
Komnata, w której mieszkała od lat, była skromna, jak wszystkie cele akolitów Zgromadzenia Czarnoksiężników. Kamienne ściany pokryte były cienką warstwą tynku, w niektórych miejscach popękanego i odsłaniającego surowy granit. Jedno wąskie okno wychodziło na jezioro Wermile, którego tafla lśniła w porannym świetle jak ciecz z żywego srebra. Pod oknem stał prosty stół z ciemnego dębu, na którym leżały zwoje pergaminu, kałamarz z czarnym atramentem i kilka małych flakoników z eliksirami – te same, które piła każdego ranka od ósmego roku życia. W kącie, przy ciężkiej dębowej skrzyni, wisiało lustro w metalowej ramie, nieco krzywe, jakby ktoś je kiedyś uderzył. Podłoga była chłodna, z szarych płyt, a na środku leżał niewielki dywanik z wełny, wytarty już prawie do nitek.
Avena uniosła się na łokciach. Głowa zabolała ją ostrym, pulsującym bólem – pozostałością po wczorajszych próbach. Przypomniała sobie wszystko z nagłą, bolesną klarownością.
Próby odbywały się w podziemnej sali rytualnej, wykutej głęboko w skale pod zamkiem. Sala była okrągła, o ścianach pokrytych starożytnymi runami, które pulsowały blade błękitnym światłem. W centrum stał krąg z czarnego kamienia, a wokół niego siedzieli mistrzowie w długich, czarnych szatach z kapturami. Najwyższa Rada obserwowała z galerii.
Najpierw przyszła próba ognia. Avena stanęła naga – tak nakazywał rytuał, by nic nie tłumiło magii – i zamknęła oczy. Siłą woli wywołała ciepło w dłoniach, potem żar, aż wreszcie z jej otwartych dłoni wystrzeliły kule ognia, czerwono-pomarańczowe, wirujące, które posłała w kierunku kamiennych tarcz. Ogień tańczył posłusznie, formował się w kształty, gasł i zapalał się na jej komendę. Mistrzowie kiwali głowami.
Potem woda. Z kamiennej misy uniosła się ciecz, skrystalizowała w powietrzu w ostre, przezroczyste ostrza, potem w falę, która owinęła się wokół jej ciała jak żywy wąż, nie mocząc skóry, lecz tylko dotykając. Avena poczuła wtedy zimno, które przeniknęło do kości, ale nie pozwoliła sobie na drżenie.
Wiatr przyszedł trzeci. Powietrze w sali zawirowało, uniosło jej rude, prawie pomarańczowe włosy, które sięgały jej aż do kolan, i uniosło ją lekko nad ziemię. Panowała nad każdym podmuchem, formowała je w ściany, w ostrza, w delikatne poduszki, które mogłyby unieść piórko albo zmiażdżyć kamień.
Ostatnia była próba lodu i życia. Przed nią postawiono małe, żywe stworzenie – jaszczurkę z jeziora. Avena wyciągnęła rękę i zamroziła je w okamgnieniu, pokrywając cienką, kryształową skorupą, która nie zabiła, lecz tylko uśpiła. Potem, siłą woli, roztopiła lód i przywróciła zwierzęciu pełną ruchomość. To było najtrudniejsze. Wymagało precyzji, której nie dało się oszukać.
Gdy skończyła, nogi się pod nią ugięły. Upadła na kamienną podłogę, nieprzytomna. Zapamiętała jeszcze tylko, jak ktoś ją podnosił, jak jej ciało było lekkie i bezwładne, jak niesiono ją po schodach wieży.
Teraz leżała naga i patrzyła na siebie.
Nigdy wcześniej nie widziała siebie tak. Od ósmego roku życia nosiła pas cnoty – metalową, chłodną konstrukcję, która szczelnie zamykała jej krocze, pozwalając jedynie na podstawowe potrzeby fizjologiczne. Codziennie rano piła eliksir, który tłumił każdy ślad pożądania, każdy impuls ciała. Wspomnienia sprzed szkoły były wymazane. Wiedziała tylko, że była dzieckiem, gdy odkryto w niej moc, i że od tej pory należała do Zgromadzenia.
Avena usiadła na brzegu łoża i spuściła nogi na zimną podłogę. Była wysoka – sto osiemdziesiąt centymetrów – i bardzo chuda. Kości bioder wystawały wyraźnie pod skórą, żebra zarysowywały się przy każdym oddechu. Nogi były długie, kościste, z cienkimi łydkami i wąskimi kolanami. Stopy miała małe, o delikatnych, prawie dziewczęcych kształtach, z krótkimi paznokciami.
Powoli wstała i podeszła do lustra.
Twarz, którą zobaczyła, była blada, z delikatnymi rysami. Zielone oczy – jasne, jak liście wiosennego bluszczu – były duże i lekko zapadnięte od zmęczenia. Brwi rude, cienkie, nos prosty, usta pełne, ale blade, bez śladu koloru. Włosy, rude, wręcz pomarańczowe, spływały jej po plecach aż do kolan, gęste, lekko falujące, jeszcze nieuczesane po nocy.
Piersi. Avena uniosła ręce i delikatnie ich dotknęła. Były niewielkie, prawie dziewczęce, ale kształtne – okrągłe, z różowymi sutkami, które lekko stwardniały od chłodnego powietrza komnaty. Skóra na nich była gładka, biała, bez żadnych śladów. Nigdy wcześniej nie oglądała ich tak uważnie. Przesunęła palcami po dolnej krzywiźnie, poczuła miękkość i lekki ciężar.
Potem spuściła wzrok niżej.
Między nogami, tam gdzie przez lata był tylko metal, teraz była naga skóra. Cipka. Avena rozstawiła nieco nogi i pochyliła się, patrząc w lustro. Wzgórek łonowy był pokryty gęstym, rudym meszkiem – takim samym kolorem jak włosy na głowie. Włoski były miękkie, lekko kręcone, i otaczały delikatne, różowe wargi. Z ciekawości, której nigdy wcześniej nie doświadczyła, rozchyliła je delikatnie dwoma palcami. Wewnątrz była wilgotna, różowa, ciepła. Łechtaczka, mała i ukryta, lekko wystawała spod fałdki. Avena poczuła dziwne, nieznane mrowienie, gdy jej palec otarł się o nią przypadkiem. Odbyt, tuż za nią, też był otoczony rudym meszkiem, ciasny, różowy.
