Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Do trzech razy sztuka.


Przedmowa.

     Kiedyś publikowałem, dość dawno publikowałem, ale jest to napisane od nowa, bo usunąłem pliki. Do powtórnego napisania skłoniła mnie informacja od znajomego, który zamieszkuje na północy Kolumbii Brytyjskiej, gdzie kiedyś mieszałem. Kiedy przy granicy z USA jest temperatura około zera, u niego już jest piętnaście stopni mniej. Dzisiaj rano pod jego drzwiami siedział pies. Do najbliższego domu znajomy ma dwadzieścia kilometrów. Pies był zmarznięty i wychudzony. Rasy takiej, że nie miał sierści. Wziął go do domu i nakarmił, a gdy pies zjadł, położył się na jego skórzanej kanapie. Znajomy nakrył psa kocami i piesek zasnął. Trafił do dobrego człowieka. Pies może dwuletnia sunia, miał na obroży numer telefonu. Zadzwonił pod ten numer, ale młoda kobieta powiedziała, że to nie jej suka. On zapytał najpierw, czy to nie jej pies, nie wspomniał o płci zwierzęcia. Moim prywatnym zdaniem Bóg nie będzie oceniał człowieka tylko za jego postępowanie wobec drugiego człowieka, ale z pewnością, jaki ten ktoś był dla zwierząt. Przynajmniej ja bym tak uczynił, gdybym Bogiem był. Kota, jeśli uderzymy, ucieknie. Pies, zbity bez powodu, wróci i spojrzy na właściciela ze smutkiem, ale i z miłością. Przykro to pisać, ale nie ma drugiej tak złej istoty na Ziemi, jak człowiek. Na szczęście są jednostki, które mają uczucie i dla nich Bóg ten świat utrzymuje, a innym daje szanse na poprawę. Do ostatniego wydechu. Bo życie zawsze zaczyna się od wdechu i zawsze kończy wydechem. Zawsze. To moje opinie, wy możecie mieć inne.


______________________________________________________________________________________________________________________________________


     Chcę opowiedzieć wam moją historię. Jestem teraz stary i dochodzę swoich dni. Nie wiem, ile jeszcze będę żył. I wy tego nie wiecie. Wie to ktoś, kogo nie znam. Słyszałem o tej bardzo dziwnej istocie od moich właścicieli. Sypiam teraz dłużej i spokojniej. Zaczynał się nowy dzień, a ja patrzyłem z mojego posłania na istotę, którą kocham. Czy mogę powiedzieć, że mam takie uczucie? Myślę, że tak.

     Urodziłem się na farmie i miałem sześciu braci i dwie siostry. Było nam cieplutko w naszym domu, bo poza mamą, która była najbardziej ciepła i której mleko piliśmy, ogrzewaliśmy się wzajemnie. Jedna pewnego dnia zabrano brata, potem drugiego. Siostry. I w końcu i ja zostałem zabrany od mamy, która troszkę płakała z tego powodu. Niestety nie mogłem nic na to zrobić. Broniłem się, ale dostałem pierwszy raz lanie i od razu zrozumiałem. Nie chciałem bicia.
Trafiłem na inną farmę. Niestety od razu przywiązano mi obrożę a do niej sznurek, który później zamieniono na łańcuch. Miałem swój dom, który właściciele nazywali budą. Dostawałem jedzenie. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że zjadam ciała swoich przyjaciół z podwórka.
     
     Tak, zaprzyjaźniłem się z kilkoma, właściwie prawie ze wszystkimi z wyjątkiem pstrego koguta, który raz mnie podziobał i do dziś nie wiem za co. Poznałem moich właścicieli. Starszy mężczyzna był bardzo ostry i nie tylko dla mnie. Nie chodzi mi o zwierzęta jak ja. Gonił kury, bił kijem świnki. Trochę lepiej traktował krówki i konia. Przynajmniej tak wyglądało. Pewnego razu zauważyłem, że od dłuższego czasu nie widzę najstarszej krówki i zapytałem o to inną, nieco młodszą. Odpowiedziała, że lepiej, żebym nie wiedział, więc nie pytałem. Po jakimś czasie zabrakło mojej koleżanki świnki, którą nazywałem Chrumla. Była jeszcze Chrumcia i Chru–chrum. Niestety znikały i kury. Biała Kotkodak i brązowa Ko–koo. I znowu pytałem inne kurki, co się stało, ale otrzymałem tę sama odpowiedź.

