
Tuż za nią szedł Vensur. Avena czuła jego spojrzenie jak fizyczny dotyk. Spoczywało na jej plecach, na długich rudych włosach spływających aż do kolan, a przede wszystkim na jej pośladkach – wąskich, jędrnych, które unosiły się lekko przy każdym kroku. Wstyd i zakłopotanie walczyły w niej z dziwną, nową świadomością własnego ciała. On patrzy. Wciąż patrzy. Po tym wszystkim, po tym, co zrobiłam jego… członkowi, on nadal mnie pożera wzrokiem. Niepewność gryzła ją od środka. Nie wiedziała, czy powinna zasłonić się włosami, czy iść prosto, dumnie, tak jak stała w sali Rady.
Samira, idąca na końcu, westchnęła głośno i strofującym tonem odezwała się do Vensura:
— Opanuj się wreszcie, Vensur. Za pierwszym razem nie skończyło się to dla ciebie zbyt dobrze. Chyba nie muszę ci przypominać, jak wyglądałeś, kiedy ona cię… ścisnęła.
Vensur zaśmiał się cicho, niskim, aksamitnym śmiechem, który niósł się po schodach.
— Przynajmniej popatrzeć mi wolno — odparł bez cienia skruchy. — Szczególnie że jest na co. Spójrz tylko na te pośladki. I na te nogi. I na to, jak jej włosy ocierają się o skórę…
Samira westchnęła zrezygnowana, prawie teatralnie.
— Jeżeli ty tego aż tak potrzebujesz, to możesz mnie odwiedzić później w mojej komnacie. Ale na razie trzymaj swoje żądze na wodzy. Jesteśmy u Arcymistrzyni, nie w karczmie.
Avena poczuła, jak policzki jej płoną. Oni rozmawiają o mnie, jakbym nie była obecna. Jakbym była tylko ciałem do oglądania. A przecież przed chwilą prawie zmiażdżyłam go od środka…
Doszli na najwyższy poziom donżonu. Ciężkie, rzeźbione drzwi z ciemnego dębu otworzyły się przed Arcymistrzynią bez dotknięcia – magia posłusznie uległa jej woli. Pierwsza komnata, do której weszli, była skrzyżowaniem gabinetu z bawialnią. Wysokie okna wychodziły na jezioro Wermile, wpuszczając chłodne, srebrzyste światło. Ściany pokryte były półkami pełnymi starych ksiąg, zwojów i kryształowych kul. Na środku stał niski stolik z czarnego drewna, a wokół niego – cztery głębokie, obite ciemną skórą fotele, tak miękkie, że wyglądały, jakby mogły pochłonąć człowieka całego. Powietrze pachniało tu intensywniej: sandałem, starym pergaminem, woskiem i delikatną wonią lawendy.
Arcymistrzyni wskazała fotele ruchem dłoni.
— Siadajcie.
Avena, mimo nagości, usiadła wygodnie, zatapiając się w miękkim fotelu. Skóra fotela była chłodna i gładka na jej nagim ciele. Piersi uniosły się lekko, gdy odetchnęła głębiej. Vensur usiadł naprzeciwko niej i natychmiast znowu zaczął pożerać wzrokiem jej małe, kształtne piersi, sutki, które wciąż były lekko stwardniałe. Jego spojrzenie było tak intensywne, że Avena poczuła, jak między nogami znów pojawia się wilgoć. Dlaczego on na mnie tak patrzy? Po tym, co się stało? Czy on się nie boi?
Arcymistrzyni usiadła ostatnia, składając dłonie na kolanach. Jej głos był spokojny, ale pełen powagi.
— To, co wydarzyło się w czasie prób uległości, było czymś… nieprzewidzianym. Ból, strach albo rozkosz zawsze skutecznie uniemożliwiały akolitom utrzymanie skupienia niezbędnego do użycia magii i woli. Zawsze. Od wieków.
Samira skinęła głową, poprawiając kaftan.
— Tak było do tej pory — dodała cicho. — Nikt nie potrafił utrzymać kontroli, gdy ciało… reagowało. A ona potrafiła. I to w obie strony.
Avena spojrzała na nie obie, czując, jak niepewność rośnie w niej jak fala.
— Czy to sprawia, że jestem… nieprzydatna dla Zgromadzenia? — zapytała cicho.
Vensur poderwał się niemal w fotelu, zaprzeczając gwałtownie:
— Absolutnie nie! Raczej jest to wyzwanie. A może nawet nowa dziedzina Wiedzy. Trzeba to zrozumieć. A z czasem… może i wykorzystać. — Uśmiechnął się lubieżnie, spoglądając Avenie prosto w piersi. — Chociaż ja wolałbym wykorzystać ją w inny sposób.
Arcymistrzyni rzuciła mu ostre spojrzenie.
— Wstrzymaj swoje apetyty, Vensur. Na razie.
Potem zwróciła się do Aveny łagodniejszym tonem, niemal matczynym, choć w oczach miała niepokój.
— Sięgnięcie po moc w twojej sytuacji powinno okazać się niemożliwe, Aveno. To jest niezrozumiałe. I niepokojące. Ale być może… stanie się twoim atutem. Tym bardziej warto wysłać cię do Belranii. Żeby się o tym przekonać. W warunkach, których nie da się tu odtworzyć.
Samira uniosła dłoń w grzecznym, ale zdecydowanym geście sprzeciwu.
— Arcymistrzyni… z całym szacunkiem. Powinniśmy zatrzymać Avenę tutaj. Obserwować, jak rozwija się jej moc. To zbyt cenne. I zbyt niebezpieczne, by wysyłać ją samą na kraniec świata.
Avena patrzyła, jak Arcymistrzyni zdecydowanie potrząsa głową.
Arcymistrzyni spokojnie, lecz stanowczo zwróciła się do Samiry, a jej bursztynowe oczy na moment straciły zwykłą pewność.
— W bezpiecznym zaciszu Zgromadzenia Avena nie będzie miała żadnej prawdziwej motywacji, by badać własne ograniczenia — powiedziała. — Tutaj wszystko jest kontrolowane. Przewidywalne. Będąc w drodze do Belranii, stanie przed wystarczająco wieloma wyzwaniami, by to właśnie one wymusiły na niej sięgnięcie po ukryte zasoby mocy. Takie, o których nawet my jeszcze nie wiemy.
Avena siedziała w głębokim fotelu, wciąż całkowicie naga. Miękka skóra obicia chłodziła jej pośladki i uda, a długie rude włosy spływały jej na piersi i brzuch, zasłaniając częściowo sutki. Wstyd nagości nie opuszczał jej ani na chwilę. Czuła, jak powietrze dotyka każdego centymetra jej skóry, jak Vensur znów spogląda na nią spod na wpół przymkniętych powiek – na małe piersi, na wąską talię, na rude meszki między udami. Dlaczego nie dali mi choć szaty? – myślała z rosnącym zakłopotaniem. Siedzę tu naga, a oni rozmawiają o mnie, jakbym była eksperymentem, nie człowiekiem.
Vensur uniósł brwi ze szczerym zdziwieniem.
— Przecież ktoś z grona mistrzów miał siłą woli przenieść się z nią do Belranii — wtrącił. — To byłoby najszybsze i najbezpieczniejsze.
Arcymistrzyni potrząsnęła głową, a w jej głosie pojawił się cień niepewności.
Arcymistrzyni potrząsnęła głową, a w jej głosie pojawił się cień niepewności.
— Nie. Jeśli Avena odbędzie podróż tradycyjnymi metodami, być może pozwoli jej to właśnie na poznanie granic własnej mocy. Teleportacja… skróciłaby wszystko. A my nie możemy sobie na to pozwolić. Nie teraz.