Stała tak przez długą chwilę, oddychając płytko. To ciało było jej, a jednocześnie obce. Przez dziesięć lat było zamknięte, stłumione, kontrolowane. Teraz było wolne. I coś w niej – coś, czego eliksiry nigdy nie zdołały całkowicie zabić – zaczynało się budzić.
Poczuła wilgoć między nogami. Nie była to pot. Było to coś innego, coś ciepłego i śliskiego, co pojawiło się nagle, gdy patrzyła na siebie. Avena zmarszczyła brwi. Nigdy tego nie czuła. Eliksiry miały to uniemożliwiać. A jednak…
Myśli wypełniły jej głowę chaosem.
Co teraz? Najwyższa Rada zdecyduje. Czy zostanę tu, jako pełnoprawna czarodziejka? Czy wyślą mnie gdzieś indziej? Czy… czy zdejmą pas na zawsze? Czy podadzą mi eliksiry dalej? A jeśli nie? Co zrobię z tym… z tym, co czuję teraz? To jest niebezpieczne. To jest zabronione. Ale jestem już pełnoletnia. Skończyłam osiemnaście lat. Przeszłam próby. Jestem silna. Siłą woli rzucałam kulami ognia. Zamrażałam żywe istoty. Panowałam nad wiatrem i wodą. A jednak stoję tu naga i nie wiem, co zrobić z własnym ciałem.
Niepewność gryzła ją od środka. Zgromadzenie nigdy nie tłumaczyło, co dzieje się z tymi, którzy przeszli ostateczne próby. Niektórzy zostawali nauczycielami. Inni znikali. Jeszcze inni wracali do świata zewnętrznego, ale już zmienieni, z mocą i z regułami wypisanymi w umyśle.
Avena odetchnęła głęboko. Sięgnęła po krótką szatę, która leżała na skrzyni – lnianą, szarą, sięgającą tylko do połowy uda. Przepasała ją prostym sznurem. Włosy zostawiła rozpuszczone. Na stopy włożyła proste skórzane sandały.
Jeszcze raz spojrzała w lustro. Zielone oczy patrzyły na nią z powagą i strachem jednocześnie. Piersi lekko unosiły się pod cienką tkaniną. Między nogami nadal czuła tę dziwną, ciepłą wilgoć.
Otworzyła drzwi komnaty. Korytarz wieży był wąski, oświetlony tylko rzadkimi pochodniami. Zeszła po spiralnych schodach, dotykając dłonią zimnego kamienia. Każdy krok odbijał się echem.
Na dole otworzyła ciężkie drzwi prowadzące na dziedziniec.
Dziedziniec zamku Zgromadzenia Czarnoksiężników na wyspie Da'samha był szeroki, wyłożony szarymi płytami, otoczony wysokimi murami z czarnego kamienia. Pośrodku stała studnia z rzeźbionym smokiem, z którego pyska spływała woda do kamiennej misy. Po bokach rosły niskie, przycięte krzewy o ciemnozielonych liściach, a w narożnikach wznosiły się cztery wieże – jedna z nich była jej. Nad wszystkim unosiła się poranna mgiełka znad jeziora Wermile, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci, kamienia i odległego dymu z kuchni. Kilku nowicjuszy w szarych szatach przechodziło akurat z jednej strony na drugą, niosąc kosze z ziołami. Nikt nie spojrzał na Avenę. Albo raczej – nikt nie odważył się spojrzeć zbyt długo.
Avena stanęła na progu, czując chłodny powiew wiatru na nagich łydkach i pod krótką szatą. Wilgoć między nogami była nadal obecna. Serce biło jej mocno.
Wyszła na dziedziniec.
Avena przeszła przez dziedziniec szybkim, niemal sztywnym krokiem. Kamienie pod jej sandałami były jeszcze wilgotne od porannej mgły, a krótka lniana szata unosiła się lekko przy każdym ruchu, odsłaniając smukłe, kościste uda. Włosy, rude jak rozżarzone węgle, spływały jej aż do kolan i falowały za nią jak żywy płaszcz. Serce biło jej mocno – nie z wyczerpania już, lecz z napięcia. Wiedziała, dokąd idzie. Komnata Najwyższej Rady znajdowała się w centralnej wieży zamku, za ciężkimi, okutymi żelazem drzwiami, które otwierały się tylko na wezwanie.
Weszła bez pukania. Tak nakazywał rytuał.
Sala, która się przed nią otworzyła, była olbrzymia. Wysoko sklepione sklepienie znikało w półmroku, podparte smukłymi kolumnami z czarnego granitu, na których wyryto starożytne runy świecące blade błękitnym światłem. Podłoga z polerowanego onyksu odbijała wszystko jak czarne lustro. Wzdłuż ścian, na wysokich, kamiennych tronach ustawionych w półkolu, siedzieli mistrzowie i mistrzynie sztuk magicznych. Było ich kilkunastu. Każdy wyglądał na około trzydzieści lat – twarze gładkie, ciała silne, bez śladu starości. Avena wiedziała, że tak działa magia: im głębiej ktoś w nią wnika, tym dłużej zatrzymuje wygląd młodości. Ona sama, jeśli będzie praktykować dalej, też kiedyś przestanie się starzeć.
Byli różni. Po lewej stronie siedział wysoki mężczyzna o śniadej skórze, w prostej czarnej szacie przepasanej srebrnym sznurem. Obok niego kobieta o włosach koloru miedzi, ubrana w bogatą, ciemnopurpurową suknię z dekoltem odsłaniającym pełne piersi i złotymi haftami na rękawach. Dalej – mistrz w pełnej złotej zbroi, bez hełmu, z długimi blond włosami spiętymi w niski kucyk; metal lśnił w świetle runów, a na napierśniku wyryto smoka. Inna mistrzyni nosiła lekką, prawie przezroczystą szatę z jedwabiu w kolorze nocnego nieba, która ledwo skrywała jej smukłe ciało. Jeszcze inny siedział w skórzanym kaftanie i wysokich butach, jakby dopiero co wrócił z podróży. Wszyscy patrzyli na Avenę.