     Niestety któregoś dnia zobaczyłem. Nie mogłem uwierzyć, ale musiałem. Byłem bardzo smutny, ale usłyszałem od kilku przyjaciół, że jestem jedynym spośród nich, którego los będzie inny. Tego dnia dowiedziałem się, że już od dłuższego czasu zjadałem to, co zostało z ciał moich dawnych przyjaciół. Przez dwa dnie nie jadłem nic, ale w końcu głód zrobił swoje. Przedstawię wam innych mieszkańców domu, bo okazało się, że tam, gdzie mieszkają, to jest DOM, wszystkie inne zabudowania gdzie mieszkały zwierzęta z farmy, miały inne nazwy: Chlew, obora, kurnik. W domu mieszkały dwie kobiety. Pachniały inaczej niż właściciel, który miał na imię John. Mnie też dano imię: Pies. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to nie jest imię, tylko to, czym jestem. Dużo później pojąłem, że większość ludzi uważa, że zwierzęta to coś, a tylko ludzie to ktoś. Starsza z kobiet miała na imię Marry. Podobnie jak i młodsza pachniała inaczej niż John, szczególnie kilka dni co jakiś czas. Czułem ten zapach, nawet gdy były w domu lub kilkadziesiąt metrów dalej na polu.  

     Och, muszę coś wyjaśnić. Tylko Mary chodziła na pole. Młodsza o imieniu Lucy nigdy. O ile Mary poza specjalnym zapachem przez resztę czasu pachniała normalnie, to Lucy często coś na siebie wylewała, czego nie mogłem znieść, ale, jak i w wielu innych sprawach niewiele mogłem z tym zrobić. Lucy była prawie tak samo miła, jak Mary. Starsza z kobiet najczęściej mi przynosiła jedzenie w misce, John, jeżeli coś dawał, rzucał. Zwykle kość, pozostałość po moich przyjaciołach z podwórka. Nie wiedziałem wówczas, że w związku z Lucy moje życie się zmieni.  

     Specjalnie zostawiłem na koniec młodszego z mężczyzn. To w zasadzie jeszcze nie był mężczyzna. Odczuwałem różnicę zapachu, ale jeszcze wtedy nie wiedziałem, o co dokładnie chodzi.
Chłopak miał osiem lat i miał na imię Henry. Wszystkie zwierzęta z zagrody go się bały. Pachniał inaczej niż John, ale nie dlatego były w strachu, kiedy wychodził. Nie rozumiałem długo, dlaczego tak postępował. John bił mnie czasem, ale przynajmniej w zarysach rozumiałem powód lania, chociaż nie zawsze się z tym zgadzałem. Natomiast Henry dokuczał wszystkim zwierzętom bez powodu. Kopał kury, jeżeli zdołał. Czasem rzucał w nie kamieniami. Unikał koguta, bo ten raz go pogonił i próbował podziobać. Potem się dowiedziałem, że z pewnego specjalnego powodu tego koguta John go nie zabije. . Świnki kuł ostrym patykiem, również w nie rzucał kamienieniami. Krówki kuł podobnie, czasem nawet ostrym kawałkiem metalu, aż do krwi. Robił to tylko, kiedy nikt inny z mieszkańców domu tego nie widział.

     Pierwsze bolesne lanie dostałem pasem... No właśnie. Opiszę dlaczego. Pewnej nocy, kiedy pogasły światła w domu a wszystkie zwierzęta z podwórka poszły spać, poczułem obcy zapach. Już wówczas John spuszczał mnie z długiego łańcucha na noc. Nie za bardzo wiedziałem, dlaczego to robi, po czym następnego ranka wiązał mnie z powrotem. Zapach, który poczułem, należał do innego zwierzęcia. Intruz wyglądał jak ja. Był mniejszy, ale miał puszysty ogon. Wszedł cicho do kurnika. Po chwili kury narobiły hałasu i zwierzak wybiegł szybko a w pysku trzymał już nieżywą kurkę Kotkodak. Zrozumiałem, za późno co zrobił i kiedy pognałem za nim, niestety uciekł, bo zacząłem biec stanowczo za późno. Kury obudziły gospodarzy. Po chwili wybiegł z domu John i pobiegł do kurnika. Po chwili stamtąd wyszedł i mnie zawołał.

     – Pies, chodź tu do mnie.

     Czułem, że jest nie za bardzo zadowolony, bo wydzielał nieco inny zapach niż zwykle. Kiedy podszedłem, złapał mnie za obroże i po chwili zaczął mnie bić paskiem, który uprzednio zdjął ze spodni.

     – Ty głupi psie! Pozwoliłeś lisowi porwać kurę! Po co cię mam – bił mnie długo, aż się zmęczył i nieco mnie zły poszedł do domu.

     Bolało, ale rozumiałem, że to z mojej winy zginęła kura. Nie rozumiałem, dlaczego, kiedy on zabija kurę, nie dostaje lania, ale musiałem przyjąć fakt, że źle postąpiłem.
Za kilka dni, bo zauważyłem, że jasne koło na niebie, zwane przez ludzi Słońcem chowa się i następnego dnia pojawia. Ten czas, kiedy był na niebie, ludzie nazywali dniem, a kiedy było ciemno, nocą. Otóż lis pojawił się znowu. Tym razem go poczułem, zanim dotarł do kurnika. Nie miał szans. Próbował mnie ugryźć, ale ja ugryzłem go pierwszy i to we wrażliwe miejsce. Ruszał się trochę i próbował wyrwać, wówczas przycisnąłem zębami mocniej i przestał się ruszać.
Zrobiłem to odruchowo i przez resztę nocy nie mogłem spać i zastanawiałem się, czy znowu dostanę lanie, bo coś umarło. Bardzo się zdziwiłem, że John nie tylko mnie nie zbiła, ale powiedział.

