Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Belranion - rozdział III

Belranion - rozdział IIIAvena i Maruna jechały powoli po lodowym moście, kopyta koni wydawały głuche, rytmiczne stuknięcia o przezroczystą, ażurową powierzchnię. Chłód poranka był tu, nad jeziorem, ostrzejszy niż na wyspie. Bryza znad Wermile niosła ze sobą wilgotny, lekko słonawy zapach wody, wodorostów i odległego mułu. Wiatr smagał policzki Aveny, wdzierał się pod kołnierz białej koszuli i falował końcem jej rudego warkocza. Lód pod kopytami migotał blade błękitnymi żyłkami magii, a powietrze nad mostem było o kilka stopni zimniejsze niż wokół.
Brzeg stawał się coraz wyraźniejszy. Najpierw tylko ciemna linia ziemi, potem zarysy chat, a wreszcie cała wioska. Przycupnęła dokładnie w miejscu przeprawy promowej – skromne, nędzne skupisko kilkunastu chat ustawionych bez ładu i składu wzdłuż kamienistego brzegu. Dachy były kryte strzechą, częściowo zapadnięte, ściany z nieociosanego drewna i gliny wyglądały bardziej na chlewy niż na ludzkie siedziby. Okna – małe, bez szyb, zasłonięte brudnymi szmatami. Pośrodku wioski stała nieco większa budowla z szyldem, na którym ledwo dało się odczytać słowo „Gospoda”. Dym z kominów unosił się leniwie, pachnąc tanim drewnem i gotowaną kapustą.
Na brzegu zebrało się już zbiegowisko. Wieśniacy – mężczyźni, kobiety, nawet dzieci – wybiegli z chat, by zobaczyć to, czego nigdy wcześniej nie widzieli. Byli nędznie ubrani: mężczyźni w łachmanach z grubego, brudnego sukna, kobiety w powyciąganych spódnicach i chustach, dzieci bose, z obolałymi kolanami. Twarze mieli wychudzone, spalone słońcem i wiatrem, ręce zgrubiałe od pracy. Mimo bliskiego sąsiedztwa Zgromadzenia Czarnoksiężników, które powinno ich uodpornić na magię, stali z otwartymi ustami, wskazując palcami na lodowy most.
Avena i Maruna zjechały z mostu na stały ląd. Kopyta koni zapadły się lekko w miękką, wilgotną trawę, która rosła tuż za kamienistym brzegiem – intensywnie zieloną, błyszczącą od porannej rosy, pachnącą świeżością i ziemią. Avena poczuła pod stopami solidny grunt i odetchnęła głębiej. Zatrzymała konia, odwróciła się i spojrzała na most, który wciąż łączył wyspę z lądem.
Skupiła wolę.
Wokół lodowej konstrukcji rozbłysła srebrzysta, pulsująca poświata. Powietrze nagle zrobiło się gorące – jakby ktoś otworzył piec. Lód zaczął się topić z nienaturalną prędkością. Najpierw cienkie strużki wody spłynęły po ażurowych filarach, potem całe kaskady. Most tracił kształt, stawał się coraz bardziej przezroczysty, nierealny, jakby był tylko złudzeniem. Skrawki lodu odłamywały się i spadały w czarną taflę jeziora z cichymi pluskami. W ciągu kilkudziesięciu sekund z majestatycznej, kilometrowej konstrukcji pozostały tylko pojedyncze, topniejące fragmenty, które zniknęły w odmętach Wermile, nie zostawiając po sobie nawet bańki powietrza.
Wieśniacy cofnęli się o krok. Kilku krzyknęło. Kobieta przycisnęła dziecko do spódnicy. Mężczyzna w brudnej czapie zdjął ją z głowy i wykonał gest odpedzający złe moce, choć w Feraydzie mało kto jeszcze wierzył w starych bogów. Szok był namacalny – wisiał w powietrzu razem z zapachem topniejącego lodu i wilgotnej trawy.
Maruna odwróciła się do Aveny, a na jej piegowatej twarzy pojawił się lekki, rozbawiony uśmiech.
— Skończyłaś się już popisywać? — zapytała cicho, tak by nikt z wieśniaków nie usłyszał.
Avena wzruszyła ramionami. Wciąż czuła w dłoniach echo mocy, którą przed chwilą puściła wolno. Bryza znad jeziora owinęła ją chłodem, a w nosie utkwił jej zapach mokrego kamienia i końskiego potu.
— Lepiej ruszać dalej — odparła spokojnie. — Im szybciej stąd znikniemy, tym mniej pytań będą zadawać.
Pociągnęła za wodze. Koń ruszył posłusznie, a juczne zwierzę poszło za nim. Maruna zrobiła to samo. Razem popędziły konie, by przejechać przez wioskę – pomiędzy zbitym tłumem wieśniaków, którzy rozstępowali się z trwogą i ciekawością, wpatrzonymi w dwie młode kobiety, które właśnie zniszczyły most z lodu tak łatwo, jak ktoś inny gasi świecę.
Opuszczając nędzną wioskę na brzegu jeziora, Avena jechała w milczeniu przez pierwsze minuty. Droga wiodła najpierw pomiędzy niskimi, zapuszczonymi polami, a potem zaczęła wznosić się łagodnie ku linii drzew. W jej głowie kłębiły się pytania.
— Nie rozumiem — odezwała się wreszcie, spoglądając na Marunę jadącą obok. — Jak to możliwe, że ludzie żyją tutaj tak nędznie? Przecież w Zgromadzeniu zgłębiałyśmy księgi na temat życia w różnych krajach. Ferayd jest uznawany za zamożne królestwo. Bogate kopalnie, żyzne ziemie, handel…
Maruna poprawiła torbę z księgami, która wciąż ciążyła jej na ramieniu, i westchnęła.
— To, czego nas uczyli, to jedynie suche statystyki — odparła spokojnie. — Dopiero gdy wczytać się dokładniej, między wierszami, można zauważyć, że rzeczywistość często wygląda zupełnie inaczej. Weźmy taki Ferayd. Owszem, jest zamożną krainą. Ale całe bogactwo skupia się w rękach rodziny królewskiej i wąskiego grona arystokracji. Dochody z kopalń złota, z handlu korzennego, z podatków rolnych… wszystko to znika w przepastnych kieszeniach niewielkiej grupy uprzywilejowanych ludzi. Reszta… no cóż. Widziałaś ich. Łachmany i chaty bardziej podobne do chlewów.
Avena kiwnęła powoli głową.
— W takim razie wiele jeszcze muszę się nauczyć — przyznała cicho. — Księgi to jedno. Świat… to coś zupełnie innego.
Maruna uśmiechnęła się nieśmiało, a piegi na jej policzkach zrobiły się nieco ciemniejsze.
— Zgadzam się. Ja sama mam jedynie niewielkie pojęcie o życiu poza murami Zgromadzenia. Ciągle siedziałam w bibliotece. Sama jestem ciekawa, jak moja wiedza z ksiąg wytrzyma zderzenie z naocznymi obserwacjami. Czy zielniki kłamały? Czy mapy pomijały nędzę?
Avena przyglądała się jej ukradkiem. Pasja, z jaką Maruna mówiła o wiedzy, o odkrywaniu, o zderzeniu teorii z rzeczywistością, sprawiała, że blondynka nagle zyskiwała na atrakcyjności. Ma te piegi… i te piersi… i tę ciekawość w oczach – pomyślała Avena, czując, jak znajome ciepło znów pojawia się nisko w brzuchu. Podniecenie mieszało się z niepewnością drogi, która rozciągała się przed nimi.
Wjechały na leśny trakt.
Droga była wąska, wyboista, ubita przez lata wozów i koni, ale wciąż wyraźna. Po obu stronach wznosiły się wyniosłe drzewa – stare dęby o potężnych pniach, buki o gładkiej, srebrzystej korze, jodły o ciemnozielonych igłach. Korony splatały się wysoko nad ich głowami, tworząc prawie zwarty dach, przez który jednak przebijały się złote promienie słońca. Światło padało ukośnymi snopami, tańcząc na mchu, na korzeniach i na grzbietach koni. Ciepły wiatr niósł ze sobą zapach żywicy, wilgotnej ziemi, gnijących liści i czegoś słodkiego – kwiatów.
Trakt ciągnął się przed nimi prosto, niknąc pomiędzy pniami, nie krzyżując się na razie z żadnymi innymi drogami. To uspokajało. Avena czuła rosnące podniecenie – nie wiedziała, czy to reakcja na obecność Maruny, na jej głos, na sposób, w jaki blondynka poprawiała się w siodle, czy po prostu na sam fakt, że zmierzały w nieznane. Magia, którą dysponowały, powinna je uchronić przed większością zagrożeń… ale problematyczne mogło się okazać rozpoznanie tego zagrożenia na czas.
Maruna nagle nachyliła się w siodle i wskazała na skraj drogi.
— Spójrz! — zawołała z autentyczną radością. — To przylaszczka. Hepatica nobilis. W zielnikach piszą, że jej liście, zaparzone, pomagają przy chorobach wątroby i pęcherzyka. A kwiaty… — urwała, zrywając delikatnie jeden fioletowy kwiatek. — Mają lekkie właściwości uspokajające. Niektóre stare zapiski mówią nawet, że w połączeniu z odpowiednimi runami można z nich zrobić eliksir wzmacniający jasność umysłu.
Dalej rosły kępy żółtych pierwiosnków.
— A to Primula veris. Korzeń jest gorzki, ale świetnie działa na kaszel i problemy z oddychaniem. W Zgromadzeniu używaliśmy go czasem do eliksirów oddechowych dla nowicjuszy, którzy dusili się od dymu kadzideł.
Maruna mówiła dalej, przechodząc płynnie na kolejne rośliny – na jasnotę białą, na podbiał, na dziurawiec, którego żółte kwiaty dopiero zaczynały się otwierać. Opowiadała o magicznych zastosowaniach, o tym, jak niektóre zioła wzmacniają wolę, a inne tłumią niekontrolowane wybuchy mocy. Avena słuchała, ale coraz bardziej odpływała we własne myśli.
Jedziemy w nieznane. Belrania. Chaos. Równowaga. A ja nawet nie wiem, jak rozpoznać prawdziwe zagrożenie, zanim będzie za późno. Magia nas ochroni… jeśli zdążymy ją użyć.
Otrząsnęła się. Robiło się coraz cieplej. Promienie słońca, które przedzierały się przez korony drzew, grzały coraz mocniej, a ciepły wiatr niósł ze sobą zapach rozgrzanej żywicy i kwiatów. Avena poczuła, że koszula klei jej się do pleców. Rozpięła kilka górnych guzików, a potem jeszcze dwa, pozwalając materiałowi rozchylić się swobodnie. Małe, kształtne piersi wynurzyły się na widok, sutki miała lekko stwardniałe od nagłego kontaktu z powietrzem.
Maruna, która właśnie mówiła coś o magicznych właściwościach krwawnika, urwała w pół zdania. Jej jasne oczy opadły na odsłonięty dekolt Aveny i pozostały tam na zbyt długą chwilę. Piegowate policzki gwałtownie spłonęły intensywną czerwienią.
Leśny trakt ciągnął się niemiłosiernie. Godzina za godziną, zakręt za zakrętem, a krajobraz zmieniał się tylko w szczegółach. Najpierw dominowały dęby o potężnych, spękanych pniach i szerokich koronach, potem ustąpiły miejsca smuklejszym bukom o gładkiej, srebrzystoszarej korze. Tu i ówdzie wyrastały jodły, których ciemne igły rzucały gęstszy cień. Na poboczach bujnie rosło zielsko – pokrzywy, podagrycznik, wysokie trawy – a w miejscach, gdzie trakt był mniej uczęszczany, całkiem zarastał młodymi pędami. Mimo to była to pełnoprawna droga. Widać było ślady niedawnego oczyszczania: ścięte gałęzie ułożone na skraju, świeże cięcia na pniach, wydeptane koleiny, w których wciąż utrzymywała się wilgoć po porannej rosie.
Słońce wznosiło się coraz wyżej. Promienie, które wcześniej tylko przebijały się przez korony drzew, teraz padały mocniej, grzejąc karki i ramiona. Powietrze wypełnił intensywny zapach rozgrzanej żywicy, wilgotnego mchu i słodkawego pyłku. Ciepły wiatr poruszał liśćmi, a konie rytmicznie stąpały, wydając miękkie odgłosy kopyt na ubitej ziemi.
Avena spojrzała na jadącą obok Marunę. Blondynka siedziała w siodle nieco sztywniej niż rano, co jakiś czas poprawiając pozycję.
— Powiedz mi szczerze — odezwała się Avena, przeciągając się w siodle — czy podróże zawsze są takie… nudne?
Maruna uśmiechnęła się lekko, poprawiając torbę z księgami.
— Czytałam wiele relacji z podróży — odparła. — Zawsze autorzy skupiali się na przygodach. Na walkach, na odkryciach, na niebezpieczeństwach. A to, co działo się pomiędzy… pomijali milczeniem. Chyba celowo. Nikt nie chce pisać o godzinach monotonnej jazdy stępa.
Avena parsknęła cicho.
— A czy w tych opisach ktoś czasem wspominał, jak bolą pośladki od siodła?
Maruna wybuchnęła krótkim, szczerym śmiechem. Piegowate policzki zaróżowiły się.
— Pewnie wstydzili się o tym pisać — powiedziała, wciąż rozbawiona. — Wielcy podróżnicy nie wspominają o obtartych udach i drętwiejących nogach. To nie pasuje do heroicznej narracji.
Avena uśmiechnęła się pod nosem. Przynajmniej nie tylko ja tak mam – pomyślała. Siodło jest wygodne, ale po kilku godzinach każdy centymetr ciała daje o sobie znać. A przed nami jeszcze tysiące kilometrów…
Poranek upłynął im na powolnej, nieustannej jeździe naprzód. Rozmawiały rzadziej, każda pogrążona we własnych myślach. Avena czuła, jak podniecenie z rana powoli ustępuje miejsca zmęczeniu i rosnącej świadomości skali przedsięwzięcia. Belrania. Chaos. Równowaga. A ja nawet nie wiem, jak wygląda normalne życie poza murami Zgromadzenia.
Gdy słońce stanęło już w zenicie, a upał stał się dokuczliwy, Avena uniosła rękę.
— Postój — zarządziła.
Mijały akurat miejsce, gdzie trakt krzyżował się z niewielkim strumieniem. Woda była płytka, przejrzysta, spływała po gładkich kamieniach, tworząc ciche, srebrzyste pluski. Brzegi porosły wilgotną, intensywnie zieloną trawą i kępami mięty, której zapach unosił się ostro i orzeźwiająco. Idealne miejsce na popas.
Zsiadły z koni. Avena poczuła, jak nogi drżą lekko po godzinach w siodle. Napoiły wierzchowce i juczne zwierzęta, pozwalając im pić długo i łapczywie. Potem przywiązały je do niskich gałęzi, tak by mogły swobodnie poskubać soczystą trawę. Same zaczerpnęły wody w złożone dłonie – była zimna, czysta, o lekkim metalicznym posmaku kamieni.
Przysiadły na zwalonym pniu starego dębu, którego kora była szorstka i ciepła od słońca. Z sakw wyjęły spakowane dla nich prowianty: twarde, prawie kamienne suchary i suche, przyprawione kiełbaski o intensywnym zapachu dymu i czosnku. Jadły powoli, w milczeniu, słuchając szumu strumienia i odległego śpiewu ptaków.
Maruna sięgnęła do juków jednego z koni jucznych. Po chwili wyjęła z nich bukłak z winem.
Maruna uniosła bukłak do ust i pociągnęła solidny łyk. Czerwone wino zabłyszczało na jej ustach, zanim otarła je grzbietem dłoni. Podała bukłak Avenie.
— Spróbuj. Jest wytrawne, ale całkiem znośne.
Avena wzięła bukłak niepewnie. Nigdy dotąd nie piła wina. W Zgromadzeniu nowicjusze i akolici nie dostawali alkoholu – eliksiry tłumiły nie tylko pożądanie, ale i wszelkie inne „zbędne” przyjemności. Uniosła bukłak i upiła łyk. Płyn był cierpki, lekko kwaskowaty, o smaku suszonych wiśni i dębu. Natychmiast poczuła, jak rozgrzewa ją od środka – najpierw gardło, potem przełyk, aż wreszcie ciepła fala rozlała się po brzuchu i piersiach.
— Smakuje mi — powiedziała z lekkim zdziwieniem. — Chociaż… nie znałam dotąd tego smaku.
Maruna uśmiechnęła się, ale gdy spróbowała zmienić pozycję na pniu, głośno syknęła z bólu. Twarz jej skrzywiła się.
Avena natychmiast uniosła brwi.
— Co się stało?
Maruna spuściła wzrok, a piegowate policzki spłonęły.
— Wstydzę się mówić… — wyszeptała. — Bolą mnie pośladki. Otarcia. Ale nie chciałam się rozczulać nad sobą, bo ty się nie skarżyłaś. Było mi głupio.
Avena roześmiała się szczerze, niemal z ulgą.
— Mnie też boli! — przyznała. — Po prostu nie chciałam się skarżyć ze względu na ciebie. Myślałam, że ty jakoś lepiej znosisz jazdę.
Przez chwilę patrzyły na siebie, a potem obie wybuchnęły śmiechem. Śmiech był szczery, wyzwalający, rozładowywał napięcie, które narastało od rana.
Kiedy ucichły, Maruna przypomniała sobie coś i sięgnęła do juków.
— Spakowałam maść na otarcia — powiedziała, wyjmując mały, gliniany słoiczek. Pachniał intensywnie nagietkiem, lawendą i czymś tłustym, ziołowym. — Możesz… ocenić, gdzie jestem najbardziej obtarta? Proszę.
Zawstydzona, wstała z pnia, odwróciła się bokiem do Aveny i opuściła bryczesy razem z bielizną. Lekko wypięła pośladki w jej kierunku. Skóra była blada, usiana piegami, a na miejscach, gdzie siodło najbardziej tarło, wyraźnie widać było intensywne, bolesne zaczerwienienia. Avena przyglądała się dokładnie. Pośladki Maruny były pełne, okrągłe, jędrne. Między nimi, gdy blondynka nieco szerzej rozstawiła nogi, ukazała się jej cipka – delikatna, z jasnymi, prawie złotymi włoskami, wargi lekko różowe i już lśniące od wilgoci. Tuż nad nią, ciasny, różowy odbyt.
Avena nie mogła oderwać wzroku. Jaka jest… piękna. I mokra. Już teraz. Serce zabiło jej mocniej. Wzięła się jednak w garść. Otworzyła słoiczek. Maść była gęsta, chłodna. Nabierała jej na palce i delikatnie, prawie czule, zaczęła smarować zaczerwienione miejsca. Skóra Maruny była gorąca pod jej dotykiem. Przesuwała opuszkami wolno, rozprowadzając maść okrężnymi ruchami, uważając, by nie naciskać zbyt mocno. Pod wpływem jej dłoni cipka Maruny zrobiła się widocznie wilgotniejsza – kropla soku zabłyszczała na dolnej wardze i spłynęła niżej.
Maruna zarumieniła się aż po uszy. Szybko podciągnęła bryczesy.
— A… a ty? — zapytała niepewnie, wciąż czerwona. — Mam ci też posmarować?
Avena czuła własne podniecenie tak mocno, że między nogami było już mokro. Odważyła się. Wstała, odwróciła się i opuściła bryczesy. Chłodne powietrze musnęło jej skórę. Wypięła pośladki, czując na sobie wzrok Maruny.
Palce blondynki były miękkie, ciepłe. Delikatnie smarowały zaczerwienione miejsca, rozprowadzając chłodną maść. Avena zamknęła oczy. Czy moja cipka jest tak samo mokra jak jej? Co ona o tym myśli? Czy widzi, jak ociekam? Dotyk był niemal czuły, zbyt wolny jak na zwykłe smarowanie. Każde przesunięcie palców wysyłało iskry prosto między jej nogi.
Gdy Maruna skończyła, delikatnie klepnęła Avenę w pupę.
— Już gotowe — powiedziała cicho, a w głosie miała coś miękkiego.
Avena zawstydzona podciągnęła bryczesy. Odwróciła się do Maruny. Wciąż czuła ciepło wina w brzuchu i ciepło dłoni na pośladkach.
— Od tej pory — powiedziała stanowczo, choć głos jej lekko drżał — jeśli któraś z nas potrzebuje w czymś pomocy, niech nic nie ukrywa. Po prostu poprosi. Dobrze?
Maruna spojrzała na nią z zagadkową miną. Jasne oczy były poważne, a jednocześnie coś w nich iskrzyło.
— Obiecuję — odparła w końcu. — Że tak postąpię.
Przez chwilę stały naprzeciwko siebie w milczeniu, otoczone zapachem maści, wina, końskiego potu i wilgotnego lasu. Potem obie poprawiły ubrania, dosiadły koni i ruszyły dalej leśnym traktem. Kopyta znów wystukały miarowy rytm, a słońce grzało coraz mocniej.
Popołudnie upłynęło pod znakiem upartej, żmudnej, ale nieprzerwanej jazdy naprzód. Słońce powoli opadało, malując korony drzew złotem i miedzią, a cienie wydłużały się na trakcie. Obie co jakiś czas podawały sobie bukłak i pociągały łyk wina. Czerwony płyn wciąż rozgrzewał od środka, a ból w pośladkach – choć tętnił przy każdym ruchu siodła – stopniowo łagodniał dzięki maści i alkoholowi.
