Odmieniec - nowy początek - część 2

- Pozwól za mną chłopcze – Klaus ruszył w stronę rzeki.
Naszej wędrówce towarzyszyła głucha cisza. Ani śpiewu ptaków, ani szumu liści na wietrze, gdy weszliśmy w las. Miałem wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Po chwili znaleźliśmy się na małej polance. Porośnięta była główkami niebieskiego i czerwonego maku. W jej centrum rosły dwie jabłonki. W oddali, na horyzoncie, przez korony niedużych drzew, przebijał się dzwon stojący na domu sołtysa naszej wsi.
- Elke – Zwrócił się do mnie.
- Czytałem raport na twój temat – Rzekł jakby z dumą. – Nawet jak na błogosławionego sprawiasz niesamowite wrażenie. Raptem kilka tygodni po urodzeniu wypowiedziałeś swoje pierwsze słowa – Zaczął kroczyć w moim kierunku.
- Musisz zrozumieć jedno – Kontynuował – błogosławieni nie są nadludźmi, nie są innym gatunkiem człowieka. Pospólstwo upojone legendami i opowieściami myśli, że każdy odmieniec jest niezwykły już od narodzin. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. W młodzieńczych latach nie różnią się zbytnio od normalnych ludzi. Dopiero później można dostrzec u nich jakieś nadzwyczajne cechy.
- Rozumiesz co to znaczy? – Zapytał, kładąc rękę na mojej głowie – Jesteś kimś naprawdę wyjątkowym, takie przypadki zdarzają się raz na kilka stuleci i nigdy nie zwiastują… - Przerwał, a w jego oczach pojawiła się nuta niepewności.
- Krew Malna, przekleństwo szóstego. Mówi ci to coś? – Zapytał.
- N-nie, usłyszałem o tym pierwszy raz dzisiaj rano – Odpowiedziałem.
Atmosfera stała się zdecydowanie cięższa. Powietrze zaczęło lekko kołysać gałęziami.
- Hah! Więc ten przeklęty głupiec o niczym ci nie powiedział?! – Rzekł donośnym, całkowicie innym niż w rozmowie z moim ojcem, głosem.
Klaus poczochrał moje brązowe loki, po czym odwrócił się i zaczął kroczyć w kierunku jabłoni.
- Mieć istnego czarta pod ręką i nie powiedzieć mu o niczym! Czyżby ten wymoczek myślał, że uda mu się oszukać Igui?
W tym samym momencie odwrócił się w moją stronę. Byłem zszokowany. Jego aparycja kompletnie się zmieniła. Po ledwo człapiącym dziadku nie było śladu. W tym momencie stał przede mną mężczyzna w średnim wieku, jednak o wciąż lichej posturze. Mimo tego biła od niego niesamowita charyzma. Jego twarz była pełna kolorów. Spod kaptura, na zapadnięte policzki, opadały, już nie szkarłatne, lecz siwe i postrzępione włosy.
- Zobaczcie! – Zasalutował prześmiewczo - Jestem wielki Mohl, kultysta Trofima. Błogosławiony mistrz broni. Ten, któremu udało się wyjść zwycięsko z niezliczonych potyczek. Zwyciężyłem z tymi, broniłem tamtych, podbiłem to i to – Wydukał z przesadną manierą w głosie.
- Gówno prawda! Pomyśleć, że za zbratanie się z nieludźmi jedynie wydalono cię z wojska. Gdyby nie reputacja i zasługi Krausa oraz wstawiennictwo Deltefa wisiałbyś jak pies Irisz pod Wielkim Dębem! – Kontynuował monolog, a jego twarz zaczęła się czerwienić ze złości.
- Uspokój się, oddychaj – Wyszeptał, trzymając się za głowę, po czym wziął głęboki wdech.
Nie rozumiałem sytuacji, w której się znajduje. Byłem wystraszony. Chciałem jakoś zareagować, ale co mogłem zrobić? Jestem pieprzonym dzieckiem. Podejrzewam, że nie uciekłbym nawet żółwiowi.
- W-wszystko w porządku? Wezwać pomoc? – Powiedziałem niepewnie.
Pomyślałem, że próba uspokojenia Klausa będzie najlepszym wyjściem.
- Jeśli się nie uda, to spróbuje go zagadać do momentu przyjścia ojca – Pomyślałem – W końcu miał wyruszyć zaraz po nas, ile może mu zejść?
- Co, jeśli Horst będzie razem z nim? Czy nie mieli iść razem? Czy Mohl da sobie radę w pojedynku z nimi dwoma? Klaus wydaje się niepozorny, ale nie wiem, jak pożyteczna w walce może być magia. W końcu nigdy nie widziałem, jak ktoś z niej korzysta. O czym ja myślę, sam ochroniarz mojego towarzysza wygląda, jakby mógł zabić tatę jednym uderzeniem – Dywagowałem w myślach.
- Ahhh… I do tego pojawiasz się ty! – Słowa wyrwały mnie z mojego prywatnego, wewnętrznego świata - Pomiot, potworne nasienie, które nie powinno stąpać po tej ziemi. Wybryk upadłych bóstw, które resztkami swoich sił chcą korygować to, co zniszczyły wieki temu – Powiedział z niesamowitą pogardą.
- O co ci chodzi? Dlaczego masz do mnie pretensje? Jacy bogowie, jaki pomiot? – Zapytałem najgrzeczniej jak to możliwe, aby go nie zdenerwować.
Wydawał się nie słyszeć tego, co do niego powiedziałem. Gdy spojrzałem mu w oczy, strach sparaliżował moje ciało. Wypełnione były smolistą czernią. Nie wiedziałem w nich źrenic czy tęczówek.
- Duchy przodków i wy Irakii, wybaczcie mi to, co teraz uczynię, lecz nie mam innego wyjścia. W imię cesarstwa, w imię ludzkości, w imię sprawiedliwości! O czcigodny Emese, przyjmij go do swojego królestwa! – Wykrzyknął.
Z oczu Klausa zaczęły płynąć krwawe łzy. Chciałem zacząć uciekać, lecz, nim moje ciało zdążyło się poruszyć, on stał już przy mnie. Podniósł swoją laskę i jej czubkiem dotknął mojego czoła.
- Wybacz mi, gdyż zgrzeszyłem – Smutek przepełniał jego słowa.
Nagle uniosłem się kilka metrów nad ziemię. Po chwili spostrzegłem, że moje ciało ciągle stoi naprzeciw maga – zdekapitował mnie w ciągu ułamka sekundy. Zanim moja głowa zdążyła opaść, straciłem świadomość.
- Zbudź się dziecko – Przemówił do mnie kojący głos kobiety.
- Młodzieńcze! – Usłyszałem krzyk.
Otworzyłem oczy, stałem na tej samej polanie, co wcześniej.
- Młodzieńcze, wszystko w porządku? – Powtórzył czarodziej z ciekawością.
Spojrzałem na niego. Tym razem był to ten sam staruszek, który odwiedził mnie w moim domu.
- Morderca! Ratunku! – Zacząłem wrzeszczeć, po czym pobiegłem w kierunku wioski.
Nie zdążyłem nawet wejść do lasu, gdy złapał mnie mój ojciec. Wziął mnie na ręce, po czym podszedł do Klausa.
- Co się stało? Dlaczego tak wrzeszczysz? – Zapytał.
- O-on próbował mnie zabić! – Wskazałem palcem na staruszka.
- On? Spójrz mu w oczy i powiedz, dlaczego niby miałby to zrobić? – Od Mohla dało wyczuć się irytację.
Gdy skierowałem wzrok w jego stronę, zobaczyłem grymas zaskoczenia rysujący się na jego pomarszczonej starczej twarzy. Lekkim ruchem odgarnął krwiste włosy opadające na nos.  
- Co to było? – Pomyślałem – Halucynacje? Od tego gorąca? Może jakieś opary z pobliskich bagien? Może to właśnie była magia? Staruszek mnie testował? – Zachodziłem w głowie.
- Wystarczy tych głupstw, masz go natychmiast przeprosić! – Odstawił mnie na ziemię, po czym pchnął w kierunku Klausa.
- Nie musisz na niego krzyczeć. Doskonale wiem, jakie są dzieci. Pewnie zanurzył się w świecie fantazji. – Powiedział z uśmiechem.
- Mniejsza o to – Kontynuował - Musimy się spieszyć. Jeśli nie zdążymy przed zmrokiem, to nici z testu - Ruszyliśmy w kierunku rzeki.
- Gdzież wcięło mojego ochroniarza? – Zapytał Klaus.
- Wyruszyliśmy razem z wioski, jednak zaraz za nią natrafiliśmy na młode sarny. Wtedy powiedział, żebym dalej szedł sam, bo on chce sobie na nie popatrzeć – Ojciec się roześmiał.
- Aj ten lekkoduch! – Odrzekł zawstydzony starzec.
- Znam go od czasów jego młodości. Spotkaliśmy się na długo przed tym, jak przyznano mu tytuł filaru. To właśnie mi przypadł zaszczyt uczenia go sztuk magicznych – Zaczął się przechwalać.
- Był jednym z błogosławionych. Jego wyjątkowość przełożyła się na biegłość we władaniu bronią i sztukach magicznych. Niestety, w jednej z bitew popełnił błąd rzucają czar. Dał się złapać w pułapkę wroga. Użyto na nim artefaktu. W znacznym stopniu wpłynęło to na jego zdolności intelektualne. Stał się niezdolny do samodzielnego myślenia. Jednakże, dzięki temu, został skutecznym narzędziem w rękach innych ludzi. W zamian za swoją wolność dostał kilka, nic nieznaczących, tytułów… - Kolejny raz melancholia w jego głosie dała się we znaki.
Odwrócił się w moją stronę, spojrzał mi głęboko w oczy, po czym rzekł
- Mała rada od staruszka. Czary, mimo iż potężne, wymagają odpowiedniego przygotowania i znajomości umiejętności wroga. Jeśli nie jesteś pewny, zrezygnuj z ich używania. Jednakże, nawet najsłabsze zaklęcie, jeśli je prawidłowo zastosujesz, okazuje się potężne – Pouczył mnie spokojnym głosem.
- Wróg może wtedy łatwo stracić głowę – Dodał i uśmiechnął się.
W momencie, gdy wypowiadał te słowa, dotarliśmy do celu podróży.
- Rozbierz się i wejdź do wody – Jego ton spoważniał.
- Obmyj się i usiądź na kamieniu przy brzegu – Poinstruował mnie.
Sam narysował na ziemi okręg, wszedł do niego i rozpoczął modlitwę. Był na tyle daleko, że nie słyszałem jej treści. W pewnym momencie zsunął ze swoich barków szaty. Góra zaczęła opadać, jednak zatrzymała się w połowie ciała, podtrzymywana przez pas. Dostrzegłem jego wątłe ciało pokryte niezliczonymi bliznami. Pewnym ruchem zdjął uchwyt laski. Okazało się, że ukryte w nim było ostrze. Naciął swoją klatkę piersiową, a wypływającą krwią zaczął rysować linie i znaki na ciele. Gdy skończył, podszedł pode mnie.
- Elke, chwyć mnie za ręce i powtarzaj za mną – Wyciągnął zakrwawione dłonie w moim kierunku.  
- Iskalo – Rozpoczął inkantacje - jam jest jednym z błogosławionych przez Irakii. Staję przed tobą, aby poddać się próbie – Wtórowałem mu.
W momencie wypowiadania ostatniego słowa, moje oczy otworzyły się. Spojrzałem w dół. Siedziałem na dębowym pniaczku. Rozejrzałem się dookoła. Moim oczom ukazała się piękna łąka, porośnięta niezliczoną ilością przeróżnych kwiatów, ciągnąca się za horyzont spowity mgłą.

2 komentarze

 
  • anonimmmm

    fajnie się czyta liczę na więcej :)

  • norsami

    podoba mi się to  :bravo: