
– Uczysz się pilnie? – zapytała, z tym swoim półżartobliwym tonem.
– Staram się – mruknęłam, odgarniając kosmyk włosów za ucho.
Usiadła na brzegu łóżka i przez chwilę obserwowała mnie uważnie, jakby ważyła, czy zadać to pytanie.
– A jak tam u Hani? – spytała wreszcie. – Widać, że ostatnio dużo czasu razem spędzacie.
Poczułam, jak serce podskakuje mi w piersi. Wzruszyłam ramionami, próbując zachować lekkość.
– Jest cudownie. Spotykamy się… i po prostu dobrze nam ze sobą. – Spojrzałam w bok, a uśmiech sam zatańczył mi na ustach. – Coraz częściej mam wrażenie, że mogłabym powiedzieć „moja dziewczyna”.
Mama przytaknęła, jakby wcale jej to nie zaskoczyło. W jej oczach błyszczało coś pomiędzy czułością a rozbawieniem.
– Wiesz, właśnie z tatą planujemy wyjazd na tydzień w piątek do cioci Basi nad morze. Ostatni kawałek lata trzeba wykorzystać – powiedziała swobodnie, a potem, z błyskiem figlarności, dodała: – Domyślam się, że Hania będzie wpadać.
Poczułam, jak policzki nagle rozgrzały mi się do czerwoności.
– Mamo… – zaczęłam, ale nie dała mi dokończyć.
– Bądźcie grzeczne – mrugnęła do mnie porozumiewawczo, a ja tylko roześmiałam się cicho, kryjąc twarz w dłoniach.
Było w tym coś rozbrajającego, że mogę siedzieć naprzeciw niej, nie udawać, nie wstydzić się tego, co czuję. Ciepło, które rozlało mi się w sercu, zostało ze mną jeszcze długo po tym, jak wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą z książkami i myślami, które już dawno uciekły do Hani.
Ledwo mama wyszła z pokoju, a ja już sięgnęłam po telefon. Palce same zaczęły wystukiwać wiadomość, zanim zdążyłam dwa razy się zastanowić.
- „Rodzice wyjeżdżają w piątek nad morze. Cały dom będzie tylko dla nas.”
Przeczytałam kilka razy, serce biło szybciej, jakby to były słowa zakazane, sekretne, a jednocześnie najpiękniejsze. Wysłałam.
Ekran rozbłysnął niemal natychmiast.
- „Cały dom…? Brzmi jak początek czegoś, co będę pamiętać długo.”
Uśmiechnęłam się, a ciepło rozlało mi się po policzkach. Leżałam na łóżku, patrząc w ekran, a w głowie krążyły obrazy. Jej dłonie w moich włosach, jej usta na mojej skórze, śmiech tłumiony w poduszce.
- „Nie mogę się doczekać” – odpisałam, przygryzając wargę.
Telefon zadrżał jeszcze raz.
- „Ja też. Będzie nasz świat, choćby na kilka dni.”
Zasunęłam się głębiej pod koc, otulona tym jednym zdaniem. Wiedziałam, że odliczanie do piątku właśnie się zaczęło.
Kiedy wreszcie otworzyłam drzwi i zobaczyłam Hanię stojącą w progu z tym jej uśmiechem, poczułam, jakby dom od razu napełnił się nowym powietrzem lekkim, pachnącym obietnicą. Spędziłyśmy wieczór jak dwie dziewczyny, które dopiero uczą się rytmu bycia razem. Najpierw długo całowałyśmy się w moim pokoju, powoli, niemal leniwie, jakby czas przestał się liczyć. Potem rozciągnęłyśmy się na kanapie, niby oglądając film, a tak naprawdę szeptałyśmy między pocałunkami, drażniłyśmy się spojrzeniami i czułym dotykiem.
Kolacja była zwyczajna, a jednak smakowała jak uczta, bo każde podanie talerza, każde muśnięcie dłoni o dłoń wywoływało we mnie dreszcz. Siedziałyśmy blisko, zbyt blisko, by mówić o dystansie, a zbyt daleko, by nasycić tęsknotę. Nie szukałyśmy tej nocy wielkich uniesień. To miał być początek, preludium. Było w tym coś z gry, przedłużanie napięcia, budowanie ciepła, które miało zapłonąć dopiero jutro. Kiedy w końcu zasypiałyśmy obok siebie, wtulone i splecione nogami, czułam, że cały dom otulił nas jak tajemnicę.
Obudziłam się później, niż planowałam. Łóżko obok było puste, pachniało jeszcze ciepłem Hani, a ta nieobecność od razu wyostrzyła we mnie tęsknotę. Wsunęłam na siebie granatowe szorty z białą koronką, które lekko muskały uda przy każdym kroku, i bluzkę na ramiączkach w tym samym kolorze. Chciałam wyglądać zwyczajnie, a jednak serce drżało, jakbym szykowała się na coś więcej.