     – Dobry pies. Tak powinieneś zrobić pierwszym razem.

     Dostałem za to nie tylko kość, ale i kawał mięsa. Nie chciałem od razu jeść, bo było to mięso z krówki Mućki, ale wiece jak jest... Zgłodniałem i zjadłem.

     Drugie, mocniejsze bicie dostałem kijem.
Był wieczór, ale Słońce jeszcze stało nad lasem. Wszyscy inni już byli w domu. Wyszedł Henry. Zauważyłem, że spod obory wziął kij. Podszedł do mnie i zaczął mówić.

     – Piesku! Chodź piesku! Chodź tutaj.  

     Podszedł, ale niezbyt blisko. Chciałem do niego podejść. Nie pachniał dobrze, ale mówił miło. Podszedłem bliżej, ale skończył się łańcuch.
Podszedł wolno i nagle zrobił zamach, żeby mnie uderzyć. Oczywiście zdołałem uskoczyć i zupełnie odruchowo rzuciłem się na niego, lecz bez zamiaru, by go ugryźć. Chciałem mu pokazać, żeby lepiej ze mną nie zaczynał tego, co z innymi z podwórka. Rzucił kij i pobiegł do domu. Po chwili wrócił, ale nie sam. Szedł z nim John.

     – Ten głupi pies chciał mnie ugryźć, tylko podszedłem, żeby go pogłaskać.

     Od razu poczułem, że John zaczął inaczej pachnąć, podobnie jak tamtej nocy, kiedy lis porwał kurę.

     – Ty zły psię – krzyknął – Chciałeś ugryźć mi syna?!

     Próbowałem wytłumaczyć po swojemu, jak było naprawdę, ale chyba nie zrozumiała.
     
     – I jeszcze na mnie szczekasz? Poczekaj!

     Czekałem. Henry stał dalej, niż sięgał mój łańcuch i robił dziwne miny.

     – Zaraz dostaniesz – mówił cicho.

     Zastanawiałem się, co dostanę i czekałem zgodnie z tym, co powiedział John. Wrócił ze sporym kijem i pachniał jeszcze gorzej niż wcześniej. Złapał za obroże i zaczął bić. Bolało więcej niż poprzednio. Dostałem po grzbiecie, po głowie. Nie wydałem dźwięku i czekałem, kiedy skończy. Następnego dnia zaczął coś zmieniać na podwórku. Przeprowadził metalowy drut przymocowany do dwóch kołków. Mierzył coś krokami. Potem skrócił mój łańcuch na tyle, że sięgał do kurnika i chlewu. Od tego czasu kiedy szedłem czy biegałem, czułem nieprzyjemny szum w uszach, bo krótki łańcuch przymocował do tego drutu.
Przez kilka dni Henry dał spokój innym i sądziłem, że się zmienił. Cóż za błąd!

     Po okresie spokoju zaczął robić to częściej. Mnie zostawił w spokoju. Podszedł do jednej z krówek i mocno skaleczył ją ostrym kawałkiem metalu. Na jego nieszczęście zauważył to John.

     – Co robisz, gówniarzu! – chyba jeszcze dokładnie nie dostrzegł poczynań syna.
     – Nic, takiego tato.

     John nie dał się nabrać na miłe słówka i podszedł do krowy.

     – Ty gnoju! Teraz wiem, skąd te rany u krów i świń – zaczął go bić po twarzy, potem zdjął pas i kontynuował karę.

     Nie wiem, jak długo by go prał, ale wybiegła Marry i zaczęli się kłócić.
John mówił, co zrobił i robił Henry, ale Marry broniła syna, bo mówiła, że pewnie nie wiedział, co robi.
W końcu poszli do domu. Marry trzymała syna za rękę i mówiła, że tak nie można.
Pole Johna i Marry sięgało aż po las. Mówili, że inne zwierzęta z lasu niszczą uprawę. John powiedział, że pozakłada wnyki. Widziałem, jakie brał z komórki. Duże i mniejsze.