Na niskim stoliku z czarnego, prawie czarnego drewna stały cztery kryształowe kielichy i mała srebrna miseczka z ziołami, które pachniały ostro i gorzko. Blat był gładki, pokryty ledwo widocznymi runami, które co jakiś czas migały blade błękitnym światłem, jakby same słuchały rozmowy. Avena wpatrywała się w te runy, czując, jak mistyka wiedzy Zgromadzenia otacza ją ze wszystkich stron. Tyle rzeczy przede mną ukrywano – pomyślała. Tyle mocy, o których nawet nie wspomniano.
Delikatnie, prawie nieśmiało, przerwała milczenie.
— Przepraszam… jak to w ogóle możliwe, żeby przenieść się o tysiące kilometrów siłą woli? — zapytała. — Nikt mnie tego nie uczył. Nikt nawet nie wspomniał, że coś takiego istnieje.
Samira uśmiechnęła się lekko, choć w jej jasnych oczach tliła się powaga.
— Tego nie da się nauczyć, siedząc w tych murach — wyjaśniła. — Magowie muszą najpierw znać miejsce, do którego chcą się przenieść. Muszą je poczuć. Zobaczyć. Dotknąć choć raz. Inaczej siła woli nie znajdzie drogi.
Avena przełknęła ślinę. Niepewność rosła w niej z każdą chwilą.
— W takim razie… jak mam dotrzeć do Belranii? — dopytywała. — O ile pamiętam mapę, po drodze są góry, morza, puszcze i kraje ogarnięte wojną. To… to tysiące kilometrów.
Arcymistrzyni skinęła powoli głową.
— Na nogach. Konno. Statkiem. Jak tylko zechcesz. Dostaniesz pieniądze na drogę. I wszystko, co uznasz za potrzebne. Broń. Konie. Mapy. Szaty — dodała, spoglądając znacząco na nagie ciało Aveny. — Wszystko.
Samira zmarszczyła brwi, a jej głos stał się wyraźnie zaniepokojony.
— Będzie narażona na niebezpieczeństwa. Na ludzi, którzy nie wiedzą, kim jest. Na magów, którzy mogą poczuć jej moc i zechcieć ją… wykorzystać.
Vensur prychnął cicho, a jego spojrzenie znów ześlizgnęło się po piersiach Aveny, po brzuchu, po miejscu między udami.
— To Avena jest niebezpieczna — stwierdził. — Ale jednocześnie… martwię się, że sama nie będzie sobie zdawała sprawy z tego, co robi. Trzeba wysłać z nią kogoś, kto będzie obserwował. I zapisywał dla Zgromadzenia swoje obserwacje.
Arcymistrzyni przyznała mu rację skinieniem głowy, lecz natychmiast dodała:
— Tylko nie ty, Vensur.
Vensur otworzył usta, by dyskutować, ale Arcymistrzyni uniosła dłoń i jej głos stał się ostrzejszy.
— Zamilcz.
Avena siedziała cicho przez dłuższą chwilę, czując, jak wstyd nagości miesza się z narastającą ciekawością i lękiem. Wreszcie odezwała się niemal szeptem:
— Dlaczego Belrania jest tak ważna dla Zgromadzenia?
Pytanie zawisło w powietrzu jak zaklęcie. Wszyscy zamilkli. Arcymistrzyni, Vensur i Samira jednocześnie spojrzeli na Avenę – na jej blade, nagie ciało, na zielone oczy pełne niepewności, na rude włosy spływające aż do kolan. W ich spojrzeniach było coś, czego Avena nie potrafiła odczytać. Coś ciężkiego. Coś, co pachniało starą, ukrywaną wiedzą.
Arcymistrzyni przez dłuższą chwilę milczała, wpatrując się w srebrzyste światło wpadające przez wysokie okna. Na czarnym stoliku runy migały coraz wolniej, jakby same nasłuchiwały. W powietrzu unosił się gęsty zapach sandału i starego pergaminu, a gdzieś w kącie komnaty cicho trzaskał mały, magiczny ogień w kominku z czarnego kamienia, rzucając ruchome cienie na regały pełne ksiąg.
Wreszcie odezwała się spokojnym, niemal opowieściowym tonem:
— Belrania… to niewielkie królestwo położone na samym skraju sużego kontynentu. Od północy oddzielają je od Ziem Chaosu tylko wysokie, nieprzebyte góry. Chaos nie jest zły. Nie jest też dobry. Jest żywiołem. Przeciwieństwem porządku. A moc – nasza moc – bierze się właśnie z porządku. Ziemie Belranii są przenikane przez przejawy Chaosu. Jego emanacje. Czasem przybierają one cielesne formy – istoty, które nie powinny istnieć, a jednak chodzą, mówią, pragną. Belrania jest jednocześnie jedynym królestwem zamieszkanym przez istoty rozumne, które poprzez górskie przełęcze pozostaje otwarte na działania Chaosu. To miejsce, gdzie równowaga jest najcieńsza. I najłatwiejsza do zachwiania.
Avena siedziała naga w fotelu, czując, jak zimno komnaty przenika jej skórę. Sutki stwardniały od chłodu, a po ramionach przebiegły dreszcze. Długie rude włosy zasłaniały jej piersi tylko częściowo. Wstyd palił ją od środka. Siedzę tu naga i słucham o końcu świata – myślała. Jakbym była tylko narzędziem. Jakbym nie miała prawa nawet do odrobiny godności.
Była zszokowana.
— Skoro to tak ważne miejsce… — zaczęła niepewnie — dlaczego wysyłacie tam właśnie mnie? Młodą, niedoświadczoną, która dopiero przeszła próby?
Samira uniosła dłoń, przerywając jej łagodnie, ale stanowczo.
— Właśnie dlatego. Właśnie dlatego, że jesteś młoda, niedoświadczona i dopiero przeszłaś próby. W Belranii boją się członków Zgromadzenia. Nienawidzą nas. Twój wygląd pozwala ukryć moc. Każdy doświadczony mag zostałby rozpoznany natychmiast – nie starzejemy się jak zwykli ludzie. Ty masz jeszcze przed sobą kilka ładnych lat, gdy twoje ciało będzie poddane upływowi czasu. Te zmiany będą widoczne. I właśnie one pomogą ci ukryć, kim naprawdę jesteś.
Arcymistrzyni skinęła głową, a w jej oczach pojawił się cień troski.
— Byłaś jedną z najbardziej uzdolnionych akolitek, jakie mieliśmy od dziesięcioleci. W dodatku jesteś urodziwa. To powinno zapewnić ci powodzenie w infiltracji królewskiego dworu Belranii. Ludzie otwierają się przed pięknem. A król… król szczególnie.
Vensur siedział naprzeciwko, a jego spojrzenie znów ześlizgnęło się po piersiach Aveny, po brzuchu, po miejscu między udami. Uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie, lubieżnie, jakby wcale nie starał się ukryć zainteresowania. Avena poczuła, jak policzki jej płoną. On wciąż patrzy. Nawet teraz. Nawet kiedy rozmawiają o Chaosie i końcu świata.
Arcymistrzyni kontynuowała, a jej głos stał się bardziej stanowczy:
— Najważniejsze teraz, byś jutro rano wyruszyła w drogę. Udaj się najpierw do składu. Dobierzesz sobie ekwipunek. Odbierzesz pieniądze. Potem masz wypocząć. Naprawdę wypocząć. Będziesz tego potrzebowała.
Avena spojrzała na swoje nagie kolana. Niepewność ściskała jej gardło.
— Ja… tak naprawdę nie wiem, co mam robić — wyznała cicho. — Nikt mi nie powiedział, jak mam… infiltrować. Jak mam chronić równowagę. Co mam robić, kiedy zobaczę oznaki Chaosu.
Arcymistrzyni wstała powoli. Podeszła bliżej i położyła Avenie dłoń na ramieniu. Dłoń była ciepła, ale w jej oczach wciąż tliła się niepewność co do losu dziewczyny.
— Sama będziesz musiała zrozumieć, co jest twoim zadaniem — powiedziała łagodnie. — Może właśnie w ten sposób będziesz skuteczniejsza. Idź teraz.
Avena uniosła się z fotela. Zimne powietrze komnaty owinęło się wokół jej nagiego ciała jeszcze mocniej. Upokorzenie paliło ją żywym ogniem. Stała przed trójką mistrzów naga, jak podczas próby, i czuła się jeszcze bardziej bezbronna.
— Czy… czy mogę dostać jakieś odzienie? — zapytała prawie szeptem.
Vensur potrząsnął głową. Jego głos był spokojny, ale w oczach tliła się ta sama lubieżna iskra.
— U maga nie ma miejsca na wstyd. Ani na upokorzenie. Jest tylko Cel. Potraktuj to jak kolejną lekcję, Aveno.
Avena spuściła wzrok. Kolejna lekcja – powtórzyła w myślach z gorzką ironią. Zawsze kolejna lekcja. Skinęła posłusznie głową i, nie zasłaniając się nawet włosami, skierowała się ku drzwiom. Ciężkie dębowe skrzydła otworzyły się przed nią bez dotknięcia. Zimne powietrze korytarza uderzyło ją w skórę.
Wyszła z komnaty Arcymistrzyni.
Avena schodziła po spiralnych schodach donżonu, bosymi stopami stąpając po chłodnym kamieniu. Każdy stopień był gładki od wieków użytkowania, a powietrze w klatce schodowej pachniało wilgocią, starym tynkiem i distantnym dymem pochodni. Serce biło jej nierówno. Liczyła, że w komnacie Rady znajdzie swoją szatę – tę prostą, lnianą, którą zdjęła przed próbą uległości. Drzwi otworzyły się przed nią bez oporu. Sala była pusta. Trony stały opuszczone, łoże tortur zniknęło bez śladu, a na onyksowej podłodze nie leżało nawet strzępka materiału. Jej ubranie zniknęło.
Wzięła głęboki, drżący oddech. Zimne powietrze wypełniło jej płuca. Nie dam im satysfakcji – pomyślała. Nie pokażę, że mnie to łamie.
Wyszła na zewnątrz naga.
Pierwszy dziedziniec powitał ją ostrym, porannym wiatrem znad jeziora Wermile. Powietrze pachniało wilgotnym kamieniem, wodorostami i dymem z kuchni. Avena minęła grupę akolitów w szarych szatach. Kilku z nich zatrzymało się w pół kroku. Oczy rozszerzyły się ze szoku. Jeden młodzieniec otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko przełknął ślinę. Inny, starszy mag o siwiejących skroniach, spuścił wzrok, lecz nie na długo – jego spojrzenie wróciło do jej piersi, do rudego trójkąta między udami, do długich włosów, które tylko częściowo zasłaniały ciało.
Avena wyprostowała sylwetkę. Uniosła podbródek. Kroczyła powoli, dumnie, pozwalając, by każde spojrzenie spoczęło na niej.
Kolejny dziedziniec. Szerszy, z fontanną w kształcie splecionych smoków. Woda pluskała cicho. Służba – kucharki, stajenni, posłańcy – rozstępowała się przed nią. Słyszała ciche komentarze:
— Na gołą… w środku dnia…
— Spójrzcie na te piersi… małe, ale…
— Rude włosy aż do kolan… i tam na dole też…
— Co ona wyprawia? Próba już się skończyła, nie?
Niektóre spojrzenia były zszokowane. Inne – otwarcie pożądliwe, lubieżne, ślizgające się po jej pośladkach, po wąskich biodrach, po stwardniałych od zimna sutkach. Avena czuła je jak fizyczny dotyk. Wstyd palił ją żywym ogniem, upokorzenie ściskało gardło, a jednak – ku własnemu przerażeniu – między nogami zaczynała zbierać się wilgoć. Dlaczego? – biła się z myślami. Dlaczego to mnie podnieca? Jestem naga. Wszyscy patrzą. A moja cipka… ocieka.
Nie wiedziała, co ją czeka. Jak ma odbyć podróż przez góry, morza i kraje ogarnięte wojną. A potem jeszcze gorzej – jak ma sobie poradzić w Belranii, skoro nikt naprawdę nie wyjaśnił jej, co ma tam do cholery robić. Infiltrować dwór. Chronić równowagę. Używać wszelkich metod. Puste słowa. Koncentrowała się na tym, by kroczyć dumnie. Każdy krok był aktem oporu.
Przeszła przez wąskie przejście między murami, potem przez trzeci dziedziniec, mniejszy, przeznaczony dla służby. Tutaj komentarze były bardziej bezpośrednie, bardziej brutalne:
— Ładna dupa…
— Chciałbym ją rozłożyć na…
— Szkoda, że mistrzowie już ją mieli…
Avena zacisnęła zęby. Nie zwolniła kroku.
Niemal z ulgą wkraczała do ciemnych korytarzy składnicy. Tutaj powietrze zmieniło się diametralnie – pachniało suchym drewnem, skórą, metalem, starymi tkaninami i lekką nutą stęchlizny. Korytarze były wąskie, oświetlone tylko rzadkimi lampami olejowymi. Cienie tańczyły na ścianach. Avena szła dalej, czując, jak zimno kamienia przenika jej stopy.
Składnica była ogromnym, podziemnym magazynem, labiryntem pomieszczeń i hal, gdzie każdy akolita czy mistrz mógł znaleźć to, czego potrzebował – od eliksirów po zbroje, od zwojów po żywność. Weszła do pomieszczeń biurowych. Było tu jaśniej. Za prostym dębowym biurkiem siedział młody mężczyzna, może trzydziestoletni, o zwyczajnej, nieco zmęczonej twarzy. Nie miał tej dziwnej, zatrzymanej młodości magów – skóra na czołach miała już drobne zmarszczki, a przy skroniach srebrzyły się pojedyncze włosy. Musiał być pozbawiony wrodzonej mocy. Obok niego stała czarodziejka – pulchna, o pełnych kształtach, jasnych włosach spiętych w niedbały kok i okrągłej, przyjaznej twarzy. Wyglądała oczywiście na około trzydzieści lat. Ubrana była w luźną suknię koloru lawendy, która podkreślała jej obfite piersi i biodra.
Avena zatrzymała się na środku pomieszczenia. Mężczyzna uniósł wzrok i zamarł. Jego oczy natychmiast opadły na jej nagie piersi, potem niżej, na rude meszki, i pozostały tam zbyt długo. Bezwstydnie.
— Nazywam się Avena — powiedziała spokojnie, choć w środku wszystko się w niej trzęsło. — Zostałam skierowana tutaj po ekwipunek na drogę do Belranii.
Pulchna czarodziejka uniosła brwi. Uśmiechnęła się szeroko, ale w oczach miała szok.
— Chelia — przedstawiła się. — Wiem o tobie, Aveno. Wiem o wyprawie. Ale… tradycyjnymi metodami? Piechotą? Konno? Przez góry i wojny? — Potrząsnęła głową z niedowierzaniem. — To… to szaleństwo. — Zapanowała nad sobą i zapytała miękko: — Czego potrzebujesz?
Avena spojrzała w dół na swoje nagie ciało, potem na mężczyznę, który wciąż bezwstydnie gapił się na jej cipkę i piersi. Poczucie upokorzenia zmieszało się z dziwnym, gorącym podnieceniem.
— Na początek… jakiegoś ubrania — odparła.
Chelia chwyciła ją za rękę. Dłoń miała ciepłą, miękką. Pociągnęła Avenę za sobą do przyległego magazynu. Pomieszczenie było długie, wypełnione regałami uginającymi się pod ciężarem sukien, szat, płaszczy, bielizny. Powietrze pachniało tu lawendą, suchym lnem i delikatną wonią różanego olejku.
— To magazyn odzieży dla kobiet — wyjaśniła Chelia, a jej spojrzenie na moment ześlizgnęło się po nagim ciele Aveny z wyraźnym zainteresowaniem. — Co chcesz założyć teraz?
Avena spojrzała na nią uważnie, wychwytując to spojrzenie. Uśmiechnęła się lekko, mimo wstydu.
— Chociaż raz chciałabym wyglądać olśniewająco.
Chelia odwzajemniła uśmiech. Jej oczy błysnęły.
— Chyba znajdę coś w sam raz dla ciebie.
Zaczęła wyjmować ubrania. Suknie z jedwabiu w kolorze głębokiej zieleni, szaty haftowane srebrem, lekkie, prawie przezroczyste tuniki, gorsety z ciemnej skóry, płaszcze podszyte futrem. Tkaniny szeleściły, błyszczały w świetle lamp, pachniały drogo i kusząco. Avena z uśmiechem patrzyła, jak Chelia wyjmuje kolejne, coraz piękniejsze ubrania.
Avena stała pośrodku magazynu odzieży, otoczona regałami uginającymi się pod ciężarem tkanin. Światło lamp olejowych było ciepłe, złociste, rzucało miękkie cienie na jedwabie, lny i aksamity. Powietrze pachniało intensywnie – suszoną lawendą, różanym olejkiem, suchym lnem i delikatną nutą starych, drogich perfum, które wsiąkły w materiały przez lata. Chelia wyjmowała kolejne suknie, szaty i płaszcze, kładąc je na szerokim dębowym stole.
Avena przekładała je powoli, dotykając palcami. Jedwab był chłodny i śliski, aksamit – miękki jak skóra, len – szorstki, ale przyjemny. Oglądała dekolty, rozcięcia, hafty. W końcu wybrała.
Najpierw wzięła do ręki luźną szatę w kolorze pastelowej zieleni – delikatnej, jak młode liście wiosną. Materiał był lekki, prawie półprzezroczysty w świetle lamp, z długimi, szerokimi rękawami. Avena uniosła ją i powoli przeciągnęła przez głowę. Tkanina ześlizgnęła się po jej nagim ciele, ocierając o stwardniałe sutki, o brzuch, o biodra. Poczucie, że wreszcie coś ją okrywa, przyniosło ulgę, ale jednocześnie – gdy szata ułożyła się na skórze – Avena poczuła, jak Chelia wpatruje się w nią z jawnym pożądaniem. Spojrzenie pulchnej czarodziejki ślizgało się po zarysie piersi, po miejscu, gdzie materiał przylegał do bioder.
Avena spięła szatę ozdobnym pasem zdobionym srebrem. Pas był szeroki, z misternie wyrytymi runami równowagi i małymi srebrnymi blaszki, które brzęczały cicho przy każdym ruchu. Szata miała głębokie rozcięcia po bokach – sięgały prawie do bioder, odsłaniając długie, chude nogi przy każdym kroku. Dekolt był wycięty w kształt litery V, na tyle głęboki, by ukazywał początek delikatnego rowka pomiędzy jej małymi piersiami.
Na nogi wsunęła wysokie buty z miękkiej, ciemnobrązowej skóry. Sięgały do kolan, miały lekki, stabilny obcas i zapięcia z boków. Skóra pachniała bogato, prawie zmysłowo. Gdy je zasznurowała, poczuła, jak solidnie obejmują łydki.
Na szyi zawiesiła złoty amulet. Był ciężki, misternie wykonany – szale wagi zawarte w kole jedności, symbol równowagi. Złoto było ciepłe od ciepła jej dłoni, a na odwrocie wyryto drobne runy, które lekko mrowiły, gdy amulet dotknął skóry.
Włosy zebrała w długi, gruby warkocz. Palce przeplatały rude, prawie pomarańczowe pasma, aż warkocz spłynął jej aż do połowy ud. Na koniec do pasa przypięła bogato zdobiony sztylet. Rękojeść była z czarnego drewna inkrustowanego srebrem, pochwa – z wytłaczanej skóry. Avena na moment zatopiła się we wspomnieniach. Ile godzin spędziła na dziedzińcu treningowym, ile krwi spłynęło z jej dłoni, ile razy upadła, zanim mistrzowie uznali, że potrafi władać zwykłą bronią równie dobrze jak magią. Cierpienie, pot, upokorzenie… wszystko po to, by teraz ten sztylet wisiał u jej boku jak naturalne przedłużenie ręki.
Chelia milczała przez cały czas, tylko patrzyła. Gdy Avena skończyła, czarodziejka podeszła do ściany i odsłoniła duże lustro w srebrnej ramie.
— Spójrz — powiedziała miękko. — Wyglądasz władczo.
Avena stanęła przed lustrem. Odbicie, które zobaczyła, było obce i znajome jednocześnie. Wysoka, smukła postać w pastelowej zieleni, z rozcięciami odsłaniającymi nogi, z dekoltem ukazującym delikatny rowek piersi, z złotym amuletem na szyi i sztyletem u boku. Warkocz rudego włosa, zielone oczy, blade usta. Postarała się wyprostować, unieść podbródek. Dumnie – rozkazała sobie. Nie jak dziewczyna, którą właśnie oglądano nago. Jak czarodziejka.
Odwróciła się do Chelii.
— Zajmijmy się teraz tym, co będzie mi potrzebne w podróży.
Chelia skinęła głową, choć jej spojrzenie wciąż wracało do rozcięć szaty i do miejsca, gdzie dekolt odsłaniał skórę. Poprowadziła Avenę do kolejnego pomieszczenia – chłodniejszego, pachnącego skórą, metalem i suchym ziarnem.
Sakwy z złotem były ciężkie, solidne, z grubego płótna wzmocnionego skórą. Ale ważniejsze były listy kredytowe – cienkie pergaminy sygnowane pieczęcią Rodu Velrogin, czerwonym woskiem z wyobrażeniem wagi. Chelia wyjaśniła, że kantory tego rodu znajdowały się w każdym większym mieście znanego świata. Listy były wygodniejsze niż ciężkie monety. Dorzuciła jeszcze sakiewkę z srebrem i brązem na drobne wydatki – na chleb, nocleg, przekupienie straży.
Ubrania. Większość wygodnych, podróżnych: solidne spodnie z ciemnego sukna, tuniki z grubego lnu, skórzane kaftany. Ale Avena nie mogła się powstrzymać. Wzięła też kilka sukien – jedną z głębokiego błękitu z haftem srebrnych liści, drugą z czarnego jedwabiu, prawie zbyt wyzywającą. Nie wiem, czy kiedykolwiek je włożę – pomyślała. Ale chcę je mieć.
Przybory higieniczne: grzebień z kości, małe lusterko, mydło pachnące lawendą, flakonik olejku. Koce – grube, wełniane, pachnące owczą wełną. Ciepły płaszcz z ciemnego sukna podszyty futrem i drugi, lżejszy, na cieplejszy klimat, z cienkiej wełny w kolorze piasku.
Chelia przeszła wzrokiem po stosie rzeczy i skinęła głową.
— Będziesz musiała zabrać ze sobą jucznego konia. Jednego nie wystarczy. Może nawet dwa.
Gdy wszystko było już wybrane i spisane, Chelia przysunęła się bliżej. Jej dłoń pogładziła Avenę po ramieniu – powoli, prawie czule. Ciepło jej dłoni przeniknęło przez cienki materiał szaty.
— Właściwie… szkoda, że opuszczasz mury Zgromadzenia — powiedziała cicho. — Chciałabym cię bliżej poznać.
Avena poczuła, jak po jej ciele przebiega dreszcz. Dotyk Chelii był przyjemny. Zbyt przyjemny. Między nogami znów pojawiło się znajome ciepło. Delikatnie, niemal niedostrzegalnie, odsunęła się o pół kroku, nie dając po sobie poznać, jak bardzo ten prosty gest ją podniecił.
— Jak mam to wszystko zabrać? — zapytała spokojnym głosem.
Na twarz Chelii natychmiast powrócił profesjonalizm. Odwróciła wzrok, poprawiła lawendową suknię.
— Jutro rano wszystko będzie spakowane i przytroczone do koni. Przy bramie wschodniej. Nie spóźnij się.
Avena skinęła głową.
— Dziękuję, Chelio.
Odwróciła się i wyszła z ciemnych korytarzy składnicy. Ciepłe, złociste światło dziedzińca uderzyło ją w twarz. Wiatr znad jeziora poruszył rozcięcia jej zielonej szaty, odsłaniając na moment smukłe nogi. Avena stanęła na kamieniach, czując na sobie pierwsze spojrzenia przechodniów – już nie na nagie ciało, lecz na kobietę, która wyglądała władczo.
Avena kroczyła swobodnie przez dziedzińce i korytarze zamku, kierując się w stronę wieży, w której przez dziesięć lat mieściła się jej komnata. Pastelowozielona szata falowała wokół jej nóg przy każdym kroku, rozcięcia odsłaniając smukłe uda, a srebrny pas brzęczał cicho. Ubranie dodawało jej pewności siebie – czuła się inna niż rano, kiedy szła naga pod spojrzeniami wszystkich. Podniecenie, które wtedy czuła, wciąż tliło się gdzieś głęboko, ale teraz było przykryte warstwą godności.
Rozmyślała o podróży. Góry, morza, puszcze, kraje ogarnięte wojną… tysiące kilometrów samej. Niepewność gryzła ją od środka. Czy naprawdę dam radę? I czy… czy ktoś jednak pójdzie ze mną? Arcymistrzyni wspomniała, że być może przydzielą jej towarzystwo. Myśl ta kiełkowała nieśmiało, jak delikatne światło w ciemności.
Dotarła do znanych drzwi. Otworzyła je bez wahania.
Komnata była niemal pusta. Zniknęły jej zwoje, flakoniki, skromne rzeczy osobiste. Na wąskim łożu siedziała mała dziewczynka. Miała może osiem lat, drobne, chude ciałko, czarne, proste włosy sięgające ramion i delikatną, bladą buzię o wielkich, ciemnych oczach. Ubrana była w prostą, szarą tunikę nowicjuszki, zbyt dużą na jej ramiona. Na widok Aveny zerwała się na równe nogi, jakby spodziewała się kary.
— Czym mogę pomóc, Mistrzyni? — zapytała przestraszonym, cienkim głosikiem.
Avena zamrugała. Dopiero po chwili dotarło do niej, że dziewczynka mówi właśnie do niej.
— Co ty tutaj robisz? — zapytała łagodnie.
Dziewczynka przełknęła ślinę.
— Mieszkam… Rankiem kazano mi przenieść swoje rzeczy do tej komnaty. Powiedzieli, że poprzednia lokatorka… już nie wróci.
Avena poczuła dziwny ucisk w piersi. Spojrzała na małą, zagubioną postać i nagle przypomniała sobie siebie – ośmioletnią, wystraszoną, pozbawioną wspomnień, wrzuconą w ten kamienny świat pełen reguł i eliksirów. Kiedyś to byłam ja – pomyślała z nagłą jasnością. Taka sama. Oderwana od wszystkiego, co znałam. Bez rodziców. Bez przeszłości.
Uklękła, by znaleźć się na wysokości dziewczynki.
— Jak masz na imię? I jak długo tu jesteś?
— Jomali… — odpowiedziała cicho, wciąż przestraszona. — Jestem tu od miesiąca. A… a czy to normalne, że nic nie pamiętam? Czy ja… miałam rodziców? Przecież każde dziecko powinno mieć rodziców, prawda?
Serce Aveny topniało. Widziała w tych wielkich oczach własne, dawne zagubienie. Położyła delikatnie dłoń na ramieniu dziewczynki.
— Teraz masz szansę stać się kimś wielkim — powiedziała miękko. — A może nawet z czasem szczęśliwym. Musisz tylko być posłuszna i uczyć się pilnie. Reszta przyjdzie sama. Wspomnienia… czasem wracają. A czasem lepiej, że nie.
Jomali przez chwilę milczała, potem jakby sobie przypomniała coś ważnego.
— Miałam… miałam panią zaprowadzić do nowej komnaty. Kazali mi.
Avena skinęła głową i wstała. Dziewczynka ruszyła przodem, prowadząc ją wąskimi korytarzami, które Avena znała tylko z rzadka. Tutaj ściany były gładziej otynkowane, pochodnie paliły się jaśniejszym, magicznie podtrzymywanym płomieniem, a powietrze pachniało drożej – woskiem, ziołami i delikatną wonią kadzidła. Światło padało cieplejsze, złociste, odbijając się od polerowanych kamieni podłogi. Im dalej szli, tym bardziej korytarze stawały się szersze, a drzwi – ozdobniejsze, z rzeźbionymi runami, które lekko pulsowały błękitem.
Wreszcie stanęły przed ciężkimi drzwiami z ciemnego dębu, okutymi srebrem. Jomali wskazała je nieśmiało.
— Tutaj, Mistrzyni.
Avena położyła jej dłoń na głowie w geście prawie matczynym.
— Dziękuję, Jomali. Idź już. I ucz się pilnie.
Dziewczynka ukłoniła się szybko i pobiegła z powrotem korytarzem, jej małe stopy cicho stukały o kamień. Avena przez moment patrzyła za nią, czując dziwne, słodkogorzkie echo własnej przeszłości. Potem uniosła dłoń. Drzwi otworzyły się przed nią bez dotknięcia – magia rozpoznała ją jako pełnoprawną czarodziejkę.
Weszła do swojej nowej komnaty.
Avena stanęła w progu i zamrugała, oślepiona jasnością. Nowa komnata była duża – znacznie większa niż jej dawna celka w wieży. Wysokie okna wychodziły na jezioro, wpuszczając szerokie pasma srebrzystego światła, które odbijało się od polerowanych kamiennych podłóg i jasnych, niemal białych ścian. Sufit był sklepiony, ozdobiony subtelnymi runami, które pulsowały blade błękitem. Pośrodku stało szerokie łoże z ciemnego drewna, przykryte grubymi, zielonymi kołdrami i poduszkami haftowanymi srebrnymi nićmi. Przy ścianie – masywne biurko zastawione świeżymi pergaminami, kałamarzami i kryształową kulą. W kącie kominek z czarnego marmuru, w którym tlił się magiczny ogień pachnący sandałem i jałowcem. Dywan pod stopami był miękki, w odcieniach głębokiej zieleni i złota. Wszystko tu pachniało drogo: woskiem, starym drewnem, ziołami i delikatną wonią lawendy.
Avena westchnęła. Cóż, nie zaznam długo tej wygody. Jutro z brzaskiem mam wyjechać.
Do komnaty przylegało mniejsze pomieszczenie – połączenie umywalni i wychodka. Białe kafle, duża miedziana wanna, półki z mydłami, olejkami i ręcznikami. Powietrze było tam wilgotne i pachniało różaną wodą.
Usiadła na brzegu łoża i zaczęła rozmyślać usilnie o zadaniu. Belrania. Chaos. Równowaga. Infiltracja dworu. Tyle słów, a tak mało konkretów. Niepewność ściskała jej gardło.
Od rozmyślań oderwało ją skrzypnięcie drzwi.
Poderwała się na równe nogi.
Do komnaty weszła młoda kobieta. Była sporo niższa od Aveny – może ze sto sześćdziesiąt pięć centymetrów. Miała krótkie, jasne blond włosy przycięte tuż pod brodą, duże, pełne piersi, bladą cerę i wąską talię. Cała buzia i ramiona były gęsto pokryte piegami, które w świetle okien wyglądały jak rozsypane złote pyłki. Ubrana była w luźną, brązową szatę z prostego lnu i skórzane sandały. Wyglądała skromnie, prawie niepozornie, ale w jej jasnych oczach tliła się żywa ciekawość.
— Kim jesteś? — zapytała Avena, wciąż stojąc wyprostowana.
Dziewczyna ukłoniła się lekko.
— Maruna. Przeszłam próby trzy lata temu. Od tamtej pory zajmuję się badaniami w zaciszu biblioteki.
Avena uniosła brwi.
— Jakimi badaniami?
Maruna uśmiechnęła się nieśmiało, a piegi na jej policzkach zrobiły się trochę ciemniejsze.