Niektóre spojrzenia były chłodne, oceniające. Inne – pożądliwe. Mistrz w złotej zbroi przez chwilę wpatrywał się w jej długie, odsłonięte nogi i wąskie biodra, zanim uniósł wzrok na jej twarz. Kobieta w purpurowej sukni uśmiechnęła się lekko, gdy Avena przeszła bliżej, a jej oczy ześlizgnęły się po małych piersiach zarysowanych pod cienkim lnem. Avena poczuła, jak policzki jej płoną. Nigdy wcześniej nie była tak świadoma własnego ciała. Wilgoć między nogami, której doświadczyła rano, znów dała o sobie znać – subtelna, drażniąca.
Na najwyższym tronie, wznoszącym się ponad pozostałymi, siedziała Arcymistrzyni.
Była piękna. Czarne, proste włosy spływały jej aż do bioder, twarz miała ostre, szlachetne rysy, blade usta i oczy koloru ciemnego bursztynu. Ubrana była w prostą, szarą szatę bez ozdób, przepasaną tylko cienkim skórzanym paskiem. Na palcach nie nosiła pierścieni, na szyi – żadnego naszyjnika. Właśnie ta prostota sprawiała, że wyglądała potężniej niż ktokolwiek inny w sali.
Arcymistrzyni uniosła dłoń.
— Aveno z Da'samhy — powiedziała głosem spokojnym, a jednak wypełniającym całą salę. — Przeszłaś wszystkie próby. Ogień, wodę, wiatr i lód. Twoja siła woli jest imponująca. Gratuluję ci.
Avena ukłoniła się głęboko, czując, jak jej rude włosy opadają do przodu jak zasłona.
— Dziękuję, Arcymistrzyni — odpowiedziała cicho. Głos jej drżał. — Jestem… zaszczycona.
Przez chwilę milczała, wahając się. Pytanie piekło ją od środka, ale stare nawyki wciąż trzymały ją za gardło. W szkole nigdy nie mówiło się bez pozwolenia.
Arcymistrzyni dostrzegła jej wahanie i uśmiechnęła się lekko, choć uśmiech nie sięgnął oczu.
— Nie musisz już prosić o zgodę, by zabrać głos, Aveno. Jesteś pełnoprawną czarodziejką. Pamiętaj jednak — dodała tonem, który nie znosił sprzeciwu — że bezwzględne posłuszeństwo wobec Zgromadzenia nadal cię obowiązuje. Zawsze.
Avena przełknęła ślinę.
— Wobec tego… co teraz mnie czeka?
Wysoki blondyn w złotej zbroi uniósł się nieco na tronie. Metal zabrzęczał cicho.
— Udasz się do Belranii — powiedział niskim, spokojnym głosem. — Królestwa leżącego na samym krańcu znanego świata.
Avena zmarszczyła brwi. Belrania. Słyszała tę nazwę tylko w starych mapach i plotkach nowicjuszy. Daleko. Bardzo daleko. Nie wiedziała niemal nic o tym miejscu – tylko tyle, że leży za wielkimi górami i morzem mgieł.
Arcymistrzyni weszła mu w słowo, unosząc dłoń.
— Masz doradzać władcy Belranii — powiedziała. — A przede wszystkim dbać o to, by nie została zachwiana równowaga. W obronie tej równowagi wolno ci użyć wszelkich metod, jakie przyjdą ci do głowy. Magicznych i… innych.
Avena poczuła, jak coś zimnego przechodzi jej po plecach.
— Czy… czy cokolwiek dowiem się bliżej? — zapytała ostrożnie. — O sytuacji? O tym, co naprawdę mam robić?
Arcymistrzyni skinęła głową.
— Zapraszam cię dziś wieczorem do mojej komnaty. Tam zostaniesz wtajemniczona w szczegóły. Na razie jednak — jej bursztynowe oczy zwęziły się lekko — pozostaje przed tobą jeszcze jedna próba.
Avena otworzyła szeroko oczy. Serce zabiło jej mocniej.
— Jeszcze jedna? — zdziwiła się. — Przecież każdy aspekt moich magicznych zdolności został już sprawdzony. Ogień, woda, wiatr, lód… co jeszcze?
Kilku mistrzów uśmiechnęło się. Mistrz w złotej zbroi znów spojrzał na jej nogi, a kobieta w purpurowej sukni obliznęła prawie niedostrzegalnie dolną wargę. Avena poczuła się nagle naga mimo szaty.
Arcymistrzyni uśmiechnęła się smutno.
— To będzie próba uległości.
Avena otworzyła buzię ze zdziwienia.
Arcymistrzyni uniosła obie dłonie. Jej bursztynowe oczy zwęziły się w skupieniu, a powietrze w olbrzymiej sali nagle zgęstniało, jakby samo magiczne napięcie stało się namacalne. Na środku komnaty, tuż przed tronami, rozjarzyło się blade, srebrzyste światło. Najpierw było tylko punktem, potem kulą, a wreszcie zaczęło się formować – skręcać, twardnieć, rosnąć. Avena patrzyła z otwartymi ustami, niepewna, czy to, co widzi, jest prawdziwe.
Światło scaliło się w coś, czego nie potrafiła nazwać. Było to jak krzyżówka łoża tortur i ołtarza. Szeroka, czarna platforma z metalu i kamienia, lekko uniesiona nad podłogą. Z jej boków wyrastały zakrzywione, gładkie ramiona, a na powierzchni widać było zagłębienia idealnie dopasowane do ludzkiego ciała. W powietrzu unosił się nagle ostry, metaliczny zapach – jakby rozgrzanej stali i ozonu po burzy – zmieszany z subtelną wonią kadzidła, które ktoś wcześniej spalił w kątach sali.
Arcymistrzyni spuściła ręce.
— Jeśli chcesz opuścić tę komnatę żywa, Aveno — powiedziała spokojnym, niemal łagodnym głosem — musisz położyć się na tym łożu i znieść wszystko, co cię spotka, bez słowa sprzeciwu.
Avena poczuła, jak zimny dreszcz przebiega jej po plecach. Serce waliło jej o żebra.
— Co… co takiego się stanie? — zapytała cicho, ledwo słyszalnie.