     Przez kilka dni Henry nikomu się dokuczał na podwórku i po raz kolejny myślałem, że zrozumiał. Co prawda pachniał tak samo, ale o tym nie myślałem. Kilka razy widziałem, że szedł do lasu. Któregoś dnia słyszałem, że John rozmawia z żoną o tym, że owszem kilka zwierząt się złapało, ale miały uszkodzenia ciała. Lis wydłubane oko, zając uciętą nogę jakimś niezbyt ostrym narzędziem. Wątpił, czy zrobiły to inne drapieżniki. Tego dnia nie widziałem Henrego od rana, bo poszedł do lasu. Pod wieczór John, Marry i nawet Lucy go szukali i w końcu ojciec go znalazł. Z późniejszej rozmowy usłyszałem, że złapał się we wnyki i wykrwawił. Kiedy ojciec go znalazł, jeszcze żył, ale podobno umarł w drodze do szpitala. Była nawet policja i John musiał się tłumaczyć, dlaczego nie upilnował syna. Był smutny, Marry płakała i Lucy też trochę. Zwierzęta z podwórka trochę żałowały chłopca i były dyskusje czy by się zmienił, czy nie.

     Mijał czas, a j już dorosłem. Trochę przypominałem Owczarka niemieckiego i trochę Rottweilera. Mamusia była z Owczarków niemieckich, a tatuś musiał być innej rasy. Taką rozmowę usłyszałem. Byłem trochę zły, że wciąż jestem na tym łańcuchu, ale najbardziej przeszkadza mi drut. Wczoraj trochę padało i wkoło budy zostały kałuże. Lucy czekała na swojego chłopaka, bo miał po nią przyjechać. Czemu do mnie podeszła, nie wiem. Pachniała czymś, czego nie znosiłem. Nigdy mi nie zrobiła krzywdy, podobnie jak i Marry. Mimo że jej zapach a właściwie tego, co na siebie wylała, bardzo mnie drażnił, pozwoliłem jej podejść. Zaczęła mnie głaskać i mówić, że jestem dobry pies. Tak i ja myślałem o sobie. Niestety bardzo mi przeszkadzał jej zapach i chciałem się cofnąć, a nie zauważyłem, że mój łańcuch zakręcił się koło nóg Lucy. Szarpnąłem się i dziewczyna straciła równowagę. Chciałem pomóc i skoczyłem, ale to nic nie dało. Wpadła w kałuże. Była bardzo zła i cała brudna.

     – Głupi pies! Co teraz zrobię, jak Eddy przyjedzie! – Chciała mnie uderzyć, więc lekko warknąłem.  

     Nie dostrzegłem Johna.

     – Zatłukę cię ty wredny kundlu! Na moją córkę się chcesz rzucić!

     Jeszcze nigdy nie czułem takiego zapachu, nawet Henry tak nie pachniał.
Odszedł, a Lucy już wyzwoliła się z łańcucha i odeszła kilka kroków. John wrócił z kijem i zaczął mnie bić. Miał pianę na ustach i zaczerwienione oczy. Bił mnie mocno i wszędzie. Szarpnąłem się i warknąłem, bo chciałem mu powiedzieć, żeby przestał i że nic złego nie zrobiłem.

     – Chciałeś mnie ugryźć, wstrętny kundlu! Zaraz z tobą skończę.

     Rzucił kij i poszedł do szopy. Przyniósł młotek.

     – Tatusiu, co robisz! Ja się zaplatałam w łańcuch, on nic nie zrobił – zastąpiła mu drogę.
     – Odsuń się, zabije tego kundla – pałał złem.

     Zamierzył się i pewnie skończyłby mój marny żywot, ale szarpnąłem się mocno i obroża pękła. Przewróciłem go na plecy i stanąłem na torsie. Pokazałem zęby, ale nie chciałem mu nic zrobić. Zrobił się biały jak ścianą, a Lucy krzyknęła.

     – Nie!!!

     Coś mi mówiło, że jeśli zostanę, z pewnością spełni swoje słowa i mnie zabije. Zacząłem biec jak oszalały. Biegłem tak do nocy. Napiłem się wody ze strumienia i biegłem dalej.
Przez następne dni, ile ich było, nie wiem, biegłem w tym samym kierunku. Zjadłem, co znalazłem. Udało mi się złapać czarnego ptaka. Czułem, żal, że go zabiłem, ale byłem bardzo głodny. Zobaczyłem budowle. Jeszcze takich dużych domów nigdy nie widziałem. Przez następne dni odkryłem, że w niektórych miejscach, które nie wyglądały jak moja buda, bo byłby większe i zbudowane z czegoś innego, było jedzenie. Musiałem szukać, by je znaleźć. Spałem w osłoniętych przed deszczem miejscach i poruszałem się w różnych kierunkach. Byłem wolny, ale musiałem cały dzień szukać jedzenia, a nie zawsze mi się udawało je znaleźć. Poczułem ją pierwszą, a dopiero jego. Mieli trochę więcej lat niż Lucy.
Ona chciała podejść, ale mężczyzna ją powstrzymał.

     – Eleno, nie podchodź, to zdziczały pies, może ci zrobić krzywdę.
     – Nie Jack, ona był u kogoś. Zobacz, ma wytartą sierść na karku. Musiał mieć obroże od wielu lat.

     Podeszła ostrożnie. Nauczony doświadczeniem, nie warknąłem. Pachniała ładnie, chociaż czułem i coś innego co mnie drażniło. Zostałem w miejscu.