— Ograniczenia magii. Jej nowe formy i zastosowania. Ciągle się uczę czegoś nowego. Czasem wydaje mi się, że im więcej wiem, tym mniej rozumiem.
— To nawet ciekawe — przyznała Avena. — Ale co ty ode mnie chcesz?
Maruna przełknęła ślinę.
— Dostałam polecenie towarzyszenia ci w podróży.
Avena przez chwilę milczała, układając sobie wszystko w głowie.
— W takim razie… to ty masz badać moje zdolności.
Maruna przytaknęła, ale jej uśmiech zgasł.
— Nikt nie chciał mi nic wyjaśnić. Mam więcej pytań niż odpowiedzi. Wiem tylko, że mam iść z tobą i… obserwować.
Avena nagle parsknęła cichym śmiechem. Był w nim gorycz i ulga jednocześnie.
— Mnie też nikt niczego nie wyjaśnił. — Usiadła z powrotem na łożu i wskazała miejsce obok siebie. — Siadaj. Opowiem ci, co się stało podczas moich prób uległości. Może to ci trochę rozjaśni.
Maruna usiadła, a Avena zaczęła mówić. Opowiadała o Kaliokratesie i biczu, o krwi i ranach, o Samirze i zielonobrązowej poświacie, o piersiach wypełniających się mlekiem, o brzuchu rosnącym jak u ciężarnej, o ciemności, która wyszła z niej i wróciła, o zębach zatopionych w piersi, o srebrzystym świetle, które wszystko zaleczyło. Potem o Vensurze, o defloracji, o bólu mieszającym się z rozkoszą, o orgazmie, który niemal zmiażdżył mu członka, o piorunie Arcymistrzyni. Mówiła spokojnie, ale szczegółowo, nie pomijając ani strachu, ani upokorzenia, ani dziwnego, zdradzieckiego podniecenia, które czuła.
Maruna słuchała z otwartymi ustami. Jej duże piersi unosiły się szybciej.
— To… — wyszeptała w końcu, a w głosie miała czystą ekscytację badaczki. — To niesamowite. Moje próby były zdecydowanie łagodniejsze. Owszem, zostałam pobita. Zgwałcona. Ale nic porównywalnego do tego, co ty przeżyłaś za przyczyną Samiry. U ciebie… u ciebie magia sama się przebiła przez wszystko.
Avena przyglądała się jej uważnie. Maruna siedziała blisko, pachniała papierem, atramentem i lekką, czystą wonią mydła. W obecności tej skromnej, piegowatej kobiety Avena nagle poczuła falę podniecenia. Nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, że Maruna patrzyła na nią jednocześnie jak na obiekt badawczy i jak na atrakcyjną młodą dziewczynę. Jej jasne oczy ślizgały się po dekolcie zielonej szaty, po rozcięciach odsłaniających uda, po złotym amulecie na szyi.
Dlaczego mnie to podnieca? – myślała Avena z wahaniem. Ona jest taka… zwyczajna. A jednak.
Chciała ją poznać lepiej.
— Może… lepiej się poznamy — zaproponowała cicho. — Skoro mamy spędzić razem tyle czasu.
Maruna poderwała wzrok. Jej jasne oczy spotkały się z zielonymi oczami Aveny i pozostały tak – szeroko otwarte, pełne nagłego, wzajemnego zainteresowania.
Avena i Maruna siedziały na szerokim łożu jeszcze długo. Światło za oknami powoli miękło, przechodząc z srebrzystego w ciepły, złocisty zmierzch. Magiczny ogień w kominku trzaskał cicho, wypełniając komnatę zapachem sandału i jałowca. Avena mówiła, Maruna słuchała, potem role się odwracały. Z każdą chwilą Avena coraz wyraźniej oceniała towarzyszkę.
Maruna była cicha. Fascynatka tego, co nieznane – jej oczy zapalały się za każdym razem, gdy rozmowa schodziła na magię, na ograniczenia, na rzeczy, których jeszcze nikt nie zrozumiał. Jednocześnie była zupełnie nieświadoma tego, co działo się dookoła niej. Nie zauważała spojrzeń, nie wyczuwała napięć, nie czytała między wierszami. A jednak była serdeczna. Otwarta na nadejście nowych wyzwań. Uśmiechała się łatwo, a piegi na jej policzkach robiły się ciemniejsze, gdy się rumieniła.
Będzie miłą towarzyszką – myślała Avena. Ale małą pomocą w podróży. Raczej ktoś, kogo trzeba będzie chronić, niż ktoś, kto ochroni mnie.
W końcu, gdy rozmowa na moment przycichła, Avena zapytała wprost:
— A ty… po przejściu prób… też przeżywałaś podniecenie?
Maruna spuściła wzrok. Jej palce bawiły się brzegiem brązowej szaty.
— Tak — odpowiedziała cicho. — Ale… ja nigdy nie miałam śmiałości, żeby się z kimś kochać. Dlatego… zaspokajam się sama.
Avena poczuła, jak coś ciepłego przechodzi jej przez brzuch. Pogadały jeszcze chwilę – o bibliotece, o starych zwojach, o tym, jak Maruna spędzała noce pochylona nad pergaminami – aż wreszcie blondynka wstała.
— Jutro rano będę gotowa — powiedziała, uśmiechając się nieśmiało. — Przy bramie wschodniej.
Avena skinęła głową. Maruna wyszła, a drzwi zamknęły się za nią z cichym kliknięciem.
Komnata nagle wydała się zbyt cicha. Zbyt duża. Avenie nie dawało spokoju to, co Maruna powiedziała. Zaspokaja się sama. Słowa te krążyły jej po głowie, mieszając się z wspomnieniem Vensura, z uczuciem wypełnienia, z orgazmem, który prawie go zmiażdżył.
Powoli, prawie nieśmiało, zadarła swoją pastelowozieloną szatę. Materiał ześlizgnął się po udach, odsłaniając rude meszki i już wilgotną cipkę. Badawczo, czubkiem palca, dotknęła warg. Były ciepłe, śliskie. Przyjemność przebiegła jej po kręgosłupie jak delikatna iskra.
Zaczęła pocierać. Rozprowadzała wilgoć okrężnymi ruchami, najpierw delikatnie, potem coraz śmielej. Łechtaczka twardniała pod jej palcem, a soki spływały po pośladkach, pachnąc ostro i słodkawo – zapachem jej własnego ciała, którego nigdy wcześniej tak świadomie nie czuła. W końcu odważyła się. Wsunęła do środka dwa palce.
Przeszył ją dreszcz.
Było ciasno. Gorąco. Ścianki pochwy objęły jej palce chciwie. Wkładała je i wyjmowała, naśladując ruchy, które pamiętała – głębokie, rytmiczne pchnięcia Vensura. Czuła wypełnienie i jednocześnie narastającą przyjemność. Penetrowała się coraz szybciej, kciukiem ocierając łechtaczkę, aż biodra same zaczęły się unosić naprzeciw dłoni.
To… to jest dobre – myślała gorączkowo. Lepsze niż się bałam. I gorsze, bo chcę więcej.
Skurcze przyszły nagle. Zacisnęła uda na swojej dłoni, nie przestając poruszać palcami. Pochwa pulsowała, zaciskała się rytmicznie, a fale rozkoszy rozchodziły się po całym ciele – od cipki aż po sutki, po czubki palców u stóp, po końce rudego warkocza. Orgazm był równie intensywny jak ten w komnacie Rady – biały, oślepiający, wszechogarniający. Avena ugryzła się w dolną wargę, by nie krzyknąć, i poczuła metaliczny smak krwi na języku.
Opadła zmęczona na łoże, wciąż z dłońmi między nogami, sapając. Szata była zmięta, uda mokre, a w powietrzu unosił się gęsty, intymny zapach jej spełnienia.
Może… warto byłoby przeżyć coś prawdziwego – myślała, wpatrując się w sklepiony sufit. Z kimś. Nie tylko z własnymi palcami.
Zmęczenie, próby, niepewność i właśnie przeżyta rozkosz spowiły ją jak ciepły koc. Powieki stały się ciężkie. Avena nie zdążyła nawet poprawić szaty. Zasnęła.
Avenę obudziło szturchanie w ramię. Zerwała się na równe nogi tak gwałtownie, że zielona szata ześlizgnęła się jej z ramienia, odsłaniając pierś. Nad łożem stał Vensur. W blasku pierwszych, jeszcze szarych promieni światła wpadających przez wysokie okna jego złota zbroja migotała matowo. Uśmiechał się lubieżnie, a oczy miał ciemne od pożądania.
— Ładnie śpisz — powiedział niskim, aksamitnym głosem. — Tak z rozrzuconymi udami i ręką wciąż między nogami… Chętnie zająłbym się twoją cipką, póki tak spałaś. Ale niestety niebawem będzie świt, a ty musisz przygotować się do podróży.
Avena poczuła, jak policzki jej płoną. Upokorzenie walczyło z podnieceniem tak gwałtownie, że na moment zabrakło jej tchu. Między nogami wciąż była wilgotna po nocnym spełnieniu, a teraz, pod jego spojrzeniem, wilgoć stała się jeszcze wyraźniejsza. Widział mnie. Widział, jak spałam z ręką w cipce. I mówi o tym tak, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Vensur buchnął głośnym śmiechem.
— Spokojnie. Miałem cię tylko obudzić i przynieść podróżne ubranie. — Uniósł rękę, w której trzymał zwinięty pakunek z ciemnego sukna. Potem, bez ostrzeżenia, złapał ją za pierś przez cienki materiał szaty i delikatnie ścisnął. Sutek stwardniał natychmiast pod jego palcami. — Mmm… wciąż wrażliwa.
Nagle wyraz jego twarzy zmienił się. Lubieżność ustąpiła miejsca czemuś łagodniejszemu, niemal poważnemu.
— Nie miej mi za złe tego, co wydarzyło się podczas prób uległości — powiedział ciszej. — Każdy z nas miał cię przetestować na swój sposób. Ja po prostu robiłem to, co do mnie należało. — Uśmiechnął się krzywo. — Zastrzegam jednak, że nie bez przyjemności. Przynajmniej do pewnego momentu.
Avena przełknęła ślinę. Wciąż czuła ciepło jego dłoni na piersi, nawet gdy już ją puścił.
— Nie mam żalu — odparła spokojnie. — Rozumiem twoją rolę.
Vensur skinął głową. Na moment w jego oczach mignęło coś, co mogło być szacunkiem.
— W takim razie będę czekał na dziedzińcu.
Wyszedł, zamykając za sobą drzwi z cichym, ostatecznym kliknięciem. W komnacie zapachniało nagle metalem jego zbroi i lekką, męską wonią skóry.
Avena stała nieruchomo, czując, jak podniecenie pulsowało jej między nogami. Wilgoć spływała już po wewnętrznej stronie ud. Dlaczego on wciąż na mnie tak działa? Po tym wszystkim? Otrząsnęła się gwałtownie. Nie było czasu.
Zerwała z siebie wczorajszą szatę. Materiał opadł na podłogę bezszelestnie. Naga, podeszła do pakunku, który zostawił Vensur. Rozwinęła go. W środku leżały solidne, podróżne ubrania pachnące skórą, lnem i lekką nutą wosku.
Najpierw włożyła białą, obcisłą koszulę z głębokim dekoltem. Materiał przylegał do piersi, podkreślając ich kształt. Potem wciągnęła obcisłe bryczesy w kolorze butelkowej zieleni – sukno było elastyczne, dobrze leżało na biodrach i udach. Buty do konnej jazdy były z ciemnej, miękkiej skóry, sięgały do kolan i miały solidne zapięcia. Wsunęła w nie stopy, czując, jak skóra obejmuje łydki. Medalion równowagi – złote szale wagi w kole jedności – zawisł jej na szyi, ciężki i ciepły. Koszulę wpuściła w spodnie, przypięła pas ze zdobionym sztyletem. Włosy splotła w gruby, ciasny warkocz, który spłynął jej aż do połowy pleców.
Podeszła do lustra. W bladym, porannym świetle zobaczyła kobietę gotową do drogi: wysoką, smukłą, z dumnie uniesioną głową, w praktycznych, a zarazem dobrze leżących ubraniach. Sztylet u boku. Amulet na piersi. Zielone oczy pełne niepewności.
Lepiej chyba nie będzie – pomyślała. Westchnęła ciężko. Przed nią było nieznane. Góry, morza, wojny, Chaos. Belrania. I Maruna, która miała ją obserwować. Strach przed tym wszystkim ściskał jej żołądek, ale jednocześnie coś innego – dziwna, uparta determinacja – kazało iść naprzód.
Wyszła z komnaty. Korytarze były jeszcze puste, oświetlone tylko blade błękitnym światłem runów. Powietrze pachniało chłodnym kamieniem i dogasającymi pochodniami. Avena szła szybkim, pewnym krokiem, bryczesy szeleszcząc cicho, buty stukając o kamień. Z każdym poziomem schodów światło stawało się jaśniejsze. Wreszcie otworzyła ciężkie drzwi prowadzące na zewnątrz.
Na dziedzińcu Avena zastała ich wszystkich. Vensur stał oparty o mur w pełnej złotej zbroi, Samira w swoich bryczesach i zielonym kaftanie miała skrzyżowane ramiona, a obok nich – ku zaskoczeniu Aveny – znajdowała się sama Arcymistrzyni. Czarne włosy Arcymistrzyni falowały lekko w porannym wietrze, a prosta szara szata wydawała się niemal świetlista w chłodnym, srebrzystym świetle brzasku. Nigdzie jednak nie było widać Maruny.
Dziedziniec tętnił życiem mimo wczesnej godziny. Służba krzątała się z koszami i wiadrami, stajenni w skórzanych fartuchach przytrzymywali konie, strażnicy w ciemnych płaszczach stali przy bramie, obserwując wszystko czujnym wzrokiem. Powietrze było chłodne, pachniało wilgotnym kamieniem, końskim potem, skórą, sianem i distantnym dymem z kuchni. Chłód poranka przenikał przez cienką białą koszulę Aveny, a jednak w jej piersi tliło się dziwne, nerwowe podekscytowanie podróżą.
Stajenni trzymali cztery konie. Dwa były osiodłane – solidne, ciemnobrązowe wierzchowce o spokojnym usposobieniu, z głębokimi siodłami podróżnymi, szerokimi strzemionami i skórzanymi sakwami przytroczonymi do tyłu. Pozostałe dwa były juczne, objuczone starannie zapakowanymi bagażami: skórzanymi sakwami, zwiniętymi kocami, płóciennymi workami i drewnianymi skrzynkami zabezpieczonymi rzemieniami. Wszystko pachniało woskowanym płótnem, skórą i suchym ziarnem.
Avena podeszła prosto do Arcymistrzyni. Na usta cisnęło się jej wiele pytań – o Belranię, o Chaos, o to, co naprawdę ma robić, o to, czy ktoś będzie ją chronił – ale wiedziała, że to nie ma sensu. Zamiast tego skłoniła głęboko głowę.
— Jestem gotowa — oświadczyła spokojnie.
Arcymistrzyni uśmiechnęła się łagodnie, choć w bursztynowych oczach tliła się niepewność.
— Nikt tak naprawdę nie jest gotowy, Aveno — odparła miękko. — Ale wierzę, że zrobisz to, czego będzie wymagała od ciebie sytuacja. Cokolwiek to będzie.
Samira skinęła głową, a jej głos był rzeczowy:
— Raz w tygodniu ktoś ze Zgromadzenia będzie się z tobą kontaktował we śnie. To pozwoli na minimum wymiany informacji. Magia snów nie jest ani trudna, ani efektowna, ale użyteczna. Znasz ją.