Wyszłam na balkon. Wrześniowe słońce rozlało się po ogrodzie złotym światłem, a cisza poranka miała w sobie coś niemal zmysłowego. Altana i rząd wysokich tuj zamykały posesję niczym tajemniczy ogród, tylko nasz. Na leżaku, pośród tej prywatności, leżała Hania. Jej ciało otulało bikini, które pamiętałam z początku wakacji. Skóra połyskiwała w słońcu jak miód, każdy ruch jej oddechu miał w sobie rytm spokojnej melodii. Stałam nieruchomo, upajając się widokiem, jakby każda linia jej sylwetki była rysunkiem utkanym specjalnie dla moich oczu. Poczułam, że uśmiech sam wypełniała mi twarz, a w sercu rozszerzało się coś miękkiego, ciepłego mieszanina zachwytu i pragnienia.
Nagle Hania otworzyła oczy. Jej spojrzenie natychmiast odnalazło moje i w tym momencie ogród zniknął, a zostały tylko nasze uśmiechy. Podniosła rękę i powoli, zalotnie, wykonała gest palcem, bym zeszła do niej. Moje serce zabiło szybciej. Ruszyłam ku drzwiom balkonowym, czując, że każdy krok prowadzi mnie nie tylko do Hani, ale do czegoś, co tego dnia miało nabrać zupełnie nowego znaczenia.
Spotkałyśmy się przy starej, ozdobnej studni, która od dawna była tylko elementem ogrodu, a jednak nagle nabrała dla mnie symbolicznego znaczenia, jakby była świadkiem czegoś sekretnie pięknego. Przysiadłam na kamiennym brzegu, czując pod sobą chłód kamienia, który kontrastował z rozpalonym od słońca powietrzem.
Hania podeszła bliżej. Jej krok był miękki, niemal taneczny, a gdy stanęła przede mną, nagle poczułam jej ciepło. Wsunęła się bliżej, opierając swoje ciało o moje, jej biodra delikatnie osiadły na moim udzie. Ten drobny gest wywołał we mnie falę elektrycznych dreszczy.
Nasze usta odnalazły się natychmiast najpierw czule, jakby wciąż badając, a po chwili namiętnie, głęboko, tak jakbyśmy pragnęły wyrazić wszystko, czego słowa nie potrafiły unieść. Jej wargi smakowały słońcem i słodyczą lata. Dłonie zaczęły błądzić moje po jej talii i plecach, jej po moich piersiach, ramionach, jakbyśmy chciały sprawdzić, czy naprawdę jesteśmy tu obie, czy może tylko śnimy. Każdy dotyk był iskrą, a każdy uśmiech przerywający pocałunki, małym wyzwaniem.
– Wiesz, że prowadzisz mnie do szaleństwa? – wyszeptałam z udawaną pretensją, opierając czoło o jej czoło.
– A nie tego właśnie chcesz? – odparła figlarnie, muskając moje wargi czubkiem języka.
– Chcę ciebie – odpowiedziałam, zanim znów wciągnął nas wir pocałunków.
Czułam, jak czas rozpływał się w tej studni spojrzeń i dotyków, a ogród wokół stawał się jedynie tłem dla dwóch dziewczyn, które odkrywały siebie wciąż na nowo.
Nasze usta odnalazły się ponownie, mocniej niż przed chwilą, namiętnie, głęboko, jakbyśmy pragnęły wypić się nawzajem do dna. Pocałunki stawały się coraz dłuższe, cięższe od emocji, aż chaotyczne, bo nasze dłonie błądziły w tym samym rytmie niecierpliwie, łapczywie, poszukując coraz więcej.
Czułam, jak Hania zaciskała palce na mojej talii, przesuwając się po plecach w górę i w dół, jakby badała mapę, na której chciała się zgubić. Ja z kolei nie mogłam powstrzymać się od muskania jej piersi przez cienki materiał bikini, a potem odsunęłam się na moment, tylko po to, by uśmiechnąć się prowokacyjnie.
– Wyglądasz nieprzyzwoicie seksownie w tych szortach, wiesz o tym? – szepnęła mi do ucha Hania, muskając płatek zębami.
Zaśmiałam się cicho, czując przyjemny dreszcz.
– A Ty wyglądasz jak bogini, opalona i świetlista… jakby lato stworzyło cię tylko dla mnie.
Znów wciągnęła mnie w pocałunek, jeszcze głębszy, jeszcze bardziej zachłanny. Nasze oddechy mieszały się, dłonie nie znajdowały już spokoju. Raz sunęły po udach, raz zatrzymywały się na piersiach, innym razem splatały się na karku czy ramionach.
– Sabinko… – wymruczała Hania między pocałunkami. – Wiesz, że patrzę na ciebie i nie mogę się nasycić?
– Czuję dokładnie to samo – odpowiedziałam, zanim znów przywarłyśmy do siebie, rozpalając nawzajem swoje ciała i serca, jakbyśmy nie znały żadnych granic.
