
Pokój był skąpany w chłodnym, srebrzystym świetle wczesnego poranka. Promienie wdzierały się przez niezasłonięte okno ukośnymi pasmami, tańcząc na drewnianej podłodze, na zmiętej pościeli i na nagich ciałach obu kobiet. Kurz unosił się w powietrzu jak złoty pył. Zapach pokoju był intensywny i intymny – ciepła skóra, lekki pot, resztki ziołowej maści, ulotna woń wina i czegoś słodkawego, co pozostało po nocy.
Leżała w objęciach Maruny.
Blondynka przytuliła się do niej od tyłu, jedna ręka spoczywała na jej brzuchu, druga była wciśnięta pod jej pierś. Ciepłe, pełne piersi Maruny przylegały do jej pleców, a biodra stykały się z jej pośladkami. Nagie ciało blondynki było miękkie, gorące i dziwnie kojące. Avena czuła każdy oddech Maruny na karku, każdy lekki ruch sutków przy jej skórze. Między jej własnymi nogami zbierała się wilgoć – nie tylko z utrzymującego się podniecenia po nocy z Lovinem, ale i z samego faktu, że była tak blisko drugiej kobiety.
Co ja czuję? – myślała, nie otwierając jeszcze oczu. Dlaczego jej ciało działa na mnie tak samo mocno jak jego?
Wspomnienia nocy wróciły falą. Lovin nad nią. Jego ciężar. Sposób, w jaki wypełniał ją do końca. Srebrzysta poświata, która owinęła ich ciała. Orgazm, który nie był tylko cielesny – był magiczny, wszechogarniający, jakby sama moc brała udział w ich zbliżeniu. A potem ten przypływ energii… tak silny, że bała się, iż ją spopieli. A jednak nie. Przyjęła to. Wchłonęła.
Czerpanie fizycznej przyjemności ze zbliżenia pozwala się odprężyć. Pozbyć się zmęczenia. Ale na ile to zasługa samego aktu… a na ile magii, która wtedy zadziałała? Nie potrafiła tego ocenić. I właśnie ta niepewność gryzła ją od środka.
Ciepło Maruny działało jednocześnie podniecająco i kojąco. Avena czuła, jak jej ciało reaguje – sutki twardniały, cipka stawała się coraz bardziej śliska. Miała ochotę odwrócić się, przycisnąć się bliżej, sprawdzić, jak smakują usta blondynki, jak miękkie są jej piersi… Ale nie. Nie teraz.
Muszę wstać. Muszę się ogarnąć. Muszę pomyśleć.
Powoli, z najwyższą ostrożnością, zaczęła się wyplątywać z objęć. Najpierw delikatnie uniosła rękę Maruny z brzucha, potem przesunęła się centymetr po centymetrze ku krawędzi łóżka. Blondynka zamruczała coś przez sen i przycisnęła twarz w poduszkę, ale nie obudziła się. Avena odetchnęła z ulgą.
Wstała. Podłoga była chłodna pod bosymi stopami. Podeszła do umywalki. Woda w dzbanie była letnia. Namoczyła szmatkę i zaczęła obmywać ciało – najpierw twarz, potem szyję, piersi, brzuch, a na koniec starannie krocze. Woda spływała po jej skórze, zmywając resztki nocy, pot i soki. Zapach czystej wody i lekkiego mydła wypełnił powietrze. Gdy skończyła, poczuła się nieco trzeźwiejsza, choć ciało wciąż pamiętało zarówno Lovina, jak i ciepło Maruny.
Ubierała się powoli, prawie ceremonialnie. Najpierw obcisłe brązowe bryczesy, które przylegały do bioder i ud jak druga skóra. Potem krótka, obcisła lawendowa tunika – dekolt był na tyle głęboki, by pokazywać początek rowka między piersiami, a rękawy kończyły się tuż nad łokciem. Założyła pas ze sztyletem, wsunęła stopy w wysokie buty do konnej jazdy. Włosy splotła w gruby warkocz.
Stanęła przed drzwiami i spojrzała jeszcze raz na śpiącą Marunę. Blondynka leżała teraz na wznak, jedna ręka zarzucona nad głowę, piersi unosiły się spokojnie z oddechem. Avena poczuła kolejną falę wahania.
Zostać? Obudzić ją? Opowiedzieć o wszystkim?
Nie. Jeszcze nie.
Otworzyła drzwi tak cicho, jak tylko potrafiła, i wymknęła się z pokoju.
Wymknąwszy się z pokoju i zamknąwszy za sobą cicho drzwi, Avena skierowała się wąskim, jeszcze półciemnym korytarzem do izby, w której leżał uzdrowiony przez nią brat Lovina. Deski skrzypiały ledwie słyszalnie pod jej butami. Powietrze pachniało starym drewnem, woskiem i distantnym zapachem nocy. Dotarłszy do właściwych drzwi, uchyliła je ostrożnie, ledwie na szerokość dłoni, by nie obudzić rannego.
Scena, jaka ukazała się jej oczom, sprawiła, że zamarła z ręką na klamce.
Valya siedziała okrakiem na młodym poruczniku.
Była całkowicie naga. Długie czarne włosy spływały jej w nieładzie po plecach i piersiach. Ciało miała smukłe, lecz pełne w biodrach i piersiach – okrągłe, jędrne piersi z ciemnymi sutkami podskakiwały rytmicznie przy każdym ruchu. Wąska talia przechodziła w szersze biodra, a uda były napięte, gdy unosiła się i opadała na członku mężczyzny. Skóra lśniła od potu w bladym porannym świetle wpadającym przez szparę w okiennicy. Pomiędzy jej rozchylonymi nogami widać było, jak gruba, twarda męskość porucznika znikała po samą nasadę w ociekającej sokami, różowej cipce. Za każdym razem, gdy Valya opadała, dobiegał mokry, oblepiający dźwięk, a z miejsca ich połączenia spływały gęste, białe strużki. Porucznik trzymał ją za biodra, wbijając się w nią od dołu, i właśnie przyciągnął jej twarz do swoich ust, całując ją głęboko, zachłannie.
Avena poczuła, jak jej własna cipka z miejsca robi się niesamowicie mokra. Bryczesy nagle stały się zbyt obcisłe. Serce zabiło jej mocniej, a w dole brzucha rozlało się gorące, znajome mrowienie. Powinnam zamknąć drzwi. Natychmiast. A jednak stała jeszcze przez kilka sekund, chłonąc widok – napięte uda Valyi, sposób, w jaki jej pośladki spłaszczały się przy każdym opadnięciu, błyszczące od soków miejsce, w którym łączyli się najgłębiej.
Z niesamowitym żalem, prawie fizycznym bólem rezygnacji, domknęła cicho drzwi. Porucznik zdecydowanie odzyskał już siły. Sondowanie mogło poczekać. Niech się sobą nacieszą.
Wzdychając głęboko, Avena skierowała się do izby Lovina. Stanęła przed drzwiami i zapukała cicho, licząc w głębi serca, że jeszcze śpi i nie usłyszy.
— Proszę — dobiegło z wnętrza wyraźne, już całkiem przytomne pozwolenie.
Nacisnęła klamkę i weszła.
Lovin siedział na brzegu łóżka w samych spodniach i właśnie wciągał drugi but. Poranna jasność kładła się na jego szerokiej, umięśnionej klatce piersiowej, na bliznach i jasnych włoskach. Avena poczuła kolejną falę podniecenia – ostrzejszą, bardziej konkretną. Wczorajsze wspomnienia stanęły jej przed oczami z jaskrawą wyrazistością: jego ciężar, sposób, w jaki wypełniał ją do końca, srebrzysta poświata, orgazm, który prawie ją rozerwał.
Kapitan uniósł głowę i uśmiechnął się ciepło, choć w oczach miał jeszcze cień zeszłorocznego wyczerpania.
— Avena. Dzień dobry.
— Dzień dobry — odparła, siadając na skraju łóżka, wystarczająco blisko, by czuć ciepło jego ciała. — Wyspałeś się…?
Natychmiast sklęła się w myślach. Głupia. Oddałam mu wczoraj całe ciało, a teraz pytam, czy się wyspał, jak jakaś nieśmiała dziewczynka.
Lovin nie wyglądał na zrażonego. Pochylił się i delikatnie musnął wargami jej usta – krótko, prawie nieśmiało, a jednak z wyraźną czułością. Smakował świeżością i lekką nutą wczorajszego wina.
— Nie żałujesz wczorajszej nocy? — zapytał cicho, nie odsuwając twarzy zbyt daleko.
Avena uśmiechnęła się, a wspomnienia znów ją zalały. Ciepło jego dłoni na jej biodrach. Sposób, w jaki szeptał jej imię. Moc, która wtedy przez nią przepłynęła.
— Było mi z tobą naprawdę dobrze — przyznała szczerze. — I z chęcią bym to powtórzyła. Ale… muszę ruszać w dalszą podróż. Dziś.
Lovin spoważniał natychmiast. Zmarszczył brwi.
— Sama? Z tą drugą dziewczyną? Po trakcie, który ostatnio roi się od rebeliantów i zwykłych bandytów? Avena…
— Nic nam nie grozi — odparła z wdzięcznością, ale stanowczo, potrząsając głową. — Naprawdę.
Kapitan nie wyglądał na przekonanego. Wstał, poprawił spodnie i spojrzał na nią z rosnącym niepokojem.
— Nie wierzę ci. Nie w tej kwestii. Pozwól, że wyślę z wami kilku ludzi. Eskortę. Choćby czterech, pięciu żołnierzy. Do następnego większego miasta. Potem możecie jechać dalej same, jeśli tak bardzo na tym zależy.
Avena otworzyła usta, by zaprotestować, lecz Lovin uniósł dłoń, nie pozwalając jej przerwać.
Lovin stał przed nią, wciąż w samych spodniach, i mówił z rosnącym naciskiem.
— Avena, posłuchaj. Trakty stały się ostatnio niebezpieczne. Rebelianci, bandyci, zwykli rabusie korzystający z chaosu. Ty i Maruna… — zawahał się, spoglądając na jej obcisłą lawendową tunikę i brązowe bryczesy — macie przy sobie tylko ten sztylet. To za mało. Pozwól, że dam wam eskortę. Choćby na kilka dni.
Avena uniosła dłoń, przerywając mu stanowczo.
— Nie jesteśmy młodymi, bezbronnymi dziewicami — odparła spokojnie, a w kąciku ust pojawił się cień uśmiechu. — Jak zauważyłeś wczoraj… po moim dziewictwie nie ma już śladu. A co do bezbronności — tu jej głos stał się poważniejszy — pomyśl logicznie. Skoro moc potrafi sprowadzić człowieka z granic śmierci, to potrafi też siać zniszczenie. Nie kłopocz się o nas.
Lovin otworzył usta, by coś jeszcze dodać, ale po chwili zamknął je i westchnął. Przekonywał ją jeszcze przez chwilę – bardziej już dla zasady niż z prawdziwej nadziei – aż wreszcie uniósł ręce w geście poddania.
— Dobrze. Przegrałem. — Uśmiechnął się krzywo. — Ale przynajmniej zjesz ze mną śniadanie?
Avena skinęła głową.
— Zjem.
Kapitan sięgnął po koszulę leżącą na krześle, wciągnął ją przez głowę i zapiął kilka guzików. Materiał przylegał do jego szerokiej klatki, a Avena poczuła, jak znów pojawia się znajome ciepło nisko w brzuchu. Wczoraj ten człowiek był we mnie. A dziś stoimy tu i rozmawiamy o śniadaniu, jakby nic się nie stało.
— W takim razie możemy od razu zejść — powiedział, poprawiając mankiety. — Tylko zerknę na chwilę do brata.
Avena potrząsnęła głową.
— Nie trzeba. Widziałam go.
Lovin uniósł brwi.
— Jesteś pewna, że wszystko z nim w porządku?
Avena uśmiechnęła się szerzej, a w oczach zaśmiała się iskra.
— Valya siedziała na nim okrakiem i właśnie się całowali. On trzymał ją za biodra, a jego… — zawahała się tylko przez ułamek sekundy — …męskość znikała w niej po samą nasadę. Powiedziałabym, że jest całkowicie sprawny.
Lovin przez chwilę patrzył na nią z niedowierzaniem, a potem wybuchnął głośnym, szczerym śmiechem.
— To cały Korin — powiedział, otwierając drzwi i podając jej rękę. — Nawet prawie umarły nie potrafi się powstrzymać.
Avena wzięła jego dłoń. Była ciepła, szorstka od blizn i broni. Razem wyszli na korytarz.
I niemal od razu natknęli się na Marunę.
Blondynka wyglądała na lekko zaspaną – oczy miała jeszcze przymrużone, a krótkie włosy niesforne. Była już jednak ubrana: obcisłe zielone bryczesy podkreślały pełne uda i biodra, wysokie buty do konnej jazdy lśniły od porannego przetarcia. Biała koszula była rozpięta na tyle głęboko, że ukazywała wyraźny rowek pomiędzy jej dużymi piersiami, a narzucony na to lekki, krótki kaftanik w kolorze oliwkowym pozostał rozpięty. Pachniała czystą skórą, mydłem i lekką nutą ziół.
Uśmiechnęła się na ich widok.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry — odparła Avena. — Masz chęć coś zjeść?