     – Jesteś głodny piesku? – zapytała miło.
P
     Pogłaskała mnie mimo protestów Jacka. W końcu i on się przekonał, że nie zrobię im krzywdy.  

     – Jack! Weźmy go do domu. Ładny zdrowy pies, tylko trochę wychudzony.
     – Zwariowałaś! Brać bezpańskiego psa? Pobędzie kilka dni, a jak się wzmocni, to ucieknie.
     – Co ci zależy! Przynajmniej odżyje. – Pozwoliłem jej, by wzięła łapę. – Zobacz, ma całkiem zdarte poduszki. Musiał iść dziesiątki kilometrów po asfalcie.

     Nie mieli niczego, by mnie związać. Ona pierwsza wpadła na myśl, że może z nimi pójdę bez uwięzi.

     – Chodź piesku. Dostaniesz coś jeść i pani cię wykąpie. – Rozumiałem słowo jeść, ale wykąpie już nie.
     – Zobacz, jest mądry. Wszystko rozumie.

     Nie wiedziałem, jak jej przekazać, że nie wszystko, ale szedłem dalej. Doszliśmy do domu. Trochę mniejszego niż Johna i Marry. Nigdy tam nie byłem. Nawet w bardzo zimną noc, kiedy woda w misce stawała się przezroczystym kamieniem, siedziałem i marzłem w budzie. Otworzyli drzwi i Elena mnie zawołała.

     – Idziesz czy nie? Wnosić cię nie będę.

     Coś mi mówiło, by tam wejść. Było inaczej niż na dworze. Dziwne przedmioty, których nigdy nie widziałem. Po chwili dała mi jeść, niestety to były kawałki świeżego mięsa jakiejś krówki, która nie mieszkała na naszym podwórku. W drugiej misce nalała wody. Potem...
Przeszła przez dom i okazało się, że po drugiej stronie za szklanymi drzwiami jest mały ogródek. Kazała mi czekać, więc czekałem. Przyniosła dużą miskę, a potem ogrodowego węża, którego widziałem przed domem Johna. Założyła żółte rękawiczki i zaczęła mnie myć. Woda była chłodna, ale nie zimna. Potem nie byłem zadowolony, bo wlała coś, co pachniało źle. Wkładała szczotkę do wody i potem szorowała moją sierść.

     – Ależ jesteś brudny, ale już nie będziesz.

     Na szczęście potem zabrała miskę z tym, co nie pachniało dobrze i spłukiwała mnie samą wodą.

     – Jest mądry, wcale się nie boi – powiedziała do Jacka, który tylko się przyglądał.

     Kiedy zakręciła wodę, przyniosła duży materiał. Zdążyłem się otrzepać, ale wciąż byłem nieco mokry. Zaczęła mnie wycierać.

     – Zrób mu posłanie z tego starego koca, a jutro coś kupimy.

     Poszedłem za nią do domu. Zobaczyłem materiał, a kiedy pokazała ręka i powiedziała:

     – To twoje miejsce. Leżeć – położyłem się w tym miejscu, a materiał był miękki i miły.

     Zaczął się dla mnie inny czas. Następnego dnia dostałem kojec, oczywiście zorientowałem się po kilku dniach, że to coś gdzie śpię, tak się nazywa.
Poszli ze mną do miejsca, gdzie pachniało bardzo źle, czułem, że tu przychodzą chore zwierzęta. Okazała się, że mam trzy lata i jestem zdrowy.

     – Jak ma pies na imię? – zapytał pan w białym ubraniu.

,,Dziwne pytanie, przecież jestem pies" – pomyślałem.

     – Nie wiemy, on uciekł od właścicieli. Chyba nie traktowali go dobrze. Jack, jak go nazwiemy?

     Młody mężczyzna się uśmiechnął.

     – Jest ulubieńcem księżniczki, to możemy go nazwać Książę.
     – Prince trochę brzmi źle dla psa. Może Rex. Po łacinie król.
     – Masz racje Eleno, Rex brzmi lepiej niż Prince.

     Spojrzał na mnie.

     – Będziesz Rex – pokazał na mnie – To jest Jack, a ja jestem Elena – pokazała na siebie.

     Potem w samochodzie, bo pojechałem z nimi, takim pojazdem, mówiła kilka razy: Rex, Jack i Elena. Jakbym był głupi. A taki nie byłem. Zacząłem żyć. Tak! Dbali o mnie. Dostałem twarde małe kosteczki do gryzienia i mięso lub coś z mięsem, taką masę. Wodę do picia. Chodzili ze mną na spacery. Rzucali i różne przedmioty i chcieli, abym przynosił. Od razu wiedziałem, że tego chcą, ale na początku nie chciałem tego robić, bo po co? Jednak zrobiłem to dla Eleny.

     – Mądry pies, szybko zrozumiał – powiedziała.

