Żadnych czerwonych psów cz. 1

Żadnych czerwonych psów cz. 1- Wejdź pod łóżko. - nakazuję
wiedząc, że wizyta Prawych to kwestia czasu. Wciąż nie mam pojęcia, dlaczego mu pomagam. Przecież nie potrzebuję kłopotów. Posłusznie wykonuje moje polecenie, a ja przywołuję na twarz obojętny wyraz. Zdążamy w samą porę, zdecydowane walenie niemal wyważa sfatygowane drzwi.

- Otwierać, w imieniu Prawa. -  
rozkazuje strażnik.  

- Słucham? - rzucam, odsuwając
skobel.  

- Dziwka? - pyta, zaskoczony moim
nad wyraz oczywistym makijażem.  

- Ja na dziś skończyłam, więc nic z
tego, chłopcze. - odpowiadam,  
puszczając mu oko.  

- Masz pozwolenie na działalność?  

- Mam pozwolenie na wszystko. - mruczę uwodzicielsko.  

- Szukamy mężczyzny. Brunet,  
wysoki, dobrze ubrany… Był tutaj? - Prawy nagle przypomina sobie o celu wizyty.  

- Był, ale poszedł. - zeznaję z
nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Lata praktyki nauczyły mnie ukrywać emocje. Bez nich jest wygodniej. Bezpieczniej. Lepiej. A z czasem można całkiem o nich zapomnieć.  

- To morderca. Proszę na siebie
uważać.  

- Tak jest. - potwierdzam, napinając
ciało jak strunę instrumentu barda. Strażnik odchodzi hałaśliwie potrząsając dzwonkiem w mroku ulicy. Zamykam drzwi, odetchnąwszy z ulgą. - Możesz wyjść.  

Mężczyzna ostrożnie wysuwa się spod mebla, otrzepując płaszcz. Krew na jego dłoniach dawno zaschła, pozostawiając suche strupy.  

- Dziękuję. Ja… Ja nic nie
zrobiłem. Przysięgam.  

- Gówno mnie obchodzi, czy kogoś
zabiłeś, czy nie. Po prostu zniknij i nie przychodź więcej. - nakazuję lodowato. Spogląda intensywnie błękitnymi oczami, stanowiącymi pierwszy dowód niewinności, jakby próbował wejrzeć w moje myśli.  

- Czerwony Pies.  

- Coś ty powiedział?  

- Czerwony Pies. - zdejmuje płaszcz
i pociąga rękaw koszuli aż do zgięcia łokcia. Dostrzegam tam niewielki rubinowy rysunek, przedstawiający psa. Znam ten symbol, jak wszyscy w naszej dzielnicy. Czerwone Psy rządzą nią od dawna, mimo ataków Prawych. Właściwie każda dzielnica ma własne Czerwone Psy. Zmianie ulega nazwa i tatuaż, a reszta? Rozruchy, haracze, przepychanki z Prawymi… Wszędzie to samo. Skąd jednak taki elegancik wziął się tutaj, naznaczony przeklętym znakiem gangu? Ktoś, kto nosi drogi płaszcz nie powinien w ogóle wiedzieć o istnieniu Psów. Cofam się przestraszona. Śmierdzi mi tutaj grubszą aferą, a ja nie planuję konfliktów.  

- Nie, nie bój się, proszę. - szepcze,  
delikatnie dotykając mnie zakrwawionymi palcami. Odpycham go z obrzydzeniem. - Masz syna, prawda?  

- Skąd ty o tym wiesz?  

- Vlada widział coś, czego nie
powinien. Dopadną go. Tak jak dopadli tego człowieka dzisiaj. Musisz mi pomóc ich powstrzymać. - tłumaczy krótkimi, urywanymi zdaniami.  

- Jestem jedynie zdzirą spod latarni.-  
protestuję, choć wzmianka o Vladzie mocno przyśpiesza bicie mojego serca.  

- Jesteś Roza, córka naszego
przywódcy.  

- Mój ojciec stworzył Czerwone Psy.  
Dał wam władzę, zapewnił środki, wskazał drogę na szczyt… A wy skopaliście go na śmierć w ciemnym zaułku. Nie masz prawa wywlekać jego osoby, podczas rozmowy ze mną.  

- Nie brałem w tym udziału. Chciałem go uratować, ale byłem wtedy tylko durnym dzieciakiem. - zapewnia gorączkowo, bliski uklęknięcia. Uspokajam się. Wierzę jego wyjaśnieniom, chociaż nie wiem czemu. Nie sądziłam, że mogę nadal być tak naiwna.  

- Gdzie jest mój syn? - pytam  
zaniepokojona.  

- Zabrali go. Razem z nauczycielem.  

- Jak mogłeś do tego dopuścić?! -
podrywam się gwałtownie. Mężczyzna przytrzymuje mnie mocno w talii. Przez chwilę się szarpię, po czym mięknę, wiotczejąc w jego uścisku.  

- To bez sensu. Przestań. - prosi,  
zaciskając rękę.  

- Mój Vlada… - mamrotam przez łzy, tuląc twarz do ramienia mojego gościa. Spokojnie stoi, pozwalając, abym wyrzuciła cały gniew i żal.  

- Możemy sobie nawzajem pomóc. -
oświadcza. - Odzyskasz syna, a ja odzyskam to, co mi się należy. - niepewny czeka mojej decyzji - Roza?  

- Jak masz na imię? - wyduszam,  
próbując zbudować kruchy most zaufania między nami.

- Daren.  

- Co mam robić, Daren?  

- Chciałbym umyć ręce. Na początek.

Nalewam wody do miednicy, podając mu ręcznik. Myje dłonie starannie, aż woda zmienia zabarwienie. Korzystam z okazji, by móc bezkarnie go obserwować. Jest przystojny. Ale nie w ten nachalny, oczywisty sposób. Jego uroda oscyluje w granicach nietypowej i intrygującej.  

- Po co użyłeś mojego ciała jeśli twój  
cel był inny?  

- Nie wiedziałem, jak zacząć  
znajomość. - odpowiada lekko zawstydzony. Wybucham śmiechem, a on okrywa się rumieńcem.  

- Ta twoja Linda, której imię  
krzyczałeś… Ładna jest?  

- Martwa.  

- Przepraszam. Nie chciałam…  

- Zaraziła się tamtego lata.  

- Rozumiem.  

- Nie, nie rozumiesz. - mówi,  
wycierając oczyszczone dłonie. - Prześpię się na fotelu.  

- Możemy spać razem. Będzie nam
wygodniej. - proponuję.  

- W porządku.  

Robię mu miejsce, szczelnie otulając się kołdrą. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę leżeć obok Czerwonego Psa. Gaszę lampę, lecz nie potrafię zasnąć. Myślę o Vladzie. Gdzie jest? Jak go traktują? Czy żyje? Zapadam w wymuszony, nie dający odpoczynku sen, dopiero nad samym rankiem.

1 015 czyt.
100%65
sadstory

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy i kryminalne, użyła 920 słów i 5232 znaków, zaktualizowała 4 maj 2018. Tagi: #zbrodnia #miłość #fantasy

5 komentarzy

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 27 wrz 2018

    Porzuciłaś opowiadanie?

  • AuRoRa

    AuRoRa · 6 maj 2018

    Fabuła się rozkręca, łapka

  • Somebody

    Somebody · 4 maj 2018

    Podoba mi się, jak kierujesz akcję. Bardzo fajnie  

  • agnes1709

    agnes1709 · 4 maj 2018

    Świetnie! Tylko krótkie

  • AnonimS

    AnonimS · 4 maj 2018

    Po prostu zniknij i przychodź więcej. - nakazuję lodowato. Z kontekstu wynika że powinno byç. Nie przychodź więcej./ bVlada chyba Vlada. Trochę jak dla mnie chaotyczne aleciekawy pomysł. Daję zestaw : Tak i łapka