Maruna spojrzała najpierw na Avenę, potem na Lovina. Jej jasne oczy zwęziły się lekko – ciekawość była w nich wyraźna, niemal namacalna. Avena poczuła, jak pytania cisną się blondynce na usta. Uniosła brwi i rzuciła jej krótkie, zdecydowane spojrzenie. Nie teraz. Nie pytaj.
Maruna przełknęła słowa i tylko skinęła głową.
Ruszyli we trójkę w stronę schodów. Deski skrzypiały pod ich krokami, a z dołu dobiegał już przytłumiony gwar i zapach pieczonego chleba, smażonego tłuszczu oraz świeżego piwa. Avena szła pomiędzy nimi, czując po jednej stronie ciepło Lovina, a po drugiej obecność Maruny. W głowie kłębiły się rozterki – o nocy, o mocy, o tym, co Maruna na pewno niedługo zapyta, i o tym, dokąd naprawdę zmierzają.
Razem zaczęli schodzić po schodach.
W głównej izbie gospody było już dosyć tłoczno. Większość długich stołów zajmowali podkomendni Lovina – żołnierze w zakurzonych mundurach, z obandażowanymi ramionami i głowami, którzy jednak wyglądali na znacznie lepiej niż poprzedniego wieczoru. Przy pozostałych stołach siedzieli mieszkańcy wioski, głośno rozmawiając i popijając poranne piwo. Powietrze wypełniał gęsty zapach smażonego tłuszczu, świeżego chleba, wędzonki i kwaśnawego piwa.
Jedyni, których obecność naprawdę zaskoczyła Avenę, to była dwójka nieznajomych.
Przy stoliku pod ścianą siedział młody, postawny blondyn w wieku około dwudziestu pięciu lat. Miał na sobie strojny niebieski kaftan zdobiony fantazyjnymi, srebrnymi znakami, które wyglądały niemal jak uproszczone runy. Obok niego siedziała dziewczyna – najwyżej dwudziestoletnia, bardzo ładna, o poważnych rysach twarzy. Długie blond włosy układały się w drobniutkie, naturalne loczki, niebieskie oczy były jasne i uważne. Była szczupła, niemal delikatna, ubrana w prostą, lecz schludną suknię koloru zgniłej zieleni. Miała drobne usta i okrągłą, łagodną twarz.
Gdy Avena, Maruna i Lovin weszli do sali, rozmowy zamarły jak nożem ucięte.
Spośród żołnierzy poderwało się dwóch sierżantów. Podeszli bliżej, czekając na znak kapitana. Lovin obrzucił Avenę i Marunę krótkim spojrzeniem, po czym skinął głową.
Obaj mężczyźni skłonili się dwornie.
— Szlachetne panie — odezwał się starszy z nich, mężczyzna o szorstkiej twarzy i bliznie nad brwią. — W imieniu całego oddziału dziękujemy za pomoc. Za uzdrowienie nas i porucznika Korina. Wiele z tych ran bez waszej interwencji skończyłoby się trwałym kalectwem albo śmiercią. — Jego wzrok spoczął głównie na Marunie. — Szczególnie pani… ale i drugiej szlachetnej pani również dziękujemy z całego serca.
Drugi sierżant odwrócił się do sali i krzyknął donośnie:
— No, chłopaki! Teraz wasza kolej!
Żołnierze wstali jak jeden mąż. Kubki uderzyły o blaty z głuchym hukiem, a przez salę przetoczyło się gromkie, nieco ochrypłe:
— Hip-hip-huraaa!
Lovin uniósł dłoń, uciszając ich.
— Wystarczy. Możemy w końcu coś zjeść, zanim umrzecie z głodu zamiast od ran.
Avena i Maruna skinęły głowami. Usiadły przy wolnym stole pod oknem. Lovin zajął miejsce naprzeciwko. Ledwie Avena ułożyła się wygodniej, poczuła na sobie baczne spojrzenia. Blondyn w niebieskim kaftanie i jego towarzyszka przyglądali się jej intensywnie. Gdy podchwyciła ich wzrok, oboje natychmiast zainteresowali się zawartością swoich talerzy. A jednak przez całe śniadanie Avena czuła ich obecność jak delikatne mrowienie na karku.
Kim oni są? – myślała, sięgając po kawałek chleba. I dlaczego tak się nam przyglądają?
Valya przyniosła talerze. Śniadanie było proste, ale solidne: grubo krojony, jeszcze ciepły chleb z chrupiącą skórką, wędzona kiełbasa o intensywnym, dymnym smaku, kawałki sera, jajecznica smażona na smalcu i dzbanki z rozcieńczonym piwem. Avena jadła powoli, rozmawiając swobodnie z Maruną i Lovinem. Kapitan okazał się nie tylko przystojny i kompetentny – był też szlachetnie urodzony, co w tak młodym wieku i przy tak wysokiej randze nie powinno dziwić. Mówił o taktyce, o ostatnich starciach z rebeliantami, o tym, jak trudno utrzymać dyscyplinę na odległych traktach. Avena słuchała, a w pamięci wciąż wracały obrazy z poprzedniej nocy: jego ręce na jej biodrach, srebrzysta poświata, sposób, w jaki wypełniał ją do końca. Podniecenie tliło się nisko w brzuchu, mieszając się z ciekawością wobec nieznajomych i z rosnącą niecierpliwością, by wyruszyć w drogę.
Gdy wreszcie nasycili głód, Avena odłożyła kubek i spojrzała na Marunę.
— Czas się zbierać. Im szybciej wyruszymy, tym dalej zajedziemy przed zmrokiem.
Maruna westchnęła, ale skinęła głową. Lovin wyglądał, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz powstrzymał się.
Avena wstała. Maruna zrobiła to samo. Wspólnie skierowały się ku drzwiom. Avena czuła na plecach uporczywe, badawcze spojrzenia blondyna w niebieskim kaftanie i jego poważnej towarzyszki. Nie odwróciła się.
Razem z Maruną opuściły salę.
Zebrawszy swoje bagaże, Maruna i Avena zeszły po skrzypących schodach i wyszły przed stajnię. Poranne światło było już jaśniejsze, złociste, kładło się na kamieniach dziedzińca i na wilgotnych jeszcze dachach wioski. Dziedziniec gospody był szeroki, wydeptany, ze śladami nocnej rosy i końskich kopyt. Po jednej stronie stała niska, ciemna stajnia o spadzistym dachu krytym strzechą; z jej wnętrza dobiegał zapach siana, końskiego potu, skóry i świeżego obornika. Powietrze było chłodne, orzeźwiające, pełne odgłosów budzącej się wioski – piania kogutów, odległego szczekania psa, skrzypienia studni.
