Pantarea [1]

- Dam ci za nie trzy Ilitejskie drachmy – stwierdził siedzący za stołem osobnik, delikatnie gładząc bladą skórę zdartą z dzikiego zwierzęcia, znajdującą się na jego kolanie. – Ale ani monety więcej – burknął.  
- Mało – odparł sucho jego rozmówca, rzucając kolejną ze skór na blat stołu. – Byłbym rad, gdyby przed wyceną raczył waćpan spojrzeć na wytrzymałość towaru – wycedził, darząc siedzącego naprzeciwko niego kupca pogardliwym spojrzeniem. - A poza tym...
- Co mnie obchodzi jego wytrzymałość? - przerwał mu kupiec chwytając oburącz rzuconą w jego stronę skórę. – Twoim zadaniem jest polowanie na zwierzynę i tego masz się trzymać, a sprzedażą skór zajmuje się ja. Nawet w stolicy, gdzie po spartaczonym transporcie wilcza skóra rwie się w rękach, cena za sztukę nigdy nie przekracza jednej drachmy – dodał z przekąsem, naprężając trzymaną w rękach skórę dzikiego zwierza. – Ciesz się lepiej z tego co oferuję, bo więcej nie dos...
Głos kupca ucichł, a jego uwaga w pełni skupiła się na trzymanym do tej pory bladym futrze. Po kilku potarciach kciukiem prawej dłoni, osobnik zbliżył twarz do trzymanego przedmiotu, po czym mamrocząc coś pod nosem wyprostował się i... Z całej siły szarpnął skórę, pociągając obie dłonie w przeciwnych kierunkach. Po kilku sekundach ciszy, jego wzrok ponownie zwrócił się ku rozmówcy.
- To nie jest wilcza skóra – rzekł odkładając trzymane do tej pory futro na blat stołu.
- Wilcza, owszem, ale na pewno nie ze zwykłego wilka – odparł mu siedzący naprzeciwko jasnowłosy mężczyzna. – Te trzy sztuki pochodzą z dalekiej północy, z krainy zwanej Fengarią, gdzie nawet pospolite bestie mają futra lśniące jak płaty pokrywającego ją morza śniegu – kontynuował, wyjmując z leżącego obok lnianego worka kolejne futro, bliźniaczo podobne do dwóch poprzednich.
- Masz je z Fengarii? Nie rozśmieszaj mnie! – parsknął kupiec chwytając leżący do tej pory na jego kolanie lśniący materiał i dodając go do pozostałych leżących na blacie stołu – Zawsze gdy nadchodzi zima odwiedzam lokalnych łowców i powiem ci, że żaden z nich już od lat nie zapuszczał się w te terytoria. Poza tym, droga do tych ziem jest zamknięta od czasu gdy...
- Gdy królestwo Aertis wypowiedziało Fengarii wojnę – przerwał mu jasnowłosy mężczyzna, którego twarz mimo młodego wieku, przybrała poważny wyraz, na którego widok siedzący naprzeciwko kupiec pochylił się nad stołem tak, by nikt z pozostałych gości karczmy nie był w stanie ich usłyszeć.
- Z przemytu? – szepnął, podpierając się jednym łokciem o blat.  
Wszyscy kupcy tego rodzaju towarów w Aertis wiedzieli, że ich wysoka jakość czyni z nich doskonały materiał na szaty dla arystokracji, a co za tym idzie znacznie podnosi ich wartość. Jednak od kiedy waśnie z barbarzyńskimi ludami północy doprowadziły do wybuchu konfliktu na większą skalę, wszystkie szlaki handlowe w obie strony zostały wstrzymane, a towary sprowadzane z obszarów Fengarii do królestwa bez odpowiedniej jurysdykcji uznawane były za nielegalne. Wiązało się to rzecz jasna z konfiskatą towaru, oraz wymierzeniem odpowiedniej kary dla osobnika podejmującego się przemytu – wobec dekretu wydanego przez obecnego króla Aertis, dziesięć koron, lub w przypadku ich braku, obcięcia dłoni. Ponieważ dziesięć koron nie jest łatwe to zebrania dla niższych sfer, jasnym był fakt, iż kara ta ustanowiona została nie w celu zwiększenia przychodów królewskiego skarbca, a jedynie ku uszczupleniu liczby przemytników przez ich dosyć osobliwe oznakowywanie.  