Rozmawiały prawie bez przerwy. Wspominały szkolenie: surowe poranki, eliksiry, treningi magii i broni, noce spędzone nad zwojami. Maruna opowiadała o swoich badaniach z rosnącą pasją – o teoriach ograniczeń mocy, o zapiskach starych mistrzów, którzy próbowali połączyć magię z alchemią ziół, o eksperymentach, które prowadziła samotnie w bibliotece. Avena słuchała, a w jej myślach kłębiły się własne wątpliwości. Ona ma wiedzę. Ja mam siłę, której nawet nie rozumiem. Czy to wystarczy?
Słońce było już nisko, gdy las po obu stronach nagle ustąpił. Drzewa przerzedziły się, a potem zniknęły zupełnie, odsłaniając szerokie pola uprawne. Ziemia była ciemna, świeżo zaorana w niektórych miejscach, w innych pokryta niską, zieloną oziminą. W oddali majaczyły niskie wzgórza, a pomiędzy nimi – wioska. Dymy z kominów unosiły się prosto w górę w bezwietrznym powietrzu.
Avena wyjęła mapę z sakwy przy siodle. Rozłożyła ją na grzbiecie konia, wciąż jadąc, i przyglądała się oznaczeniom. Linie dróg, nazwy wsi, odległości… W końcu złożyła pergamin i schowała go z powrotem.
— Maruno — odezwała się — chcesz jechać dalej i przenocować na szlaku, czy… jeżeli w tej wiosce będzie gospoda, przenocować w prawdziwym łóżku?
Maruna zaśmiała się krótko, poprawiając się w siodle.
— Jeżeli wybór ogranicza się tylko do tych dwóch możliwości, to ja wybieram łóżko. Bez wahania.
Avena uśmiechnęła się z ulgą.
— Mnie też nie uśmiecha się spędzenie nocy pod gołym niebem. Zwłaszcza po dzisiejszych otarciach.
Uzgodniwszy to, skierowały konie w stronę wioski. Była sporo większa niż nędzna osada nad jeziorem. Domostwa stały gęściej, niektóre miały nawet kamienne fundamenty, a dachy były lepiej utrzymane. Pośrodku, przy głównym placu, wznosił się okazały budynek gospody – dwupiętrowy, z belkowaną elewacją, szerokim gankiem i szyldem przedstawiającym kufel i snop zboża. W oknach już migotało światło lamp, a z komina unosił się gęsty dym pachnący pieczonym mięsem i chlebem.
Zajechały ostrożnie przed wejście. Zza rogu budynku wybiegł chłopak stajenny – może szesnastoletni, chudy, w brudnym fartuchu i z rozczochranymi włosami. Zatrzymał się jak wryty. Oczy miał szeroko otwarte i nie mógł oderwać wzroku od dwóch młodych kobiet. W jego ocenie wyglądały na bogate: dobre sukno bryczesów, solidne buty, złoty amulet na szyi Aveny, pewność w ruchach. A przede wszystkim – obcisłe bryczesy, które opinały biodra i uda w sposób, od którego chłopakowi wyraźnie zaschło w gardle.
Avena i Maruna zeskoczyły z koni. Zmęczenie dało o sobie znać natychmiast – nogi były sztywne, pośladki piekły.
— Są wolne pokoje? — zapytała Avena spokojnym, wyraźnym językiem, którego uczono w Zgromadzeniu.
Chłopak kiwnął głową, ale nie wydukał ani słowa. Jego spojrzenie ślizgało się po dekolcie białej koszuli Aveny, po zarysie piersi, potem po biodrach obu dziewczyn. Fascynacja mieszała się w nim z całkowitą nieśmiałością – czerwienił się aż po uszy i nie wiedział, gdzie podziać ręce.
Obie zdjęły sakwy z najpotrzebniejszymi rzeczami.
— Zajmij się końmi — poleciła Avena. — Napój, nakarm, rozsiodełaj. Juczne też.
Chłopak w końcu wydukał chrapliwym głosem:
— Z… wszystkim się zajmę, pani… to znaczy… panie.
Avena uśmiechnęła się do niego lekko, ale to tylko pogorszyło sprawę. Chłopak spuścił wzrok na własne stopy, a uszy płonęły mu jaskrawą czerwienią. Widać było, że obcisłe bryczesy obu kobiet działają na jego wyobraźnię mocniej niż jakiekolwiek opowieści.
Chłopak zabrał wodze i poprowadził konie w stronę stajni, odwracając głowę co kilka kroków, jakby nie mógł uwierzyć, że to nie sen. Avena i Maruna poprawiły sakwy na ramionach i skierowały się ku drzwiom gospody. Z wewnątrz dobiegał przytłumiony gwar, brzęk kufli i zapach pieczonego mięsa, wosku oraz taniego piwa.
Weszły do karczmy.
Wewnątrz głównej sali gospody było sucho i ciepło. Szeroki, niski sufit podtrzymywały ciemne belki, a powietrze wypełniał gęsty zapach pieczonego mięsa, kwaśnego piwa, wosku z łojowych świec i ludzkiego potu. Przy długich, postrzępionych stołach siedzieli przede wszystkim mieszkańcy wioski – mężczyźni o szorstkich dłoniach i zaczerwienionych od alkoholu twarzach, kilka kobiet w prostych chustach, a nawet paru starszych chłopców. Rozmawiali głośno, śmiali się, brzękali kufelkami o blaty. W kącie sali mieściły się strome, zużyte schody prowadzące na piętro, gdzie znajdowały się pokoje gościnne. Z kuchni dobiegał brzęk garnków i przytłumione krzyki.
Za szerokim szynkwasem z ciemnego drewna stał jowialnie wyglądający mężczyzna w średnim wieku. Miał okrągłą, czerwonawą twarz, rzadkie, siwiejące włosy i pokaźny brzuch opasany tłustym fartuchem. Gdy dostrzegł dwie bogato ubrane podróżniczki, natychmiast przetarł ręce w fartuch i podszedł w ich kierunku. Skłonił pokornie głowę, aż prawie dotknął brodą piersi.
— Czym mogę usłużyć szlachetnym paniom? — zapytał niskim, uprzejmym głosem. — Cokolwiek tylko zechcą, zaraz będzie gotowe.
Maruna odpowiedziała spokojnie, choć widać było, że zmęczenie daje jej się we znaki:
— Potrzebujemy noclegu na tę noc. Kolacji. A rano suchego prowiantu na dalszą drogę.
Karczmarz skrzywił się przepraszająco i rozłożył ręce.
— Ach, szlachetne panie… Muszę niestety przeprosić. Mam wolną tylko jedną izbę. Pozostałe zajęli żołnierze, którzy od kilku dni patrolują okoliczne tereny. Niespokojne czasy, wiecie panie…
Avena uniosła lekko brwi, ale uśmiechnęła się uspokajająco.
— Jeden pokój w zupełności wystarczy — odparła. — A jaka będzie cena?
Karczmarz podrapał się po brodzie, szybko rachując w myślach.
— Nocleg, kolacja dla dwóch osób, prowiant na drogę… to będzie dwadzieścia ducali, szlachetne panie.
Avena w myślach szybko przypomniała sobie system walutowy obowiązujący w Feraydzie. Ducal był monetą z brązu. Trzydzieści sześć ducali stanowiło jeden real – monetę srebrną. Dwanaście reali tworzyło jeden imperial, czyli monetę złotą. Sięgnęła do sakwy i wyjęła srebrną monetę. Nie pochodziła z Feraydu – była starsza, z innego królestwa – ale waga i czystość srebra powinny w zupełności wystarczyć. Wcisnęła ją w spoconą dłoń karczmarza.
Mężczyzna rozszerzył oczy i prawie się zachłysnął.
— To… to za dużo, szlachetna pani! Znacznie za dużo!
Maruna uśmiechnęła się lekko, poprawiając torbę na ramieniu.
— Jeżeli rano napełni pan naszym bukłak winem na drogę, będziemy kwita.
Karczmarz zaczerwienił się jeszcze bardziej i skłonił się po raz kolejny.
— Bardzo przepraszam, szlachetne panie… Nie mam wina. Od miesięcy nie było dostawy. Chyba że… będą miały panie chęć na piwo? Mamy własne, całkiem znośne.
Avena nigdy nie piła piwa, ale wzruszyła ramionami.
— Piwo wystarczy — powiedziała spokojnie. — Nie ma sprawy.
Karczmarz wyraźnie się odprężył. Uśmiech wrócił mu na twarz.
— W takim razie… życzą sobie panie, żebym od razu podał posiłek, czy chcą się najpierw odświeżyć w izbie?
Avena nie zawahała się ani chwili.
Avena nie zawahała się ani chwili.
— Najpierw musimy się odświeżyć — stwierdziła stanowczo. — Potem zejdziemy na posiłek.
Karczmarz skinął głową i odwrócił się w stronę kuchni.
— Valya! — zawołał.
Po chwili zza drzwi wyszła młoda dziewczyna. Miała może dwadzieścia lat, długie, proste czarne włosy spięte luźno z tyłu głowy, blade, nieco zmęczone rysy i ciemne oczy. Ubrana była w prostą, brązową suknię z fartuchem poplamionym tłuszczem. Spojrzała na Avenę i Marunę z jawną zazdrością – jej wzrok ślizgał się po obcisłych bryczesach, po dobrej jakości materiale, po złotym amulecie na szyi Aveny.
— To moja córka, Valya — przedstawił ją karczmarz. — Zaprowadź szlachetne panie do wolnej izby na górze.
Valya uśmiechnęła się sztywno i skinęła głową.
— Proszę za mną — powiedziała cicho.
Poprowadziła je przez salę, pomiędzy stołami, gdzie rozmowy na moment ucichły, a mężczyźni odwracali głowy, by przyjrzeć się dwóm obcym kobietom. Potem weszły na strome, skrzypiące schody. Każdy stopień wydawał głośny, przeciągły dźwięk. Na górze korytarz był wąski, oświetlony tylko jedną łojową świecą, a powietrze pachniało tu starym drewnem, kurzem i męczącym zapachem potu.
Valya zatrzymała się przed solidnymi, choć nieco krzywo osadzonymi drzwiami. Otworzyła je szeroko i stanęła z boku, zapraszając ruchem ręki.
— Proszę — powiedziała.
Avena i Maruna weszły do pokoju.
Pomieszczenie było przestronne, jasne i czyste, choć skromne. Ściany miały kolor wyblakłego wapna, podłoga była z nieheblowanych desek, a jedyne okno wychodziło na tylne podwórze gospody. Na środku stało szerokie, solidne łóżko z grubym siennikiem i czystymi, choć szorstkimi prześcieradłami. Przy ścianie – prosta umywalka z miedzianą misą i dzbanem pełnym wody, obok niej kilka lnianych szmatek. W powietrzu unosił się zapach czystego lnu, mydła i distantnego dymu z dołu. Valya zamknęła za sobą drzwi z cichym kliknięciem i zniknęła w korytarzu.
Maruna nie czekała ani chwili. Rzuciła sakwę na podłogę i po prostu padła na łóżko twarzą w dół, jęcząc.