Świat wokół nas zniknął, ogród, studnia, słońce wszystko stało się tylko scenerią dla nas dwóch, które tańczyły w pocałunkach, igrając słowem i dotykiem. Wciąż całowałyśmy się tak, jakbyśmy bały się oderwać choć na sekundę. Nasze usta splatały się, dłonie błądziły. Hania muskała własne piersi, a ja, nie mogąc powstrzymać pragnienia, rozwiązałam delikatny supełek jej bikini. Materiał ustąpił, odsłaniając jej piękno, które aż prosiło się o dotyk.
Czułam, jak jej dłoń zaczyna wędrować niżej po moim udzie, coraz śmielej, zostawiając za sobą ścieżkę dreszczy. Moje ciało odpowiadało natychmiast, jakby każdy ruch jej palców otwierał we mnie nowe źródło ciepła.
Pochyliłam się nad jej piersiami, kuszącymi i napiętymi, i pozwoliłam, by moje usta pieściły je z czułością. Raz językiem zataczałam miękkie kręgi, innym razem obejmowałam je ustami, bawiąc się rytmem, jak melodią, której nie chciałam zakończyć. Hania westchnęła głębiej, jej oddech stał się nierówny, spłycony. Czułam pod dłonią, jak jej ciało drżało, jak reagowało każdym nerwem, a ja upajałam się tą reakcją, jej poddaniem i zarazem wzajemnym prowadzeniem w tańcu namiętności. Zsunęłam z Hani górę bikini, pozwalając, by materiał opadł, a jej nagie piękno rozkwitło w pełnym świetle dnia. Na moment wróciłyśmy do głębokich, długich pocałunków, jakbyśmy potrzebowały przypomnieć sobie, że to od nich zaczyna się każda fala naszego pragnienia.
Hania nie pozostawała bierna. Przesunęła ramiączka mojej bluzki, aż materiał osunął się z ramion. Jej dłonie znalazły moje piersi, a ja poczułam, jak przez moje ciało przebiega dreszcz, nagły i czuły zarazem. Oddech stał się krótszy, serce przyspieszyło, a ja upajałam się tym, że to właśnie ona potrafi tak łatwo rozniecić we mnie ten żar.
– Uwielbiam twoje piersi… są tak piękne, jak cała ty – wyszeptała, a jej słowa wniknęły we mnie głębiej niż sam dotyk.
Chwilę później poczułam jej język na moich sutkach namiętny, żywy, tańczący z pasją. Moje ciało oddawało się temu rytmowi bez oporu, falując w odpowiedzi. Jednocześnie jej dłoń wślizgnęła się niżej, na moje uda, aż zatrzymała się na granicy intymności, muskając przez materiał szortów, jakby bawiła się napięciem między obietnicą a spełnieniem. Hania przyklękła tuż przy mnie, a jej usta nie chciały rozstać się z moimi piersiami. Czułam, jak jej język krąży wokół sutków, jak coraz bardziej zachłannie zasysa ich wrażliwość, a druga dłoń obejmuje mnie, dopełniając pieszczoty ciepłem i siłą. Trudno było mi powstrzymać cichy jęk, bo jej oddanie było tak intensywne, że zdawało się, iż chce mnie wypić całą. W pewnej chwili jej gest stał się bardziej zdecydowany. Płynnym ruchem zdjęła ze mnie bluzkę i rzuciła ją w głąb ogrodu, jakby nie mogła znieść żadnej bariery między nami. Na moment nasze usta znów się spotkały w pocałunku, namiętnym, łapczywym, a potem pozwoliłam jej prowadzić. Delikatnie położyła mnie na drewnianej pokrywie starej studni, która pod naszymi ciałami stała się tronem pragnienia. Jej dłonie odnalazły szorty, rozpinając je z namaszczeniem. Uniosłam nogi ku górze, złączone, jakby sama chciała ułatwić jej tę celebrację. Szorty ustępowały powoli, ciasno obejmując moje uda i łydki, a każdy ruch Hani, zsuwającej je w dół, potęgował napięcie. Gdy zatrzymały się na kolanach, ja wciąż trwałam z wysoko uniesionymi nogami, czując się naga w tym geście, choć jeszcze nie całkiem rozebrana. Nachyliła się nade mną i z taką czcią, jakby dotykała świętości, złożyła pocałunek na mojej kobiecości. Nie wprost, nie w nachalności, lecz w pełnym namaszczenia muśnięciu, które sprawiło, że całe ciało przeszył dreszcz, a ja zacisnęłam dłonie na krawędzi studni, żeby nie odpłynąć za szybko. Hania bawiła się moją cierpliwością raz po raz odsuwała się lekko, muskając ustami moje pośladki, jakby malowała na nich krótkie, figlarne pocałunki. Drażniła mnie tym, rozbudzała jeszcze mocniej, aż wreszcie zanurzyła się całkowicie w pieszczocie. Jej język, miękki i nieustępliwy, kreślił na mojej kobiecości kręgi i arabeski, które zmieniały się w coraz bardziej namiętną melodię.
Mój oddech rwał się krótkimi, niespokojnymi falami. Jedną ręką zacisnęłam się na krawędzi studni, jakby to była jedyna kotwica, która utrzymuje mnie na ziemi, drugą obejmowałam własne piersi, szukając ulgi i jeszcze mocniejszego wrażenia.