Mistrzyni w prawie przezroczystej sukni z jedwabiu w kolorze nocnego nieba uniosła się nieco na tronie. Jej smukłe ciało majaczyło pod cienką tkaniną, a usta wykrzywił lekki, pełen oczekiwania uśmiech.
— Wszystko, na co każdy z nas będzie miał ochotę — odparła miękko, a jej głos niósł się po sali jak aksamit. — Masz to przetrwać bez sprzeciwu. Bez pytań. Bez błagania. Tylko wtedy uznamy, że jesteś gotowa.
Avena poczuła, jak policzki jej płoną. Spojrzenia mistrzów i mistrzyń ciążyły na niej jak fizyczny dotyk. Mistrz w złotej zbroi wpatrywał się w jej usta. Kobieta w purpurowej sukni oblizała wargi. Zapach kadzidła i metalu mieszał się teraz z czymś cieplejszym – subtelną wonią ludzkiego ciała, podniecenia, które zaczynało wypełniać powietrze.
Z wahaniem, na nogach, które ledwo ją trzymały, Avena podeszła do łoża. Chciała już się położyć, by jak najszybciej mieć to za sobą, gdy nagle odezwał się niski, męski głos.
— Najpierw się rozbierz.
To był mistrz o śniadej skórze, siedzący w prostej czarnej szacie. Jego ciemne oczy były spokojne, ale w głębi tliło się coś głodnego.
Avena zamarła. Przez chwilę stała nieruchomo, czując, jak krew uderza jej do głowy. Potem, z drżącymi palcami, rozwiązała sznur na biodrach. Lniana szata ześlizgnęła się z jej ramion i opadła na onyksową podłogę bezszelestnie. Zdjęła sandały. Stanęła naga.
Wysoka, chuda, z wąskimi biodrami i małymi, kształtny piersiami o różowych sutkach, które już stwardniały od chłodu i napięcia. Długie, rude, prawie pomarańczowe włosy spływały jej aż do kolan, zasłaniając częściowo plecy i pośladki. Między nogami gęsty, rudy meszek otaczał delikatne, różowe wargi cipki, które były już lekko wilgotne – mimo strachu, a może właśnie przez niego. Skóra miała bladą, niemal porcelanową, a na udach i brzuchu widać było delikatne żyłki. Stała dumnie, z uniesioną głową, choć w środku wszystko się w niej trzęsło.
Spojrzenia spadły na nią jak lawina. Mężczyźni wpatrywali się w jej piersi, w wąską talię, w rudy trójkąt między udami. Kobiety też – niektóre z ciekawością, inne z jawnym pożądaniem. Zapach sali zgęstniał: metal, kadzidło, a teraz jeszcze lekka, słodka woń jej własnego ciała, która zaczynała się unosić, gdy podniecenie – niechciane, wstydliwe – mieszało się ze strachem.
Avena położyła się na łożu. Kamienna powierzchnia była chłodna i gładka. Ledwie ułożyła się na wznak, gdy wokół jej nadgarstków i kostek rozbłysły świetliste kajdany – srebrzyste, pulsujące, jakby zrobione z czystej magii. Zacisnęły się mocno, ale nie bolały. Potem szarpnęły. Ręce zostały rozciągnięte szeroko na boki, nogi – jeszcze szerzej, tak że jej cipka i odbyt były całkowicie odsłonięte, bezbronnie wystawione na widok całej sali. Avena poczuła, jak powietrze styka się z jej najbardziej intymnymi miejscami. Wstyd palił ją żywym ogniem. Wilgoć między wargami stała się wyraźniejsza.
Arcymistrzyni wstała z tronu.
— Od tej pory aż do końca próby nie wolno ci odezwać się ani słowem — powiedziała. Jej głos był teraz twardszy. — Jeśli wydasz z siebie jakikolwiek dźwięk protestu, błagania albo nawet westchnienia, zostaniesz uśmiercona na miejscu. Rozumiesz?
Avena pokiwała głową. Nie śmiała nawet przełknąć śliny zbyt głośno. Serce waliło jej tak mocno, że bała się, iż wszyscy je słyszą. Przerażenie mieszało się w niej z czymś jeszcze – dziwnym, gorącym podnieceniem, które rosło mimo woli, gdy czuła na sobie dziesiątki pożądliwych spojrzeń. Jej małe piersi unosiły się szybko z oddechem, sutki były twarde jak kamyki. Między rozwartymi nogami cipka tętniła ciepłem, a rudy meszek był już lekko wilgotny.
Nagle z jednego z tronów wstał mistrz ubrany w czarne pantalony i ozdobny, bogato haftowany kubrak koloru ciemnej czerwieni. Był średniego wzrostu, o ostrych rysach i ciemnych oczach, które paliły się żądzą. Uniósł rękę. W powietrzu znów rozjarzyło się światło – tym razem cieńsze, dłuższe. Światłość zestaliła się, skręciła i w jego dłoni pojawił się gruby, czarny bicz o wielu rzemieniach, zakończony małymi metalowymi kulkami.
Avena wciągnęła gwałtownie powietrze.
Mistrz w złotej zbroi zaśmiał się głośno, a dźwięk odbił się echem od wysokiego sklepienia.
— Do przewidzenia — rzucił z lekkim drwiną w głosie, poprawiając napierśnik. — Kaliokrates zawsze lubi zadawać fizyczny ból. Praktyczne, ale mało oryginalne. Naprawdę, bracie, mógłbyś czasem spróbować czegoś subtelniejszego.
Kilku innych mistrzów parsknęło śmiechem. Kobieta w purpurowej sukni zakryła usta dłonią, ale jej oczy błyszczały rozbawieniem. Mistrz o śniadej skórze tylko pokręcił głową z lekkim uśmiechem.
Kaliokrates nie odpowiedział. Podszedł w milczeniu do rozpiętej Aveny. Gruby, czarny bicz z metalowymi kulkami na końcach zwisał mu z dłoni jak żywy wąż. Stanął między jej szeroko rozwartymi nogami i delikatnie, prawie czule, przejechał końcówką rzemieni po jej ciele. Najpierw po małych, bladych stopach, potem w górę po wewnętrznej stronie chudej łydki, po kolanie, po udzie… aż dotknął cipki. Avena wciągnęła powietrze nosem, gdy miękkie rzemienie musnęły wilgotne, rude włoski i wrażliwe wargi. Bicz przesunął się wyżej – po płaskim brzuchu, po żebrach, po małych piersiach, ocierając się o stwardniałe sutki, a na koniec po szyi, tuż pod brodą.