— Jestem potwornie zmęczona… — wymamrotała w poduszkę. — Całe ciało mnie boli.
Avena popatrzyła na nią z lekkim uśmiechem i zdjęła najpierw buty, potem pas ze sztyletem.
— Mnie też — przyznała. — Ale przede wszystkim jestem głodna. Porządnie głodna.
Powoli ściągnęła bryczesy, potem białą koszulę. Stanęła na środku pokoju całkiem naga, nie licząc złotego amuletu równowagi, który spoczywał jej między piersiami. Maruna poderwała głowę z poduszki i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w jej ciało. Blade, smukłe, z małymi, sprężystymi piersiami, wąską talią i długimi nogami.
— Zazdrościę ci piersi — powiedziała cicho, niemal z westchnieniem.
Avena podeszła do misy, nalała wody z dzbana na lnianą szmatkę i zaczęła się obmywać. Najpierw pachy, potem krocze – powoli, dokładnie, czując chłodną wilgoć na rozgrzanej skórze. Zapach czystej wody i lekkiego mydła wypełnił przestrzeń.
— To raczej ty powinnam ci zazdrościć — odparła, nie odwracając się. — Masz je duże i okrągłe. Pełne.
Maruna usiadła na brzegu łóżka i zaczęła się rozbierać. Najpierw koszula, potem bryczesy. Gdy została naga, uniosła własne piersi w dłoniach, ważąc je z lekkim smutkiem.
— Są przede wszystkim ciężkie i niewygodne — westchnęła. — Ciągle bolą mnie plecy. A twoje są ładne i sprężyste. Pewnie w ogóle ci nie ciążą.
Avena ustąpiła jej miejsca przy misie. Stanęła z boku i obserwowała, jak Maruna namacza szmatkę i zaczyna się myć. Blondynka przemywała najpierw pachy, potem uważnie cipkę – rozchylając delikatnie wargi, by dokładnie się oczyścić – a na koniec pośladki. Woda spływała po jej skórze, po pełnych piersiach, po wciętej talii, po grubszych, okrągłych udach. Avena czuła, jak podniecenie narasta z każdą chwilą. Ma piękne ciało – myślała. Niska, z dużymi, ciężkimi piersiami, pełną pupą i grubymi udami… a jednocześnie płaski brzuszek i wąska talia. Idealna.
Gdy Maruna skończyła, Avena sięgnęła do sakwy i wyjęła szatę koloru lawendy. Sięgała do kolan, a głębokie rozcięcia po bokach odsłaniały uda na całej długości. Rozprostowała materiał i narzuciła go na siebie. Gdy Maruna odwróciła wzrok, Avena szybko przejechała palcami po swojej cipce. Była już strasznie mokra – wilgoć zbierała się między wargami, gotowa spłynąć. Założyła wysokie buty na obcasie, przypięła pas ze sztyletem i rozpuściła rude włosy, które spłynęły jej aż do połowy pleców.
Maruna spojrzała na nią i westchnęła z uznaniem.
— Pięknie wyglądasz.
Sama sięgnęła do swojej sakwy i wyjęła krótką, czerwona szatę sięgającą tylko do połowy uda. Gdy ją włożyła, materiał obcisnął pełne piersi i biodra, a rozcięcia odsłaniały prawie całe uda. Do tego również założyła wysokie buty na obcasie.
Avena popatrzyła na nią z lekkim uśmiechem.
— Ładne z nas panienki — stwierdziła. — I nikt nie musi wiedzieć, że jesteśmy czarodziejkami.
Maruna uśmiechnęła się szerzej, poprawiając dekolt.
— Masz rację. Ale najważniejsze to się najeść. Naprawdę umieram z głodu.
Zeszły razem po skrzypjących schodach. Gdy tylko pojawiły się w głównej sali, rozmowy na moment ucichły. Wszystkie spojrzenia – męskie, kobiece, nawet dziecięce – utkwiły w ich ciałach. Lawendowa szata Aveny z rozcięciami i krótka czerwona suknia Maruny przyciągały wzrok jak magnes. Zapach pieczonego mięsa, piwa i wosku uderzył je ze zdwojoną siłą.
Valya, która właśnie nosiła kufle, zauważyła je natychmiast. Podeszła szybko i wskazała wolny stół w rogu sali, nieco oddalony od reszty gości. Stanęła przy ich stole z rękami splecionymi przed fartuchem.
— Co podać do jedzenia, szlachetne panie? — zapytała, wciąż rzucając ukradkowe, zazdrosne spojrzenia na ich suknie.
Maruna uniosła brwi.
— A co w ogóle macie?
Valya zaczęła wyliczać monotonnie, licząc na palcach:
— Pieczonego kurczaka z czosnkiem i ziołami. Gorące kiełbaski z dziczyzny. Gulasz wołowy z warzywami. Pieczeń z dzika, ale tej już mało zostało. Zupy – kapuśniak i żur. Ciepły chleb z masłem. Sery. Jabłka. I… właściwie to wszystko na dziś.
Avena i Maruna spojrzały na siebie.
— Kurczaka — zdecydowała Avena. — Gorące kiełbaski. Gulasz. I dużo ciepłego chleba.
— Dla obu — dodała Maruna.
Valya skinęła głową i zniknęła w kierunku kuchni. Zapach pieczonego mięsa, czosnku i dymu natychmiast stał się intensywniejszy.
Czarodziejki siedziały przy stole, czując na sobie ciągłe, nieprzerwane spojrzenia. Mężczyzna przy sąsiednim stole – szeroki w barach, z rzadką brodą i czerwonym nosem – wpatrywał się otwarcie w dekolt Maruny. Inny, chudszy, o przenikliwych oczach, nie spuszczał wzroku z ud Aveny odsłoniętych przez rozcięcia lawendowej szaty. Kobieta w chustce, siedząca z mężem, szeptała coś ostro, rzucając w ich stronę dezaprobujące spojrzenia.
Maruna pochyliła się bliżej Aveny i wyszeptała:
— Czemu wszyscy się tak na nas gapią?
Avena odpowiedziała równie cicho, ledwo poruszając ustami:
— Chyba nikt tutaj nie ubiera się w ten sposób.
Maruna rozejrzała się uważniej. Rzeczywiście – kobiety w wiosce nosiły długie, workowate suknie z grubego sukna, zasłaniające wszystko od szyi po kostki. Żadnych rozcięć, żadnych dekoltów, żadnych odsłoniętych ud. Ich własne stroje wyglądały w tym otoczeniu prawie nieprzyzwoicie.
Avena wzruszyła ramionami.
— Tak ubrana czuję się wygodnie — powiedziała spokojnie. — I nie zamierzam niczego zmieniać. Jak ktoś chce sobie popatrzeć… to mi nie ubędzie.
Valya wróciła z tacą. Ustawiła przed nimi półmiski: złocistego, chrupiącego kurczaka pachnącego czosnkiem i rozmarynem, talerz dymiących kiełbasek z dziczyzny, gliniane miseczki z gęstym, ciemnobrązowym gulaszem pełnym mięsa i warzyw, oraz koszyk jeszcze ciepłego, skórką pachnącego chleba. Obok postawiła dwa kufle ciemnego, mętnego piwa, z którego unosiła się gęsta, słodkawo-gorzkawa piana.
Obie były już bardzo głodne. Zabrały się do jedzenia w prawie całkowitym milczeniu. Kurczak był soczysty, skórka chrupała między zębami, kiełbaski miały intensywny, dymny smak z nutą jałowca, gulasz był gęsty i pikantny, a chleb – jeszcze ciepły – rozpływał się w ustach z masłem. Jedzenie smakowało im jak najlepsza uczta po długim dniu w siodle.
Gdy wreszcie nasyciły pierwszy głód, sięgnęły po kufle. Avena upiła łyk. Piwo było ciemne, gęste, o smaku palonego słodu, goryczki chmielu i lekkiej nuty dymu. Rozgrzewało od środka inaczej niż wino – wolniej, głębiej.
Maruna postawiła kufel i odezwała się cicho, prawie szeptem:
— Myślałam o mocach, jakie objawiły się w tobie podczas prób uległości…
Avena uniosła wzrok i spojrzała jej prosto w oczy.
— Mów dalej.
Maruna pochyliła się jeszcze bliżej. Zapach piwa i jej skóry wymieszał się z zapachem jedzenia.
— W jednej bardzo starej księdze czytałam o czerpaniu niewyobrażalnych mocy z rozkoszy — wyszeptała. — Niewiele tam było. Zaledwie kilka zdań. Ale opisano to jako niebezpieczne i jednocześnie potężne źródło mocy. Coś, co większość magów wolała omijać.
Avena poczuła, jak coś ciepłego przechodzi jej po kręgosłupie. Podniecenie, które tliło się od chwili, gdy obserwowała Marunę przy misie, znów ożyło.
— I jak to sprawdzić? — zapytała z zainteresowaniem. — Skąd mamy wiedzieć, czy o to właśnie chodzi?
Maruna wzruszyła ramionami z zaskakującą prostotą.
— Wystarczy, że oddasz się komuś. Może wtedy zadziała.
Avena powoli rozejrzała się po sali. Szeroki mężczyzna z czerwoną twarzą. Chudy z przenikliwymi oczami. Kilku innych – brudnych, spoconych, o szorstkich dłoniach i niewyrafinowanych rysach. Żaden nie budził w niej nawet cienia pożądania.
— Chyba nie dziś — stwierdziła cicho.
Maruna najpierw zdziwiła się, potem podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem. Po chwili skinęła głową i wyszeptała:
— Masz rację. W zupełności się z tobą zgadzam.
Przez chwilę siedziały w milczeniu, popijając piwo, wciąż czując na sobie spojrzenia i wzajemne, rosnące zainteresowanie sobą. Avena myślała o słowach Maruny. Moc z rozkoszy… Czy to dlatego mój orgazm prawie zmiażdżył Vensura?
Nagle drzwi gospody otworzyły się z hukiem.
Przez otwarte drzwi gospody wpadł oficer armii Feraydu. Był wysoki, barczysty, o szerokich ramionach i pewnym kroku człowieka przyzwyczajonego do komenderowania. Jasne, prawie białe włosy miał zebrane w niedbały kucyk, a twarz – ostrą, przystojną, teraz umazaną krwią i brudem – wyrażała czystą, gorączkową determinację. Na czerwonym wamsie narzuconym na kolczugę widać było świeże rozcięcie, a przez rozcięty rękaw sączyła się krew z rannego ramienia. U pasa wisiał długi, dobrze utrzymany miecz i krótszy sztylet.
— Szybko! Wnosić go! — krzyknął, odwracając się do ludzi, którzy biegli za nim. — Na stół! Natychmiast!
Sześciu żołnierzy w brudnych, zakrwawionych mundurach wniosło mocno rannego młodego mężczyznę. Był podobny do kapitana – ten sam jasny odcień włosów, podobne rysy – ale młodszy i teraz śmiertelnie blady. Dowódca jednym ruchem zrzucił z najbliższego stołu kufle, talerze i resztki jedzenia. Drewniane naczynia roztrzaskały się o podłogę z głośnym brzękiem.