Świat zniknął, gród, słońce, wrześniowe powietrze. Zostały tylko jej usta, jej język, jej oddanie. Cała moja świadomość skurczyła się do tej jednej chwili, do ogniska, które Hania rozpalała z każdym muśnięciem, z każdym ruchem, coraz głębszym, coraz bardziej nieuniknionym.
W moich myślach brzmiała tylko jedna prawda: nigdy wcześniej nie czułam się tak całkowicie pochłonięta, tak rozpięta między ekstazą a pragnieniem, jak teraz, kiedy pozwalałam jej mnie smakować. Powoli zatracałam się w błogiej fali, która narastała we mnie jak przypływ. Najpierw delikatny, potem coraz potężniejszy, unoszący mnie ku brzegom, których jeszcze nie znałam. Hania wirowała językiem po moich wargach, a gdy dotykała koralika ukrytego wśród nich, wszystko we mnie drżało, jakby świat stanął na krawędzi ekstazy. Mój oddech rwał się coraz krótszy, szybszy, aż momentami miałam wrażenie, że nie zdołam już zaczerpnąć powietrza.
Nagle przerwała płynnie, była mistrzynią w grze na moim ciele. Szorty, które jeszcze trzymały się na moich biodrach, zsunęła całkowicie i odrzuciła w głąb ogrodu. Nic nie miało znaczenia prócz nas. Moje nogi opadły w dół i otworzyły się szeroko, same z siebie, w geście zaproszenia, oddania. Widziałam, jak przyłożyła dwa palce do ust celebracyjnie, zmysłowo, jakby chciała uczynić z nich narzędzie rytuału. Byłam już wystarczająco rozgrzana, wilgotna, gotowa i wtedy jej palce zastąpiły usta, zanurzając się we mnie z czułością, a jednocześnie z pewną pasją. Poruszały się powoli, rytmicznie, budząc we mnie dreszcze, które rozlewały się po ciele falami od wnętrza aż po koniuszki palców, aż po samą duszę. Moje ciało odpowiadało bezwiednie. Unosiłam biodra ku niej, szukałam jeszcze głębiej, mocniej, szybciej. W moich myślach brzmiało jedno: że nie chcę, by to kiedykolwiek się skończyło. Hania nadawała rytm powoli, jakby grała na delikatnym instrumencie, którego każda nuta rozbrzmiewała w moim ciele. W pewnym momencie uniosłam lekko jedną nogę, odsłaniając się jeszcze bardziej nie tyle gestem odwagi, co pragnienia. Jej palce zagłębiały się we mnie, a usta towarzyszyły im z czułością raz składając miękkie pocałunki na wewnętrznej stronie ud, innym razem zatrzymując się na koraliku, ssąc go i muskając językiem tak, że miałam wrażenie, iż zaraz rozsypię się w jej dłoniach.
Mój oddech rwał się coraz gwałtowniej, przyśpieszał jak skrzydła ptaka gotowego do lotu. Chciałam jęczeć, krzyczeć, oddać się bez reszty temu, co płynęło z jej dłoni i ust, ale świadomość ogrodu, sąsiadów, bliskości świata wokół sprawiała, że tłumiłam dźwięki, zagryzając wargi do bólu. Ten rodzaj powściąganej ekstazy miał w sobie coś jeszcze bardziej porywającego podobnie jak zakaz dodawał ogniwa do płomienia. Jedna z moich dłoni wciąż zaciskała się kurczowo na chłodnej krawędzi studni, jakby to była jedyna kotwica, by nie odpłynąć całkowicie. Druga błądziła wśród włosów Hani, splatając się z nimi i przyciągając ją mocniej ku sobie, głębiej, intensywniej. Całe moje ciało pragnęło tylko jednego: nie pozwolić jej oderwać się ode mnie ani na chwilę. W mojej głowie nie było już nic poza rytmem jej ruchów i falą rozkoszy, która we mnie narastała. Świat skurczył się do jednego punktu, do miejsca, gdzie jej dotyk stawał się moim oddechem.
Rytm jej palców przyspieszał, stawał się coraz bardziej natarczywy, a ja czułam, jak całe moje ciało odpowiada na ten szept dłoni, unosząc biodra, falując w takt jej ruchów. Oddech rwał się, krótki i niespokojny, jakby płuca nie nadążały za tym, co działo się we mnie. Świadomość rozmywała się, zostawało tylko pragnienie i narastająca fala, która zbierała się we mnie niczym burza przed uderzeniem pioruna.
Nagle przeszył mnie dreszcz, mocny, przeciągły, aż ciało samo wygięło się w łuk, a uda zacisnęły się kurczowo wokół głowy Hani. Krzyk rozkoszy ugrzązł gdzieś w gardle, zamieniając się w jęk tłumiony zaciśniętymi wargami. Byłam w ekstazie intensywnej, pochłaniającej, takiej, która na moment zabiera cały świat i zostawia tylko płomień spełnienia.
