Odmieniec - Próba

- Dziecię, kieruj się w stronę mgły. Tam, gdzie ziemia spotyka się z niebem. Prowadzić cię będzie Jaśniejący Cyrion, Zgromadzenie już czeka. – Ogrom pojedynczych głosów wypowiadających te słowa zlał się w jeden głos. Nie był on drażniący czy przerażający. Można rzec, że brzmiał neutralnie. Nie potrafiłem określić, czy większość stanowiły kobiety, czy mężczyźni.
Rozejrzałem się dookoła i spostrzegłem, że na łące zaczęły pojawiać się ciemne plamy. Gdy zbliżyłem się do nich, zrozumiałem, że roślinność w tym miejscu zaczęła gnić.
- Nie mamy na to czasu. – Rzekł ten sam głos.
- Miałem kierować się w stronę mgły. Jednak w jakim celu? – Powoli zacząłem wędrówkę – Racja, próba! – Przypomniałem sobie.
Czułem się otumaniony jakby pod wpływem środków odurzających. Myślenie przychodziło mi z trudem, a w pamięci pojawiały się luki
– Czyżby Klaus podał mi coś w trakcie medytacji, jakiś narkotyk? Może to kolejny skutek czarów? – Wypowiadając te słowa, wkroczyłem w wysoką trzcinę.
Sucha, porośnięta pękami nasturcji, narcyzów, krokusów i innych nieznanymi mi kwiatami, gleba zaczęła zamieniać się w błoto. Z każdym kolejnym krokiem poziom wody podnosił się, aż ta sięgnęła moich kolan. Mgła stała się gęsta jak mleko. Mimo to, nad moją głową, bez większych przeszkód, mogłem dostrzec żarzący się czerwono-pomarańczowym światłem punkt. Lekki wiatr zaczął kołysać roślinami. Wtedy też, zaraz przede mną, wyłoniła się kłąb pałek wodnych. Podbiegłem czym prędzej i zerwałem kilka z nich. Kruche, dziecięce ciałko, dało o sobie znak, gdyż musiałem się trochę nasiłować, żeby wyciągnąć je z ziemi. Obrałem je, przetarłem koszulką i wziąłem gryza.
- Tak, to jest to, to jest ten smak! Lekko kruche i soczyste. – Mruknąłem pod nosem.
Nostalgiczne uczucie wypełniło mój umysł. Przed oczami miałem obraz, jak za dziecka, razem z moim dziadkiem, chodziliśmy na ryby i w trakcie raczyliśmy się takimi rarytasami. Najsmaczniejsze były wiosną. Można je było zagotować, używać jako dodatku do głównego dania czy jeść na surowo. Z marzeń wyrwała mnie losowa myśl, która przypomniała o teście.
- Koniec tego dobrego, idziemy dalej – Pomyślałem – Ale najpierw zapasy! – Zerwałem i oprawiłem kilka łodyg na drogę.
Maszerowałem już od kilku godzin, ale, ku mojemu zdziwieniu, nie odczuwałem żadnego zmęczenia. Nagle wyszedłem z podmokłego terenu i znalazłem się na piaszczystej plaży. Letnia bryza i charakterystyczny zapach słonej wody uderzyły w moją twarz.
Spojrzałem za siebie. Zauważyłem, że teren nie zmieniał się stopniowo. Po prostu, jakby magiczna linia oddzielała błoto od piasku. Cofnąłem się i wszedłem w trzcinę. Atmosfera zmieniła się, nagle stało się niesamowicie wilgotno i duszno. Wróciłem na plażę. Spostrzegłem też, że, od początku podróży nie zmieniła się pora dnia. Miałem wrażenie, że słońce, mimo że niewidoczne, jest cały czas w zenicie. Nie czułem żadnego niepokoju wynikłego z tej sytuacji, po prostu szedłem dalej.
- Może to przez to, że mój umysł był coraz bardziej otumaniony? – W mojej głowie przemknęła myśl, ale zaraz po niej zapanowała cisza.
Mój stan przypominał medytację. Kompletna pustka wypełniała mój umysł. Nie przejmowałem się niczym, nie obchodziło mnie co będzie jutro, czy co było wczoraj. Byłem tu i teraz, miałem tylko jeden cel – kroczyć przed siebie. Może wydać się to dziwnie, ale podróż linią brzegu przynosiła mi ekstazę. Ile podróżowałem w takim stanie, od czasu do czasu przeżuwając pędy ukryte w kieszeni? Dni, może tygodni? Nie potrafiłem tego określić.
Z transu wyrwała mnie kolejna zmiana otoczenia. Stałem na środku wyschniętego stepu. Od wschodu na zachód, od północy do południa nie było niczego, z wyjątkiem bezchmurnego nieba i bursztynowej równiny. Cyrion zmienił pozycję, niemalże stykał się z ziemią.
- Jesteś już blisko, czekamy… - Przeciągnął głos.
Jasność umysłu powróciła. Po rozważeniu wszystkich za i przeciw postanowiłem ruszyć dalej. W końcu co mogłem zrobić? Nic konkretnego, oprócz tego, że starzec wyciągnie mnie z tego w kryzysowej sytuacji, nie przychodziło mi do głowy. Każdy kolejny krok sprawiał, że gwiazda świeciła coraz mocniejszym światłem, które mimo intensywności, nie sprawiało problemu moim oczom. Od jego źródła biło niesamowite ciepło.
Usłyszałem szum płynącej rzeki, a przede mną pojawił się niewielki kamienny most. Na tyle wąski, że nie zmieściłyby się na nim dwie osoby obok siebie. Gdy przekroczyłem wodę, znalazłem się na małej wysepce. Nieopodal jej centrum rósł ogromny cydr, a pod nim znajdowało się sześć sylwetek ludzi. Były na tyle daleko, że nie mogłem dojrzeć szczegółów.
- Podejdź! – Rozkazał mi głos.
Gdy zacząłem kroczyć w ich kierunku, ponownie pojawiła się mgła, która, z każdym pokonanym metrem gęstniała. Krajobraz spowijała coraz to większa ciemność, jakby słońce niesamowicie szybko zachodziło. Zatrzymałem się na około dziesięć łokci od nich. Widoczność była na tyle słaba, że widziałem jedynie ich kontury i zdobione szaty, których koloru nie sposób określić. Ich twarze były pozasłaniane czymś na kształt welonu.
- Zapraszamy na Irakii. – Machnął ręką, jakby w geście powitania.
Mimo iż mówił tylko jeden z nich, towarzyszył mu ten sam głos tłumu, który słyszałem na początku testu.
- Irakii? – Zapytałem niepewnym głosem.
- Mówiłem wam, że sprowadzenie tego śmiertelnika będzie błędem! – Rzekła jedna z postaci w kierunku reszty – Spójrzcie na niego! Brak mu ogłady, brak jakichkolwiek manier, a jego aura… Jak ją w ogóle nazwać? – Kontynuował.
- Trofimie! – Wykrzyczała jedna z postaci! – Dość! Decyzja zapadła, święte prawo jest absolutne! – Dodała.
- Oh Pero, nie zapominaj, kto z początku był najbardziej niezadowolony z tej decyzji! – Wtrącił - Teraz stajesz w jego obronie?
W mojej głowie pojawił się mętlik. Mimo iż po ruchu ciała widziałem, że mówią kompletnie inne osoby, to ich słowom towarzyszył ten sam rój głosów, przez co były nie do rozróżnienia.
- Cisza! Spotkaliśmy się w innym celu, niż kłótnia między sobą. Nie zapominajcie o tym. – Rzekły dwie inne osoby.
- Elke, synu Mohla. Witamy na Irakii, zgromadzeniu bogów! – Sześć sylwetek rzekło walnie.
- Czymże zasłużyłem na taki zaszczyt? – Skłoniłem się w pas – Dlaczego zostałem przywołany do tego świata? – Dodałem zdziwiony.
- Przywołany? O czym ty mówisz? - Dwie postaci, zdaje się liderzy, skierowały do mnie pytanie.
- Więc – Zacząłem niepewnie – Przez około czterdzieści lat żyłem… - Opowiedziałem im swoją historię.
Po wysłuchaniu moich słów, wśród postaci panowało poruszenie. Zaczęli rozmawiać.
- Słyszeliście? Bluźnierca! Miałem rację! – Rzekł ten, który przemówił na początku spotkania – Demon! Igui miała racja! Nie powinniśmy tego robić! O czcigodna Leo, czcigodny Vidzie, przemyślcie to! – Wtórowała mu postać, która wcześniej nie odezwała się słowem.
- Szarlatan! Nie możemy! Ktoś z Inefrem nie może ingerować w te sprawy! – Wrzawa rozległa się na wyspie – Do tego spójrzcie nań, przekleństwo krwi Malna bije od niego na kilometry!
- Inefrem? – Pomyślałem.
Mamy jeszcze trochę mocy, powinniśmy się go pozbyć, czym prędzej! Powinniśmy dać radę wybrać innego, nie możemy na to pozwolić! – Kontynuowali – Jeżeli się pospieszymy, przydarzy się inna okazja, wciąż mamy czas! – Skwitowali.
- Dość! Cisza! – Ktoś krzyknął głos, całkiem inny, niż ten, którym do mnie mówili – Nie zapominajcie, że To jest nad nami, mógł wpłynąć na bieg wydarzeń!– Dopowiedział, już głosem tłumu.
- Nie, to niemożliwe! - Odrzekła szósta, ostatnia już osoba, która dotąd była cicho – To nie powinno ingerować, powinno zostać naturalne! Nie ma możliwości, żeby to zrobiło! Tym bardziej że musiało też zmienić wizję Igui – Dodała.
- Pomyślcie, kto inny mógł zrobić coś takiego? – Rzekła dwójka postaci. – My sami nie mielibyśmy wystarczająco mocy, żeby przyzwać kogoś z Inefrem. Najwidoczniej, taka jest Tego decyzja. Skoro to on został przez Niego wybrany, to tak powinno się stać!– W momencie ich kłótni, obraz przed moimi oczami zaczął się rozmywać, a myśli w mojej głowie plątały się.