     Nie za bardzo rozumiałem. Przecież nie byłem już Pies, tylko Rex. Widocznie i ona zrozumiała, bo powiedziała.

     – Rex jesteś mądry pies.

     Po jakimś czasie zrozumiałem, co znaczy słowo: Pies. Wszystkie zwierzęta jak ja to, pies. Zajęło mi trochę, żeby to zrozumieć. Mieszkałem cały czas z nimi w domu. Jack wychodzi na kilka godzin, a Elena była w domu. Wychodziła ze mną na spacer, a kiedy wracał, szli razem.
I tak miały dni, miesiące i lata. Elena też pachniał dziwnie przez kilka dni potem normalnie i znowu kilka dni. Czasami trzymała się za brzuch i mówiła, że ją boli. Odkryłem, że to krew tak pachnie. Specjalna krew.
Kiedy wychodziliśmy na spacer, czułem bardzo mocny i miły zapach od innych przedstawicieli mojego gatunku, ale takich jak mama. Bardzo rzadko to czułem.

     Minęło sporo czasu. Było ciepło gorąco, chłodniej i zimno. Czasem padał biały puch, nazywany przez nich śniegiem. Odczułem to od razu. Chyba nawet wcześniej niż Elena. Coś bardzo dziwnie pachnącego. Po kilkunastu tygodniach zaczęli mówić słowo: Dziecko. Brzuch Eleny rósł i obydwoje się cieszyli nawet bardziej niż wcześniej.
Troszkę się zmieniła. Wygadało, że mi jednak nie ufa. Potem jej brzuch był naprawdę duży. Zostałem sam, bo gdzieś pojechali zdenerwowani. Wrócili dopiero następnego dnia. Zostawili mi jedzenie i wodę. Zrobili już dawno wyjście na ogród, żebym mógł załatwiać swoje potrzeby. Poczułem, zanim weszli. To coś pachniało inaczej, delikatniej. Nie czułem nigdy takiego zapachu. To coś było jak oni, ale bardzo malutkie. Elena chodziła nieco inaczej ale czuła się dobrze. Położyła w małym łóżku to coś i odeszła. Chciałem zobaczyć z bliska. Podszedłem bardzo wolno. Weszła z kuchni z butelką mleka. Trochę innego niż piłem od mamy. Butelka wypadła z jej rąk.

     – Jack! Jack! – krzyczała przerażona.

     Wszedł.

     – Co się stało, kochanie? – zapytała.
     – Zabierz tego psa, on chce skrzywdzić Megan.
     – Dlaczego tak mówisz? – zapytał.
     – Podszedł, jakby chciał jej coś zrobić! Zabierz tego psa. Zabierz go! Natychmiast!!

     Każde następne słowo wymawiała głośniej. Czułem, że Jack nie zgadza się z tym, co mówi. Wziął mnie na dwór i wszedł ze mną do ich samochodu.

     – Poczekaj tu. Może jej przejdzie.

     Nie wiedziałem, co się dzieje. Niczego złego nie zrobiłem. Chciałem zobaczyć z bliska coś, co tak cudownie pachniało. Megan.

Wrócił po długim czasie.

     – Przykro mi stary. Elena się boi. Musimy cię oddać.

     Nie za bardzo rozumiałem, co to znaczy. Jechałem z nim jakiś czas i w końcu zatrzymał się w jakimś miejscu.
Poczułem dużo psów. Młodych i starszych. Zostawił mnie w samochodzie i trochę go nie było.

     – Chodź Rex, tu ci będzie dobrze.

     Byłem oszołomiony, ale więcej, kiedy Jack poklepał mnie po zadzie i powiedział: żegnaj stary. Przykro mi. Elena jest dla mnie ważniejsza, a dla niej dziecko. Przykro mi.
Człowiek, z którym rozmawiał, stał się inny, kiedy Jack poszedł. Przestał się uśmiechać, założył mi obrożę, inną niż maiłem u Johna i inna niż u Jacka i Eleny i na krótkim łańcuchu zaprowadził mnie do dużej klatki. Po obydwu stronach było wiele psów jak ja, w klatkach. Sądziłem, że za kilka dni wrócą po mnie i będę z nimi i z Megan, ale tak się nie stało. Zacząłem mniej jeść i straciłem na wadze. Co jakiś czas ten mężczyzna, który miał na imię Mark, przychodził z innymi ludźmi i czasem zabierali jakiegoś psa, przeważnie młodego. Nie zawsze był tu Mark. Pracował tu inny mężczyzna o imieniu Richard i kobieta o imieniu Adelajda. Była najmilejsza. Czasem otwierała klatkę i mnie głaskała. Jak Jack jak Elena.
Czasami zabierali starsze psy, ale nie przychodzili wówczas ludzie, tylko inny pan. Dziwnie pachniał. Ten zapach miała kura, która porwał lis, potem lis, którego zagryzłem. Pachniał śmiercią. Inne psy też to czuły i pewnie w swoich psich sercach modliły się, żeby na nich nie wypadło.