Kiedy drżenie opadło, leżałam jeszcze przez chwilę bezwładna, a wewnętrzny żar powoli przemieniał się w ciepło i spokój. Moje myśli błądziły tylko wokół niej, Hani, cudownej, oddanej, której dotyk i pasja uczyniły mnie tak szczęśliwą. Otworzyłam oczy zielone, rozświetlone uśmiechem i spojrzałam na nią z wdzięcznością. Hania, z figlarnym błyskiem w spojrzeniu, wdrapała się na studnię jak kotka, gibka i pewna siebie. Pochyliła się nade mną, a jej usta zaczęły igrać z moimi raz czułe, raz łapczywe.
– Widziałaś siebie w tym momencie? – szepnęła między pocałunkami. – Byłaś jak bogini.
Zaśmiałam się cicho, wciąż odurzona doznaniami, i odpowiedziałam, muskając jej wargi:
– A Ty jesteś cudowna. Najcudowniejsza.
Nasze usta splatały się raz po raz, a dialog półszeptem, z figlarną nutą, wypełniał przestrzeń między nami. W tej chwili czułam, że cały świat naprawdę mógłby nie istnieć.
Nasze pocałunki jeszcze chwilę igrały między śmiechem a westchnieniem. Słowa mieszały się z dotykiem – krótkie, urywane wyznania, figlarne przekomarzania, które tylko rozniecały ogień.
– Sabina… – szepnęła Hania, muskając mój policzek ustami. – Masz w sobie tyle namiętności, że czasem aż boję się, dokąd mnie zaprowadzisz.
– Tam, gdzie sama mnie prowadzisz – odpowiedziałam, dotykając jej ust kolejnym pocałunkiem.
Płynnie, niemal jak w tańcu, zmieniłyśmy ułożenie. Hania wypięła się na czworaka na pokrywie studni, jej ciało smukłe, gibkie, zmysłowe w każdym ruchu. Ja przesunęłam się za nią, zsunęłam się ze studni i uklękłam. Widok, który się przede mną otworzył, sprawił, że oddech mi zadrżał. Jej biodra drżały lekko, a pomiędzy nimi błyszczało źródło, które już znałam, a które teraz przyciągało mnie jeszcze mocniej.
Nachyliłam się i złożyłam na niej pocałunek delikatny, niemal czci oddający, jakby chciałam w ten sposób podziękować za wszystko, co od niej dostałam. Pierwsze muśnięcia języka sprawiły, że jej ciało od razu zareagowało lekkim drgnięciem, wciągnięciem powietrza, westchnieniem, które zawisło w powietrzu jak muzyka.
– Och… Sabina… – wymknęło się z jej ust, a ja poczułam, jak jeszcze bardziej pragnę ją rozpieszczać, zanurzać się w tej intymności, być źródłem jej rozkoszy.
Jej ciało było jak rozgrzany ogród po letnim deszczu pełne zapachu, miękkości i życia. Czułam, jak Hania stawała się coraz bardziej wilgotna, jak rozkosz w niej narastała i wibrowała. Zbliżając usta, miałam wrażenie, że dotykam najcenniejszej tajemnicy, skarbu, który powierzyła mi z ufnością.
Musnęłam ją językiem powoli, uważnie, jakby delektowałam się najdelikatniejszym smakiem, którego nie chciałam zmącić ani pospiesznością, ani gwałtownością. Była dla mnie niczym najsubtelniejsza delicja słodycz, która rozpływa się na języku i zostawia echo w całym ciele. Jej „koralik rozkoszy” pulsował jak maleńkie serce, a ja pieściłam go w rytmie jej oddechu, w zgodzie z falowaniem jej bioder. Hania drżała, falowała pod moimi ustami jak struna, która raz za razem napięta wydaje dźwięk coraz bardziej intensywny. Każdy jej ruch, każdy spazm ciała był dla mnie przewodnikiem. Wsłuchiwałam się w nią, jakbym czytała muzykę napisaną tylko dla nas dwóch. Pochylona, czułam, że wraz z nią rośnie we mnie coś więcej niż namiętność, czułość, zachwyt, wdzięczność za to, że mogę właśnie w ten sposób dotykać jej duszy przez ciało Rozkosz Hani miała smak słodkiego owocu, którym delektowałam się powoli, jakby czas przestał istnieć. Każdy ruch języka był celebracją, a jej drżenie nagrodą, której pragnęłam coraz bardziej. Czułam, jak jej ciało unosiło się i opada w rytmie fal, które sama wywoływałam, jakby nasze spotkanie przemieniało ją w ocean pełen napięcia i głębi. Jej biodra, raz wypinane ku mnie, raz cofane, przypominały mi taniec namiętności instynktowny, dziki, a zarazem pełen gracji.
Oddech Hani stawał się szybszy, krótszy, rozedrgany, jakby sama próbowała nadążyć za tym, co działo się w jej wnętrzu. Czułam jej drżenie lekkie, coraz mocniejsze, jak migotanie płomienia, który w każdej chwili mógł zamienić się w żar.
