PRASKIE WSPOMNIENIA część 1

Oparte w znacznej mierze na faktach. Dotyczy okresu powojennej Polski.

"Kilka słów o historii Pragi (tekst skopiowane że strony hufca ZHP Warszawa Praga Północ"
Nazwa: Praga wywodzi się od zmagań tutejszej ludności z bujnie porastającymi prawy brzeg Wisły lasami, czyli od prażenia. Najstarsza wzmianka o dzisiejszej dzielnicy pochodzi z 1432 roku, choć początki osadnictwa na tych terenach mają dłuższą historię.

Dzieje tej części miasta są równie barwne i bogate jak lewego brzegu. Nadawcą praw miejskich dla Pragi był król Władysław IV, który nadał przywilej 10 lutego 1648 r. Dokument określał wizerunek do dziś używanego herbu oraz prawo organizowania czterech dorocznych jarmarków oraz trzech cotygodniowych targów.

W 1791 r. centralny obszar Pragi otoczony wałem sanitarnym zwanym Okopami Lubomirskiego został przyłączony do Warszawy. 4 listopada 1974 r. dzielnicę spotkał jeden z najgorszych dni w swojej historii, wojska rosyjskie pod dowództwem gen. Suvorowa dokonały rzezi ludności.

Od drugiej połowy XIX wieku Praga po wielu trudnościach i przejściach zaczęła się odradzać i po woli zyskiwała oblicze, które znamy dziś. W 1891 r. do Warszawy włączono kolejne ówczesne przedmieścia, które teraz leżą w Gminie Centrum (Nową Pragę, Szmulowiznę i Kamionek).

Podczas wojny budynki na Pradze ucierpiały najmniej, tylko 25% zabudowy uległo zniszczeniu, głównie były to zakłady przemysłowe. Mało mówi się o walkach na Pradze podczas Powstania Warszawskiego. Po tej stronie Wisły walki trwały trzy dni, w tym czasie zajęto wiele ważnych budynków, jednak w wyniku załamania się planów zajęcia przyczółków mostowych wydano rozkaz przejścia do konspiracji. Część powstańców przeszła na lewą stronę Wisły, w tym duża część harcerzy.

Zaraz po wojnie to właśnie na Pradze koncentrowało się życie polityczne i społeczne miasta. Ale także po wojnie te ocalałe budynki popadły w ruinę. Warszawskie władze skupiły się na odbudowywaniu Starego Miasta oraz Traktu Królewskiego, odwrócono się od Pragi. W ostatnim czasy zauważono, że te czarowne kamienice są spuścizną architektury i wspaniałymi elementami tworzącymi warszawskie dziedzictwo."