Avena czuła strach. Ogromny, paraliżujący strach. Ale jednocześnie – ku własnemu przerażeniu – podniecenie. Cipka zalewała się sokami. Czuła, jak wilgoć spływa jej po pośladkach, jak powietrze styka się z rozwartymi, mokrymi fałdkami. Dlaczego? – myślała gorączkowo. Dlaczego to robią? Po co ta próba? Przeszłam ogień, wodę, wiatr i lód. Byłam silna. A teraz… leżę tu naga, rozpięta jak ofiara, i oni patrzą na mnie jak na zabawkę. Co to ma wspólnego z magią? Z równowagą? Z Belranią?
Kaliokrates uniósł bicz.
Świst.
Pierwsze uderzenie spadło na brzuch. Ostre, piekące. Czerwone pręgi natychmiast pojawiły się na bladej skórze. Avena napięła całe ciało, zagryzła wargi tak mocno, że poczuła smak krwi, ale nie wydała z siebie dźwięku. Kajdany trzymały ją nieruchomo.
Kolejne uderzenia spadały jedno po drugim. Świst – trzask. Świst – trzask. Na brzuch, na uda, na stopy, na wewnętrzne strony łydek. A potem – najgorsze – na cipkę. Rzemienie z metalowymi kulkami smagnęły wrażliwe wargi i łechtaczkę. Ból eksplodował białą błyskawicą. Avena wygięła się w łuk, ale nadal milczała, choć łzy napłynęły jej do oczu. Następne uderzenia spadały na piersi – na małe, kształtne piersi, na sutki. Skóra pękała. Krew zaczęła spływać cienkimi strużkami po żebrach, po brzuchu, po udach, mieszając się z sokami z cipki.
Kaliokrates jek nie oszczędzał. Najwięcej uwagi poświęcił właśnie jej cipce i piersiom. Uderzał metodycznie, z sadystyczną precyzją, aż ciało Aveny pokryło się rozwartymi ranami – czerwonymi, krwawiącymi pręgami, niektórymi głębokimi na tyle, że widać było surową tkankę. Brzuch był cały w krwawych sieciach, piersi spuchnięte i posiniaczone, a między nogami cipka piekła jak żywym ogniem, wargi opuchnięte, meszek pokryty krwią i własnymi sokami. Ból był nie do wytrzymania. Każde uderzenie było jak rozdzieranie ciała od środka. Avena czuła upokorzenie tak głębokie, że chciało jej się zapaść pod ziemię. Leżała naga, rozkrzyżowana, krwawiąca, a oni wszyscy patrzyli. Niektórzy z pożądaniem, inni z chłodną oceną, jeszcze inni z rozbawieniem.
Po co? – powtarzała sobie w myślach, trzymając się tej jednej myśli jak deski ratunku. Po co to wszystko? Czy to ma złamać moją wolę? Czy nauczyć mnie posłuszeństwa? Czy po prostu sprawia im przyjemność?
W końcu Kaliokrates odstąpił. Na jego twarzy malowała się czysta, sadystyczna przyjemność – rozszerzone źrenice, lekko rozchylone usta, rumieniec na policzkach. Spojrzał na poranione ciało Aveny i kiwnął głową z uznaniem.
— Jest gotowa — powiedział niskim, zadowolonym głosem. — Wytrzymała.
Ciało Aveny rozluźniło się nagle, gdy bicz przestał spadać. Oddychała płytko, szybko, czując, jak krew spływa jej po skórze, jak rany pieką przy każdym ruchu powietrza. Zapach krwi – metaliczny, ostry – wypełnił przestrzeń wokół łoża, mieszając się z kadzidłem i wonią jej własnego podniecenia.
Ze swojego tronu uniosła się drobna blondynka. Była niska, prawie delikatna, o jasnych, prawie białych włosach spiętych w ciasny warkocz. Miała na sobie dopasowane bryczesy z ciemnej skóry i krótki kaftan koloru butelkowej zieleni, zapięty na srebrne guziki. Wysokie, miękkie buty sięgały jej do kolan. Wyglądała jak ktoś, kto właśnie zsiadł z konia po długiej jeździe. Podeszła bliżej, krzyżując ramiona na piersi, i popatrzyła na krwawiącą Avenę z wyrazem lekkiego zniecierpliwienia.
— Och, Kaliokratesie… — westchnęła dramatycznie, kręcąc głową. — Zawsze narobisz bałaganu. A ja, Samira, zawsze muszę po tobie sprzątać. Naprawdę, mógłbyś choć raz skończyć bez krwi na całej podłodze.
Kilku mistrzów znów się zaśmiało. Mistrz w złotej zbroi uniósł brew z rozbawieniem.
— Samira i jej wieczne narzekanie na sprzątanie — rzucił ktoś z tylnych tronów.
Samira zignorowała komentarze. Skupiła się. Jej jasne oczy zwęziły się, a powietrze wokół łoża znów zadrgało. Blade, złociste światło otoczyło ciało Aveny, owijając każdą ranę, każdą pręgę, każdą kroplę krwi. Światło pulsowało przez kilka sekund – ciepło, prawie przyjemnie – a gdy przygasło, na skórze Aveny nie było nawet śladu. Ani jednej pręgi, ani jednej strużki krwi. Piersi znów były gładkie, brzuch czysty, cipka bez opuchlizny. Tylko… Avena nadal czuła każde uderzenie. Ból pozostał w mięśniach, w nerwach, w pamięci ciała, jak echo, które nie chciało ucichnąć.
Samira uśmiechnęła się szeroko, pochylając się nieco nad rozpiętą dziewczyną.
— Ja nie będę tak łagodna jak Kaliokrates — powiedziała miękko, prawie czule.
Avena gwałtownie otworzyła szerzej oczy.
Samira uśmiechnęła się tajemniczo, a w jej jasnych oczach tliło się coś niebezpiecznego. Uniosła dłonie i skupiła wolę. Poświata, która ogarnęła ciało Aveny, była zielonobrązowa – chorobliwa, mętna, jakby światło samo było chore. Unosiła się wokół rozpiętej dziewczyny gęstą, pulsującą mgłą, a powietrze wypełnił słodkawo-zgniły zapach, jakby coś organicznego zaczynało gnić.
