Bractwo-Rozdział 1-Wśród piasków Akki, powrót do domu

Pierwszy rozdział projektu w przyszłości kontynuowanego, póki co tylko pierwszy rozdział. Może wrócę kiedyś do pisania tego.

  Szczęk zbroi i dzwonienie mieczy unosiło się pod rozpalonym niebem. Po jednej stronie rycerze okuci od stóp do głów w metalową zbroje z prostymi mieczami i szerokimi tarczami z namalowanymi krzyżami, były i te czerwone i te czarne w różnych kolorach i w różnych postaciach. Po drugiej stronie żołnierze ubrani w lekkie zbroje z zakrzywionymi mieczami i z półksiężycem na okrągłych tarczach. Krew barwiła piasek, a zabici znaczyli głębokie ślady w nim. David Woodhall pocił się obficie w swej zbroi, odpierając ataki wściekłego Saracena. Zmęczenie dało o sobie znać, po jednym z wymachów odsłonił się przed wrogiem i dostał prosto w hełm, zamroczyło go i upadł na kolano, by nie upaść podparł się mieczem, na to czekał przeciwnik zamachnął się mieczem i... Joannita podniósł wzrok ku niemu, zmrużył oczy przed blaskiem słońca i ujrzał jak z ciała wroga sterczy ostrze miecza, po chwili upadł koło niego. Sojusznik, który uratował szpitalnika wyciągnął do niego rękę i pomógł mu wstać, powiedział:
– Widzę Dawidzie, że pomimo, że skończyłeś dopiero 22 wiosny, to chyba zestarzałeś się na tyle, by dać sobie spokój z wojowaniem..
– Nie bądź śmieszny Ryszardzie, to przez ten diabelski upał... Ta zbroja działa niczym piec, jeszcze chwila i będę smaczną pieczenią.
– Kto, by tknął takie owłosione mięso? Jak myślisz wygrywamy czy przegrywamy? – spytał Ryszard, pozbawiając jednocześnie nadbiegającego wroga głowy.
– Myśle, że zaczynają się wycofać, ale nie sądzę, by było to nasze zwycięstwo. Zbyt wielkie straty, brak wody. A przed nami tylko pustynia – Nie zdążyli kontynuować rozmowy, następni Saraceni nadbiegali z okrzykiem wojennym i z nimi doświadczeni rycerze rozprawili się.
  Po upłynięciu pól godziny walka była skończona, jednak krzyżowcy nie mieli siły, by rozprawić się do końca z uciekającym przeciwnikiem, nie mieli koni, ani siły, aby to zrobić. Do Akki wrócili wyczerpani po powrotnym marszu, dwaj przyjaciele spotkali się w karczmie, pozbywając się większości zbroi, wnętrze było chłodne i przyjemne, idealne do odpoczynku po ciężkiej bitwie. Sączyli wino i rozmawiali:
– I co teraz będziesz robił Dawidzie, dalej pójdziesz za moim królewskim imiennikiem?
– Jestem inny niż na początku tej wyprawy, mój przyjacielu.Teraz widzę, że ta krucjata i inne to tylko przepychanka miedzy nami a tymi wyznawcami Allaha, nie ma końca, a kosztuje coraz to więcej żyć..
– Więc wracasz do swojej rodzinnej Anglii?
– Tak, to najlepsze wyjście, nie zarobiłem na tym fortuny, ale jak wrócę z tym co mam, wzbogacę swój skarbiec – odpowiedział David.
– I może wreszcie znajdziesz sobie żonę – rzucił Ryszard.
– Przecież wiesz co o tym myślę.To tylko kula u nogi, jako szlachcic musiałbym sobie znaleźć szlachciankę, a w okolicy wiesz mi, nie ma w czym wybierać albo za gruba, albo zbyt brzydka. I jeszcze martwić się, by ci w nocy nie wbiła noża w serce czy też nie otruła przy posiłku.
– Ty ciągle o tym...