W takim otoczeniu udało mi się przyjść na świat.  
Moi rodzice  mieszkali na warszawskiej  Pradze w starej  dwuoiętrowej kamienicy czynszowej, w części lokalu w którym przed wojną mieszkali właściciele . Plusem było to, że w mieszkaniu była bieżącą woda, wc i łazienka z mosiężną wanną. Pozostałe lokale nie miały takich udogodnień.  Jeden wspólny zlew na piętrze  I kilka drewnianych sławojek* na podwórku,  które  musiały wystarczyć lokatorom dwudziestu  jeden lokali.  W nocy oraz w okresie jesienno-zimowym,  nikomu nie chciało się  chodzić do wc,  więc pozostawały nocniki i wiadra.  Jeżeli  niektórzy wylewali mocz do zlewów na korytarzach , to postarajcie się wyobrazić zapach na klatce schodowej.  
Mieszkańcy byli mieszanką przedwojennych warszawiaków oraz ludności napływowej głównie z otaczających Warszawę miasteczek i wiosek.
Część ludzi pracowała w warszawskich zakładach. Część  kombinowała lub kradła.  W czterech lokalach handlowano alkoholem a dwa zajmowały prostytutki. Kilku mieszkańców miało  budy na Różycu **.
Na podwórku  oprócz sławojek były drewniane komórki na opał oraz trzy gołębniki.  Ci co pochodzili że wsi,  oprócz opału chowali króliki lub kury.  Lokale były przeludnione. Na dwudziestu metrach kwadratowych, gnieździło się od trzech do pięciu osób.  To zagęszczenie powodowało, że dzieci bawiły się na podwórku. Tak się złożyło , że większość dzieci była w wieku różniącym się maksymalnie o dwa lata.  Owszem była starsza ferajna, ale tu różnica wieku była spora siedem lub więcej  lat.
  Członkowie tej społeczności, dzieli się  na następujące grupy.  Najstarsi gołębiarze popijali wódę, ganiali gołębie a utrzymywali się  z handlu gorzałką,  drobnych kradzieży, przekretów i głodowych rent lub emerytur.  Kolejna grupa to “grypserzy” czyli ci którzy siedzieli w więzieniach I ci którzy z nimi trzymali. To byli git ludzie.  Reszta to robotnicy i ich małżonki w dużej mierze niepracujące i wychowujący dzieci. Alkohol, awantury i przekleństwa to była codzienność.    Mimo tej różnorodności , wszystkich obowiązywała zasada milczenia bo kapować nie wolno.
Kiedyś próbowano wcisnąć jako lokatora ormowca***, ale ludzie tak dokuczali jemu i jego rodzinie, że po paru miesiącach się wyprowadził.  
Dzieci  do domu wracały wieczorem.  Przebywając poza domem głównie graliśmy w piłkę i biegaliśmy po okolicznych podwórkach.  Gdy padał deszcz  przebywaliśmy na strychu. Oczywiście,  jak to chłopcy nieraz biliśmy się między  sobą ale zawsze była to bójka tylko na pięści podobnie jak walki bokserskie. Kończyły się  w momencie kiedy , ten który uznał się za pokonanego powiedział słowo "basta". Potem podawali sobie ręce i nieporozumienie było zapominane
Ale mimo tych sprzeczek,  stanowiliśmy zgraną paczkę. W razie potrzeby byliśmy gotowi bronić kolegów I dziewczyny z naszego podwórka.  Ta wspólna więź rosła z każdym rokiem.  Kiedy poszliśmy do szkoły, znajdowała się ona na terenie nowo budowanego osiedla.  Niestety od razu doszło do konfliktów.  Mieszkania w tych blokach dostawali funkcjonariusze aparatu partyjnego,  milicji i wojska a także robotnicy, przodownicy pracy czyli ówczesna elita.  Uważali się za lepszych i ich dzieci  myślały tak samo.  Więc o spięcia było nietrudno.  Tym bardziej, że część z tych dzieciaków kradła i wywoływała awantury.  Czuli się bezkarnie bo aparatczycy,  ich rodzice załatwiali im parasol ochronny.  Ale my nie daliśmy sobie w kaszę dmuchać .  Nasi rodzice wymogli na dyrekcji,  żeby wszyscy z naszego podwórka byli w jednej klasie,  co dawało pewne wyrównanie szans.  Poza tym byliśmy bardziej  zgranI i nie donosiliśmy nauczycielom.  
Lata mijały dość jednostajnie.  Z tamtego okresu zapamiętałem dzień,  kiedy jeden z "gołębiarzy" pracujący w trakcie dnia na budowie zaproponował mi płatne zajęcie.  Otóż po powrocie z pracy wypuszczał swoje ukochane ptaki.  
Ale gołębie nię gapy,  po zrobieniu jednej,  góra dwóch rund zamiast dalej latać , siadały na dachu kamienicy.   Dlatego zaproponował mi abym codziennie  o określonej porze,  wchodził na dach i przy pomocy czerwonej szmaty umieszczonej na kiju,  straszył siadające gołębie.  Trwało to około dwóch godzin. Jako wynagrodzenie dostawałem tygodniowo piętnaście złotych. Sześćdziesiąt złotych miesięcznie to było sporo  kasy, bo ulgowy bilet do kina kosztował złotówkę,  oranżada 50 groszy,  lody od jednego do dwóch złotych za kulkę a ciastka były po dwa zeta za sztukę. Jako uczniak trzeciej klasy podstawówki, byłem wśród kolegów niemalże krezusem.  Często fundowałem im lody,  cukierki,  oranżadę czy kino.  Rodzice wiedzieli o tej kasie,  ale nie wtrącali się na co ją wydam.  Zabronione miałem jedynie kupowanie fajek i alkoholu.
W piątej klasie do nas doszło dwóch szkolnych "geniuszy". Siedemnastoletni Adam ksywka " tata" miał wszystko w dupie.  O ile  był w szkole, to siedział w ostatniej ławce i bezmyślnie gapił się  w okno. Umiał się  dobrze bić i budził szacunek nawet wśród siódmoklasistôw. Zapowiedział,  że wszyscy uczniowie z naszej klasy są pod jego opieką i od tej pory chłopaki z innych klas dali nam spokój . Natomiast pietnastoletni Zygmunt,  ksywka "szczur" był wrednym rudzielcem.  Pochodził z wyjątkowo patologicznej wielodzietnej rodziny. Siedmioro rodzeństwa pochodziło z różnych ojców, bo ich matka alkoholiczka dawała dupy za flaszkę. W domu panował głód,  starsi zabierali młodszym to na co mieli akurat ochotę,  bijąc ich przy okazji.  W obecności Adama siedział cicho, ale gdy tylko ten wagarował,  teroryzował wszystkich w klasie.  
Jako dzieci nie mieliśmy wielu zabawek.  Oprócz kupowanych ołowianych żołnierzyków,  reszta była zrobiona domowym sposobem z  drewna. Moją ulubioną zabawką był rewolwer typu colt , wytoczony z jednego kawałka dębu  , przez znajomego ojca,  pracującego w stolarni. Był wiernym odzwierciedleniem oryginału i budził powszechną zazdrość wśród rówieśników. Idealnym terenem do zabaw w " strzelanki" były ruiny kamienicy zniszczonej podczas wojny.  Bawiliśmy się tam w Indian i kowboi a także w żołnierzy.  Niestety pewnego dnia zawitał tam Zygmunt zwany szczurem.  Podszedł do mnie i siłą próbował mi zabrać  ulubioną zabawkę.  Dłuższą chwilę gwałtownie mocowaliśmy się ale czując że przegrywam,  ostatkiem sił wyrwałem colta z jego rąk. Wielokrotnie ćwiczonym ruchem podrzuciłem go do góry,  złapałem  za lufę i nie zastanawiając się ani sekundy z całej siły uderzyłem napastnika w głowę. Siła uderzenia była tak duża, że na głowie "Szczura" pękła skóra i krew zalała mu oczy, a rewolwer rozleciał się  na dwa kawałki.  Uderzony upadł na ziemię a ja przerażony efektem uciekłem z miejsca zdarzenia. Ojciec, widząc że jestem nieswój, zapytał co się  stało.  Opowiedziałem o całym wydarzeniu,  zgodnie z prawdą.  Nadmieniłem,  że jego bracia lub koledzy mogą próbować zemsty.  Popatrzył na mnie dłuższą chwilę i spokojnym tonem powiedział
- Na drugi raz nim coś zrobisz, zastanów się nad konsekwencjami swego czynu. Do szkoły idź w większej grupie razem z kolegami i tak samo wracaj.  Po szkole baw się na naszym podwórku,dopóki sytuacja się nie wyjaśni.
Byłem zdziwiony, że ani słowem nie skarcił mnie za uderzenie i zranienie napastnika.  Dopiero po latach kiedy byłem już dorosły i zapytałem go o tamto zdarzenie, uśmiechnął się i powiedział.
- A za co miałem ciebie ochrzaniać?  Byłem zadowolony, że dałeś radę temu łobuzowi.  Ale nie mogłem ciebie pochwalić, bo byłeś za mały,  żeby zrozumieć rożnicę między obroną a bezmyślnymi bójkami.  I nie chciałem ciebie zachęcać do niepotrzebnych walk. Nie widziałeś, ale przez parę dni obserwowałem ciebie z daleka, żeby ci pomóc w razie zagrożenia.
Następnego dnia, pełen emocji udałem się w towarzystwie  kolegów  do szkoły.  Zygmunt nie było.  Na szczęście był Adam,  któremu opowiedziałem o zdarzeniach poprzedniego dnia.  Popatrzył na mnie zdziwiony, że dałem radę, ale obiecał pomóc w razie potrzeby. Na dużej przerwie podszedł do mnie starszy brat Zygmunta.  Kolega Wojtek szybko pobiegł po Adama, a my zaczęliśmy rozmawiać.  
- Podobno frajerze,  podczas "solówki" uderzyłeś mojego brata narzędziem.  Wiesz co się  z takimi robi na dzielnicy?
- O czym ty mówisz?  To nie była żadna "solówka".