Avena leżała nieruchomo, wpatrując się w sufit, i zadawała sobie pytanie w myślach: Co się dzieje? Co ona robi? To nie jest bicz. To coś gorszego. Coś… żywego.
Nagle poczuła, jak jej małe piersi gwałtownie pęcznieją. Skóra naprężała się, sutki twardniały i ciemniały, a w środku narastało nieprzyjemne, ciężkie ciśnienie. Mleko. Wypełniały się mlekiem tak szybko, że przez moment poczuła ulgę, gdy z sutków trysnęły pierwsze strugi białego, gęstego płynu. Spływały po żebrach, po brzuchu, po bokach łoża. Ale ulga trwała krótko.
Brzuch zaczął rosnąć.
Najpierw lekko, potem gwałtownie, jakby ktoś wpompowywał w nią powietrze i coś żywego jednocześnie. Skóra naprężała się, rozciągała, robiła się cienka i błyszcząca. Avena czuła, jak jej wnętrzności są spychane na bok, jak coś ogromnego zajmuje miejsce w jej macicy. Ból był tępy, rozpierający, nie do zniesienia. Jestem ciężarna – pomyślała z przerażeniem. W kilka sekund stałam się ciężarna. Co we mnie rośnie?
Potem przyszło parcie.
Straszliwe, niepowstrzymane parcie, jakby całe jej ciało chciało się wywrócić na nice. Coś torowało sobie drogę przez pochwę – szerokie, ciemne, o ramionach, które rozpychały jej wnętrze na boki. Avena widziała ledwie, przez łzy i ból, jak z jej rozwartej, krwawiącej cipki wyłania się ciemność. Nie ciało. Nie stworzenie. Czysta, gęsta ciemność o szerokich, kanciastych ramionach, która rozpychała się, wydostając się z niej centymetr po centymetrze. Pochwa piekła, rozrywała się, krew spływała obficie po udach i pośladkach, mieszając się z resztkami mleka. Brzuch, jeszcze przed chwilą wydęty jak u kobiety w dziewiątym miesiącu, nagle oklapł. Fałdy rozciągniętej, zwiotczałej skóry zaległy na nim jak porzucone, brudne koce.
Ciemność wydostała się cała.
To, co mogło być głową, natychmiast przyssało się do jednej z nabrzmiałych piersi Aveny. Zaczęło ssać. Mleko spływało do tej czarnej pustki, a Avena poczuła kolejną falę ulgi – ciśnienie w piersi spadało. Ale tylko na moment. Zęby. Ciemność miała zęby. Zatopiły się w miękkiej tkance piersi, kąsając głęboko, prawie odgryzając sutek i kawałek ciała. Ból eksplodował. Biały, oślepiający, gorszy niż wszystkie bicze Kaliokratesa razem wzięte. Avena chciała krzyczeć. Chciała śmierci. Chciała, żeby wszystko się skończyło. Ale milczała, zagryzając wargi aż do krwi, bo wiedziała, że jeden dźwięk oznacza koniec.
Ciemność nie skończyła.
Zaczęła rozszerzać jej nogi jeszcze szerzej, choć kajdany i tak trzymały je w rozkroku. Avena poczuła, jak zimna, gęsta masa wnika w nią z powrotem – toruje sobie drogę przez rozdartą, krwawiącą pochwę, wypełnia macicę, rozpycha brzuch od nowa. Brzuch znów zrobił się wzdęty, fałdy skóry naprężyły się ponownie. Z piersi sączyło się mleko i krew – gęste, różowawe strugi, które spływały po jej ciele.
Nagle jedno i drugie – mleko i krew – zaczęło się jarzyć srebrzystą poświatą. Światło obmyło jej ciało od stóp do głów, wpłynęło w rany, w rozdartą cipkę, w pogryzioną pierś. Srebrzystość zaleczyła wszystko. Piersi wróciły do dawnego, małego kształtu, brzuch spłaszczył się, fałdy zniknęły, a krwawiąca pochwa zamknęła się, jakby nigdy nie została rozdarta. Nawet śladu nie zostało.
Samira wciągnęła powietrze ze zdziwienia. Jej jasne oczy rozszerzyły się.
— Ona… — wyszeptała. — Ona potrafi nakarmić własny strach. I nawet nie trzeba jej uleczyć.
Mistrzowie zaczęli szeptać między sobą. Głosy pełne niedowierzania unosiły się po sali.
— Uleczyła się sama…
— To niemożliwe. Nikt nie leczy się z takiego…
— Widziałaś to? Ciemność wyszła z niej i wróciła, a ona…
— Siła woli na takim poziomie…
Samira odzyskała panowanie nad sobą. Wyprostowała się i oświadczyła głośno, niemal uroczyście:
— Avena jest gotowa.
Ciało Aveny wreszcie odprężyło się. Oddychała płytko, szybko, wciąż czując echo bólu, echo rozciągania, echo zębów w piersi. Upokorzenie paliło ją żywym ogniem. Leżała naga, rozpięta, a oni wszyscy właśnie widzieli, jak rodzi z siebie czystą ciemność i karmi ją własnym mlekiem i krwią. Co ja takiego zrobiłam? – myślała. Dlaczego to we mnie było? I dlaczego… dlaczego część mnie poczuła ulgę, kiedy to coś ssało?
Mistrz w złotej zbroi wstał powoli. Zaczął zdejmować zbroję ostentacyjnie, element po elemencie. Najpierw napierśnik, potem naramienniki, potem nagolenniki. Pod spodem miał tylko cienką, białą koszulę i spodnie. Gdy je zrzucił, okazało się, że ma potworną erekcję. Jego członek był olbrzymi – gruby, długi, ciemniejszy od reszty ciała, z wyraźnie zarysowanymi żyłami i napływającą już kroplą lubieżnego soku na końcu. Uśmiechnął się lubieżnie, patrząc Avenie prosto w oczy.
— Czy przyjemność może być bolesna, Aveno? — zapytał niskim, aksamitnym głosem.