- Może tak, może nie – odparł siedzący za stołem mężczyzna, wyrywając kupca z zamyślenia. – Tego typu futra należą teraz do rzadkości, więc...
- Między innymi dlatego, że większość została już przerobiona na kożuchy – raz jeszcze przerwał mu kupiec, który wyraźnie ożywił się od czasu swojej początkowej oceny. – Ale, kontynuujcie panie, kontynuujcie – dodał po chwili, obserwując malujący się na twarzy swojego rozmówcy uśmiech.  
- Więc myślę, że od kupca z gildyjnego cechu, takiego jak pan, powinny wejść na rynek z ceną najmniej pięciokrotnie większą niż marne trzy Ilitejskie drachmy – odparł spokojnie jasnowłosy, pakując znajdujące się na blacie skóry z powrotem do lnianego worka.  
- Dz... Dziesięć – rzekł kupiec niepewnie, sięgając za pazuchę w stronę swojej sakiewki. – Dwie trzecie zysku dla ciebie, jedna trzecia dla mnie w zamian za skorzystanie z mojej pozycji jako kupca w gildii. Poza tym, ciężko byłoby ci znaleźć kogoś kto zgodziłby się na handel towarem z przemytu, więc...
- Zgoda – wtrącił mu młodzieniec, wstając z krzesła i kładąc worek ze skórami na stole. – Miło robi się z panem interesy – dodał po chwili pewnym głosem, z którego wnioskować można było zadowolenie.
- Oczywiście – odparł kupiec, licząc monety układane jedna na drugiej na drewnianym blacie.
Jasnowłosy młodzieniec wyprostował się, pozwalając by światło jednej ze świec odbiło się w jego błękitnych oczach, po czym zerknąwszy za ramię zakrył niewielki stos monet swoją prawicą i przysunął go do siebie. Kupiec który zauważywszy ostrożność partnera w transakcji rozejrzał się po wnętrzu karczmy, ściągnął ze stołu lniany worek i ostrożnie położył go obok swojej nogi, przykrywając go przy tym skrawkiem swojego długiego płaszcza. Mimo iż większość gości w budynku zajęta była raczej spożywaniem dużych ilości rozwodnionego do granic możliwości piwa i znęcaniem się nad jednym z miejscowych przybłędów, kupiec wolał uniknąć niewygodnych pytań dotyczących zawartości worka. Wątpił rzecz jasna w fakt iż któryś z okolicznych bywalców byłby w stanie odróżnić znajdujące się teraz w jego posiadaniu skóry od zwykłych wilczych futer, lecz plotki mówiące o rozwijanym przez dekady aparacie szpiegowskim królestwa Aertis, które głosiły iż w każdej karczmie znajduje się co najmniej jeden szpieg, napełniały go uczuciem niepewności.  
- Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje – wymamrotał kupiec pod nosem, zwracając się w kierunku swojego dotychczasowego rozmówcy. – Dziękuję za naszą małą wymianę, mam nadzieję że jeśli w przyszłości znajdziesz jeszcze kilka takich...  