*- sławojka inaczej ubikacja
**- Różyc bazar Różyckiego
***- ORMO - ochotnicza rezerwą milicji obywatelskiej.














628 czyt.
100%85
AnonimS

opublikował opowiadanie w kategorii kryminalne i obyczajowe, użył 1919 słów i 11012 znaków, zaktualizował 3 kwi o 18:22.

5 komentarzy

 
  • Dorinka

    Dorinka · 23 lipca

    ok namówiłeś nie żałuje jest ekstra, zapiera dech, pozdrawiam

  • kaszmir

    kaszmir · 30 czerwca

    Jak bliskie i znajome są takie wspomnienia. Kamienica i toalety na półpiętrze, blaszana wanienka do kąpieli. Społeczność też różnorodna. Mieszkałam koło jednostki wojskowej i często zabawy nasze były na jej terenie.  
    Ja z innej perspektywy spoglądam, bo byłam dziewczyną, Jednak miałam starszego dwa lata brata, który miał pozycję na podwórku i bywałam w takich grupach. Pamiętam te zabawy w milicjantów i złodziei, gra w dwa ognie, gra w gumę i w berka. Zabawki? marzenie... kamyki i gra w sztole, scyzoryk, klasa i zośka. Szkoła podobnie jak u ciebie, dzieci prominentów i biedota. Jednak życie było bardziej na luzie i kolorowe, i my dzieci potrafilismy się dogadać.  
    Dziekuję za wspomnieni. Pozdrawiam

  • AuRoRa

    AuRoRa · 5 kwietnia

    Czyta się jakby się to wszystko obserwowało. Czuć klimat tamtych czasów, ciekawe Nawet wprowadzenie z historii dodałeś.

  • Margerita

    Margerita · 3 kwietnia

    Łapka w górę podobało mi się i ja powtórzę zestaw na tak

  • MrHyde

    MrHyde · 12 stycznia

    Cytując klasyka, zestaw na tak