Avena skinęła na młodego stajennego, tego samego chłopaka, który poprzedniego dnia nie mógł oderwać od nich wzroku.
— Osiodłaj nasze konie — poleciła spokojnie. — Oba wierzchowce i juczne.
Chłopak aż podskoczył, zaczerwienił się po same uszy i zbiegł do stajni, mamrocząc coś pod nosem.
Gdy oczekiwały, aż się uwinie, na dziedziniec wyszli Lovin i Korin. Porucznik wyglądał na zupełnie zdrowego – twarz miał już kolorową, krok pewny. Podeszli bliżej. Korin najpierw skłonił się, potem ujął dłoń Aveny i złożył na niej dwornie pocałunek, po czym to samo uczynił z ręką Maruny.
— Szlachetne panie — odezwał się kwieciście, a jego głos był młodzieńczy i pełen żaru. — Nigdy nie będę w stanie wyrazić, jak wielkim dłużnikiem pozostaję. Ocaliłyście mi życie. Cokolwiek się wydarzy, cokolwiek będziecie potrzebowały – wystarczy słowo. Na zawsze.
Avena skinęła lekko głową, czując, jak spojrzenie młodego porucznika ślizga się po piersiach Maruny, wyraźnie zarysowanych pod obcisłą koszulą i kaftanikiem.
Lovin odciągnął Avenę o kilka kroków, wystarczająco daleko, by rozmowa pozostała prywatna. Poranne światło kładło się na jego jasnych włosach i na świeżo założonej koszuli.
— Nie zmieniłaś zdania w kwestii eskorty? — zapytał cicho, niemal szeptem.
Avena uśmiechnęła się, choć w piersi poczuła znajome ciepło na wspomnienie poprzedniej nocy.
— Jestem ci wdzięczna za troskę — odparła. — Naprawdę. Ale poradzimy sobie z Maruną same. A z tego, co zauważyłam i co mi opowiadałeś o sytuacji w tym rejonie… każdy człowiek może ci się przydać przeciwko rebeliantom.
Lovin przez chwilę milczał, po czym skinął głową z niechętnym uznaniem.
— Masz rację. — Ściszył głos jeszcze bardziej. — I… dziękuję ci za namiętną noc.
Avena poczuła, jak rumieniec wstępuje jej na policzki. Smak jego ust z poprzedniego wieczoru wrócił nagle, wyraźny jakby dopiero co się pocałowali.
— Dla mnie też było to… bardzo przyjemne przeżycie — wyznała cicho.
Przysunęła się bliżej, uniosła twarz i złożyła na jego ustach delikatny, krótki pocałunek. Wargi Lovina były ciepłe, lekko spierzchnięte. Zapach jego skóry – czystej już, z nutą mydła i skóry – owinął ją na moment.
— Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy — dodała, odsuwając się.
Lovin skłonił się dwornie, choć w oczach miał coś głębszego niż samą kurtuazję.
— Ja również na to liczę.
Wrócili do Maruny i Korina. Młody porucznik wpatrywał się w Marunę jak w święty obrazek, a jego wzrok regularnie spoczywał na jej piersiach, opiętych tkaniną koszuli. Maruna udawała, że tego nie zauważa, choć kąciki jej ust drgały lekko.
W tym momencie młody stajenny wyprowadził ich konie. Wierzchowce były już osiodłane, juczne starannie objuczone. Zwierzęta parskały, wydychając obłoki pary w chłodne powietrze. Avena poprawiła pas ze sztyletem, sprawdziła, czy sakwy są dobrze przytroczone, i włożyła stopę w strzemię. Uniosła się gładko na siodło. Maruna zrobiła to samo, choć z lekkim syknięciem – otarcia wciąż dawały o sobie znać.
Avena rzuciła ostatnie spojrzenie na Lovina. Kapitan stał prosto, z rękami splecionymi za plecami, i patrzył na nią w sposób, który sprawiał, że między jej nogami znów pojawiło się znajome mrowienie.
Pociągnęła za wodze.
Obie ruszyły sprzed gospody – najpierw wolnym stępem przez kamienisty dziedziniec, potem coraz pewniej, w stronę traktu wiodącego dalej na wschód. Za ich plecami wioska budziła się w pełni, skąpana w coraz cieplejszym, złotym świetle poranka.
Avena i Maruna wjechały na szlak.
Po obydwu stronach drogi ciągnęły się szerokie pola. Najpierw złocista, falująca pszenica, potem ciemniejsze pasma żyta, które szumiały lekko pod porannym wiatrem. Słońce stało już wyżej, kładąc na kłosach ciepłe, miodowe światło. Powietrze pachniało dojrzałym zbożem, kurzem unoszącym się spod kopyt i distantną wilgocią ziemi. Kopyta wystukiwały miarowy rytm, a juczne konie szły posłusznie z tyłu.
Gdy wioska stała się już tylko majaczącą plamką za ich plecami, Maruna nie wytrzymała.
— No i jak ci było z tym przystojnym panem kapitanem? — zapytała wprost, spoglądając ukradkiem na Avenę.
Avena poczuła, jak ciepło wstępuje jej na policzki.
— Podniecająco — odparła po chwili. — I przyjemnie.
Maruna prychnęła, wyraźnie poirytowana lakonicznością odpowiedzi.
— Taką odpowiedzią to mnie nie zbędziesz — wygarnęła. — Natychmiast mi powiedz, czy poszłaś z nim do łóżka i jak to dokładnie wyglądało. — Zrobiła krótką pauzę, a jej głos złagodniał o odcień. — Chodzi mi przede wszystkim o to, jak to wszystko wpłynęło na twoją magię.
Avena spojrzała na nią bokiem. Rumieńce na piegowatych policzkach Maruny i sposób, w jaki blondynka nerwowo oblizywała usta, świadczyły jasno, że magia interesuje ją dopiero w drugiej kolejności. Pierwsza była czysta, dziewczęca ciekawość tego, jak druga kobieta przeżywa zbliżenie z mężczyzną.
Avena westchnęła ciężko.
— Dobrze. Skoro już tak bardzo chcesz wiedzieć…
Zaczęła opowiadać. Nie pomijała niczego. Mówiła o tym, jak Lovin rozebrał się przy niej, jak ona obmywała jego ciało, jak wzięła w dłoń jego twardą męskość i jak on westchnął. Opisała pierwszy pocałunek – głęboki, wolny, pełen wina i soli. Potem jak zsunął z niej szatę, jak jego dłonie badały jej piersi, jak dwa palce weszły w nią, przygotowując. Opowiedziała o chwili, gdy położył ją na łóżku i wszedł w nią powoli, centymetr po centymetrze, aż wypełnił ją całkowicie. O tym, jak poruszał się najpierw delikatnie, potem coraz mocniej. O srebrzystej poświacie, która owinęła ich ciała. O orgazmie, który nie był tylko cielesny – był magiczny, wszechogarniający, jakby sama moc brała w nim udział. I o tym, jak poczuła jego nasienie rozlewające się w niej, gorące i obfite, a razem z nim kolejną falę energii.