— Kłaść go tutaj!
Żołnierze ostrożnie ułożyli rannego na blacie. Powietrze natychmiast wypełnił ostry, metaliczny zapach krwi, potu i strachu.
Kapitan odwrócił się do karczmarza, który stał za szynkwasem blady jak ściana.
— Balwierza! Uzdrowiciela! Kogo tam macie w tej dziurze?! Natychmiast!
Karczmarz zaczerwienił się i skłonił nisko, niemal aż do ziemi.
— Szlachetny panie kapitanie… nie mamy nikogo takiego. Ani balwierza, ani uzdrowiciela. Tylko mnie i córkę…
Kapitan uderzył pięścią w stół tak mocno, że blaty zadrżały.
— Kurwa mać! — ryknął. — Pieprzone dowództwo wysłało mój oddział na to zadupie bez żadnego medyka! Na samo dno świata!
Wściekłość biła z niego falami. Odwrócił się do sali pełnej gapiących się wieśniaków.
— Won stąd! Wszyscy! Durne kmiotki! Won, zanim was pozabijam własnymi rękami!
Wieśniacy poderwali się w popłochu. Ławy przewracały się, ktoś przewrócił kufel, piwo rozlało się po podłodze. W ciągu kilkudziesięciu sekund sala opustoszała. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Zostali tylko Avena, Maruna, karczmarz z Valyą kryjącymi się za szynkwasem, kapitan, sześciu żołnierzy i umierający porucznik.
Kapitan dopiero wtedy zauważył dwie kobiety siedzące spokojnie przy swoim stole. Przetarł twarz dłonią, rozmazując krew.
— Przepraszam za maniery — powiedział ochryple. — Kapitan Lovin. Ten ranny… to porucznik z mojego oddziału. I prywatnie mój młodszy brat.
Avena wstała powoli.
— Avena — przedstawiła się krótko.
— Maruna — dodała blondynka.
Avena podeszła do stołu. Ranny miał potężne cięcie w klatce piersiowej – głębokie, poszarpane, z wciskającymi się w mięso odłamkami kolczugi. Z barku sterczała ułamana strzała, a na udzie ziała kolejna straszliwa rana, z której sączyła się ciemna, prawie czarna krew. Podobieństwo do kapitana było uderzające – te same jasne włosy, podobny kształt nosa i ust, tylko młodszy i teraz śmiertelnie blady.
Nie ma dużo czasu – pomyślała Avena. Jeśli nie zadziałam teraz, umrze.
— Mogę pomóc — powiedziała spokojnie.
Jeden z żołnierzy, szeroki w barach i z blizną przez policzek, uniósł brwi.
— Jesteś uzdrowicielką?
Avena pokręciła głową.
— Odsuńcie się.
Żołnierze nie chcieli się ruszyć. Stali wokół stołu jak mur, ręce na rękojeściach mieczy. Avena poczuła narastającą furię.
— Won stąd! — ryknęła nagle, a w jej głosie zabrzmiała moc, której sama się nie spodziewała. — Wszyscy precz z tego pomieszczenia!
Kapitan Lovin poderwał głowę. W jego oczach pojawiło się coś, co wyglądało na nagłe zrozumienie. Może nie wiedział, kim jest ta kobieta, ale poczuł, że to jedyna szansa dla brata.
— Wychodzić — rozkazał krótko. — Natychmiast.
Żołnierze posłusznie, choć niechętnie, opuścili salę. Drzwi znów się zamknęły.
Avena stanęła nad rannym i skupiła wolę. Palące, srebrzyste światło owinęło ciało porucznika. Czarodziejka zamknęła oczy i zanurzyła się w jego wnętrzu. Widziała pęknięte żebra, uszkodzone płuco, przecięte naczynia, odłamki metalu wbite głęboko w mięśnie, strzałę, której grot był niebezpiecznie blisko tętnicy. Otrząsnęła się i otworzyła oczy.
— Umiera — powiedziała cicho.
Kapitan prawie zapłakał. Uklęknął przy stole, chwytając bezwładną dłoń brata.
— Proszę… zrób coś. Cokolwiek. Błagam.
Avena odwróciła się do Maruny.
— Potrzebuję twojej pomocy. Nie wiem, czy dam radę sama.
Maruna podeszła bliżej, twarz miała poważną i skupioną.
— Najpierw trzeba go rozebrać — stwierdziła rzeczowo. — Całkowicie.
Kapitan poderwał się.
— To nie wypada, by damy… on nagi… to nieprzyzwoite…
Avena spojrzała na niego ostrym wzrokiem.
— Rozbierać. Natychmiast.
Kapitan zadrżał, ale posłuchał. Ostrożnie, prawie czule, ściągał z brata resztki kolczugi, rozcięty wams, spodnie. W końcu porucznik leżał całkowicie nagi na zakrwawionym stole.
Avena i Maruna stanęły po obu stronach blatu i połączyły siłę woli. Złocisty, intensywny blask owinął ciało rannego. Porucznik uniósł się powoli w powietrzu, jakby ważył mniej niż piórko. Rany zaczęły się zasklepiać na oczach. Odłamki kolczugi i ułamana strzała zostały wypchnięte z ciała niewidzialną siłą i spadły na podłogę z metalicznym brzękiem. Mięśnie zrastały się, skóra zaciskała, krew przestawała płynąć.
Za szynkwasem karczmarz i Valya stali jak sparaliżowani, z szeroko otwartymi ustami, nie wiedząc, czy uciekać, czy paść na kolana. Kapitan patrzył z nadzieją i strachem jednocześnie – nie rozumiał niczego z tego, co się działo, ale widział, że jego brat wraca do życia.
Wreszcie ciało opadło z powrotem na stół. Złocista poświata blakła, aż zniknęła całkowicie. Avena wypuściła wolę i odetchnęła głęboko. Kątem oka dostrzegła, że uzdrowiony porucznik ma dużego, grubego członka, który nawet w bezświadomości spoczywał ciężko na udzie. Mimowolnie poczuła, jak jej cipka robi się mokra. Dlaczego teraz o tym myślę? – zdziwiła się sama siebie.
Nagle ranny gwałtownie wciągnął powietrze. Kapitan z krzykiem ulgi przypadał do brata, chwytając go za ramiona.
Porucznik przetoczył się na bok i gwałtownie zwymiotował na podłogę – rzadką, żółtawą treścią, w której unosiły się resztki krwi.
Kapitan Lovin patrzył na Avenę i Marunę długo i wnikliwie. Jego jasne oczy, wciąż jeszcze wilgotne od ulgi, badały ich twarze, suknie, amulet na szyi Aveny. W końcu odezwał się cicho, niemal szeptem:
— Przybyłyście z Da'samhy?
Obie skinęły głowami.
Kapitan odetchnął głęboko, jakby zrzucił z barków ogromny ciężar, a potem nagle wybuchnął śmiechem. Śmiał się głośno, prawie histerycznie, aż łzy spłynęły mu po zakrwawionych policzkach. Avena i Maruna patrzyły na niego z całkowitym brakiem zrozumienia.
Gdy wreszcie nieco się uspokoił, usiadł ciężko na najbliższej ławie. Oparł łokcie o kolana i mówił już ciszej, niemal wyczerpany:
— Natrafiliśmy na bandę rebeliantów. Byli liczniejsi od naszego oddziału. Walczyliśmy długo… w końcu ich pokonaliśmy, część zabiliśmy, reszta rozpierzchła się na wszystkie strony. Ale w trakcie bitwy straciłem kilku ludzi. Jeszcze więcej jest rannych. A mało brakowało… — głos mu się załamał — …a straciłbym też brata. — Uniósł wzrok na czarodziejki i dodał żarliwie: — Dziękuję wam. Naprawdę. Nie wiem, jak to wyrazić.
Maruna, która przez cały czas słuchała uważnie, uniosła brwi.
— Mówiłeś, że twoi żołnierze są ranni? — zapytała. — Mogę im pomóc. Tym, których rany są poważne.
Oblicze kapitana rozjaśniło się natychmiast.
— Naprawdę…?
Avena zrobiła krok w kierunku drzwi, gotowa iść razem z Maruną, ale blondynka delikatnie chwyciła ją za ramię.
— Dam sobie radę sama — powiedziała miękko. — Lepiej nie pozostawiaj teraz porucznika samego. Uzdrowiłyśmy go, ale stracił dużo krwi. Może jeszcze będzie potrzebował wzmocnienia.
Avena kiwnęła głową. Maruna poprawiła krótką czerwoną szatę i wyszła na zewnątrz, gdzie czekali żołnierze.
Avena odwróciła się do kapitana.
— Lepiej przenieść twojego brata na wygodne łóżko — stwierdziła. — Stół to nie miejsce do odzyskiwania sił.
Kapitan skinął głową i spojrzał na karczmarza, który wciąż stał za szynkwasem blady i oszołomiony.
— Pomóż mi go przenieść.
Valya natychmiast chwyciła lampę z szynkwasu. Poprzedzała ich wąskimi, skrzypiącymi schodami, rzucając migotliwe, żółtawe światło na ściany. Kapitan i karczmarz ostrożnie unieśli nagie, wciąż nieprzytomne ciało porucznika. Avena szła zaraz za nimi, czując, jak zapach krwi, potu i magii miesza się z wonią starego drewna i wosku.
Pokój, do którego go wnieśli, był skromny, podobny do ich własnego. Wąskie łóżko z grubym siennikiem, jedno okno zasłonięte zgrubnym płótnem, prosta umywalka w kącie. Lampa Valyi rzucała ciepłe, drżące kręgi światła na drewniane ściany i na blade ciało młodego mężczyzny, gdy układano go na prześcieradle.
Widok nagiego, nieprzytomnego porucznika sprawił, że Avena poczuła nagłą wilgoć i mrowienie między nogami. Znowu… – pomyślała z lekkim wstydem. Nawet teraz, po tym wszystkim. Nie dała jednak po sobie nic poznać. Usiadła na skraju łóżka i skupiła wolę. Delikatna, srebrzysta poświata owinęła ciało uzdrowionego. Avena zanurzyła się w nim świadomością, sprawdzając każde naczynie, każdy mięsień, każdy skrawek tkanki.
— Ciało jest naprawione — powiedziała w końcu cicho. — Ale będzie potrzebował wzmocnienia. Dużo krwi stracił.
Odwróciła się do Valyi.
— Przygotuj gorzałkę z dużą ilością miodu. Jak najmocniejszą.
Valya skinęła głową i razem z ojcem szybko opuściła pokój. Zostali tylko we trójkę: Avena, kapitan i nieprzytomny porucznik.
