Odmieniec - nowy początek - część 1

Monotonia. To właśnie o niej rozmyślałem, gdy wychodziłem z wieżowca. Kolejny dzień, który wygląda jak każdy poprzedni. Jestem zwykłym szarym człowieczkiem, kolejnym trybikiem w maszynie zwanej społeczeństwem. W dzieciństwie miałem, jak chyba każdy, ambicje na zostanie kimś niezwykłym. Osobą, która zmieni ten świat. Myślałem, że wynajdę coś innowacyjnego. Coś, co ułatwi życie ludziom i pomoże w rozwoju naszej cywilizacji. Moje plany zostały szybko zweryfikowane przez rzeczywistość.

Czekając na zielone światło, styczniowa pogoda dała mi się we znaki. Zimny podmuch wzbił tumany świeżo opadłego śniegu, a ten, chwilę później, wylądował na mojej twarzy. Większość ludzi na moim miejscu zapewne rzuciłoby wulgaryzmem pod nosem, ale mi sprawiło to przyjemność. Od zawsze lubiłem zimę, a biały puch ostatni raz widziałem kilka lat temu. Otarłem buzię rękawiczką i pogrążyłem się w myślach. Pojutrze mój tata ma urodziny. Zastanawiam się, co, chociaż na chwilę, dałoby mu odrobinę frajdy.  
-Może kamera do samochodu? Zawsze mówił, że by mu się taka przydała – pomyślałem.
-Albo zestaw narzędzi stolarskich? Czasami lubi podłubać w drewnie – odpowiedziałem w głowie sam sobie.
Z kontemplacji wyrwało mnie nagłe szarpnięcie. Kątem oka zauważyłem, że oparł się o mnie niepozorny mężczyzna. Niski, około stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu, mizernej postawy. Odwróciłem głowę w jego stronę, obraz przed oczami zaczął mi się rozmywać.
-Prz-przeraszam? – Zająknąłem się.
Nie widziałem jego twarzy, była zasłonięta beżowym szalikiem i o kilka rozmiarów za dużą czapką. Zaczęło robić mi się słabo, poczułem falę ciepła spływającą na mój brzuch. Skierowałem wzrok w dół. W tym momencie zauważyłem, że z okolic mojego serca wystaje rączka od noża.
-Co jest kurwa! – Krzyknąłem z niedowierzaniem w głosie.
Nagle, na jednym z bardziej ruchliwych skrzyżowań w mieście, zrobiło się kompletnie pusto.
-Dźgnął go, dzwońcie po policje! – Słyszałem głosy z oddali, jakby kilka budynków stąd.
Nieznajomy chwycił za rękojeść i szybkim, pewnym ruchem wyjął ją z mojego tułowia. Zacząłem słabnąć. Momentalnie osunąłem się na ziemie. Ostatnie, co byłem w stanie w zauważyć, to rękę, która wyciąga portfel z mojej kieszeni, a następnie zarys sylwetki znikającej za budynkiem.
-I tyle? Tak żałośnie skończę? Jeszcze nawet… - W mojej głowie rodziły się pytania, jednak uczucie senności było na tyle duże, że nie byłem w stanie ich dokończyć. Odpłynąłem.

*

Krzyk. Nieludzki, przerażający wrzask. Właśnie on był pierwszą rzeczą, którą pamiętam po odzyskaniu świadomości. Próbuje otworzyć oczy, jednak widzę jedynie czerń. Wokół mnie panuje rumor, gwar rozsadza mi głowę. Próbuje wziąć oddech, jednak jest to niemożliwe. Coś zalega w moim gardle. Zwymiotowałem. Ktoś mnie podnosi, a zaraz po tym klepie w plecy. Przypomniałem sobie o agresorze, zacząłem wrzeszczeć.
Chwilę zajęło mi zrozumienie, że z moim ciałem jest coś nie tak. Poczucie „swojego ja” było całkowicie inne, każdy ruch sprawiał mi problemy.
-Co się dzieje, jakieś halucynacje? Może przy upadku uszkodziłem sobie głowę albo kręgosłup i teraz mnie sparaliżowało? – Zachodziłem w myślach.
Słyszę głos mężczyzny. Mówi on w niezrozumiałym dla mnie języku.
-Hiszpański? Włoski? Nie, brzmi podobnie, ale jednak to nie to – Byłem tego pewny, ponieważ, ze względu na pracę, dość dużo obcowałem z osobami, które posługiwały się tą mową.
Próbuję wymacać ranę. Po dotknięciu klatki piersiowej zdaje sobie sprawę, że jest ona dziwnie gładka i pokryta jakimś śluzem. Jestem zdezorientowany, nie potrafię rozeznać się w sytuacji. Łapię się za głowę. Ku mojemu zaskoczeniu nie ma na niej ani jednego włosa. Dotykam swojej twarzy. Nie rozumiem. Wszystko wydaje się takie małe, nie czuję brwi. Mam nawyk przygryzania języka w stresowych sytuacjach, jednak teraz mam wrażenie, jakbym próbował ścisnąć go wargami. Wkładam do ust kciuk.
-Kurwa nie – Wystraszyłem się.
-Niech ktoś mi pomoże, ratunku! – Zacząłem krzyczeć z całych sił.
Mężczyzna znowu się odezwał, wtórowała mu kobieta. Po głosie poznałem, że płakała i jest rozhisteryzowana. Czuję, jak ktoś polewa moje ciała letnią wodą. Wyciera je, a następnie oddaje w czyjeś objęcia. Zaczęła mnie przepełniać niesamowita nostalgia i uczucie radości.

*

Minęły trzy lata, od moich ponownych narodzin.
- Cholera, jak to brzmi – Pomyślałem, notując w swoim dzienniczku.
Wygląda na to, że faktycznie przyszło mi zacząć od nowa. Reinkarnacja?
- Jednak na dalekim wschodzie mieli racje – Zaśmiałem się pod nosem.
Z początku myślałem, że wszystko, co się dzieje, jest fikcją, jakimś wytworem mojego mózgu, który został wystawiony na sytuację zagrożenia życia. Jednak im dłużej znajduję się w tym świecie, tym bardziej przekonuje się, że jest to nowa, realna rzeczywistość, w której przyszło mi żyć. Świat ten jest na podobnym poziomie rozwoju, na jakim byliśmy my na początku średniowiecza. Mieszkam w wiosce nieopodal średniej wielkości miasta. Moi rodzice są czymś na kształt niezbyt zamożnej, ale też nie zaściankowej, szlachty. Ojciec jest trzydziestosześcioletnim weteranem wojennym, a matka dwudziestoczteroletnią szwaczką, wyrabiającą zdobne stroje dla magnackich kobiet. Zamiast życia jako mieszczanie, woleli wybudować dom na spokojnej wsi. Jak mówią, nie lubią zgiełku. Oprócz nas mieszka tu zaledwie około czterdziestu osób, łącznie dziewięć rodzin, które żyją głównie z uprawy roli i rybołówstwa.
Zastanawiające wydało się to, że nikogo nie dziwiło, że małe dziecko tak szybko dojrzewa pod względem psychicznym. W końcu, gdy miałem około pół roku, potrafiłem tworzyć w miarę sensowne, jednak niezbyt skomplikowane zdania. Gdy miałem rok, to dość płynnie mówiłem, a czytanie opanowałem przed drugim rokiem życie. Tak jak myślałem, język, którym się tu posługują, jest bardzo podobny do tych, z którymi miałem styczność w poprzednim życiu. Szczególnie pod względem gramatyki. Pisanie było zdecydowanie trudniejsze, gdyż brak wyuczonych zdolności motorycznych nowego ciała niesamowicie utrudniał posługiwanie się piórem.
Jak się potem okazało, takie przypadki zdarzały się niezbyt często, ale były na tyle powszechne, że ludzie byli z tym zaznajomieni. Dzieci takie jak ja nazywano błogosławionymi. Ich zdolności intelektualne i tempo dojrzewania przewyższały zwykłych ludzi. Każdy przypadek musiał zostać zanotowany i zgłoszony. Po zweryfikowaniu przez władze odmieńcom zostają przydzieleni nauczyciele. Jeden do nauki zagadnień ogólnych, drugi do konkretnej specjalizacji, która wyznaczana jest w trakcie trwania testu. Sam odbyłem go pięć dni temu i aktualnie oczekuje na przydział.

W zeszłym tygodniu niesamowity jazgot zerwał mnie, jak i moich rodziców, z łóżka. Ktoś wjechał do wioski powozem. Wybiegliśmy na dwór i zauważyliśmy, że przed naszym domem zjawiło się dwóch mężczyzn. Jeden rosły, przyodziany w zbroję lamelkową, która sięgała mu do kolan, a pod którą nosił luźne, brązowe szaty. Na stopach miał wiązane buty ze skóry zwierzęcia, a nogi chronione były przez grube spodnie. U lewego boku przepasany miał miecz. Dość długi, na oko ponad sto dwadzieścia centymetrów, a w prawej ręce trzymał coś na kształt glewii.  
Drugim z nich był lichy starzec w bogato zdobionych szatach. Podpierał się na lasce z pięknego drewna, jakby hebanu, a jej zakończenie zdobił metalowy uchwyt w kształcie głowy węża. Moją uwagę przykuły jego włosy, o pięknym, szkarłatnym kolorze. Nagle usta starca zaczęły się poruszać.
- Czy tyś jest Mohl, syn Krausa, wierny żołnierz Tyffalu? Czy młodzieniec przy twoim boku to Elke, syn Mohla? – Wymamrotał słabym, ledwie słyszalnym głosem, a następnie swój wzrok skierował na mojego ojca.
- Tak! – Zasalutował.
- Jam jest Mohl, syn Krausa, wierny sługa królestwa, służący pod rozkazem Deltefa II. Weteran bitew pod Skir, Horst, odsieczy pod Petuną, jeden ze zdobywców zamku zdrajcy Irisza – Odrzekł ze spokojem w głosie.
Najwidoczniej nasi goście byli kimś ważnym w tym państwie, jednak nie wiedziałem, że staruszek jest taki popularny. Miałem świadomość, że był żołnierzem, ale w sumie nigdy nie pytałem o jego przygody, a on nigdy się nie tym nie chwalił. W końcu jest dość skromną osobą.
-Staruszek, jak to brzmi? Przecież on jest młodszy ode mnie – Pomyślałem z zadumą, przypominając sobie, że umarłem w wieku równych czterdziestu lat.
- Nigdy nie spodziewałem się, że za swojego życia spotkam jednego z osławionego rodu Malna. To zaszczyt – Rzekł z uśmiechem mędrzec, po czym ukłonił się, a jego towarzysz mu wtórował.
- Nie dziwota, że jeden z błogosławionych pojawił się w tej linii. W końcu tak zostało powiedziane. Syn szóstego… - Zaczął mamrotać.
- Skończ! Nie chce o tym słyszeć! – Krzyknął ojciec. Byłem zaskoczony. Pierwszy raz widziałem, żeby coś wyprowadziło go z równowagi.
- Jak mniemam, przyjechaliście przeprowadzić próbę? – Dodał poirytowany.
- Przepraszam za moje złośliwości – Rzekł staruszek, po czym się wyprostował.
- Zwą mnie, Klaus, Krawa Szamoca. Chłoptyś obok mnie to Horst, Niezłomna Afonia – Osiłek skinął głową.
Gdy tylko usłyszał te imiona, Mohl momentalnie padł na kolana. Spojrzał na mnie i wymownym gestem dał do zrozumienia, że mam się pokłonić.  
- Proszę wybaczyć moje nieuprzejmości, powinienem lepiej dobierać słowa. Wstyd mi, że nie poznałem dwóch z filarów sprawiedliwości – Usłyszeć dało się skruchę w jego głosie.
- Filar sprawiedliwości? Pierwsze słyszę – Pomyślałem.  
Starzec zaśmiał się.
- Nie ma powodu do przepraszania, to w końcu moja wina, że byłem taki złośliwy. Pomimo wieku, nie potrafię zahamować swojego dziecinnego charakteru – Odpowiedział melancholijnie.
- Poza tym, wystarczy Klaus. Nie ma powodu do tytułowania mnie takimi honorami. Teraz wstań – Dodał z lekkim niesmakiem.
- Jeszcze raz, najszczersze przeprosiny – Odrzekł, po czym zaczął podnosić się z kolan.
- Przedstaw się, tak jak należy – Szepnął do mnie.
Ukłoniłem się raz jeszcze.  
- Nazywam się Elke, syn Mohla, mieszkający w wiosce Niklas – Rzuciłem niepewnie, po czym podszedłem do starca i podałem mu rękę.
- Co ty robisz! Więcej szacunku! – Krzyknął do mnie tata.
- Bardzo za niego przepraszam, widocznie jeszcze nie nauczył się, jak zachowywać się w towarzystwie – Dodał.
Całkowicie wyleciało mi z głowy, że zwyczaje na tym świecie zgoła różnią się od mi znanych, a wyciągnięcie do kogoś ręki jest nietaktem, a wręcz obrazoburczym aktem.
- Haha! Cóż za ciekawy młodzieniec – Wykrzyczał starzec.
W jego oczach dało się zauważyć młodzieńczy błysk. Puścił laskę, chwycił moją malutką rękę swoimi pomarszczonymi dłońmi i lekko nią potrząsnął.
- Nazywam się Klaus, jestem nadwornym magiem i doradcą króla Reinera! – Powiedział żywym, jakby zadowolonym głosem.
Dobrze słyszeliście, magiem. Powinienem napisać o tym na początku dziennika, ale ten świat zdecydowanie różni się od naszego. Część żyjących tu ludzi posiada niesamowite zdolności.

2 komentarze

 
  • norsami

    specjalnie założyłam konto żeby skomentować
    super opowiadanie, czekam na więcej  :jupi:

  • fermister

    Super! Fajnie się czyta, liczę na więcej :)