Kupiec przerwał, bowiem za blatem stołu nie było nikogo. Osobnik w płaszczu burknął coś do siebie i kilkukrotnie obrócił głowę, próbując wyśledzić wśród miejscowych moczymord jasnowłosego mężczyznę, lecz bez skutku. Podczas oglądania twarzy przypadkowych gości karczmy, handlarz domyślał się że osobnik o niebieskich oczach zapewne nie był zainteresowany dalszą współpracą, więc dał nogę gdy tylko położył łapska na złocie. Zanim jednak kupiec zdążył ponownie usadowić się na swoim miejscu i krzyknąć w stronę lady by coś zamówić, jego wzrok spotkał się z ostatnią twarzą należącą do mężczyzny opierającego się do tej pory o najbardziej wysuniętą w tył ścianę pomieszczenia, której ustawione na stołach i ladzie świece nie mogły dobrze oświetlić. Osobnik ten był postawny, ubrany w smukły płaszcz koloru purpury niemal tak ciemnej, że w połączeniu z nikłym światłem w tej części pomieszczenia sprawiał wrażenie niewidocznego. Jego ręce były założone, dłonie ukryte pod ramionami, a siwe włosy sięgały do okolic szyi. Nawet nie widząc całości ubioru i postawy tego człowieka, kupiec był w stanie stwierdzić iż jest to osoba z wyższych sfer, która mimo pozostawania w najsłabiej oświetlonej części karczmy wyraźnie odstawała od reszty jej gości. Uwaga handlarza nie skupiła się jednak na ubiorze postaci, a na jej twarzy – mimo iż jej zarys wydał się dla kupca niedokładny, był przekonany że należące do owego osobnika ciemne oczy wpatrują się właśnie w jego własne. Kupiec zaklął cicho, czując jak jego nogi zaczynają drgać, a na karku formuje się kropla zimnego potu. Szpieg – pomyślał, przypominając sobie wspominane niedawno plotki. Ostrożnie osunął się na krzesło, nogą dopychając pod płaszcz leżący na ziemi worek ze skórami. Opierający się o ścianę osobnik wzdrygnął się. Kupiec, który zerknął w jego stronę zacisnął zęby, po czym odwrócił się ku ladzie i dosadnie zażądał, by podano mu zimne piwo. Handlarz wiedział, że w takich przypadkach najlepiej jest zachowywać się naturalnie, jednak ciarki przechodzące mu po plecach nie pozwalały mu na całkowite odwrócenie uwagi od siwowłosego osobnika. Ciekawość, która nie dawała mu spokoju, już po kilku sekundach sprawiła że raz jeszcze ukradkiem zerknął w najmniej oświetloną część pomieszczenia, w której... Nie było nikogo. Przez kilka sekund kupiec wpatrywał się w pustą część pomieszczenia, próbując wytłumaczyć sobie w jaki sposób już druga osoba może rozpłynąć się w powietrzu tego samego wieczora. Z marazmu wyrwał go dopiero kufel spienionego piwa, który z trzaskiem uderzył o blat drewnianego stołu. Wraz z tym odgłosem odeszły wszelkie objawy kupca.
- Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje – bąknął pod nosem, zanurzając usta w piwnej pianie, próbując jak najszybciej zapomnieć o nieprzyjemnym osobniku w płaszczu koloru ciemnej purpury.  

Wśród nocnej wrzawy związanej z atmosferą panującą wokół karczmy, okoliczni mieszkańcy bardziej przejęci byli pijakami nocującymi na ich posesjach niż podejrzanym osobniku ostrożnie poruszającym się w cieniu przydrożnych drzew. Łuna srebrnego księżyca odbijała się w jego błękitnych oczach, oraz dziewięciu monetach które melodyjnie brzękały teraz w jego garści.
- Cholera – syknął do siebie złotowłosy mężczyzna opierający się o ścianę jednej z okolicznych lepianek, po czym wolną ręką wyjął z garści dziewięciu monet niewielki, złoty przedmiot.  
Gdy monety spoczywały jedna na drugiej niełatwo było zorientować się, że pomiędzy dwiema z nich znajdowała się nie waluta, a okrągły złoty pierścień, na którego widok twarz osobnika o niebieskich oczach momentalnie wykrzywiła się w paskudnym grymasie.  
- Nie ma znaczenia ile razy próbuję się go pozbyć, ten przeklęty pierścień prędzej czy później do mnie wraca – burknął pod nosem, po czym bez słowa odwrócił się w stronę znajdującego się za lepianką pola i cisnął w jego stronę nietypowe świecidełko. – Ciekawe ile tym razem mu to zajmie – dodał ostrożnie wsypując dziewięć Ilidyjskich drachm do kieszeni ukrytej w swojej lnianej koszuli.  
Złotowłosy osobnik zwrócił się ponownie ku oświetlanej blaskiem księżyca drodze prowadzącej do mniej zamieszkałej części miasta. Zanim jednak zrobił pierwszy krok w jej kierunku, poczuł na swoim karku ciarki tak dosadne, że rozchodząc się po kręgosłupie przeszły także do obu rąk, które niemal natychmiastowo zwinęły się w pięści. Mężczyzna znał dobrze to uczucie. Na jego twarzy pojawił się uśmiech niemal tak szeroki że aż szkaradny, a srebrny blask księżyca odbijający się do tej pory w jego błękitnych oczach przypominał raczej dwa płonące węgielki czekające na okazję do wzniecenia pożaru. Ostrożnie, mężczyzna obrócił się przez ramię i zwrócił się w kierunku drogi prowadzącej do karczmy. Na niewielkim wzniesieniu które wydeptana droga omijała szerokim łukiem, niecałe dwadzieścia metrów od niego, stał mężczyzna ubrany w płaszcz koloru ciemnej purpury. Blask księżyca który odbijał się w jego siwych włosach sprawiając iż były niemal zupełnie białe, odsłonił też jego twarz – dobrze wyprofilowaną kwadratową szczękę, niewielką kozią bródkę, krótki, za to spiczasty nos, oraz ciemne oczy które wpatrywały się w sylwetkę złotowłosego mężczyzny.  
- Milion z Ilidii, jak mniemam? Poszukiwany listem gończym w trzech królestwach – rozpoczął chłodno siwowłosy. Jego głos był szorstki, jednak nie oddawał wieku wiązanego zwykle z włosami siwego koloru. Jego barwa była zbyt żywa. Osobnik ten z pewnością nie miał jeszcze czterdziestki.  
- Nigdy o nim nie słyszałem – odparł spokojnie złotowłosy. Widząc że śledzący go osobnik nie zamierza atakować bez krótkiej wymiany zdań, szkaradny uśmiech zniknął z jego twarzy, jednak oczy wpatrujące się w sylwetkę stojącą na wzniesieniu zdradzały jego gotowość do walki.
Usłyszawszy to, siwowłosy zgrzytnął zębami i sięgnął do jednej z kieszeni swojego płaszcza, po czym raptownie wyciągnął z niej zwinięty w rulon dokument. Zrobiwszy kilka kroków w stronę złotowłosego osobnika, rzucił zwitkiem w jego kierunku. Ubrany w lnianą koszulę mężczyzna złapał obracający się w locie rulon, po czym nie spuszczając oka ze swojego rozmówcy, ostrożnie rozwinął dokument. Papier okazał się być jednym ze sporządzanych przez wywiadowcze oddziały Aertis czarno-białym plakatem gończym, na którym przedstawiony był osobnik w zbroi, której elementy z powodu braku dobrego oświetlenia były dla złotowłosego niemożliwe do rozpoznania.  
- Śmierdzące lenie nawet nie narysowały mi porządnej twarzy – burknął do siebie złotowłosy, szybko orientując się że skoro jego plakat nie przedstawia najważniejszych charakterystycznych cech, wciąż istnieje możliwość na wyłganie się z tej niewygodnej sytuacji.  
Zanim jednak zdążył ułożyć swoje myśli w zdanie, poczuł ponowny przypływ adrenaliny związany z nadchodzącym niebezpieczeństwem. Jego przeciwnik najwyraźniej nie tylko nie miał ochoty na wysłuchiwanie jego prób tłumaczenia związanych z nastąpieniem domniemanej pomyłki, ale i przybył tu w jednym i konkretnym celu – zlikwidować bez względu na możliwość jej nastąpienia. Na jego szczęście, pomyłka nie nastąpiła – złotowłosy osobnik w istocie był poszukiwanym w trzech królestwach kryminalistą zwanym Milionem. Na tym jednak kończyło się jego szczęście, bowiem osobnik ten nie bez powodu poszukiwany był na tak szeroką skalę – Milion z Ilidii, jak wieść niesie, podczas swoich licznych występków nie odebrał żadnego życia, jednak nie dlatego że nie miał ku temu sposobności. Tak jak człowiek spacerujący przez las nie widzi powodu by rozdeptywać przechodzące przez jego drogę mrówki, tak Milion nie widział powodu dla którego miałby karać straże miast za wypełnianie swoich obowiązków, jeśli przy okazji nie stanowili dla niego żadnego wyzwania. Milion był po prostu... Piekielnie silny. Dlatego też tak ciężko było mu ukryć ekscytację, gdy po jego głowę wysłany został przeciwnik zdolny do przebudzenia w nim ducha walki samą swoją obecnością. Złotowłosy mężczyzna podążył ostrożnie w kierunku ubranego w purpurowy płaszcz osobnika, po czym zatrzymał się w odległości dziesięciu metrów od niego. Powietrze wokół przeciwnika momentalnie stało się ciężkie – dla Miliona był to znak, że znalazł się właśnie w zasięgu jego ataku. Uśmiechnął się delikatnie, prostując się i unosząc głowę w górę, ukradkiem spoglądając na oświetlający wydeptaną drogę księżyc.  