Kapitan usiadł na brzegu łóżka po drugiej stronie i delikatnie pogładził brata po czole. Jego twarz, wciąż umazana krwią i brudem, była teraz pełna wyczerpania i czułej troski. Jasne włosy wypadły mu z kucyka i opadały na ramiona. Ramię w rozciętym rękawie wciąż sączyło cienką strużkę krwi.
— Nigdy nie będę w stanie się wam odwdzięczyć — westchnął w końcu. — Ani tobie, ani twojej towarzyszce. Mam tylko brata. Nasz ojciec jeszcze żyje, ale… już nas nie rozpoznaje. Od lat.
Avena przyglądała się mu uważnie. Zmęczona, szlachetna twarz, szerokie ramiona, ręce przyzwyczajone do miecza.
— Czy bardzo cię boli to ramię? — zapytała cicho.
Kapitan najpierw potrząsnął głową.
— To nic. — Po chwili jednak przyznał: — Piecze i rwie. Ale to nic ważnego. Najważniejsze, że mój brat będzie żył.
Avena uśmiechnęła się lekko.
— Nie ma potrzeby, żebyś cierpiał.
Podeszła bliżej, wzięła jego zranioną dłoń w obie swoje i skupiła wolę. Złocista, ciepła poświata owinęła ramię kapitana na całej długości. Przez rozcięty rękaw widać było, jak rana zaczyna się zabliźniać – najpierw brzegi zbliżyły się do siebie, potem skóra zrosła się gładko, a na koniec nawet blizna przygasła i zniknęła bez śladu. Poświata zgasła.
Kapitan spojrzał na nią z głęboką wdzięcznością. Avena wciąż nie puszczała jego dłoni. Lovin poczuł nagle krępujące, gorące podniecenie. Ta kobieta uratowała mu brata. Pomogła i jemu. A teraz, gdy troska o życie najbliższej osoby nieco przygasła, dostrzegł ją naprawdę: smukłe nogi odsłonięte przez rozcięcia lawendowej szaty, wąską kibić, małe, jędrne piersi zarysowane pod cienkim materiałem i nade wszystko – ładną, poważną twarz o zielonych oczach. W kroczu zrobiło mu się bardzo ciasno. Otrząsnął się lekko.
— Jesteś… niezwykłą kobietą — powiedział ochryple.
Avena usiadła obok niego na brzegu łóżka, wciąż trzymając jego dłoń. Lovin odruchowo pogładził kciukiem wierzch jej dłoni – powoli, prawie nieświadomie.
— Mając moc i wiedząc, że mogę kogoś uratować… nie mogłabym przejść obojętnie — wyszeptała.
Kapitan spojrzał jej prosto w oczy.
— Twoja dobroć zaprzecza wszystkiemu, co wiedziałem o czarodziejach z Da'samhy.
Avena siedziała na brzegu łóżka, wciąż trzymając dłoń kapitana, i popatrzyła na niego z wyraźnym zdziwieniem.
— Wyjaśnij mi, proszę, co miałeś na myśli — poprosiła cicho. — Mówiąc o czarodziejach z Da'samhy.
Lovin otworzył już usta, lecz w tej samej chwili drzwi pokoju otworzyły się bez pukania. Weszła Valya, niosąc gliniany dzban z gorzałką i kilka wilgotnych, czystych szmatek. Zapach mocnego alkoholu i miodu natychmiast wypełnił niewielkie pomieszczenie.
Dziewczyna zatrzymała się w progu, zauważając, jak blisko siebie siedzą Avena i kapitan. Rumieniec pojawił się na jej policzkach, ale szybko opanowała się.
— Przepraszam… — powiedziała niepewnie. — Ranny ma jeszcze dużo zaschniętej krwi na skórze. Pomyślałam, że… że lepiej będzie, jeśli ją zmyję. Żeby nie obudził się cały w krwi.
Avena skinęła głową z uznaniem.
— Masz rację. Dobrze, że o tym pomyślałaś. Nie powinien się budzić w takim stanie.
Valya podeszła bliżej łóżka, lecz nagle spojrzała na Avenę z troską.
— Szlachetna pani… nie jest zmęczona? Po tym wszystkim, co zrobiła…
Dopiero te słowa uświadomiły Avenie, jak bardzo wyczerpało ją poważne użycie magii. Najpierw most z lodu, potem uzdrowienie prawie umierającego człowieka, a na koniec jeszcze ramię kapitana. Czuła lekkie drżenie w dłoniach i dziwną pustkę gdzieś głęboko w piersi.
— Tak — przyznała cicho. — Jestem zmęczona.
Odwróciła się do Valyi.
— Posiedź przy nim, proszę. Jeśli dziać się będzie coś złego – jeśli gorączka wzrośnie, jeśli zacznie się dusić albo coś innego – natychmiast mnie zawołaj.
Valya wyprostowała się niemal służbiście.
— Mogę czuwać nawet całą noc, szlachetna pani. Nie zasnę.
Avena skinęła głową i spojrzała na Lovina.
— Czy możemy dokończyć tę rozmowę gdzie indziej?
Kapitan poderwał się natychmiast, jakby tylko na to czekał.
— Oczywiście. Proszę za mną.
Wyszli z pokoju. Lovin grzecznie przepuścił Avenę w drzwiach, a potem poprowadził ją wąskim korytarzem. Okazało się, że jego izba sąsiaduje bezpośrednio przez ścianę z pokojem, który zajmowały z Maruną. Drzwi otworzyły się bezszelestnie.
Pokój kapitana był nieco większy od ich własnego. Przy ścianie stało solidne łóżko przykryte grubym, ciemnym kocem, przy oknie – mały stolik z dzbanem i kilkoma kubkami. Lampa na stole rzucała ciepłe, złotawe światło, które miękko kładło się na drewnianych ścianach i na twarzy Lovina. W powietrzu unosił się zapach skóry, metalu zbroi i lekkiej nuty męskiego potu.
Avena usiadła na brzegu łóżka i spojrzała na kapitana oczekująco.
— No dobrze. Wyjaśnij mi wreszcie, co miałeś na myśli, mówiąc o Zgromadzeniu.
Lovin najpierw sięgnął po dzban.
— Może najpierw wino? — zaproponował. — Po tym wszystkim… przyda się.
Nalał dwa gliniane kubki ciemnego, gęstego wina i podał jeden Avenie. Siadł obok niej, na tyle blisko, że ich uda prawie się stykały. Avena upiła łyk. Wino było wytrawne, o smaku ciemnych jagód i dębu, rozgrzewało przyjemnie od środka.
Lovin zaczął mówić z wyraźnym wahaniem, wpatrując się w swój kubek.
— Nie chcę cię urazić. Naprawdę. Ale… w Feraydzie czarnoksiężnicy z Da'samhy nie cieszą się sympatią. Zgromadzenie ma opinię… mistrzów marionetek. Bractwa, które chce zagarnąć dla siebie jak najwięcej władzy. Ludzi, których nie obchodzi, że toczą się wojny, że są klęski głodu i nieurodzaju. Że zwykli ludzie umierają. — Uśmiechnął się krzywo. — Sam myślałem, że magia to tylko zręczne sztuczki i piękne słowa. Aż do dzisiaj. Dziś zobaczyłem, że niektórzy ludzie – tacy jak ty – posiadają prawdziwą, potężną moc. I właśnie dlatego jest mi jeszcze trudniej zrozumieć… dlaczego nigdy nie okazujecie pomocy ludziom w potrzebie. — Uniósł wzrok na Avenę. — Tak myślałem. Do dzisiaj.
Avena siedziała cicho, trzymając kubek w dłoniach. Słowa kapitana opadały na nią ciężko, jedno po drugim. Mistrzowie marionetek… Nie obchodzi ich wojna ani głód… W Zgromadzeniu nigdy o tym nie mówiono. Albo raczej – mówiono coś zupełnie przeciwnego. Że Zgromadzenie stoi na straży równowagi. Że chroni świat przed Chaosem. A jednak… nigdy nie uczono ich, by pomagać zwykłym ludziom. Nigdy nie wysyłano akolitów do wiosek ogarniętych zarazą czy głodem.
Pogrążyła się w swoich myślach, wpatrując się w ciemną taflę wina.
Avena siedziała na brzegu łóżka, wpatrując się w ciemną taflę wina, i rozmyślała. Czy to możliwe… że cele Zgromadzenia nie są tak szlachetne, jak uczono mnie przez całe świadome życie? Przez dziesięć lat powtarzano jej o równowadze, o ochronie świata przed Chaosem, o poświęceniu. A jednak nigdy nie wysyłano ich, by pomagali zwykłym ludziom w czasie głodu czy zarazy. Nigdy nie uczono współczucia – tylko posłuszeństwa i mocy.
Otrząsnęła się z tych myśli i uniosła wzrok. Spojrzenie Lovina złapało jej zielone oczy. W jasnych źrenicach kapitana nie było tej lubieżnej, samolubnej chciwości, którą znała z oczu Vensura. Był w nich zachwyt. I wyraźne, gorące podniecenie.
Avena zaśmiała się nerwowo, próbując rozładować napięcie.
— Chyba niewygodnie ci w tej kolczudze — zauważyła, wskazując lekko na jego pierś.
Lovin spojrzał w dół i uśmiechnął się krzywo.
— Czasem zapominam, że ją w ogóle mam na sobie — przyznał. Potem nagle spoważniał, a po jego twarzy przebiegło zakłopotanie. — Przepraszam… śmierdzę potem i krwią. Nie powinienem…
Avena uśmiechnęła się zalotnie, przechylając głowę.
— Nie przeszkadza mi to — powiedziała miękko. — Ale chyba miałbyś ochotę się odświeżyć?
Pokiwał głową, lecz w tej samej chwili zdał sobie sprawę z oczywistości.
— Nie mogę się przecież przy tobie obnażać — stwierdził poważnie. — To nie wypada.
Avena uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a w jej oczach tliła się iskra.
— Uczono mnie całej anatomii ludzkiego ciała — odparła spokojnie. — Tego typu wstyd jest mi zupełnie obcy.
Lovin wahająco spojrzał na umywalnię w kącie pokoju.
— Mimo wszystko… nie wypada.
Avena wstała, podeszła bliżej i położyła mu palec na usta, uciszając go.
— A może… ja też mam się rozebrać, żeby cię ośmielić? — zapytała cicho, prawie szeptem.
W myślach przyznała sobie szczerze: miała ochotę sprawdzić tu i teraz, czy teorie Maruny o czerpaniu mocy z rozkoszy mają jakiekolwiek podstawy. A nawet gdyby nie miały… byli tutaj sami. Ona była podniecona. On był szarmancki i zabójczo przystojny. Między jej nogami zbierała się już wyraźna wilgoć.
Lovin delikatnie, prawie z czcią, pocałował jej palec. Ciepłe, miękkie usta musnęły opuszkę, a potem przytrzymały ją na ułamek sekundy dłużej. Spojrzeli sobie prosto w oczy.
I ich usta się spotkały.
Dla Aveny był to pierwszy pocałunek w życiu. Nic – absolutnie nic – nie przygotowało jej na to, co poczuła. Usta Lovina były ciepłe, pewne, a jednocześnie ostrożne. Najpierw tylko delikatne zetknięcie, potem głębsze, gdy jego wargi rozchyliły się i przejęły inicjatywę. Pocałunek smakował winem, solą potu i czymś czysto męskim. Język kapitana musnął jej dolną wargę, a potem, gdy pozwoliła, wsunął się do środka – powoli, badawczo. Avena poczuła, jak kolana robią się jej miękkie. Euforia rozlała się po całym ciele gorącą falą, mocniejszą niż cokolwiek, co przeżyła podczas prób. Nawet brutalna defloracja Vensura nie wyzwoliła w niej takiej intensywnej, słodkiej rozkoszy. Wilgoć między jej nogami stała się obfita, niemal nieprzyjemnie wyraźna.
Oderwali się od siebie z wyraźną niechęcią, sapając.
Lovin spojrzał na nią ciemnymi od pożądania oczami.
— W takim razie… rzeczywiście powinienem się odświeżyć — powiedział ochryple.
Wstał, odwrócił się plecami do Aveny i zaczął się rozbierać. Najpierw zrzucił czerwony wams, potem z trudem ściągnął kolczugę, która zabrzęczała metalicznie, opadając na podłogę. Potem poszła koszula – wilgotna od potu i krwi. Avena patrzyła, jak odsłaniają się jego szerokie, umięśnione plecy, silne ramiona, wąska talia. Gdy zsunął spodnie i kalesony, ukazały się jej jędrne, męskie pośladki i długie, umięśnione nogi.
Nagi, zaczął się powoli odwracać w stronę Aveny.
Gdy Luvin odwrócił się przodem do Aveny, ona poczuła nie tylko pożądanie – poczuła wręcz nieznośne, fizyczne pragnienie tego mężczyzny. Chłonęła wzrokiem każdy centymetr jego nagiego ciała. Szerokie, umięśnione ramiona, twardą pierś pokrytą jasnymi włoskami, płaski brzuch z wyraźnie zarysowanymi mięśniami, wąskie biodra… a przede wszystkim jego członek. Był wielki, gruby i twardy jak stal, sterczał ku niej w pełnej erekcji, żyły pulsowały pod cienką skórą, a na końcu lśniła już kropla przezroczystego lubieżnego płynu. Powietrze w pokoju wypełnił intensywny zapach męskiego ciała, potu, krwi i rosnącego pożądania. Ciepło lampy kładło się złotymi plamami na jego skórze.
Lovin uśmiechnął się delikatnie, prawie nieśmiało.
— Nie myśl, że rozbieram się tak przed każdą damą — powiedział cicho, ochryple. — Ale ty… masz w sobie coś, co wyzwala we mnie odwagę do przełamania wszystkich obowiązujących norm.
Avena wstała. Serce waliło jej tak mocno, że bała się, iż usłyszy. Delikatnie położyła dłonie na jego umięśnionych ramionach i zaczęła badać jego ciało. Przesuwała dłońmi powoli, z niemal nabożną uwagą – po barkach, po piersi, po twardych mięśniach brzucha, po bokach. Skóra kapitana była gorąca, gładka w niektórych miejscach, szorstka od blizn w innych. Nie wiedziałam… że męskie ciało może być takie piękne – myślała z rosnącym zachwytem.
— Nie zdawałam sobie sprawy, że męskie ciało może być takie piękne — wyszeptała.
Lovin zarumienił się lekko – co u tak barczystego, doświadczonego żołnierza wyglądało prawie wzruszająco. Ujął jej dłoń i złożył na niej delikatny, prawie czuły pocałunek. Avena uśmiechnęła się i pociągnęła go za sobą w stronę umywalni.
— Ja zadbam o to, żebyś był czysty — powiedziała miękko.
Namoczyła lnianą szmatkę w wodzie z dzbana. Woda była letnia, pachniała lekko mydłem. Zaczęła go obmywać z czułością, której sama się w sobie nie spodziewała. Najpierw twarz – zmywając resztki krwi i brudu. Potem szyję, ramiona, szeroką pierś. Szmatka ślizgała się po jego skórze, zostawiając mokre, chłodne ślady, które natychmiast ogrzewały się od ciepła jego ciała. Zeszła niżej – po brzuchu, po biodrach… aż wreszcie dotarła do jego twardej męskości.
Delikatnie, prawie niepewnie, ujęła ją w dłoń. Była gorąca, aksamitna i jednocześnie twarda jak kamień. Lovin aż westchnął głośno z rozkoszy – długi, głęboki dźwięk, który przeszedł Avenę dreszczem. Dla niego było to niezwykłe doznanie. Miał w życiu wiele kobiet, ale nigdy nie odczuwał takiej delikatności, takiej niepewności połączonej z determinacją. Jej dłoń była miękka, badawcza, prawie czuła.
— Nie będziesz moją pierwszą kobietą — szepnął jej do ucha, a jego oddech był gorący. — Ale z pewnością pierwszą czarodziejką.
Avena uśmiechnęła się nieśmiało, wciąż gładząc go powoli.
— A ty… na swój sposób będziesz moim pierwszym mężczyzną.
Lovin objął ją nagle mocno. Ich ciała zetknęły się – gorące, nagie i wciąż jeszcze ubrane. Zaczęli nawzajem, gorączkowo badać się dłońmi. Składali pocałunki na ustach, na szyi, na ramionach. Smakowali siebie nawzajem – wino, sól potu, rosnące pożądanie.
Delikatnie, prawie z nabożeństwem, Luvin rozpiął jej pas. Potem rozwiązał troki lawendowej szaty. Zsunął materiał z jej ramion i pozwolił, by upadł bezszelestnie u stóp Aveny.
Stanęła przed nim naga.
Kapitan chłonął widok. Smukłe, długie nogi, wąskie biodra, płaski brzuch, małe, sprężyste piersi z różowymi, twardymi sutkami, rude włosy spływające aż do połowy pleców… i między nogami gęsty, rudy meszek już lśniący od wilgoci. Wyszeptał, niemal bezgłośnie:
— Jesteś… piękna.
Przesunął dłonią po jej piersi, musnął sterczący sutek. Avena westchnęła głośno – dźwięk pełen czystej rozkoszy. Jego ręka zjechała niżej, po brzuchu, po biodrze, aż wreszcie dotknęła jej ciepłej, mokrej kobiecości. Palce rozsunęły wilgotne wargi, znalazły łechtaczkę… a potem, powoli, zdecydowanie, zanurzył w niej dwa palce.
Avena jęknęła głośno.
Palce Lovina delikatnie, ale stanowczo rozpychały wilgotne ścianki jej pochwy. Avena poczuła nagłe, ostre uderzenie przyjemności, które rozlało się od bioder aż po czubki piersi. Kurczowo zacisnęła palce na jego ramieniu, wczepiając się w twardy mięsień. Lovin pochylił się i pocałował ją ponownie – głęboko, namiętnie – a jednocześnie swoim ciałem delikatnie popchnął ją w tył, aż położył na miękkim łóżku. Przywarł do niej całym ciężarem, nie przerywając masażu wewnętrznych ścianek. Jego kciuk ocierał się o jej łechtaczkę przy każdym ruchu palców.
Avena tonęła w pożądaniu. Jęczała głośno, bez wstydu, unosząc biodra naprzeciw jego dłoni. Zapach ich ciał – potu, lubieżnych soków, lekkiej nuty wina – wypełniał mały pokój. W końcu, urywanym, prawie błagalnym szeptem, wyszeptała:
— Posiądź mnie… proszę… nie mogę już…
Lovin pocałował ją jeszcze raz, namiętnie, ssąc jej dolną wargę, a jego palce wciąż pracowały wewnątrz niej – wolniej teraz, głębiej, jakby przygotowywały ją na coś większego.
Uniósł ciało. Jego biodra wsunęły się pomiędzy jej szeroko rozłożone uda. Avena poczuła, jak gorąca, twarda końcówka jego członka muska jej rozwarte, ociekające wargi. Lovin pomógł sobie ręką, nakierowując się precyzyjnie. Potem pchnął biodrami – delikatnie, z kontrolą.
Avena jęknęła głośno, gdy poczuła, jak jego męskość zaczyna w nią wkraczać.
Najpierw tylko sam czubek – szeroki, gorący, rozchylający jej wargi jeszcze bardziej. Potem centymetr po centymetrze. Członek Lovina był grubszy niż palce, które jeszcze przed chwilą ją przygotowywały. Rozpierał ją od środka z nieubłaganą, aksamitną siłą. Avena czuła każdy milimetr – jak jej ścianki rozciągają się, jak przyjmują go chciwie, jak wilgoć ułatwia mu drogę. Było ciasno. Było pełno. Każde kolejne pchnięcie wypełniało ją coraz głębiej, aż wreszcie poczuła, że jego biodra zetknęły się z jej udami. Był w niej cały.
Lovin zamarł, nie ruszając się. Objął ją mocno, pozwalając jej oswoić się z wypełnieniem. Avena oddychała szybko, płytko. W środku czuła go – pulsującego, gorącego, ogromnego. Jej pochwa zaciskała się wokół niego mimowolnymi skurczami, jakby sama chciała go zatrzymać. To… to jest zupełnie inne niż tamto – myślała w półmroku rozkoszy. Tamto było brutalne. To… to jest pełne.
Lovin delikatnie pocałował ją w usta, potem w skroń, i dopiero wtedy zaczął poruszać biodrami. Wolno. Płytko na początku. Każde wycofanie i każde ponowne wejście rozsyłało po jej ciele nowe fale ciepła. Avena czuła, jak jego twardość ociera się o jej najbardziej wrażliwe miejsca, jak rozciąga ją rytmicznie, jak jej własne soki czynią każdy ruch coraz bardziej płynnym. Jęczała przy każdym pchnięciu – cicho najpierw, potem głośniej.
Gdy Lovin przyspieszył, Avena oplotła go nogami w biodrach, dociskając go do siebie jeszcze mocniej. Chciała go głębiej. Chciała wszystkiego.
— Dobrze ci? — zapytał cicho, sapając jej do ucha.
— Tak… — wydusiła urywanym głosem. — Nie przestawaj… proszę…
Przyspieszył jeszcze. Teraz każde pchnięcie było silniejsze, głębsze, bardziej zdecydowane. Avena czuła, jak rozkosz buduje się w niej warstwa po warstwie – najpierw tępe, przyjemne ciśnienie, potem iskry biegnące wzdłuż kręgosłupa, a wreszcie coś większego, co zaczynało się zbierać nisko w brzuchu. Jej ścianki zaciskały się rytmicznie wokół niego, ssąc go przy każdym ruchu. Zapach ich złączonych ciał stał się gęsty, zwierzęcy. Smak jego ust na jej języku mieszał się z solą potu.
I wtedy poczuła magię.
Pożądanie i moc zaczęły w niej pulsować razem, jak dwa serca bijące w tym samym rytmie. Skóra Aveny zaczęła delikatnie błyszczeć. Najpierw ledwo dostrzegalnie, potem coraz wyraźniej. Srebrzysta, miękka poświata owinęła się wokół ich splecionych ciał – wokół jej piersi przyciśniętych do jego klatki, wokół jego pleców, wokół miejsca, w którym byli złączeni. Światło pulsowało w takt jego pchnięć, jakby sama magia brała udział w ich zbliżeniu.
Lovin był zdezorientowany. Srebrzysta poświata otaczała ich splecione ciała, pulsowała w rytm jego pchnięć, a powietrze w pokoju stało się gęste od mocy. A jednak rozkosz, jaką odczuwał, zagłębiając raz po raz swojego członka w ciasnej, mokrej pochwie Aveny, była zbyt wielka, by pozwolić strachowi się pojawić. Każde pchnięcie było głębsze, mocniejsze, bardziej niepowstrzymane. Trzymał jej biodra, wbijając się w nią z rosnącą desperacją, a ona odpowiadała mu jękami i unoszeniem się naprzeciw.
Avena czuła, że wszystko dookoła wiruje. Pokój, łóżko, nawet własne ciało – wszystko było przesycone mocą. Czuła ją płynącą prosto ze swojej kobiecości, z miejsca, w którym łączyli się najgłębiej. Napawała się esencją rozkoszy jak rzadkim winem. Jej wrodzona magia brała tę rozkosz, destylowała ją i zmieniała w czystą, srebrzystą moc. Każde pchnięcie Lovina było jak uderzenie w magiczny krąg – rozsyłało fale światła i ciepła po jej żyłach.
Ich stosunek był jak rytuał.
Lovin poruszał się nad nią z rosnącą siłą. Jego biodra uderzały o jej uda z mokrym, rytmicznym dźwiękiem. Avena oplotła go nogami jeszcze mocniej, wbijając pięty w jego pośladki, domagając się więcej. Ich ciała były mokre od potu, śliskie, a zapach ich złączonych soków wypełniał powietrze ciężką, zwierzęcą wonią. Lovin nachylał się co chwilę, by całować jej usta, szyję, sutki – a ona odpowiadała mu tym samym, smakując sól jego skóry i resztki wina na jego języku. Srebrzysta poświata stała się intensywniejsza, przechodząc w miejsca w błękit i fiolet, jakby sama magia malowała ich ciała kolorami.
Avena czuła, jak moc ją przesyca.
Zbierała się w niej warstwa po warstwie – najpierw w dole brzucha, potem w piersiach, w kończynach, w samej czaszce. Utrzymywała ją na skraju orgazmu, który nie chciał nadejść, tylko narastał, stawał się coraz większy, coraz bardziej niebezpieczny. Miała wrażenie, że jeśli teraz pęknie, to rozerwie nie tylko ją, ale i cały pokój. Skóra mrowiła ją od środka. Włosy unosiły się lekko, jakby poruszał nimi niewidzialny wiatr. W oczach tańczyły iskry.
Światłość rozświetliła już całe pomieszczenie – złocisto-srebrna, pulsująca, tak intensywna, że cienie zniknęły całkowicie.
I wtedy ciało Aveny wybuchło.
Orgazm nie przyszedł – eksplodował. Był wszechogarniający, niezwykły, magiczny w samym swoim rdzeniu. Pierwszy spazm przetoczył się przez nią jak fala tsunami. Pochwa zacisnęła się na członku Lovina z siłą, która wydobyła z niego głośny, zduszony krzyk. Kolejne skurcze szły jeden za drugim – rytmiczne, potężne, każdy z nich niosąc ze sobą nową falę mocy. Avena czuła emanację w każdym milimetrze ciała: w sutkach, które stwardniały aż do bólu, w udach, które drżały niekontrolowanie, w samej czaszce, gdzie eksplodowało białe światło. Jęczała – nie, krzyczała – a jej głos niósł się po pokoju zmieszany z magią. Poświata wokół nich stała się oślepiająca, przechodząc przez srebro, złoto, aż po czysty, biały blask.
Wraz z pierwszymi spazmami Aveny Lovin poczuł spełnienie.
Avena, wciąż tonąca w orgazmie, poczuła, jak jego nasienie wypełnia jej pochwę. Było gorące – znacznie gorętsze niż jego ciało – gęste, obfite. Czuła każdy puls jego członka, każdą porcję nasienia wstrzykiwaną głęboko w nią. Rozlewało się wewnątrz, mieszając z jej własnymi sokami, rozpierając ją jeszcze bardziej. Miała wrażenie, że to nie tylko nasienie – że razem z nim wpływa w nią kolejna fala mocy, męska, dzika, dopełniająca jej własną. Spazmy jej pochwy zaciskały się wokół niego, jakby chciały wycisnąć z niego wszystko, co miał.
Owładnięci rozkoszą Lovin i Avena stali się jak dwa ogniska. Strumienie mocy – jej srebrzyste, jego złociste – zderzyły się w miejscu, gdzie byli złączeni, a potem cała ta energia popłynęła w Avenę. Czuła przypływ mocy tak ogromny, że przez moment bała się, iż spopieli ją od środka. A jednak… nie. Przyjmowała to. Chłonęła. Jej ciało, wciąż drgające w orgazmie, brało wszystko, co magia i mężczyzna mieli do oddania.
Światło zaczęło powoli przygasać.
Najpierw straciło oślepiającą biel, potem złoto, aż wreszcie zostało tylko delikatne, srebrzyste migotanie, które gasło jak dogasające węgle.
Lovin i Avena opadli obok siebie na pościel, sapając, drżąc, wciąż spleceni wilgotnymi ciałami.
Leżąc naga obok Lovina, Avena usiłowała uspokoić oddech. Sięgnęła po techniki medytacyjne, których uczono ją od lat w Zgromadzeniu – skupienie na oddechu, wyobrażenie sobie spływającej wody, zamykanie kolejnych kręgów mocy wokół własnego umysłu. Każdy wdech był wolniejszy, każdy wydech dłuższy. A jednak ciało wciąż drżało. Moc, którą właśnie wchłonęła, pulsowała pod skórą jak żywe srebro.
Lovin przytulił się do niej, obejmując ramieniem. Dla Aveny każdy dodatkowy kontakt był jak ukłucie – zbyt intensywny, zbyt pełen energii. Wzdrygnęła się niemal niezauważalnie.
Kapitan uniósł głowę, zdziwiony.
— Co się stało? — zapytał cicho, wciąż jeszcze sapając. — Unikasz mnie?
Avena odwróciła twarz w jego stronę. W blasku dogasającej lampy jego jasne włosy były rozczochrane, a oczy pełne zaspokojenia i troski.
— To, co się wydarzyło… nie było tylko bliskością fizyczną — wyszeptała. — Miało też aspekt magiczny. Bardzo silny. Moje ciało… wciąż to czuje. Każdy dotyk jest teraz jak iskrzenie.
Lovin zmarszczył brwi.
— Nie rozumiem.
— Po prostu przyjmij to do wiadomości — poprosiła łagodnie. — Proszę. Nie jestem w stanie teraz wszystkiego wyjaśnić. Sama jeszcze nie wiem, co dokładnie się stało.
Kapitan przez chwilę milczał. Był wyczerpany – widać to było w sposobie, w jaki opadły mu powieki. W końcu skinął głową.
— Dobrze. Nie będę pytał. Skoro mówisz, że musisz to przemyśleć…
Avena powoli usiadła. Sięgnęła po lawendową szatę i narzuciła ją na siebie. Materiał przylegał do jeszcze wilgotnej skóry. Zebrała pas, sztylet, buty. Lovin obserwował ją z łóżka, oparty na łokciu.
— Zostań — poprosił cicho. — Proszę. Zostań ze mną do rana.
Propozycja była kusząca. Ciało wciąż pamiętało jego ciężar, jego ciepło, sposób, w jaki wypełniał ją do końca. A jednak…
— Muszę wrócić do siebie — odparła z niechęcią. — Maruna będzie się martwić.
Zanim zdążył zaprotestować, Avena skupiła wolę. Delikatna, srebrzysta nić mocy owinęła umysł kapitana. Nie była to przemoc – raczej miękkie, usypiające wezwanie. Lovin mrugnął raz, dwa… i powieki opadły mu bezwładnie. Oddychał już równo, głęboko, pogrążony w magicznie wywołanym śnie.
Avena stanęła w drzwiach i spojrzała na niego po raz ostatni. Potem wyszła.
Korytarz był ciemny, oświetlony tylko bladym światłem księżyca wpadającym przez wąskie okienko na końcu. Deski skrzypiały pod jej bosymi stopami. Powietrze pachniało starym drewnem, woskiem i distantnym zapachem piwa z dołu. Przeszła kilka kroków i otworzyła drzwi do pokoju, który dzieliła z Maruną.
Weszła do środka.
Maruna spała nago na łożu.
Leżała na boku, zwrócona twarzą do drzwi, z jedną ręką podłożoną pod policzek, a drugą swobodnie opartą na biodrze. Krótkie blond włosy były rozczochrane i przyklejone do spoconego czoła. Piegowata skóra lśniła w bladym świetle księżyca wpadającym przez niezasłonięte okno. Duże, pełne piersi spoczywały ciężko jedna na drugiej, sutki lekko różowe i rozluźnione w śnie. Talia była wyraźnie wcięta, a biodra szerokie, miękkie. Jedna noga była ugięta, odsłaniając wewnętrzną stronę uda i delikatny, jasnozłoty meszek między nogami. Pochwa była lekko rozchylona, wargi wilgotne jeszcze od wieczornego obmywania. Pośladki – okrągłe, pełne – unosiły się rytmicznie z każdym spokojnym oddechem.
Avena stanęła w progu i nie mogła oderwać wzroku. Widok spał jej się pod powiekami jak ciepły miód. Poczucie pożądania wróciło nagle, inne niż to, które czuła przy Lovinie – bardziej miękkie, ciekawsze, pełne tęsknoty. Jak ona może być jednocześnie taka… zwyczajna i taka piękna? Myślała, czując, jak między jej własnymi nogami znów zbiera się wilgoć. Zapach Maruny – czystej skóry, lekkiego potu i resztek ziołowej maści – wypełniał pokój.
Avena zrzuciła z siebie szatę. Materiał opadł na podłogę bezszelestnie. Naga, podeszła do łóżka i ostrożnie położyła się obok blondynki, tyłem do niej, tak by ich ciała prawie się stykały. Ciepło Maruny przeniknęło do niej od razu.
Zamknęła oczy. Moc wciąż tliła się w niej jak węgle pod popiołem, ale zmęczenie było silniejsze. Oddech Maruny za jej plecami był miarowy, uspokajający.
Avena zasnęła.

Bisexwaw

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użył 13238 słów i 75782 znaków, zaktualizował 21 paź o 10:32. Tagi: #fantasy #seks #magia #flirt

Dodaj komentarz