Potomek.Historia cz. 2

Proszę o ocenę w komentarzu ^^


Na zewnątrz jest chłodno. Gdy drzwi się otwarły wyszliśmy z tajemniczego pomieszczenia, które okazało się być wielkim kontenerem. Teraz gdy drzwi są otwarte i światło wpada do środka, da się zauważyć maleńkie głośniki na ścianach.
Jesteśmy w dziwnym miejscu. Za nami jest las, wielkie drzewa, niektóre poprzewracane. Przed nami, jest wzgórze, na którego szczycie jest stary zamek. Tam mamy się udać.
Idziemy w ciszy, w końcu, o czym mamy rozmawiać? Znamy się jakieś trzydzieści minut. Do tego cała ta sytuacja. Uprowadzony przez człowieka ze strzykawką. W kompletnie nieznanym miejscu. Nie wiadomo gdzie.
Jak my tu przylecieliśmy? Gdy wyszliśmy na zewnątrz nie było widać żadnego pojazdu i nikogo, kto mógłby podawać nam te dziwne komunikaty. Tylko Ja, Simon i kontener. Mam nadzieję że to tylko zły sen, że zaraz się obudzę, zjem śniadanie i wrócę do swojego beznadziejnego życia.
— Zatrzymaj się. — Nakazuje Simon. — Tam ktoś jest.
Chwyta mnie i ciągnie w pobliskie krzaki żeby nie było nas widać.
— Ja nikogo nie widziałem. — Poprawiam kurtkę.
— Ja też.
— To na jakiej podstawie stwierdzasz że ktoś tam jest?  
— Słyszałem kroki. — Uśmiecha się. — Gdybyś tyle nie myślał i skupił się, pewnie też byś usłyszał.
Może ma rację, może za dużo o tym wszystkim myślę. Muszę się skupić.
— To... Co robimy? — pytam.
— Zaczekamy aż ten ktoś sobie pójdzie. — Siada na ziemi.
— Ja nie zamierzam się stąd ruszać. — Odezwał się ktoś za naszymi plecami. Simon aż podskoczył. Obracam się. Za nami stoi dziewczyna ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Jest mniej więcej mojego wzrostu, związane w kucyka blond włosy sięgają jej do ramion. — Przynajmniej, dopóki nie dowiem się kim jesteście.
— Jestem Simon — wstaje i wyciąga rękę, lecz widać że jego ruchy są ostrożne. Nieznajoma spogląda na mnie.  
— Mike — podaję jej rękę. Nie lubię się przedstawiać. Po co mam to robić? Ludzie i tak zapomną jak się nazywam. — teraz twoja kolej.
— Nazywam się Megan ale wszyscy mówią na mnie Meg. — Rozgląda się. Jest zdezorientowana. Ona też nie wie gdzie jesteśmy. — Wiecie co to za miejsce?
— Wiemy tylko że przylecieliśmy tutaj w kontenerze, i że mamy iść do tego zamczyska, tak nam powiedzieli. — Próbuję się uśmiechnąć ale nie wychodzi mi to,  
— W takim razie ruszajmy — stwierdza z uśmiechem Simon.

  
Meg i Simon idą przodem, a ja wlokę się z tyłu. Do zamku jest już niedaleko. Ile już idziemy? Chciałbym to wiedzieć.
Obracam się żeby zobaczyć jak daleko jesteśmy od miejsca gdzie spotkaliśmy Megan. Coś się porusza w naszą stronę. Ktoś nas śledzi. Nie, gdyby nas śledził uważałby, szedł ostrożnie, a ten ktoś biegnie. Zamaskowany mężczyzna. Zaczynam uciekać jak najszybciej potrafię. Wyprzedzam moich towarzyszy.
— Uwaga!! — krzyczę.
Simon patrzy na mnie, po chwili odwraca się i rozumie o co mi chodzi. Niestety za późno. Mężczyzna złapał ich.  
Nie patrzę na to. Nie wiem co z nimi robi. Po prostu biegnę. Staram się nie myśleć o tym co może mnie spotkać jeśli zostanę złapany.  

Po trwającym kilkanaście minut biegu jestem tuż przy zamku. Napastnik nie pobiegł za mną, przynajmniej tak mi się wydaje. Nie odwracałem się.
Z bliska budowla jest większa niż się wydawała. Wielkie drzwi, przed którymi stoję są otwarte, wiec wchodzę do środka. Jestem w wielkiej komnacie, przede mną są schody prowadzące do górnych partii zamku. Na ziemi leży pozłacany czerwony dywan, a nade mną wisi szklany żyrandol.
— Witaj Mike — ktoś stoi na schodach. Postawny, siwy mężczyzna w okularach. — czekaliśmy na ciebie. Twoi znajomi już tu są.
— Simon i Megan? — pytam.
— Tak. Wysłaliśmy po waszą trójkę naszego człowieka, ponieważ długo się nie zjawialiście. Miał was tu przyprowadzić.
— TU, czyli gdzie?! — naprawdę chcę wiedzieć.  
— Spokojnie, zaraz się wszystko wyjaśni. Chodź za mną.
Nieznajomy prowadzi mnie w głąb zamku. Wchodzimy w długi korytarz, po jego obu stronach są drzwi. Otwiera jedne z nich i każe mi wejść, więc wchodzę. W środku stoją ludzie, są tak samo zmieszani jak ja. Razem, nie licząc mężczyzny, który mnie tu przyprowadził, jest nas ośmiu. W tym Simon, Megan i Ja.
— Witam wszystkich zgromadzonych — mężczyzna przerwał niezręczną ciszę — nazywam się Victor, jestem szefem organizacji Dieithryn, zajmującej się kosmosem. Nasza organizacja pracuje nad projektem Estron, polegającym na łączeniu człowieka z Dynem, przedstawicielem gatunku z innej planety. Powstałe w ten sposób hybrydy mają posiadać najlepsze cechy obu gatunków. Wy jesteście nowym pokoleniem hybryd, dlatego się tu znaliźliście.
Nie mogę uwierzyć w to co słyszę, ten człowiek musiał pożądnie uderzyć się w głowę. Jestem człowiekiem, a nie kosmitą.
— Obecnie znajdujemy się na wyspie Ynys, siedzibie organizacji. — Victor spojrzał na nasze zdezorientowane twarze. — Wiem, że trudno wam to pojąć, ale taka jest prawda.
— Pan chyba żartuje. Mamy uwierzyć że istnieje życie pozaziemskie, a my jesteśmy dziećmi kosmitów? — prychnęła jakaś dziewczyna.
— Coś ty ćpał człowieku? — zaśmiał się jakich chłopak.
— Za chwilę przekonacie się na własne oczy. — Victor ruszył w stronę drzwi i machnął ręką abyśmy poszli za nim. — Dynowie posiadają pewne umiejętności, które są cechami dziedzicznymi. Oznacza to że wy także posiadanie te zdolności.
— Jedną z nich — ciągnął — jest zwiększona regeneracja i odporność. Prawdopodobnie zauważyliście że kiedy się skaleczycie rana goi się w ciągu kilku godzin, że wasza skóra nie ma skaz lub że w ogóle nie chorujecie. Dodatkowo zyskaliście swój niepowtarzalny wygląd, jasna skóra, włosy i oczy.
Jasne włosy, nie wiem gdzie. Z drugiej strony, wszyscy, prócz mnie, mają blond włosy. Jeśli to co mówi ten szalenic to prawda, jestem dziwny nawet jak na kosmitę.
— Kolejna rzecz to większe możliwości, jesteście szybsi, silniejsi i mądrzejsi niż inni. Macie lepszy wzrok i słuch.
— Czyli jesteśmy jak Superman? — zapytał ktoś z nutą sarkazmu w głosie.
— Jesteście lepsi — Victor wszedł do jakiegoś pomieszczenia wyglądającego trochę jak sala gimnastyczna, tylko większego. — najlepsze zostawiłem na koniec. Dynowie potrafią tworzyć coś zniczego, wytwarzać materię.
— Co masz na myśli? — nie mogę się powstrzymać od zadania tego pytania.
— Chodzi o to, że myśląc o, na przykład nożu, pojawi się on w twojej ręce. Nie wiadomo skąd. — odwraca się w stronę drzwi.
Ktoś wszedł na salę, widziałem go wcześniej. To ten sam mężczyzna, który porwał mnie z ośrodka. Teraz nie ma na sobie maski, dzięki czemu widać jego siwe włosy, szare, małe oczy i jasną skórę. Mimo iż jest siwy, wygląda młodo, jest tylko kilka lat starszy ode mnie.
— Jestem Michael — mówi — przez następne kilka tygodni będę was uczył.
— Niby czego? — pyta puszysta dziewczyna stojąca obok mnie.
— Tego — wyciągnął rękę do przodu, coś jakby błysnęło w jego dłoni. Chwilę potem, dosłownie po mrugnięciu okiem, trzyma w ręce sztylet.

Potomek

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction, użył 1246 słów i 7381 znaków.

1 komentarz

 
  • Sambi

    Hmm.. Od zawsze miałam coś w rodzaju anty fetyszu na opowiadania pisane przez płeć przeciwną, ale tu jakoś się przemogłam i zaczęłam czytać i muszę przyznać, że naprawdę zgrabnie Ci idzie. Potrafisz pisać z sensem i nie rozpisujesz się zbytnio oraz przy okazji potrafisz rozśmieszyć chociażby takim "Jeśli to co mówi ten szalenic to prawda, jestem dziwny nawet jak na kosmitę." Aż się uśmiechnęłam do monitora, też jestem kosmitą skoro nawiązuję jakieś relacje z moim laptopem? :D Ale wracając, zainteresowałeś mnie i mam nadzieję, że zainteresujesz jeszcze bardziej.

  • Potomek

    @Sambi Bardzo się cieszę że opowiadanie się podoba :)  
    PS. Nie jesteś kosmitą :D

  • ono

    @Potomek   Wszyscy jesteśmy kosmitami