To mówiąc, stanął tuż nad nią – nagi, z olbrzymim, twardym kutasem tuż nad jej twarzą i rozwartym, wciąż wrażliwym ciałem.
Avena nawet nie zdążyła pojąć, co zamierza Vensur – bo tak właśnie miał na imię mistrz, który przed chwilą zrzucił z siebie złotą zbroję. On po prostu położył się na niej. Cierpliwie, metodycznie, jakby miał cały czas świata. Jego ciężar przygniótł jej chude ciało do chłodnego łoża, a olbrzymi, twardy członek przycisnął się do jej dziewiczej cipki. Główka natychmiast natrafiła na wilgoć.
— Oho — skomentował głośno, z lubieżnym uśmiechem, patrząc jej prosto w oczy. — Musi ci się podobać, skoro jesteś taka mokra. Cała ociekasz, dziewczynko.
Dopiero wtedy do Aveny dotarło, co chce zrobić. Chciał wejść w nią. Chciał ją wziąć. Tutaj, na oczach wszystkich, przykutą, bez możliwości sprzeciwu. Strach ścisnął jej gardło. Chciała go odepchnąć, chciała zamknąć nogi, chciała krzyczeć „nie” – ale kajdany trzymały ją nieruchomo, a zakaz mówienia wisiał nad nią jak topór. Jej ciało jednak… jej ciało zareagowało inaczej.
Gdy Vensur pchnął biodrami, gruby, gorący członek zaczynał się wsuwać. Najpierw tylko główka, rozchylając dziewicze wargi. Potem więcej. Avena poczuła pieczenie – ostre, rozdzierające, gdy błona dziewicza stawiała opór i wreszcie pękła. Ciepła strużka krwi spłynęła po jej pośladkach. Ból był wyraźny, głęboki, ale jednocześnie coś innego zaczęło się budzić. Jej pochwa, choć ciasna i dziewicza, przyjmowała go z dziwną, zdradziecką radością. Ścianki obejmowały go chciwie, jakby czekały na to od zawsze.
Vensur nie był delikatny. Wbił się do końca jednym mocnym pchnięciem, wypełniając ją całkowicie. Avena poczuła, jak jej wnętrze rozciąga się wokół jego olbrzymiego członka – każdy centymetr, każda żyła, każdy puls. Był tak duży, że miała wrażenie, iż sięga aż do żołądka. Zaczął się ruszać. Brutalnie, głęboko, z całym ciężarem ciała. Biodra uderzały o jej uda z mokrym, ohydnym dźwiękiem. Każde pchnięcie wywoływało falę bólu i jednocześnie falę czegoś gorącego, co rozlewało się od cipki w górę, aż do sutków.
Dlaczego…? – myślała w panice. Dlaczego moje ciało go chce? Dlaczego jest mi coraz przyjemniej?
A było. Z każdym ruchem ból mieszał się z rozkoszą, a rozkosz zaczynała zwyciężać. Jej ciało wiło się pod nim, ile tylko kajdany pozwalały. Pochwa zaciskała się rytmicznie, ssąc go, wciągając głębiej. Soki spływały obficie, mieszając się z krwią defloracji, ułatwiając mu ruch. Vensur sapnął z zaskoczenia, gdy poczuł, jak ciasno go obejmuje.
— Bogowie… jakaś ty ciasna… — warknął, przyspieszając.
Avena już się nie opierała. Nie mogła. Przyjemność rosła, falowała, budowała się w niej jak magiczna burza. Każde pchnięcie ocierało się o coś głęboko w środku, o punkt, którego istnienia nigdy nie podejrzewała. Jej małe piersi podskakiwały przy każdym uderzeniu, sutki ocierały się o jego pierś. Włosy rude rozlały się wokół głowy jak płomień.
Nagle coś pękło.
Orgazm przyszedł bez ostrzeżenia – wszechogarniający, biały, oślepiający. Jej pochwa zaczęła się zaciskać skurcz za skurczem, rytmicznie, z siłą, której nie kontrolowała. Fale rozkoszy rozchodziły się po całym ciele, aż po czubki palców u stóp i po końce długich włosów. Nie znała tego pojęcia. Nie wiedziała, że coś takiego istnieje. Po prostu czuła, jak całe jej jestestwo eksploduje czystą, zwierzęcą przyjemnością. Walczyła z sobą, by nie wydać dźwięku – zagryzała wargi, zaciskała zęby, dusiła w sobie krzyki. Ale ciało nie słuchało. Pochwa wciągała członka Vensura jak w imadło, zaciskając się z taką siłą, że mężczyzna nagle krzyknął z bólu.
— Aaaaargh! Co ty… odczep się! — wrzasnął, próbując się wyrwać.
Nie mógł. Orgazm Aveny trwał, falował, nie pozwalał mu się wycofać. Jej wnętrze pulsuowało, ssało, miażdżyło go rytmicznie. Vensur wyrywał się, twarz wykrzywiona bólem i szokiem, ale Avena była pogrążona w swojej rozkoszy, nieświadoma nawet, że sprawia mu cierpienie.
Arcymistrzyni poderwała się z tronu.
— Dość! — krzyknęła, a jej głos był jak grzmot. — Wystarczy!
Uniosła rękę. Z jej dłoni wystrzelił srebrzysty piorun, który uderzył w Avenę prosto w pierś. Magia rozjarzyła się oślepiającym światłem, a powietrze pachniało ozonem. Avena nawet nie poczuła bólu. Nadal była pogrążona w orgazmie, ciało drgało, pochwa zaciskała się, a oczy miała szeroko otwarte, puste z rozkoszy.
Piorun odrzucił Vensura. Mężczyzna został szarpnięty z niej z mokrym, głośnym odgłosem i rzucony na kamienną ścianę komnaty z hukiem. Zsunął się na podłogę, sapając, w szoku, z członkiem wciąż twardym, ale pokrytym krwią i sokami Aveny.
Wszystko ucichło.
Zapadła absolutna cisza.
Vensur uniósł głowę. Jego twarz była blada, oczy rozszerzone z przerażenia. Wyszeptał, niemal bezgłośnie:
— Ona… jest gotowa.
Mistrzowie patrzyli na leżącą Avenę z niedowierzaniem. Szepty przeszły przez salę jak szelest liści.
— Widzieliście to…?