– No co? Sam wiesz, że mojego ojca, druga żona po mojej zmarłej matce tak właśnie załatwiła. Chciała zagarnąć wszystko i rządzić wraz z kochankiem. Ale nie przewidziała, że ja i moi braci tak szybko się nią zajmiemy. Jeszcze trup ojca nie ostygł, gdy ta ladacznica wisiała na szafocie. A ty co zamierzasz?
– A może wybiorę się w twoje strony, rodzinna normandia już taka gościna dla mnie nie jest..
– Kogo córkę zbrzuchaciłeś?
– A jakiegoś księcia czy coś... – Dawid zachłysnął się winem. Ocierając brodę spytał:
– I on tak po prostu dał ci odejść?
– No. Niezupełnie... Dopadli mnie po tym, jak uwiodłem córkę młynarza. Niby uciekłem, ale na rynku mnie dogonili, uratowało mnie tylko to, że nie opodal odbywała się zbiórka na krucjatę. Mogli tylko wściekle odejść podczas, gdy ja wsiadałem na statek...
– No to płyniemy teraz? Następny dopiero za dwa tygodnie...
– Wątpię, byśmy wytrzymali tyle w tej piekielnej pogodzie – Nie zastanawiając się długo, zrobili tak jak chcieli. Cała podróż potrwała sześć miesięcy wraz z przystankami. Dobili do portu i po zakupieniu koni pocwałowali na ziemie rodziny Woodhall.
   Minęły kolejne trzy dni zanim trafili na miejsce, tam spotkało ich wielkie zdziwinie dworu nie było, był za to wielgachny klasztor, pełny zakonników. Miejscowy opat, miły staruszek wytłumaczył im, że biskup dostał zgodę od króla na zajęcie ziemi Woodhall, usprawiedliwił to brakiem miejsca, gdzie indziej i, że pewnie zmarły na świętej krucjacie właściciel, nie będzie miał za złe, że jego ziemia wpadnie w posiadanie biskupstwa, w końcu oddał swe życie w świętej sprawie. Nikt nie silił się na to, by sprawdzić, czy rzeczywisty właściciel naprawdę wyzionął ducha. Król wydał pozwolenie i dwa dni przed ich przyjazdem budowa została ukończona. Zrozpaczony Dawid nie wiedział co zrobić, wprawdzie dostał jakie takie odszkodowanie, ale ziemia, która byłą przez stulecia we władaniu rodzinny, przepadła. Siedział i tępo spoglądał w dzban z winem.
   Dosiadł się do niego przyjaciel i zaczął pocieszać:
– Wszystko będzie dobrze...
– Nic nie będzie. Moje piękne konie, wspaniałe komnaty i bogate zdobione arrasy. Wszystko przepadło. Ja na krucjacie żyły wypruwam, brudzę ręce krwią ludzką w imię słusznej sprawy, a tu... Brak słów, lepiej siedzieć cicho, bo można obrazić Boga, w końcu to jego słudzy...
– Nie martw się bracie, wszędzie tak jest...
– A nie powinno... Gdzie oddanie Bogu i drugiemu człowiekowi? Gdzie ochrona wiernych przed ludźmi spod półksiężyca? Nawet zastępca Św.Piotra bawi się w politykę i według swoich widzimisię rzuca ekskomunikę na każdego, kto nie działa tak jak on chcę. Ludzi się straszy, zamiast mówić o Bożej miłości. Chrystus zbawił nas nie za pomocą batu czy miecza, ale poświęcając się za nas, znosząc ogromny ból. A oni? Namawiają ludzi do tego, by szli dosłownie pod miecz.... Chrystus jest w nas i nie ważne czy Jerozolima jest nasza czy ich, to On jest ciągle wśród nas. Powinniśmy podzielić miasto miedzy dwie religie i eliminować tylko tych, którzy są złem ostatecznym dla nas...
– Czemu więc tak nie zrobimy? – spytał Ryszard, jednocześnie grzebiąc w swoim skórzanym worku.
– Wybacz przyjacielu, ale teraz to ty brzmisz jak szaleniec.