Trzymałam ją ustami jak najcenniejszy skarb, czując, że w tej chwili nie istnieje nic prócz niej, jej smaku, jej zapachu, jej falującego ciała i melodii, którą śpiewała bez słów, a którą słyszałam w sobie całą sobą. Jej napięcie narastało jak burza na horyzoncie. Najpierw ciche pomruki, potem coraz gwałtowniejsze drżenie, które przechodziło przez całe ciało. Byłam całkowicie pochłonięta, skupiona na niej, jak muzyk, który gra tylko jedną melodię, tę, która rozbrzmiewała w jej oddechach i urywanych słowach. Słyszałam, jak z jej ust wyrywały się półszepty, przerywane westchnieniami, miękkie, nie do końca kontrolowane, jak echo rodzącej się ekstazy. „O tak…” wibrowało między nami, a ja czułam, jak każde jej słowo stawało się iskrą, która dodawała mi pasji. Aż wreszcie przyszło to, co nieuniknione, nagłe rozświetlenie, jak błyskawica rozcinająca niebo. Jej ciało wygięło się w łuk, biodra falowały w rytmie, którego już nie mogła powstrzymać, a dłonie kurczowo szukały oparcia w drewnie studni i w moich włosach. Ekstaza przeszyła ją niczym fala, której nie można się oprzeć. Potężna, a jednocześnie piękna w swojej delikatności. Trwała w niej przez chwilę, a ja chłonęłam każdy oddech, każdy dreszcz, czując, że uczestniczę w najczystszym akcie spełnienia.
Kiedy jej ciało zaczęło powoli opadać, a oddech wracał do spokojniejszego rytmu, spojrzałam na nią z czułością. Wdzięczna, że mogłam być świadkiem i częścią tej błogiej eksplozji, która sprawiła, że świat zniknął, a została tylko ona i ja. Nasze oddechy jeszcze były niespokojne, gdy objęłyśmy się ciasno i wtuliłyśmy w siebie, jakbyśmy chciały zatrzymać tę chwilę na zawsze. Jej nagie, rozgrzane ciał ocierało się, a moje usta szukały jej ust. Pocałunki były czułe i namiętnie, które płynnie spływały miękko z ust na szyję, na ramiona, a między nimi rozbrzmiewały szeptane. Smakowałam Hanię, jakby każda jej cząstka była dla mnie cennym skarbem. Czułam, jak oddech wciąż nam przyspieszał, a słowa same cisnęły mi się na usta.
– Jesteś najpiękniejsza, Haniu… – wyszeptałam, muskając jej policzek.
– Nie przestawaj, Sabinko… mów mi to jeszcze – odpowiedziała półszeptem, a ja poczułam dreszcz przyjemności, gdy jej palec leniwie narysował linię na moim obojczyku.
Zaśmiałyśmy się cicho, figlarnie, a potem znowu rzuciłyśmy się sobie w ramiona. Wiedziałam, że ten tydzień jest nasz, że możemy zatracić się w sobie bez reszty. Nasze dłonie błądziły leniwie po nagich ciałach.
Wreszcie, jakby instynkt poprowadził nas dalej. Przeniosłyśmy się do altany. Miękka kanapa otuliła nasze ciała, a zapach kwiatów i ciepło letniego powietrza tworzyły tło, które wydawało się snem. Ułożyłyśmy się w lustrzanym splocie 69, ja nad nią, ona pode mną ciało przy ciele, usta odnajdujące nawzajem swoje najczulsze miejsca. Nasze ciała pasowały do siebie jak dwie części jednego sekretu. Pozycja, w której się odnalazłyśmy, była zarazem śmiała i pełna harmonii. Jedna na drugiej, nasze ciała tworzyły żywy ornament namiętności..
Nachyliłam się i z drżeniem pocałowałam jej kobiecość, a w tym samym momencie poczułam jej usta na sobie. To było jak zamknięty krąg rozkoszy kiedy dawałam, natychmiast dostawałam. Unosiłam się delikatnie, pieściłam Hanię językiem i ustami, a jednocześnie czułam jej gorący oddech i drżące pocałunki na sobie
– O mój Boże, Sabina… – urwało się jej z ust, a ja jęknęłam w odpowiedzi, zagryzając wargę, by nie stracić kontroli.
– Nie przestawaj… błagam, nie teraz… – jej głos był przytłumiony, ale słyszałam w nim narastające napięcie.
Każdy ruch języka, każde muśnięcie ust sprawiało, że nasze ciała drżały w tym samym rytmie. Byłam pochłonięta jej smakiem, jej ciepłem, a jednocześnie czułam, jak jej pocałunki i pieszczoty rozpalały mnie od środka. Fale rozkoszy płynęły naprzemiennie raz mocniejsze u jednej, raz u drugiej . Świat wokół zniknął. Zostałyśmy tylko my i nasze splątane ciała, nasze przyspieszone serca i pulsująca krew, która zdawała się grać tę samą melodię. Każde drżenie bioder, każde westchnienie podsycało wzajemne pragnienie.
Nasze kobiecości pulsowały w rytmie rosnącego napięcia, a krew buzowała w żyłach, jakby serca biły wspólnym, przyspieszonym tempem. Zmysły zlały się w jedno smak, dotyk, oddech, czułość.
Nigdy nie sądziłam, że można tak zatracić się w chwili. Nasze ciała poruszały się w rytmie, jakby od dawna znały tę melodię. Każdy jej gest, każdy ruch języka wnikał we mnie głębiej, odbierając oddech i zamieniając go w pospieszne westchnienia. Jednocześnie czułam, jak moje własne usta i język budzą w niej falę rozkoszy, która coraz mocniej pulsowała między jej biodrami. Smak jej kobiecości był dla mnie jak najcenniejszy nektar słodki, intensywny, nie do porównania z niczym innym. Pieściłam ją z czułością i pasją, a świadomość, że w tej samej chwili ona robi dla mnie to samo, rozpalała mnie jeszcze bardziej.
– Haniu… – urwało mi się między oddechami. – Kocham, jak drżysz pod moimi ustami…
Jej głos odpowiedział, przytłumiony, gorący:
– Nie przestawaj, Sabinko… Twoje ciało jest jak ogień, topnieję w Tobie…
Czułam, jak nasze napięcie rosło, jak temperatura w altanie staje się niemal nieznośna. Nasze biodra falowały w rytmie, jakbyśmy były jednym organizmem, który sam siebie nakręca, napędza, prowadzi do kresu. Świat się skurczył do smaku, dotyku, drżenia, do falujących ciał i pulsujących serc. Z każdą chwilą mocniej pochłaniała mnie rozkosz dawania i brania jednocześnie. To było jak zamknięte koło, z którego nie chciałam się uwolnić, błogi krąg, w którym pragnienie spotykało się ze spełnieniem.
Byłam pierwsza, której ciało pękło pod naporem fali. Błoga ekstaza rozlała się we mnie jak burza światła, falując przez każdy mięsień i każdą myśl. Na moment straciłam kontakt z jej ciałem, z jej słodyczą, a jedynym dźwiękiem, jaki dotarł do mojej świadomości, było moje własne przyspieszone tchnienie. Zatraciłam się tak mocno, że gdy odnalazłam oddech, Hania już prowadziła nas dalej. Delikatnym, a zarazem stanowczym ruchem odsunęła się i poprowadziła mnie ku kolejnemu przeżyciu. Położyłam się na plecach, wciąż rozedrgana, a ona niczym bogini o zmysłowych ruchach usiadła nade mną, ofiarowując mi swoje najskrytsze ciepło.
Jej ciało lśniło w promieniach słońca wpadających przez liście, a ja poczułam, że znów mam w ustach samą esencję rozkoszy. Zanurzyłam się w niej z całą czułością, z całą pasją, jakbym pieściła najcenniejszy dar. Każde muśnięcie języka było jak pocałunek wdzięczności i uwielbienia, jak hołd składany jej kobiecości. Słyszałam jej oddechy, coraz krótsze, coraz bardziej łapczywe. Czułam, jak biodra Hani drżały nad moimi ustami, jak jej dłonie próbowały znaleźć oparcie, jak z ust wyrywały się ciche, urwane westchnienia:
– O Boże, Sabinko… Twoje usta… to szaleństwo…
Moje serce uderzało mocniej, a każdy jej ruch nadawał mi siły. Miałam wrażenie, że ta chwila nigdy nie musi się skończyć, że mogłabym trwać w niej bez końca, zanurzona w smaku jej rozkoszy, wsłuchana w drżenie jej ciała i melodie westchnień. Moje usta i język tańczyły na jej skarbie rozkoszy, a dłonie obejmowały jej piersi niczym dwa drogocenne kielichy pełne życia. Hania zapierała się jedną ręką o oparcie kanapy, drugą wplatając palce w moje włosy. Jej dotyk był zarazem przewodnikiem i wyznaniem, że pragnie więcej.
Jej ciało falowało nade mną w coraz żywszym rytmie, biodra odnajdywały puls, któremu chciałam sprostać. Czułam, jak ociera się o mnie z coraz większą intensywnością, jak nasze energie splatają się w jedno, jakbyśmy razem wznosiły się ku szczytowi, krok po kroku, oddech po oddechu.
Byłam całkowicie oddana tej pieszczocie bez reszty, bez zahamowań. W każdej sekundzie czułam, że jestem nie tylko jej kochanką, ale i tą, która niesie ją ku błogości. Moje ciało, moje dłonie, moje usta, wszystko należało w tej chwili do niej, by jej rozkosz rozkwitła jak najpiękniejszy kwiat.
Czułam, jak ciało Hani falowało coraz żywiej nade mną, jakby każda fala była mocniejsza od poprzedniej. Mój język podążał za tym rytmem, coraz intensywniej, coraz głębiej zatapiając się w jej rozkoszy. Głowa Hani raz pochylała się ku mnie, a jej spojrzenie pełne żaru i miękkości spotykało moje, by za chwilę odchylić się w tył. Wtedy jej długie włosy, w nieładzie, spadały kaskadą na piersi i plecy, tworząc obraz pełen dzikiego piękna.