- Jeszcze o niczym mu nie powiedzieliśmy, a przez wasze niesnaski już kończyć nam się czas! Iskalo, zatrzymaj go na chwilę - Po tych słowach, jedna z postaci zaczęła kierować się w moją stronę.
- Chłopcze, pochyl głowę i pod żadnym pozorem nie patrz się w jego twarz, skaza na boskości będzie miała nieodwracalne konsekwencje! – Rzekli do mnie.
Uczyniłem, jak kazali. Po chwili poczułem, jak lodowata ręka łapie mnie za głowę. Pod nogami zobaczyłem piękne, błękitno-białe szaty.
- Pospieszcie się, test zaraz dobiegnie końca. – Powiedział.
- Elke. Ja Lea, bogini dnia i światła – Rzekł kobiecy głos. – Ja, Vid, bóg nocy i ciemności – Rzekł męski głos, ten sam, który wcześniej uciszył zebranych.
- Jako opiekunowie świata – Kontynuowali głosem tłumu – W imieniu Irakii, nadajemy ci prawo do zmiany rzeczywistości. Pragniemy, abyś naprawił to, co Khron, zdrajca niebios, zniszczył.
- W tym celu, ja Lea, zsyłam ci moje błogosławieństwo! – Rzekła kobieta.
- Oszalałaś! Jeśli to zrobimy, nie będzie mowy o drugiej szansie! – Rozebrzmiał głos.
- Elke, powierzam przyszłość w twoje ręce, masz moje błogosławieństwo. - Rzekł Vid – Bracia, jeśli nie ten młodzieniec, to kto? Wizje Igui są nieomylne! – Swoje słowa skierował do zebranych.
- Ja, Pera, bogini ognia, błogosławię cię! – Usłyszałem agresywny kobiecy głos.
- Ja, Vedrana, bogini wody, zsyłam na ciebie błogosławieństwo! – Wtórowała pięknym, kojącym dusze głosem.
- Ja, Iskalo, bóg wiatru, błogosławię tego młodzieńca. – Rzekła osoba, która stała przy mnie.
- Najpewniej pożałujemy tej decyzji, jak i niektórych poprzednich, które doprowadziły nas tu, gdzie jesteśmy. Skoro jednak większość Irakii tak zadecydowała, to i ja, Trofim, bóg ziemi, namaszczam tego chłopca – Powiedział, jakby ze smutkiem w głosie. – Mam nadzieję, że nie obróci się to przeciwko nam – Dodał.
- Musisz zapamiętać, że nasze błogosławieństwo jest potężne, a użyte w złych celach, może przynieść zgubę. Wielu będzie chciało cię posiąść. Do naszego następnego spotkania postaraj się jak najlepiej poznać świat. Zdecyduj, co jest dobre, a co złe. Miejmy nadzieję, że będziesz czuł potrzebę do zmiany aktualnego stanu rzeczy – Powiedzieli – Teraz, zbudź się.
Po usłyszeniu tych słów otworzyłem oczy. Siedziałem pośrodku rzeki, przede mną stał Klaus z zaskoczoną miną.
- Co tak szybko młodzieńcze? Ledwo co zaczęliśmy– Zapytał zaskoczony.
- Dopiero? Miałem wrażenie, jakby minęło kilka tygodni… - Odpowiedziałem.
- Nie czułem żadnej odpowiedzi, woda nie zmieniła koloru. – Zaczął rozmyślać - Powiedz mi, jak wyglądała twoja próba.
Starałem się opowiedzieć jak najbardziej szczegółowo, jednak przez problemy z pamięcią w trakcie wędrówki, czułem, że niektóre rzeczy uciekły mojej uwadze.
- Na bogów! – Zakrzyknął, czym lekko mnie przeraził. – Muszę coś sprawdzić, nie ruszaj się!
Zamoczył palce w rzece, po czym przetarł oczy wodą.
- O wielka Vedrano, pozwól dostrzec mi to, co dla ludzi niedostrzegalne – Wymamrotał, po czym otworzył oczy i spojrzał na mnie.
W tej samej chwili zwymiotował. Gdy spojrzałem na niego, dostrzegłem najbardziej przerażoną twarz w moim życiu. Wybiegł na brzeg.
- Mohlu, ukryj go w bezpiecznym miejscu! – Rzekł do mojego ojca – Muszę wyruszyć do stolicy, jeżeli ktokolwiek będzie chciał zabrać młodzieńca, nie waż się go wydawać! Broń go nawet za cenę własnego życia! – Wykrzyczał.
- Za równe siedem dni przybędę, wyczekujcie mnie o zmierzchu! – Dodał.
Starzec rozkazał Horstowi przyprowadzić konie, po czym odjechali na zachód.

2 komentarze

 
  • shakadap

    Brawo.
    Bardzo dobrze napisane, ciekawe i wciągające. Świetnie Autorze budujesz napięcie. Jestem bardzo ciekawy jak się całą historia rozwinie.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • norsami

    jak zwykle super się czyta!  :tadam: