Poddasze prawdy #5

Poddasze prawdy #5Dziewczyna wyczuła szansę i zerwawszy się z kanapy wydarła się w niebo głosy.
  
- RATUNKU! TO JA ELŹBIETA RAKO... - tyle zdążyła wykrzyczeć, nim Korecki rzuciwszy metr dopadł do niej i dłonią zatkał jej usta.

- Stul pysk cipo – wycharczał przez zęby.
  
Zrobił dźwignię i pociągnął w kierunku otwartej szuflady. Zapomniał chyba o łańcuchu i nim do niej doszedł poczuł jak kobieta leci mu z rąk, pozostawiwszy unieruchomioną nogę. Na jego szczęście wyciągniętą ręką sięgnął szuflady, namacał taśmę klejącą i mógł zawrócić na środek pomieszczenia. Zębami odkleił końcówkę i nie bacząc na włosy krzywdzonej zawijał bez opamiętania wokół jej głowy.  

- Już schodzę! – Krzyknął w kierunku schodów, znacznie ciszej dodając – chujasie.

Bez ceregieli odwrócił ją sobie twarzą do siebie i próbował złapać ją za przeguby. Więziona chowała je za siebie, co zdenerwowało napastnika.

- Nie graj na zwłokę – syknął.

Przyniosło to niewielki pożytek, Rakowiecka walczyła o czas, czas na być może jedyną szanse na wolność.
Złapał ją za kark i przybliżył do swojej twarzy. Krople potu na czole Elżbiety, które perliły się w blasku LED - owego światła zaczęły spływać jej do oczu, być może to podrażniało spojówki, bo zbyt często mrugała.

- Mam ci wyjebać w maziaka! Tak, że do końca życia twój połamany kinol będzie pośmiewiskiem na każdej imprezie w mieście? Chcesz tego?
Zbliżył usta do jej lewego ucha.

- Raz, dwa..

To wystarczyło.  
Wyciągnęła dłonie.

- Daj je do tyłu i odwróć się. - Posłuchała.

Sprawnie obleciał nadgarstki i podniósł połówkę kanapy.  
Rakowiecka rozszerzyła źrenice i pokiwała głową na znak protestu. Szarpną jej ciałem i na siłę władował do kanapy. Nim przymknął, puścił jej buziaka z dłoni.

- Ciau. Teraz dopiero masz karę, skarbie.

Dla pewności postawił na kanapie masywny fotel, na którym zwykł siadać, gdy czytał.
Zbiegając na dół ściągnął maskę.

- Już otwieram!
  
Zrzucił kostium, upychając go do pawlacza i na bokserki założył dżinsy. Ciągnąc zamek rozporka otwierał równocześnie drzwi.

- Pan Wacław? Cóż to pana sprowadza.

Na zewnątrz stał leśniczy w pełnym umundurowaniu.

- Dzień dobry, panie Kacprze. Ja przepraszam, że tak nachodzę po ciemnościach – próbował na wszelkie sposoby zapuścić żurawia do środka -ale brama była otwarta, a tu noc i… – nerwowo pociągnął za swoje sumiaste siwe wąsy. Przestępował z nogi na nogę, uzurpując sobie coraz lepszą pozycję.

- Czy mi się zdawało, czy ktoś wołał o pomoc?

- A! Złapał mnie pan – Korecki przyłożył dłonie do policzków - moja chrześnica jest u mnie i trochę się wygłupiamy. Aż wstyd się przyznać, w co i jak rozpiziliśmy przez to poddasze.
Leśniczy nie był ukontentowany taką odpowiedzią.

- Chrześnica, pan mówisz. Takie dziwne zabawy lubi?

Właściciel wypuścił powietrze ze świstem i wymownie zerknął na schody.

- Panie Wacławie, dzisiejsza młodzież to wchodzi w takie gry na komputerze, a jakie filmy ogląda – klepnął się otwartą dłonią w czoło.

- Panie Kacprze – machnął ręką – pan nie zapominaj, że ja mam już wnuki.

- A no tak. Jak to mówi mój znajomy – czas nie kutas, nie stoi w miejscu – Korecki podniósł dłonie do góry — za przeproszeniem, pan się nie pogniewa za taką dosłowność.

Leśniczy zrobił grymas na twarzy.

- Ja? Panie, jakby pan posłuchał, co chłopy w lesie opowiadają, jakie to zbereźnicy, tam dopiero można zebrać żniwo – zdjął czapkę popatrzył w niebo i wykonał znak krzyża.

Mundurowy jakby bardziej już swobodny, usadowił na powrót czapkę i pochylił się w stronę rozmówcy.

- Ja przepraszam, że tak nachalnie zaglądałem, ale wie pan, po tym zaginięciu ja już przewrażliwiony jestem. Rozumie pan?

- I pan mnie podejrzewał? - Właściciel posesji ostentacyjnie złapał się za klatkę piersiową. Pokiwał głową i zrobił przejście gościowi. By z widocznym fochem powiedzieć.

- Sprawdź pan, żeby pan był pewny, czy jakiego zbira pan nie ma za sąsiada.

Leśniczy cofnął się o krok.

- Dajże pan spokój. To przez moją Jadzię, truje mi o tym ,lamentuje, co to za czasów my dożyliśmy. No na mnie już czas. Zamknij sobie pan bramę.

Obydwaj ruszyli w kierunku wejścia na posesję.

- Proszę pozdrowić panią Jadwigę i powiedzieć, że u mnie tej porwanej dziewczynki nie ma.

- Nie bądź pan złośliwy. Najlepiej jak o tym zapomnimy, zgoda? –Wyciągnął rękę, którą adwersarz uścisnął.

- Też tak myślę.
- Dobranoc.  
- Dobranoc, panie Wacławie.

Gdy Korecki chciał już dopełnić formalności z bramą, usłyszał jeszcze jedno zdanie.

- To nie była dziewczynka, tylko dwudziestokilkuletnia kobieta. Ale czemu powiedział pan, że nie ma u pana porwanej? Nie wiadomo przecież, czy akurat ją porwano?

Młody mężczyzna wsparł się na murze, w którym zamontowano bramę.

- Jeśli pan podejrzewał, że może być u mnie, to ja ją bym musiał znać. A że nie znam, to tylko uprowadzając mogłem to osiągnąć. Ale pan zdaje się mnie dalej podejrzewać, bo ciągle szuka pan nieścisłości w moich słowach A ja jakbym był upierdliwy, to zapytałbym pana, czemu pan powiedział - była. Czyżby znaleziono zwłoki tej dziewczyny, a może pan coś wie więcej niż inni?

- Uchowaj Boże! Skąd bym mógł wiedzieć. Miejmy nadzieję, że żyje. Tak się przejęzyczyłem. Dobranoc.

Wsiadł do swojego Land Rover’a i pomachał swojemu sąsiadowi.
Korecki niedbale podniósł rękę i szeptem pożegnał się ze służbistom.

Jedź cioto, na jajeczniczkę do swojej Jadziuni.

Wracają do domu, spojrzał na oświetlone poddasze i zanucił.

- A gdybym był krogulcem to, co byś powiedziała  
i przyszedł z teczką do łóżka i twego ciała,
to, co byś powiedziała, czy coś byś przeciw miała?
Chciałabym, chciała…

milegodnia

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 1093 słów i 5968 znaków, zaktualizował 1 lut 2020.

Dodaj komentarz