     Słyszałem rozmowę Richarda i Adelajdy, bo czasami razem pracowali.

     – Ten będzie uśpiony w przyszłym tygodniu i tamte dwa także. Więcej ich przybywa, niż ludzie zabierają. Nie ma funduszy.

     Zrozumiałem i pogodziłem się z losem, że niedługo już i ja umrę. Właściwie od czasu kiedy już wiedziałem na pewno, że Jack i Elena nie przyjdą po mnie, nie chciałem żyć.
Następnego dnia przyjechał mężczyzna w wieku Jacka. Pachniał dobrze. Nie tak jak Megan, ale milo.
Rozmawiał z Markiem. Mark pokazywał mu niektóre psy.

     – A ten? – pokazał na mnie.
     – Ma prawie sześć lat. Oddali go, bo kobieta obawiała się o swoje niemowlę. Był z nimi trzy lata.
     – A ile tu przebywa?
     – Prawie rok. Ma zostać uśpiony w przyszłym tygodniu. Nie mamy funduszy. Będziemy musieli uśpić piętnaście psów, a jak tak dalej pójdzie, zamkniemy budę.

     Powiedział budę i tego nie zrozumiałem, a potem tak. To była buda. Bardzo nieszczęśliwe miejsce dla wielu psów jak moje pierwsze miejsce.

     – Zabiorę tego – pokazał na mnie.
     – Dlaczego chce pan tego? Duży pies i ma sporo lat. Mamy sporo dwuletnich. Takie psy żyją góra dwanaście lat...
     – Biorę Rexa – powiedział zdecydowanie.

     Nawet nie zakładał mi obroży. Miał spory samochód ze skórzanymi siedzeniami.

     – Rex bądź grzeczny. Teraz i kiedy dojedziemy do domu. Poznacz Olivię i małą Kim – powiedział

     Spojrzałem na niego i położyłem łeb na siedzeniu. Poczułem. Bardzo podobny zapach, jaki miała Megan. Och! Co powie Oliwia?
Skąd mogłem wiedzieć, że Oliwia, jest matką a Kim maleństwem? Nie wiem. Byłem zdenerwowany. Mężczyzna pachniał dobrze, czułem w samochodzie zapach dwóch kobiet i oba pachniały wspaniale, ale przecież Elena też tak pachniała. Czy miałem żal? Ja? Skąd! Nawet wybaczyłem Johnowi. Nie za bardzo go chciałem zobaczyć. Pamiętałem Mary i Lucy. Jechaliśmy długo. Minęliśmy już miasto. Przez okno, bo mężczyzna otworzył, patrzyłem na pola i las w oddali. Dojechaliśmy.
Otworzył drzwi.

     – Wychodź Rex. Przywitaj się z Oliwią i naszą Kim. Kobieta o czarnych włosach stała z małą dziewczynką, która miała pięć lat, tak pomyślałem. Później się dowiedziałem, że ma sześć.
Tym razem nie popełnię pomyłki, niech one podejdą pierwsze – pomyślałem.
Oliwia spojrzała mi w oczy.

     – Dobry i mądry pies. On czeka, aż my do niego podejdziemy. Chodź Kim, przywitasz Rexa.

     Dziewczynka podeszła pewnie.

     – Cześć Rex. Mam na imię Kim. Będziemy przyjaciółmi, chcesz? – pogładziła mnie po łbie i pociągnęła lekko za ucho.
Pomachałem ogonem i delikatnie dotknąłem łbem jej bioder.

     – Będziesz o nią dbał, prawda? – teraz Oliwia głaskała mój łeb, jakbyśmy się znali długo.

     W domu, bo pozwolili mi wejść, czekało wszystko, co miałem u Eleny. Miska, miejsce do spania, ale Kim zaprowadziła mnie do swojego pokoju.

     – Jak nie będziesz chciał spać w swoim miejscu, zawsze możesz ze mną – pokazała na łóżko.
     – Już go psujesz? Nie będzie tutaj spał.
     – Mamusi będzie. Wtedy złe sny nie będą do mnie przychodzić.
     – A masz takie? – zdziwiła się mama.
     – Nie, ale tak z pewnością nie będę miała – pogładziła mnie po łbie.

     Dali mi jeść, oczywiście Kim stała obok i patrzyła czy mi smakuje.

     – Facet mówił, że mają uśpić piętnaście psów. Serce mi krwawiło, kiedy to usłyszałem. Chciał, abym wziął dwulatka, ale coś mi mówiło, żeby wziąć Rexa.
     – Może nie uwierzysz, ale on śnił mi się wczoraj. To dobry pies i sporo przeżył.
     – Pracownik schroniska mówił, że żył trzy lata u młodych ludzi, a kiedy ona urodziła, wystraszyła się o dziecko.
     – Dziwne. Zobacz, jak on się zachowuje? Kim go z miejsca pokochała. Słuchaj Scott, mamy spory teren, ja lubię psy... co myślisz...
     – To dobry pomysł, kochanie. Miałem taką myśl, ale czekałem, co powiesz. Wezmę trailer od znajomego i zabierzemy wszystkie. Niech zaznają serca.
     – Dlatego cię kocham, Scott – przytulił męża.