Maruna słuchała z zapartym tchem. Jej oddech stał się płytszy, a dłonie na wodzach zacisnęły się mocniej. Widać było wyraźnie, że opowieść ją podnieciła – sutki zarysowały się pod cienką koszulą, a uda lekko się zacisnęły.
Gdy Avena skończyła, zapadła krótka cisza, wypełniona tylko szumem zboża i stukotem kopyt.
— A… czułaś przypływ mocy podczas spełnienia? — zapytała w końcu Maruna, głos miała nieco ochrypły.
— Tak — potwierdziła Avena. — Czułam się silniejsza. I nawet teraz… wciąż czuję się przesycona mocą. Jakby coś we mnie zostało otwarte i nie chce się zamknąć.
Maruna dopytywała jeszcze o kilka szczegółów – czy bolało, czy Lovin był delikatny, jak smakował, jak pachniał jego pot. Avena odpowiadała, ale coraz wyraźniej widziała, że blondynkę interesują przede wszystkim fizyczne doznania, nie magia.
W końcu Avena rzuciła żartobliwie, z lekkim uśmiechem:
— Może teraz ty powinnaś się z kimś przespać, skoro jesteś taka ciekawa?
Maruna aż zachłysnęła się powietrzem. Policzki spłonęły jej jaskrawą czerwienią.
— Na szlaku raczej nie spotkam nikogo odpowiedniego! — wypaliła szybko.
Jechały przez chwilę w milczeniu, patrząc przed siebie na falujące złoto pszenicy. Słońce grzało już mocniej, a powietrze wypełnił słodkawy zapach dojrzewającego zboża.
W pewnym momencie Avena rzuciła okiem w bok i dostrzegła, że Maruna jedną ręką przytrzymuje wodze, a drugą… pociera swoje krocze przez obcisłe zielone bryczesy. Ruch był niemal nieświadomy, powolny, okrężny.
Avena zaśmiała się cicho, ale dźwięcznie.
— No proszę. Teraz to ty definitywnie potrzebujesz rozładowania.
Maruna westchnęła ciężko, nie przestając jednak całkiem ruchów dłoni.
— Nie ma teraz na to czasu — mruknęła. — Może… na postoju.
Avena tylko pokręciła głową z rozbawieniem, poprawiła się w siodle i lekko ścisnęła boki konia ostrogami. Wierzchowiec zareagował natychmiast, przechodząc w szybszy kłus.
Dalsza droga upłynęła im spokojnie.
Pola pszenicy i żyta stopniowo ustąpiły miejsca szerokim, falującym łąkom. Trawa była intensywnie zielona, miejscami już przyżółknięta od słońca, a wśród niej biegały swobodnie stada owiec. Białe, wełniaste zwierzęta poruszały się leniwie, a nad nimi czuwali baczni pasterze z długimi kijami i psami, które co jakiś czas szczekały krótko, sprowadzając zbłąkane sztuki z powrotem do stada. Czasem od głównego traktu odchodziły wąskie, wydeptane dróżki, ginące wśród traw. W jednym miejscu na horyzoncie majaczyły niskie zabudowania – zapewne mała wioska – więc dziewczyny założyły, że każda z tych bocznych ścieżek prowadzi do jakiejś osady.
Słońce stało już wysoko, niemal w zenicie, gdy dostrzegły niewielki strumyk przecinający łąkę. Miejsce wydawało się idealne na postój. Kilka zwalonych, omszałych pni leżało wzdłuż brzegu, woda była czysta, bystra i płytka, a całość osłaniały niskie zarośla wierzby i olchy, dając odrobinę cienia. Powietrze wypełniał zapach wilgotnej trawy, mięty rosnącej nad wodą i rozgrzanego słońcem zielska.
Zsiadły z koni. Napoiły zwierzęta, przywiązały je w miejscu, gdzie trawa była najbardziej soczysta, a same usiadły na pniu. Z sakw wyjęły resztki chleba, kawałki sera i kiełbasy. Popijały piwem z bukłaka – było już letnie, lekko gorzkie, ale orzeźwiające. Rozmawiały swobodnie, lecz Maruna co chwilę wracała do nocy spędzonej przez Avenę z Lovinem. Za każdym razem, gdy to robiła, jej uda zaciskały się widocznie, a głos stawał się nieco ochrypły.
W końcu Avena spojrzała na nią z mieszaniną politowania i rozbawienia.
— Maruno… — westchnęła. — Zaspokój się w końcu. Naprawdę. Patrzeć na ciebie, jak się tak męczysz, robi się już niezręcznie.
Maruna aż podskoczyła, a piegowate policzki spłonęły intensywną czerwienią.
— Jak to… tak teraz? Przy tobie? — wyszeptała, wyraźnie zawstydzona.
Avena wzruszyła ramionami, odkładając kawałek chleba.
— Jak chcesz się gdzieś schować za zaroślami, to niech tak będzie. Ale… — tu uśmiechnęła się lekko — w sumie sama jestem ciekawa, jak ty to robisz.
Maruna otworzyła usta, zamknęła je, a potem zarumieniła się jeszcze mocniej. Przez chwilę walczyła ze sobą, po czym wypaliła:
— Dobrze. Ale skoro ja mam być nago… to ty też musisz się rozebrać. Jeśli chcesz patrzeć.
Avena wybuchnęła krótkim, szczerym śmiechem.
— Umowa.
Zdjęła najpierw buty, potem rozpięła pas i zsunęła obcisłe brązowe bryczesy. Ciepły wiatr natychmiast musnął jej odsłonięty srom – delikatny, prawie łaskotliwy. Rude włoski załopotały lekko, a wilgoć, która już wcześniej się zbierała, stała się bardziej odczuwalna.
Maruna utkwiła wzrok w cipce Aveny i przez chwilę nie mogła oderwać oczu. Potem, już niemal gorączkowo, ściągnęła własne buty i zielone bryczesy. Gdy została naga od pasa w dół, Avena zobaczyła jej cipkę wyraźnie – jasnozłote, miękkie włoski, pełniejsze, różowe wargi, już lśniące od wilgoci, lekko rozchylone.
Stały przez moment naprzeciwko siebie, nagie od pasa w dół, patrząc na swoje mokre już krocza. Wiatr szeleszczał w trawie, strumyk pluskał cicho, a gdzieś w oddali beczały owce.
Maruna pierwsza nie wytrzymała. Przysiadła na miękkiej trawie, oparła się plecami o pień i szeroko rozłożyła nogi. Jej cipka otworzyła się całkowicie – wewnętrzne wargi były ciemniejsze, lśniące, a wejście już lekko drgało. Zaczęła się dotykać. Najpierw delikatnie, opuszkami palców, rozprowadzając wilgoć po łechtaczce okrężnymi ruchami. Potem coraz śmielej. Palce ślizgały się szybciej, mocniej, aż wreszcie dwa z nich wsunęły się do środka z mokrym, cichym dźwiękiem. Maruna westchnęła głośno, zamykając oczy, i zaczęła wpychać je coraz natarczywiej – głęboko, rytmicznie, kciukiem wciąż ocierając wrażliwy punkcik.
Avena patrzyła, nie mrugając. Podniecenie rosło w niej z każdą sekundą. Własna cipka pulsowała, ociekała, a wiatr chłodził wilgoć w sposób, który tylko potęgował wrażenia. Jest taka… otwarta. I mokra. I robi to przy mnie.
Nie mogąc już tylko obserwować, Avena usiadła naprzeciw Maruny na trawie. Rozłożyła szeroko nogi, odsłaniając całkowicie swoją rudą, lśniącą od soków cipkę, i uniosła wzrok na twarz blondynki.
Patrząc, jak Maruna zaspokaja się przed nią, Avena zaczęła powtarzać jej ruchy. Najpierw niepewnie, nerwowo. Opuszkami palców musnęła własne, już mokre wargi, rozprowadzając wilgoć po rudym meszku. Ciepły wiatr chłodził odsłoniętą skórę, potęgując każde wrażenie. Cipka Maruny była tuż naprzeciw – jasnozłote włoski, pełne, lśniące od soków wargi, dwa palce znikające rytmicznie w środku. Widok ten sprawiał, że Avena czuła, jak jej własne wnętrze pulsuje coraz mocniej.
Nagle Maruna, nie przerywając własnej zabawy, odezwała się ochrypłym szeptem:
— Delikatniej… Rób to bardziej czule. Nie tak nerwowo.
Avena zwolniła. Zamiast gwałtownych ruchów zaczęła głaskać siebie powoli, okrężnie, dokładnie tak, jak robiła to Maruna. Palec środkowy znalazł łechtaczkę i masował ją miękkimi, wilgotnymi krążkami. Potem, gdy już nie mogła wytrzymać, wsunęła jeden palec do środka, potem drugi. Było ciasno, gorąco, ślisko. Jęknęła cicho.
Pieściły się nawzajem, patrząc sobie prosto w oczy. Oddech Maruny stawał się coraz cięższy, biodra unosiły się naprzeciw własnej dłoni. Avena wciskała palce coraz głębiej, rozchylając się szerzej, pozwalając wiatrowi muskać mokre, rozwarte wargi. Zapach ich obu – słodkawy, ostry, zwierzęcy – unosił się między nimi.
W końcu Maruną wstrząsnęły spazmy.
Blondynka wygięła się w łuk, usta otworzyły się w niemym krzyku, a jej cipka zacisnęła się gwałtownie wokół palców. Skurcze szły jeden za drugim – silne, rytmiczne, mokre. Z jej wnętrza wypłynęła kolejna fala soków, spływając po pośladkach na trawę. Maruna drżała, sapając, z zamkniętymi oczami i spoconym czołem.
Widok spełnionej koleżanki podziałał na Avenę jak katalizator. Poczula, jak jej własna pochwa zaczyna się zaciskać coraz mocniej, coraz szybciej. Fala rosła, rosła…
— Avena… — wyjąkała Maruna, ledwo łapiąc oddech. — Ty… świecisz…
Avena, już w pełni ogarnięta orgazmem, dostrzegła to sama. Jej ciało otuliła srebrzysta, miękka poświata – najpierw delikatna, potem coraz intensywniejsza, pulsująca w takt skurczów jej cipki. Światło było czyste, chłodne i jednocześnie gorące, jakby sama rozkosz stała się widzialna. Spazmy szarpały nią długo, głęboko, aż wreszcie zaczęły opadać. Oddech zwolnił. Poświata przygasła, gasnąc powoli jak dogasający żar.
Avena poczuła nagły, potężny przypływ energii. Jakby ktoś wlał w nią czyste, płynne srebro.
Maruna przypada do niej natychmiast, klęcząc między jej jeszcze rozłożonymi nogami, oczy szeroko otwarte ze zdumienia.
— To było… niesamowite — mówiła gorączkowo. — Świeciłaś tak jasno, że prawie bolało patrzeć. Jak srebrny ogień. Jak…
— Jak to wyglądało? — zapytała Avena, wciąż jeszcze drżąc. — Opowiedz dokładnie.
Maruna potrząsnęła głową, bezradna.
— Widziałam tylko światłość. Blask. Twoje ciało… znikało w nim na moment. A potem wracało, ale jaśniejsze.
— A co ty czułaś? — dopytywała blondynka, nachylając się bliżej. — Opisz.
Avena zmarszczyła brwi, próbując zebrać myśli.
— Przyjemność. Ogromną. Ale też… energię. Wnikała we mnie. Z każdego skurczu, z każdego pchnięcia palców. Jakby rozkosz sama się zmieniała w moc i zostawała we mnie.
Maruna była już bardzo blisko. Nagle, bez ostrzeżenia, wyciągnęła rękę i delikatnie, prawie nieśmiało, dotknęła rozpalonej, wciąż mokrej cipki Aveny. Palce musnęły wrażliwe, opuchnięte wargi.
— Czy czułaś, jak energia wypływa właśnie stąd? — zapytała szeptem.
Dotyk Maruny sprawił, że Avena drgnęła i poczuła kolejną, ostrą falę podniecenia. Cipka zacisnęła się mimowolnie, jakby chciała schwytać te palce. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Maruna cofnęła dłoń. Avena poczuła nagły, dotkliwy żal za utraconym dotykiem.
Zaczęły się ubierać w milczeniu, które było gęste od tego, co właśnie się wydarzyło. Wciągały bryczesy na jeszcze wilgotne ciała, zapinały paski, wsuwały stopy w buty. Wiatr suszył im skórę.
Maruna, poprawiając koszulę, dywagowała na głos:
— Ciekawe… czy to rozkosz dostarcza ci energii, czy raczej twoje ciało samo emanuje mocą podczas przeżywanej przyjemności?
Avena uniosła brwi, wciąż czując residualne mrowienie między nogami.
— A to nie jest to samo?
Maruna potrząsnęła głową.
Maruna poprawiła jeszcze raz kaftanik i spojrzała na Avenę poważnie, choć w jej jasnych oczach wciąż tliło się nietajone podniecenie.
— Może i brzmi podobnie — zaczęła powoli — ale różnica jest zasadnicza. Jeżeli energia pochodzi z twojego własnego ciała, to bilans mocy pozostaje ten sam. Ile byś jej nie wyzwoliła, i tak czerpiesz z siebie. Natomiast jeśli orgazm kondensuje energię pochodzącą z zewnątrz… wtedy naprawdę stajesz się silniejsza. Tylko pytanie – na stałe, czy tylko na jakiś czas?
Avena zmarszczyła brwi. Wiatr poruszał jej rudym warkoczem i chłodził jeszcze wrażliwą skórę między nogami, nawet przez materiał bryczesów. Wciąż czuła lekkie mrowienie po własnym spełnieniu i po tym jednym, krótkim dotyku Maruny.
— Nie mam pojęcia — przyznała szczerze. — Naprawdę żadnego.
Maruna westchnęła i wzruszyła ramionami.
— Ja też nie wiem. Ale mamy przed sobą wiele miesięcy drogi. Będzie jeszcze sporo okazji, żeby coś odkryć. Albo przynajmniej zauważyć, czy po kolejnych… takich chwilach zostaje ci coś więcej.
Avena spuściła wzrok, czując, jak policzki zaczynają ją palić. Zakłopotanie było prawie fizyczne.
— Nowością był dla mnie… twój dotyk — powiedziała cicho, niemal niechętnie. — Kiedy mnie dotknęłaś… poczułam przypływ oczekiwania. Jakby ciało samo czekało na kolejną falę mocy. Jakby chciało, żebyś nie zabierała ręki.
Maruna uniosła brwi wysoko, wyraźnie zdziwiona.
— Naprawdę?
— Naprawdę — potwierdziła Avena, wciąż nie patrząc jej w oczy.
Blondynka zamyśliła się. Piegowata twarz stała się poważna, a w oczach pojawiła się ta sama badawcza iskra, którą Avena widywała, gdy Maruna mówiła o starych księgach.
— Hm… — mruknęła. — A gdybyśmy pieściły się nawzajem… czy byłabym w stanie wyczuć twoją moc w trakcie zbliżenia? Nie tylko zobaczyć poświatę, ale poczuć ją od środka?
Avena otworzyła już usta, by odpowiedzieć, gdy nagle obie usłyszały turkot kół.
Dźwięk dobiegał z kierunku, z którego przyjechały – najpierw odległy, potem coraz wyraźniejszy. Stukot kopyt, skrzypienie drewna, brzęk metalu. Avena i Maruna odwróciły się jednocześnie.
Po trakcie zbliżał się powóz.
Był bogato zdobiony, choć w sposób toporny – ciemne drewno pokryte misternymi, ale nieco ciężkimi rzeźbieniami, złocenia miejscami już spłowiałe, okucia z mosiądzu. Zaprzężony w cztery silne, ciemnogniade konie, które parskały i potrząsały grzywami. Na koźle siedział woźnica – krępy, starszy mężczyzna w brązowym kaftanie i szerokim kapeluszu, z twarzą spaloną słońcem i rękami spękanymi od bata. Obok niego, na tym samym koźle, siedział uzbrojony mężczyzna. Miał na sobie ciemną, solidną kurtę, przy boku długi miecz w skórzanej pochwie, a na kolanach trzymał kuszę – załadowaną, z bełtem na gotowości. Twarz miał ostrą, czujną, a oczy nieustannie badały okolicę.
Maruna westchnęła cicho, prawie bezgłośnie:
— Dobrze, że zdążyłyśmy się ubrać…
Avena nie zdążyła odpowiedzieć.
Powóz zwolnił, a potem zatrzymał się tuż obok nich. Koła skrzypnęły, konie zabrzęczały uzdami, a kurz uniósł się w powietrzu.
Nim powóz dobrze się zatrzymał, uzbrojony mężczyzna zeskoczył z kozła z wprawą człowieka przyzwyczajonego do walki. Otworzył ciężkie, rzeźbione drzwiczki karocy i odsunął się z szacunkiem.
Z wnętrza wytoczył się mężczyzna.
Mógł mieć nieco ponad trzydzieści lat, lecz wyglądał na znacznie starszego. Był otyły, niemal kulisty, w poplamionym, kiedyś pewnie drogim czarnym kaftanie, który ledwo spinał się na wypukłym brzuchu. Cały był obwieszony złotą biżuterią – grube łańcuchy, medaliony, a na każdym palcu lśnił przynajmniej jeden złoty pierścień, na niektórych nawet dwa. Twarz miał czerwoną, nalaną, błyszczącą od potu, z potrójnym podbródkiem, który falował przy każdym ruchu. Włosy rzadkie, przetłuszczone, przyklejone do skóry głowy. Gdy stanął na ziemi, powietrze wokół niego wypełnił słodkawy, nieprzyjemny zapach potu, tanich perfum i czegoś kwaśnego.
Obrzucił Avenę i Marunę długim, otwarcie lubieżnym spojrzeniem. Jego małe, zapadnięte oczy ślizgały się po obcisłych bryczesach, po zarysach piersi, po biodrach.
— Baron Vizdar — przedstawił się z fałszywą jowialnością, uśmiechając się tak, że tłuszcz na policzkach uniósł się w fałdy. — Władca tych okolicznych ziem. A wy, ślicznotki… co robicie na mojej ziemi?
Avena poczuła falę czystego obrzydzenia. Ten człowiek… Myślała szybko. Patrzy na nas jak na towar. Jak na mięso. Wyprostowała się dumnie, przyjmując postawę, której uczono ją w Zgromadzeniu – prostą, chłodną, pełną godności.
— Nazywam się Avena — odparła wyniosłym, spokojnym głosem. — To jest Maruna. Jesteśmy wysłanniczkami Zgromadzenia Czarnoksiężników z Da'samhy. — Uniosła podbródek. — A trakt, o ile mnie pamięć nie myli, jest wyjęty spod prywatnej jurysdykcji i podlega bezpośredniej ochronie króla Feraydu.
Baron parsknął tłustym, niskim śmiechem. Brzuch zadrżał mu jak galareta.
— Króla tu nie ma, dziewczyno. — Podał spoconą, ciężką dłoń i położył ją na ramieniu Aveny, ściskając lekko, zbyt zażyło. — Nie musicie się dąsać. Możemy przecież być dla siebie mili…
Maruna stała obok, twarz miała wykrzywioną w wyrazie czystego obrzydzenia. Woźnica na koźle uśmiechał się znacząco, pokazując żółte zęby. Zbrojny, wciąż trzymający kuszę, również się uśmiechnął i odezwał się do barona tonem poufałym:
— Pan to ma szczęście… Dwie takie sikoreczki i to same na trakcie. — Skinął głową w stronę dziewczyn. — A jak się pan nimi znudzi, to odda je swoim ludziom, co? My też lubimy sobie czasem… pobawić.
Baron wybuchnął głośnym, nieprzyjemnym śmiechem i spojrzał prosto na Avenę.
— Widzisz, jak może być. Jak będziecie dla mnie miłe… pojedziecie sobie spokojnie dalej. A jak będziecie się opierać… — tu jego głos stał się niższy, groźniejszy — …to może być różnie.
Mówiąc to, sięgnął drugą ręką i złapał Marunę za pierś – mocno, bezceremonialnie, ściskając pełny kształt przez cienką koszulę.
Maruna wyrwała się z piskiem, cofając się o krok.
— Nie dotykaj mnie!
Baron zaśmiał się jeszcze głośniej, aż zakrztusił się własnym śmiechem. Zbrojny natychmiast uniósł kuszę, nastawił ją z głośnym, metalicznym kliknięciem i wymierzył prosto w Avenę – uznał ją za groźniejszą, bo przy jej pasie wisiał sztylet.
Avena poczuła, jak zimny strach miesza się z rosnącą furią. Dość.
Skupiła wolę.
Bełt załadowany w kuszy rozjarzył się nagle jaskrawym, srebrzystym światłem. Przez ułamek sekundy wyglądał jak rozżarzony do białości metal, a potem rozsypał się w drobny, czarny pył, który osiadł na butach zbrojnego.
Mężczyzna zaklął brzydko, cofając się o krok i patrząc na pustą kuszę z niedowierzaniem.
— Co do…?!
Baron spojrzał na niego zdumiony, nie rozumiejąc jeszcze, co się stało. W tej samej chwili poczuł, że dłoń, którą wciąż trzymał na ramieniu Aveny, zaczyna piec – jakby dotykał rozgrzanego do czerwoności żelaza. Szarpnął ręką, odsuwając się z sykiem bólu, i cedził przez zęby:
— Zabij te wiedźmy! Natychmiast!
Zbrojny sięgnął już po kolejny bełt, lecz nie zdążył.
Maruna podeszła do niego spokojnym, zdecydowanym krokiem.
Maruna wyciągnęła dłoń i delikatnie, niemal ciekawsko, dotknęła kuszy zbrojnego.
Mężczyzna z przerażeniem zauważył, że drewno i metal zaczynają się rozpuszczać w jego rękach – jakby były zrobione z gęstej, kleistej masy. Kusza wyginała się, traciła kształt, stawała się miękka i ciepła. Zbrojny krzyknął i odrzucił ją z obrzydzeniem. Broń legła u jego stóp powykręcana i bezużyteczna, niczym kawał niedopieczonego ciasta.
Baron z rykiem dobył sztyletu i zamachnął się na Avenę. Ostrze napotkało niewidzialną ścianę – powietrze zabrzęczało, a cios odbił się z suchym, metalicznym dźwiękiem. Zbrojny, pozbawiony kuszy, wyciągnął miecz i pchnął nim w stronę Maruny. Ostrze również odbiło się od tej samej niewidzialnej bariery, jakby uderzyło w niewidzialną taflę szkła.
Avena uniosła dłoń i wykonała krótki, zdecydowany gest.
Z jej palców popłynęły cienkie, czerwone pręgi światła – jak żywe, rozżarzone nici. Oplotły sztylet barona i miecz zbrojnego. Ostrza zaczęły się rozgrzewać. Najpierw lekko, potem coraz mocniej. Stal stała się ciemnoczerwona, potem jaskrawa, prawie biała. Z czubków zaczęły kapać grube, syczące krople roztopionego metalu. Rękojeści pozostawały zimne, więc mężczyźni wciąż je ściskali, dopóki w dłoniach nie zostały im tylko same, bezużyteczne uchwyty. Reszta broni spłynęła na ziemię w postaci dymiących, stygnących kałuż.
Obaj, oślepieni furią i strachem, próbowali rzucić się na dziewczyny z gołymi rękami. Niewidzialna ściana odpychała ich za każdym razem – miękko, ale nieubłaganie.
Maruna zaśmiała się krótko, prawie lekceważąco.
— Skończyły wam się argumenty — powiedziała Avena dumnie, stojąc prosto, z warkoczem rozwianym przez wiatr. — Czas na lekcję pokory.
Połączyły wolę.
Srebrzysto-złote smugi mocy – gęstsze, mocniejsze – sięgnęły obu mężczyzn, woźnicy i całej karocy. Powóz zaczął się kruszyć. Drewno traciło spójność, rozsypywało się w drobny, szary proch. Uprząż znikała, okucia spadały na drogę z głuchym brzękiem. Ubrania trzech mężczyzn zaczęły się rozpadać w ten sam sposób – najpierw kaftany, potem spodnie, koszule, aż wreszcie wszystko, co mieli na sobie, obróciło się w pył. Biżuteria barona – łańcuchy, pierścienie, medaliony – rozsypała się w złoty, migoczący piasek, który wiatr natychmiast uniósł i rozniósł po trakcie.
Woźnica, nagle pozbawiony siedzenia, runął z głośnym łomotem na ziemię nagim tyłkiem. Baron i zbrojny stali teraz całkowicie nadzy – otyłe, miękkie ciało barona z potrójnym podbródkiem i obwisłym brzuchem, chudsze, ale wciąż nieatrakcyjne ciało zbrojnego, i starszy, pomarszczony woźnica. Ich męskości, skurczone ze strachu i zimna, wyglądały żałośnie. Wszyscy trzej drżeli, a po policzkach barona i woźnicy spływały łzy.
Konie, wolne od uprzęży, parsknęły przerażone i pognały w dół traktu, unosząc kurz.
Avena stała dumnie wyprostowana, wiatr smagał jej lawendową tunikę i rude włosy. Maruna podeszła powoli do barona. Blondynka nachyliła się do jego ucha tak blisko, że otyły mężczyzna aż wzdrygnął się, i wyszeptała wyraźnie, słodko, prawie czule:
— Buuu.
To wystarczyło.
Wszyscy trzej, nadzy, płacząc i krzycząc z przerażenia, rzucili się do ucieczki w ślad za końmi. Ich skurczone męskości podskakiwały obscenicznie przy każdym kroku, tłuste pośladki barona falowały, a woźnica potykał się co chwilę, przeklinając cienkim, załamanym głosem. Wiatr niósł za nimi zapach potu, strachu i rozsypanego złotego piasku.
Maruna odwróciła się do Aveny. Spojrzały na siebie przez krótką chwilę.
I obie wybuchły śmiechem.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Pumciak
Bardzo lubie fantazy więc czekam na następne przygody pięknych czarodziejek