Nadeszła jej chwila, jak błyskawica rozrywająca ciszę nieba. Jej ciało drżało w ekstazie, biodra unosiły się i opadały, a z wnętrza tryskała fala wilgoci, gorąca niczym lawa. Przytrzymywałam ją delikatnie, jakby w ramionach chciałam ochronić przed utratą gruntu, czuwać nad nią w tej rozedrganej słodyczy spełnienia. Powoli, z każdym oddechem, jej ciało miękło, aż osunęła się na mnie zmęczona i szczęśliwa. Otuliłyśmy się nawzajem pocałunkami, które były już inne: nie zachłanne, lecz czułe, wdzięczne, pełne intymnej bliskości.
Wtulone w siebie, z policzkami wciąż rozgrzanymi od namiętności, całowałyśmy się leniwie, jakby nasze usta nie chciały się od siebie odklejać. Między pocałunkami przemykały słowa, półszeptem, półśmiechem.
– Dla mnie tak mógłby wyglądać każdy weekend – wymruczałam, muskając jej wargi.
– To ja jestem za – odparła Hania, a jej uśmiech był słodszy niż wszystkie pocałunki razem.
– A może… – zawiesiła głos figlarnie – cały tydzień, aż do powrotu twoich rodziców?
– Chciałabym – westchnęłam, głaszcząc jej włosy – ale nie wiem, czy pozwolą ci zostać na tak długo… Zwłaszcza, że rok szkolny już się zaczął.
Zerknęłam na nią badawczo, a w moim sercu zakiełkowała odrobina nieśmiałości.
– A w ogóle… wiedzą, że się spotykasz z dziewczyną?
– Wspominałam – odpowiedziała spokojnie, z błyskiem w oczach.
– I jak zareagowali?
– Podobnie jak twoi – mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
Na chwilę zapadła cisza, czuła i miękka. Tylko nasze dłonie wędrowały po ramionach i plecach, a oddechy plątały się ze sobą. Wtedy zebrałam się na odwagę:
– To skoro już mówimy o tym wprost… możemy uznać, że jesteśmy parą, że jesteś… moją dziewczyną?
Hania spojrzała na mnie tak, jakby jej oczy rozświetliło słońce.
– Myślę, że tak – odpowiedziała, a uśmiech rozkwitł na jej twarzy.
Znów pogrążyłyśmy się w pocałunkach – teraz pełnych radości i jakiejś nowej pewności. Byłyśmy już czymś więcej.
Po chwili Hania oderwała się ode mnie, wciąż muskając moje usta krótkimi całusami.
– Wiesz co? – zaśmiała się miękko. – Skoro mamy tyle słońca, to może… poopalamy się nago?
Jej spojrzenie było tak psotne, że aż zarumieniłam się lekko.
– To ja pójdę po koc – szepnęłam, poddając się jej pomysłowi, a w sercu czułam ekscytację zmieszaną z czułością.
Wróciłam z kocem, niosąc go jak zaproszenie do kolejnej naszej gry ze słońcem i własnym wstydem, który topniał z każdym dniem przy Hani. Rozłożyłam go na trawie, a ona uśmiechnęła się tak promiennie, że serce zabiło mi mocniej. Leżałyśmy obok siebie, wciąż nagie po wcześniejszych uniesieniach. Nasze ciała lśniły od olejku, który z namaszczeniem wmasowywałyśmy sobie nawzajem, palcami przedłużającymi każdy gest bardziej, niż wymagała tego konieczność. Słońce pieściło nasze piersi, brzuchy i uda, a powietrze niosło ze sobą zapach września, ciepłego i dojrzewającego jak owoc. Od czasu do czasu zerkałyśmy na siebie, nasze spojrzenia spotykały się w półuśmiechu. Wiedziałyśmy, że obie czujemy to samo: swobodę, bliskość i coś, co rosło między nami, nie zatrzymując się na granicy skóry.
Weekend przepłynął jak sen. Żyłyśmy niemal całkiem nago, tylko czasem zakładając ubrania, gdy wychodziłyśmy po coś do sklepu czy na spacer. W domu i ogrodzie pozwalałyśmy sobie na pełną wolność. Pieściłyśmy się i kochałyśmy, gdzie tylko fantazja i pragnienie nas poniosły: na kanapie, na kocu, w kuchni, w cieniu altany. Była to nasza własna wyspa, odgrodzona od świata.
Hania nie mogła zostać przez cały tydzień, ale jej rodzice zgodzili się, by odwiedzała mnie dłużej, bez pośpiechu. W kolejnych dniach września, po lekcjach, zawsze starałyśmy się znaleźć czas na dotyk, pocałunek, na intymność ukrytą w zakamarkach domu, albo zwyczajnie na wtulenie się w siebie w ciszy.
Byłyśmy coraz bliżej, a świadomość, że zaczynamy nowy rok szkolny z tym sekretem, sekretem, który pachniał olejkiem do opalania, namiętnością i szeptami dodawała każdemu dniu smaku zakazanego owocu.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
andkor
Fajnie się czyta o pięknej miłości dwojga osób.