Avena tylko kiwnęła głową. Znała. Wystarczyło zasnąć z odpowiednim skupieniem i symbolem, a łączność nawiązywała się sama.
Rozejrzała się bezradnie. Wciąż nigdzie nie było Maruny. Niepewność ścisnęła jej gardło. A jeśli jednak nie przyjdzie? Jeśli zostawią mnie samą?
Vensur domyślił się, co nią tarza. Uśmiechnął się szyderczo, a jego spojrzenie – jak zwykle – ześlizgnęło się po obcisłych bryczesach Aveny, po zarysie bioder i piersi pod białą koszulą.
— Pewnie usiłuje zapakować całą bibliotekę — rzucił z drwiącym rozbawieniem. — Znam te typy. Jedna półka to za mało, trzeba jeszcze trzy skrzynie na „niezbędne” zwoje.
Jakby na potwierdzenie jego słów, z kierunku składnicy pojawiła się Maruna.
Szła szybkim krokiem, objuczona sporą, ciężką torbą z brązowej skóry, która wyraźnie ciągnęła jej ramię w dół. Miała na sobie prawie to samo co Avena: obcisłe bryczesy w kolorze ciemnej czerwieni, które ładnie opinały jej bardzo kształtne, pełne pośladki i uda, białą koszulę wpuszczoną w spodnie i solidne, sięgające do kolan buty. Krótkie blond włosy były jeszcze bardziej zmierzwione niż zwykle, a piegi na buzi i ramionach wyraźnie odcinały się w porannym świetle. Torba bulgotała przy każdym kroku – Avena mogła się założyć, że środku było co najmniej kilka grubych ksiąg.
Avena poczuła, jak coś ciepłego przechodzi jej przez brzuch. Ma naprawdę ładną pupę… Pomyślała to mimochodem, a podniecenie, które Vensur obudził w niej jeszcze w komnacie, dało o sobie znać na nowo.
Maruna dołączyła do reszty magów, sapając lekko i poprawiając pasek torby na ramieniu.
Arcymistrzyni spojrzała najpierw na Avenę, potem na Marunę. Jej bursztynowe oczy były poważne.
— Dbajcie o siebie nawzajem — powiedziała stanowczo. — Chrońcie się przed każdym zagrożeniem, jakie napotkacie. Najważniejsze jest, żebyście w końcu dotarły do celu. Wszystko inne jest drugorzędne.
Avena kiwnęła głową. W jej piersi tliła się mieszanka determinacji i niepewności.
Maruna natomiast nie potrafiła powstrzymać pytań. Podeszła bliżej, torba z księgami wciąż ciążyła jej na ramieniu.
— Ale na co dokładnie mam uważać? — dopytywała natarczywie. — Co mam obserwować? Jakie znaki? Jakie anomalie? Czy chodzi o magię Aveny, czy o coś w Belranii, czy o Chaos? Muszę wiedzieć, na czym się skupić!
Arcymistrzyni uniosła dłoń, ucinając jej słowa.
— Szczerze? Sama nie mam pojęcia — odparła. — Musisz mieć oczy szeroko otwarte, Maruno. Najmniej istotny szczegół może się potem okazać kluczowy. Zapisuj wszystko. Absolutnie wszystko.
Avena słuchała w milczeniu. Skoro Maruna ma mnie obserwować… to może to, co stało się podczas prób, było tylko anomalią. Jednorazowym wybuchem. Może w drodze okaże się, że jestem zupełnie zwyczajna. Myśl ta była jednocześnie uspokajająca i niepokojąca.
Samira wtrąciła się cicho:
— Wszystko jest możliwe. Ale coś mi mówi, że jednak nie będzie to takie proste.
Vensur w tym czasie nachalnie wpatrywał się w pośladki Aveny obciągnięte butelkowozielonymi bryczesami. Uśmiechał się pod nosem, nie starając się nawet ukryć zainteresowania.
Arcymistrzyni popędziła je:
— Im wcześniej wyruszycie, tym więcej drogi przebędziecie w ciągu dnia. Ruszajcie.
Avena i Maruna podeszły do koni. Każda wzięła wodze swojego wierzchowca; oba były połączone postronkami z jucznymi końmi. Zwierzęta parskały, wydychając obłoki pary w chłodne poranne powietrze. Avena poczuła znajomy zapach końskiej skóry i siana.
Straż przy bramie zaczęła działać. Najpierw odezwał się niski, metaliczny zgrzyt. Ciężka, żelazna krata – gruba na grubość ramienia, z ostro zakończonymi zębami u dołu – zaczęła się unosić. Łańcuchy grzechotały, koła zębate w murze skrzypiały, a krata powoli, centymetr po centymetrze, wjeżdżała w kamienny strop bramy. Gdy znalazła się wystarczająco wysoko, dwa ogromne, okute żelazem skrzydła bramy otworzyły się na zewnątrz z głębokim, ciężkim hukiem, odsłaniając widok na przystań.
Zaraz za bramą leżała przystań. Szerokie, drewniane pomosty, cumownicze pale, zapach jeziornej wody i wodorostów. Jezioro Wermile było o tej porze dnia prawie czarne, tylko tafla falowała lekko pod chłodnym wiatrem. Na przeciwległym brzegu majaczyły niskie wzgórza i droga prowadząca w głąb lądu. Prom – duży, płaskodenny, napędzany zarówno wiosłami, jak i magią – niedawno dopiero odbił od przystani i był już w połowie drogi, powoli oddalając się od wyspy.
Vensur westchnął.
— Trzeba poczekać. Następny prom będzie za dobrą godzinę.
Avena potrząsnęła głową. Podeszła bliżej brzegu. Chłód wody uderzył ją w twarz. Zamknęła oczy i skupiła wolę.
Woda jeziora wzburzyła się. Najpierw tylko lekkie fale, potem coraz silniejsze wiry. Z tafli zaczęła unosić się ciecz – gęsta, posłuszna, formująca się w szeroki, równy pas. Avena uniosła obie dłonie. Woda stężała, skrystalizowała się, zamarzła. W ciągu kilkunastu sekund nad jeziorem rozpostarł się most – misterna, ażurowa konstrukcja z czystego, przezroczystego lodu, długa na ponad kilometr. Filary schodziły głęboko w wodę, a jezdnia była na tyle szeroka, by spokojnie przejść dwa konie obok siebie. Lód lśnił w porannym świetle jak szkło, a w jego wnętrzu migotały blade, błękitne żyłki magii.
Maruna stanęła z otwartymi ustami.
— Na… na wszystkie runy…
Vensur i Samira też wyglądali na zszokowanych. Tylko Arcymistrzyni patrzyła na to spokojnie, niemal z oczekiwaniem.
— Jeszcze raz — powiedziała cicho. — Uważajcie na siebie.
Avena i Maruna dosiadły koni. Avena pierwsza skierowała swojego wierzchowca na lodowy most. Kopyta stuknęły o lód – dziwnie głucho, ale pewnie. Maruna, wciąż blada z wrażenia, podążyła za nią. Juczne konie szły posłusznie z tyłu.
Most przyjmował ich ciężar bez najmniejszego trzasku. Z każdym metrem oddalali się od wyspy, od Arcymistrzyni, od Vensura i Samiry. Wiatr nad jeziorem był ostrzejszy, zimniejszy. Avena czuła go na policzkach i wciąż nie mogła uwierzyć, że właśnie to zrobiła.
Były już daleko, gdy za nimi, na brzegu, Vensur odezwał się niskim, pełnym niedowierzania głosem:
— Ile ona… ile mocy w niej siedzi?
Samira odpowiedziała cicho:
— Na szczęście nie jest świadoma swojego pochodzenia.
Arcymistrzyni przez chwilę milczała, wpatrując się w dwie odległe sylwetki na lodowym moście. Wreszcie wyszeptała, prawie bezgłośnie:
— Dla całego świata lepiej, żeby nigdy się nie dowiedziała prawdy.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Pumciak
Super opowiadanie czekam na jeszcze