– Poczekaj i wysłuchaj mnie. W moje ręce wpadł ostatnio bardzo stary rękopis w języku arabskim, na szczęście twój dzielny druh ma talent do języków, w końcu wśród arabek też są piękności i przeczytałem go. Mówił on o tajemnym zakonie żyjącym wśród wzgórz, którzy w pełni pojeli sztukę kamuflażu i zabijania, oferowali swoje usługi każdemu, kto zapłacił. Biada jednak każdemu, kto chciał ich oszukać... Zaciekawił mnie ten temat i popytałem trochę, po paru wystraszonych spojrzeniach i jakiś dziwnych modłów, znalazłem rozmówce. Wysuszonego słońcem staruszka, który nie miał niczego stracenia. Potwierdził mi tą historię i podarował wiele cennych rękopisów, zabrałem je i podziękowałem. Jednak nazajutrz ruszyło mnie sumienie i wróciłem, by mu chociaż parę złotych monet podarować, znalazłem go z poderżniętym gardłem i wyrwanym językiem w jego chatce, na ścianie w języku arabskim widniał napis namalowany jego własną krwią, mówił on martwi więcej nie mówią... Wystraszyłem się i czym prędzej opuściłem to miasteczko. Myśle, że uratowało mnie tylko to, że uważali, że nie uwierzyłem w jego historie i że rękopisy przez niego ofiarowane są bezużyteczne...
– A takie były?
– Za żadne skarby..To pisane złoto, opisy technik, maskowań, rysunki różnych urządzeń i tak dalej. W tamtej chwili uznałem to za śmieci. Bo jak taki rycerz jak ja miałby walczyć jak rabuś, ale coś mnie tknęło i to zostawiłem, uznając to za interesującą ciekawostkę.
– Więc w czym rzecz i po co mi to mówisz?
– Chciałbym byśmy coś takie utworzyli..
– Masz na myśli heretycki zakon? Czy tobie tamtejsze słońce mózg do cna wypaliło..
– Nie, nie. Mam namyśli Bractwo, które chronić będzie naszych braci chrześcijan, szerzyć wiarę miedzy naszych sojuszników. W jednej ręce będziemy trzymać Biblię i głosić słowo Boże, a w drugiej będzie miecz, którym będziemy odpierać ataki na nasze baranki...
– Nie mamy ogromnych pieniędzy na to. Brak też człowieka, który, by stworzył dla nas te "cudeńka" jak mówisz, kto w ogóle poszedłby za nami?
– Jest masa ludzi, którzy mają żal do obecnego kościoła, a wierzą w Jezusa. Pieniądze nie są problemem. Może zająć to lata, ale to wartę zachodu, pomyśl, ile ludzi będziemy w stanie uratować...
– A ilu stracimy i zabijemy...
– To konieczne, by zło nas całkowicie nie pochłonęło..
– Ale wiesz, że miedzy złem koniecznym, a potępieniem, jest krucha granica?
– Więc postaramy się jej nie przekroczyć...To co jesteś ze mną?
– Może i tak, ale masz w ogóle pomysł, jak to zacząć?
– Będąc w Niemczech przejazdem, usłyszałem o znakomitym rzemieślniku, który jest wyznawcą tej religii, co my i ma złote ręce. Zostaw tą ziemię i przeszłość za sobą, czas by zacząć działać..
– Niech będzie, ale wiesz, że droga nie będzie łatwa?
– Ona nigdy taka nie jest –rzekł Ryszard. Po chwili ciemność nocy pochłonęła ich, a jedynie tętent koni świadczył o ich obecności...

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii inne i przygodowe, użył 1754 słów i 9781 znaków, zaktualizował 26 paź 2018. Tagi: #Bractwo #TajemnaOrganizacja #Rycerze

2 komentarze

 
  • AnonimS

    Ciekawie to rozpocząłeś. Ide czytac dalej.

  • krajew34

    @AnonimS dziękuję

  • Almach99

    Interesujacy wstep. Sredniowiecze, krucjaty, asasyni.