- Też tam byłeś, prawda? – zaczął nagle Milion, wyraźnie zaskakując tym pytaniem swojego przeciwnika, który najwyraźniej spodziewał się z jego strony nagłego skoku do ataku. – Żaden plakat ani list gończy nie mówi co się wtedy stało, a wszystkie stacjonujące tam wojska i służby specjalne Aertis zostały wycięte w pień. Gdybyś tam nie był, nie przychodziłbyś tu sam – dodał po chwili, delikatnie opuszczając głowę tak, by jego wzrok spotkał się centralnie ze wzrokiem przeciwnika.  
- Pantarea – odparł szorstko osobnik w purpurze, uśmiechając się lekko.
- Gdyby twoi przełożeni naprawdę zamierzali mnie zlikwidować, zrobiliby to już dawno temu, prawdopodobnie nasyłając na mnie całe garnizony – kontynuował złotowłosy, wyczuwając że powietrze mimo iż nadal ciężkie od napięcia, wydawało się stopniowo rozrzedzać. – A gdybyś ty naprawdę zamierzał ich słuchać, przybyłbyś tu ze wsparciem. Jestem wam potrzebny.  
- W istocie, ale... – odparł sucho mężczyzna w purpurze.
- Ale? – przerwał mu Milion, na którego twarzy po raz kolejny pojawił się delikatny uśmiech.
- Nie sądzę żebyś poszedł ze mną z własnej woli – dodał siwowłosy, zginając się w pół, obiema rękami sięgając do kieszeni ukrytych w swoim purpurowym płaszczu.  
- Dobrze myślisz – rzekł tajemniczo Milion, wysuwając lekko lewą nogę do przodu.  
Jego ciało błyskawicznie zgięło się w pół, miednica wysunęła do przodu zmuszając prawą nogę do cofnięcia, a dłonie zwinięte w pięści uformowały coś w rodzaju pozycji do walki wręcz, gdzie lewa ręka poprzez delikatne zgięcie gotowa była do sparowania ciosu, a prawa spoczywała poniżej linii pasa w pozycji przypominającej półksiężyc.  
- Słyszałem o stylu Zabójcy Gigantów, ale nigdy nie uwierzyłbym że istnieje człowiek zdolny do jego poprawnego używania – skomentował osobnik w purpurze, wyciągając z kieszeni płaszcza dwa długie na trzydzieści centymetrów sztylety. – Wygląda co najmniej pokracznie.
- Ale działa – odparł spokojnie Milion. Uśmiech całkowicie zniknął z jego twarzy, wraz z ukazywaną do tej pory ekscytacją. Teraz jego umysł skupiony był całkowicie na swoim przeciwniku.  
Powietrze wokół dwójki raz jeszcze stało się ciężkie, a ziemia zaczęła delikatnie drgać. Na pierwszy rzut oka widać było że obu z nich daleko było do przeciętnego człowieka. Gdyby tej nocy jeden z gości karczmy wyszedł by zaczerpnąć świeżego powietrza pośród przydrożnych drzew, z pewnością nie zobaczyłby sceny pojedynku, a straszliwy bój pomiędzy potworami jakie do tej pory zdarzyło mu się jedynie widywać w postaci iluzji demonów i diabłów tworzonych przez jarmarcznych czarodziei.  


PS. Chciałbym wiedzieć w jakim stopniu tego typu narracja ciekawi czytelnika i czy warto zostać przy czymś takim.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    Narracja jest ciekawa. Pomysł też. Więc jak nasz wenę to pisz kolejne odcinki. Zestaw na tak . Pozdrawiam

  • Revlis

    @AnonimS Dziękuję :)