     Następnego dnia wszystkie psy, które miały umrzeć za dwa tygodnie, znalazły nowy dom. Dobry dom, bo dobrzy ludzie w nich mieszkali.  

     I to wszystko, cała moja historia. Mam już jedenaście lat i od kiedy tu jestem, nikt na mnie nie krzyknął i wszyscy mnie kochają, a najwięcej Kim.

Obudziła się. Była już dużą dziewczynką. Kilka dni temu skończyła jedenaście lat, czyli tyle, co ja.

     – Hej Rex – przytuliła mnie mocno – Pójdę do łazienki i zaraz przyjdę, a po śniadaniu idziemy na spacer.

     Podczas jedzenia usłyszałam rozmowę Oliwi i Kim, bo Scott był w pracy.

     – Idę z nim na długi spacer. Uwielbiam z nim łazić.
     – On już ma swoje lata, musisz go oszczędzać.
     – Wiem mamusiu. Powierzam mu wszystkie sekrety i czuje się bezpieczna prawi jak z tobą i tatą.
     – To dobrze, skarbie.
     – Mamusiu czy wierzysz, że jest psi raj?
     – Jasne kochanie. Wszystkie psy idą do nieba.
     – A czy jak ja umrę, to Rex mnie spotka?
     – Skarbie, jesteś młoda. Czemu tak mówisz!
     – Po prostu pytam. Właściwie nie musisz odpowiadać. Ja wiem. On będzie na mnie czekał z wami – Oliwia tylko pokręciła głową.  

     Kim się ubrała i poszliśmy.

     – Słuchaj Rex. Wczoraj rozmawiałam z Anabell, wiesz tą blondynką i ona mi powiedziała...

     Słuchałem i chłonąłem jej zapach. Lubiłem zapach Oliwi i Scotta, ale wprost uwielbiałem zapach Kim.

     – Znowu nie słuchasz! Co powiedziałam?

     Otarłem, łeb o jej udo, a ona podrapał mnie za uchem. Nigdy nie byłem bardziej szczęśliwy i wiedziałem, że taki stan pozostanie w moim psim sercu do ostatnich dni
...

Sapphire77

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i inne, użył 5516 słów i 30133 znaków.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Pumciak

    To opowiadanie powinni przeczytać wszyscy co nie lubią zwierząt

    19 godz. temu

  • Użytkownik Sapphire77

    @Pumciak Być może. Staram siè pisac mądre I dobre rzeczy. Nie tylko o tych sprawach, no wiesz co mam na mysli. Dzièkuje <3

    11 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Poruszająca historia, która przypomina, że miarą człowieczeństwa jest również nasz stosunek do istot słabszych i całkowicie od nas zależnych. Szczególnie przejmujące jest spojrzenie na świat oczami psa, który mimo doznanych krzywd nie traci zdolności do zaufania i miłości. Pięknie wybrzmiewa też myśl, że dobroć nie zawsze objawia się w wielkich czynach, lecz często w zwykłym okazaniu serca. Opowiadanie smutne, ale pozostawiające nadzieję. I chyba właśnie dlatego warte przeczytania. No i ta perspektywa - inne niż nasze ludzkie spojrzenie. Chociaż autor zawarł w nim wiele swoich poglądów na świat.

    22 godz. temu

  • Użytkownik Sapphire77

    @Jakub Dziękuję. Moje poglady? Czytałem, że zakopano psa żywcem. Innym razem znaleziono kota, któremu wyłamano przednie łapy o 180 stopni. Nie rozumiem Boga, w którego wierzę, więcej niż siebie. Chociaż z drugiej strony wiem, dalczego jeszcze nie zniszczył tego świata.

    21 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    @Sapphire77 miałem na myśli jedzenie mięsa a nie krzywdzenie zwierząt. Dodatkowo albo to spojrzenie artystyczne albo wierzysz że zwierzęta mają samoświadomość, zdolność analizy i komunikowania się miedzygatunkami.

    21 godz. temu

  • Użytkownik Sapphire77

    @Jakub  Myślę, że zwierzęta mają wszytsko co i potrzeba by funkcjonować. Kiedyś uważano, ze kury są głupie a badania potwierdziły, że rozpoznają 100 twarzy. Sądzę, że zwierzęta czują inaczej niż my. Pies wie, że jest psem i że nie jest kotem. W normalnych warunkach dwa gatunki są wrogami, w szczególnym lwica broni małego szympansa przed dużo większym lwem. Powiedzmy, żydowskim targiem, że trochę w to wierzę, a trochę to fantazja.  

    20 godz. temu