konkursu piosenki radzieckiej a także na wieczorki taneczne cb które odbywały się co sobota z wyłączeniem sobót wyjazdówkowych.  I tak szybko mijał czas . W okresie od września do listopada, raz odwiedził mnie tata przywożąc czyste ubranie i wałówkę. W dniu pierwszego listopada zostało nas tylko dwóch w internacie. Ja i trzecioklasista.  Żeby kuchnia nie musiała pracować wydano nam suchy prowiant na ten dzień.  Coś temu durnemu trzeciakowi  strzeliło do głowy, że przyszedł do mnie z żądaniem żebym wyczyścił mu buty. Był parę centymetrów wyższy i parę kilogramów cięższy , ale ociężały.  Bez szacunku dla starszego rocznika powiedziałem żeby wypierdalał bo inaczej zęby straci. Na jego nieszczęście zlekceważył dobrą radę i próbował mnie uderzyć. Oberwał dwa szybkie ciosy na szczękę, potem w splot słoneczny a kiedy się zgiął , dostał kolanem w twarz. Z krwawiącym nosem , oszołomiony i ogłupiały osunął się na podłogę a ja spokojnie poszedłem do swojej sali. Odgrażał się że to nie koniec, ale mnie to nie wzruszało. W niedzielę wróciło towarzystwo. Od razu myli się i szli spać. W poniedziałek po lekcjach mieliśmy próbę zespołu. Kiedy podczas przerwy, po wyjściu wychowawcy, opowiadałem kolegom o zajściu do rozmowy wtrącił się nasz perkusista. Był to prawie dwumetrowy mężczyzna, mający opinię niepokonanego. Kiedy dokładnie usłyszał o co chodzi, powiedział że że względu na wspólną grę w kapeli , obejmuje nas opieką. Mieliśmy mu mówić o sytuacjach , kiedy starsze roczniki będą nas gnębić. Kolejne dni miały spokojnie. Że dwa razy minąłem się z tym trzecioklasistą ale obyło się bez spięć. Dopiero w czwartek po kolacji przeszedł do mojej sali z trzema kolegami . Dwaj z nich chodzili do czwartej klasy a jeden do piątej. Kazali kolegom wyjść z pokoju. Marek czym prędzej pobiegł po naszego perkusistę. A ja złapałem metalowe krzesło i cofnąłem się pod okno. Napastnicy żądali żebym wyszedł z pokoju i poszedł do umywalni , gdzie załatwiało  się wszystkie porachunki. Odpowiedziałem że frajerów niech szukają u siebie na wsi. Sytuacja była patowa. Chłopcy odgrażali się że prędzej czy później mnie dopadną ale ja drwiłem że mogą mi naskoczyć. Widać było że krzesło i nieprzejednana postawa wzbudzały w nich respekt. Po kilkunastu minutach przyszedł perkusista oo imieniu Józek. Zapytał  co to za zamieszanie . Kiedy napastnicy mówiąc do niego na pan , wyjaśnili mu sytuację, stanowczym tonem oznajmił że wszyscy gitarzyści , którzy grają w zespole są pod jego ochroną. Skorzystałem z okazji i też mówiąc do niego per panie Józku , oznajmiłem że mogę się zmierzyć w solowej bójce z każdym z nich. Tylko mam prośbę żeby on był przy tym obecny , żeby taka walka nie zamieniła się w samosąd.  Znałem przypadki kiedy starsze roczniki robiły "kocówę " pierwszakom. Józek zapytał ich czy któryś z nich przyjmuje wyzwanie. Ponieważ nie było chętnych szyderczym tonem polecił im spieprzać do siebie. Żeby zachować twarz powiedział do mnie , że że mną rozliczy się na próbie. 
Na kolejnej próbie pogadaliśmy o sobie. Okazało że Józek jest z pochodzenia góralem z okolic Nowego Targu . Nie ukrywał że docenił mój brak strachu i od tej pory we własnym gronie mówiliśmy sobie po imieniu. Tylko przy jego kolegach wracaliśmy do formy pan. 

Na zdjęciu ruiny zamku królewskiego w Chęcinach koło Kielc

401 czyt.
100%33
AnonimS

opublikował opowiadanie w kategorii obyczajowe, użył 1898 słów i 10727 znaków, zaktualizował 24 cze o 16:08.

3 komentarze

 
  • kaszmir

    kaszmir · 1 lipca

    Nie mieszkałam w internacie, ale często chodziłam do koleżanek. Ty opisujesz męski internat i mam wrażenie w dość mocnym regulaminie. Niczym koszary wojskowe. Ale w tym był zawarty jakiś cel, pewnie rygor był potrzebny dla utrzymania porządku. Widzę, że miałeś spryt i umiałeś znaleźć się na pozycji. Jednak wychowanie i wskazówki wyniesione z domu miały duży aspekt na dalsze życie i umiejętność współżycia w grupie.  

    Całość na tak i dziękuję za obudzenie wspomnień

    Pozdrawiam

  • Margerita

    Margerita · 30 czerwca

    łapka w górę przeczytałam masz szczęście, że cię tam nie było

  • angie

    angie · 26 czerwca

    Miło się czyta. Ciekawe wspomnienia. Szkoda, że ja mam zaniki pamięci, może bym coś napisała.