— Jej orgazm… zranił go…
— Siła woli… to niemożliwe…
— Uleczyła się sama, a teraz to…
Arcymistrzyni uniosła obie dłonie. Siłą woli rozerwała świetliste kajdany. Łoże tortur zniknęło w rozbłysku srebrnego światła, pozostawiając Avenę leżącą na chłodnej onyksowej podłodze. Dziewczyna powoli, niepewnie, uniosła się. Najpierw usiadła, potem wstała.
Stała naga, z długimi rudymi włosami spływającymi aż do kolan, z resztkami krwi i soków na wewnętrznych stronach ud, z piersiami wciąż lekko uniesionymi od oddechu. Ale stała dumnie. Prosto. Z uniesioną głową. Zielone oczy spoglądały na zgromadzonych mistrzów bez strachu.
Jeden z mistrzów poderwał się gwałtownie ze swojego tronu. Był to długowłosy rudzielec o twarzy ostrych rysów, ubrany w luźną, ciemnogranatową szatę, która falowała wokół niego jakby ożywała. Jego rude włosy, niemal tak jaskrawe jak włosy Aveny, spływały mu na ramiona w nieuporządkowanych pasmach. Twarz miał czerwoną od wzburzenia.
— To nie koniec! — krzyknął, wskazując palcem na nagą Avenę. — Dziewczyna została wystawiona na próbę tylko przez troje z nas! To wbrew tradycji! Tradycja nakazuje, by każdy mistrz…
Arcymistrzyni uniosła się z najwyższego tronu tak gwałtownie, że powietrze wokół niej zadrżało. Jej bursztynowe oczy błysnęły furią, a czarne włosy uniosły się lekko, jakby poruszał je niewidzialny wiatr.
— Dosyć! — ryknęła, a głos jej uderzył w ściany sali niczym fizyczna fala. Runy na kolumnach na chwilę rozjarzyły się krwistoczerwonym światłem. — Avena jest gotowa. Niezależnie od tego, ilu próbom by ją jeszcze poddano. Te, którym już została poddana, były o wiele cięższe niż w przypadku kogokolwiek innego w historii Zgromadzenia. Każda kolejna próba byłaby jedynie sadyzmem. I czy to się komukolwiek podoba, czy nie — dalsze igranie z mocami uśpionymi w Avenie mogłoby się okazać niebezpieczne. Zarówno dla niej, jak i dla nas wszystkich.
Cisza, która zapadła potem, była gęsta i ciężka. Kilku mistrzów wymieniło szybkie, niespokojne spojrzenia. Szepty przeleciały po sali jak szelest suchych liści.
— Mocy uśpionych…?
— Widzieliście, co zrobiła Vensurowi…
— Sama się uleczyła… a potem to…
— Niebezpieczne, mówi…
Avena stała naga pośrodku sali, czując na sobie dziesiątki spojrzeń. Wewnątrz niej roiło się od pytań. Co one mają na myśli, mówiąc o uśpionych mocach? Co we mnie siedzi takiego, że nawet oni się boją? I dlaczego… dlaczego moje ciało zareagowało w ten sposób? Dlaczego orgazm zranił go? Niepewność gryzła ją od środka mocniej niż wszystkie bicze i ciemności razem wzięte.
Vensur, wciąż nagi i blady, przytaknął Arcymistrzyni słabym głosem. Zdobył się na krótki, wymuszony uśmiech.
— Ja… drugi raz nie zaryzykowałbym igrania z Aveną — powiedział, a w jego tonie słychać było szczery respekt pomieszany z lękiem.
Skupił wolę. Zbroja, którą wcześniej zrzucił na podłogę, zamigotała w złotej poświacie. Metalowe elementy uniosły się w powietrze jakby nie miały ciężaru, obróciły się wokół jego ciała i zniknęły na mgnienie oka, by pojawić się z powrotem na nim w oślepiającym blasku. Gdy światło przygasło, Vensur znów stał w pełnej złotej zbroi, choć twarz nadal miał spoconą i napiętą. Podszedł do Aveny i z kurtuazją, niemal uroczyście, złożył jej głęboki ukłon.
Avena wyprostowała się jeszcze dumniej. Jej rude włosy spływały jej aż do kolan jak żywy płaszcz, a zielone oczy patrzyły prosto na Arcymistrzynię.
— Czy to już koniec? — zapytała spokojnym, choć wciąż lekko drżącym głosem.
Arcymistrzyni skinęła głową. Furia powoli opuszczała jej twarz, zastępowana przez coś poważniejszego – troskę i ciekawość.
— Nie ma sensu przeprowadzać więcej prób — odparła. — Ale równocześnie to, co się tutaj wydarzyło, trzeba wyjaśnić.
Avena zmarszczyła brwi. Wyjaśnić? Co dokładnie? To, że urodziłam ciemność? Że mój orgazm prawie zmiażdżył mu członka? Że uleczyłam się sama? Pytania cisnęły się jej na usta, ale powstrzymała je.
Arcymistrzyni spojrzała na nią, a potem na dwoje mistrzów.
— Przejdziesz ze mną do mojej komnaty, Aveno. Samira. Vensur. Wy też.
Samira skwapliwie przytaknęła, poprawiając kaftan. Jej jasne oczy błyszczały ekscytacją i czymś w rodzaju szacunku.
— Oczywiście, Arcymistrzyni.
Vensur uniósł rękę w słabym geście, a na ustach pojawił mu się wymuszony uśmiech.
— Jeśli wolno… najpierw poprosiłbym o uzdrowienie — powiedział cicho. — Ten… epizod zostawił pewne… nieprzyjemne ślady.
Arcymistrzyni skinęła krótko. Uniosła dłoń i posłała w jego stronę krótką, złocistą falę magii. Vensur westchnął z ulgą, gdy ból i napięcie opuściły jego ciało.
Avena, wciąż naga, ale już nie zawstydzona, tylko pełna niepewnej dumy, ruszyła za Arcymistrzynią. Samira i Vensur dołączyli do nich. Razem, w milczeniu pełnym niedopowiedzeń i szeptanych komentarzy, które urywały się, gdy ktoś zbyt głośno westchnął, opuścili komnatę Rady. Ciężkie, okute żelazem drzwi zamknęły się za nimi z głębokim, ostatecznym hukiem.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz