Dramione (miniaturka) Podróże w czasie część 2

Hermiona rozejrzała się po niewielkim pokoiku, w którym przyszło jej spać i przeszedł ją dreszcz obrzydzenia. Co prawda przez kilka lat mieszkała przecież w średniowiecznym zamku, ale Hogwart był czystym i zadbanym miejscem i daleko mu było do tego, jak wyglądały domy w dziesiątym wieku. Przełknęła głośno ślinę, siadając na brudnym sienniku, z którego momentalnie się poderwała, gdy zapiszczała pod nią zadomowiona tam mysz.
- Zatłukę Ronalda! - mruknęła wściekła sama do siebie.
- No to jest nas dwoje — usłyszała głos Dracona za swoimi plecami.
- Nauczysz ty się wreszcie pukać? - warknęła w jego stronę.
- Pukać to ja już dawno umiem. Chcesz sprawdzić, jak dobry w tym jestem? - zapytał, znacząco ruszając brwiami i podchodząc do niej niebezpiecznie blisko.
- Zostaw mnie, ty zboczeńcu! - odepchnęła go mocno. Zaśmiał się.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że możemy tu utknąć nawet na kilka lat? Więc nie radziłbym ci być wobec mnie niemiłą, Granger, jeśli oboje chcemy powrócić do naszych czasów! Schowajmy również nasze szkolne szaty. Nie byłoby dobrze, gdyby ktoś je zobaczył przed wybudowaniem Hogwartu.
- Masz rację, tyle że i tak nasze stroje nie nadają się do chodzenia tu w nich — odparła, ściągając szatę. - A co do tej współpracy, to jeśli nie będziesz stwarzać dwuznacznych sytuacji, Malfoy, to chyba się na nią zgodzę...
- Porozmawiam z ludźmi w wiosce, być może wiedzą, kto potrzebuje mężczyzny do pracy — powiedział Draco, odwracając się do drzwi.
- Raczej chłopaka do pracy — prychnęła. - No i nie bardzo wierzę w to, że arystokrata numer jeden chce podjąć pracę zarobkową. Nie bądź śmieszny!
- Nie każdy, kto wychował się w rodzinie czarodziei z czystą krwią, musi być zawsze wierny ideałom o tym, że to na nas powinno się pracować, Granger. Zwłaszcza jeśli sytuacja jest tak mało korzystna, jak ta.
- I tak ci nie wierzę — odcięła się Gryfonka.
- A teraz by się to przydało... Gdyby ktoś się ciebie pytał, dlaczego mówisz tak dziwnym angielskim, to powiedz żeś z południa kraju. Może uwierzą. I raczej nie popisuj się znajomością tak dużej ilości czarów. To mogłoby być dla nas niebezpieczne — poinstruował ją jeszcze. - Nie wierzę, że to mówię, ale uważaj na siebie. Wrócę za kilka godzin.
- A ty dokąd?
- Rozejrzeć się za pracą.
- Ale czym pojedziesz? Przecież nie teleportujesz się, bo nie znasz krajobrazu, mógłbyś skończyć w ścianie!
- Spokojnie. Istnieje coś takiego, jak transport zwierzęcy, Panno — Wiem - To — Wszystko.
- Co? - zdumiała się.
- Granger! Rusz tą kupą siana, co ją masz na łbie i zacznij wreszcie myśleć! - warknął poirytowany. - Wezmę konia, Granger!
- Przecież ty nie umiesz jeździć konno! - wyrwało jej się. Spojrzał na nią z ukosa i odparł chytrze:
- A kto ci tak powiedział? Łasic czy Grzmotter?
- Malfoy! - warknęła, celując w niego oskarżycielsko palcem.
- Nie groź, bo to nie robi na mnie wrażenia... - syknął, mrużąc oczy. - Idę, a ty się nie wpakuj w jakieś tarapaty, bo nie mam ochoty jakoś nadstawiać za ciebie karku!
- I vice versa!
Wychodząc, pokręcił jeszcze tylko głową i z rumorem zszedł po drewnianych, niestabilnych schodach. Na piętrze, gdzie znajdowały się ich pokoje, była jeszcze sypialnia państwa, którzy po godzinnej rozmowie zgodzili się wreszcie przenocować młodą parę.
Kiedy tylko została sama, zamknęła delikatnie skrzypiące drzwi i kilkoma machnięciami różdżką, zmieniła swoje ubranie w długą, prostą suknię, podobną do tych, jakie nosiły kobiety w miasteczku. Gdy skończyła, przez okno dobiegło ją rżenie konia. Zaintrygowana wyjrzała przez brudną szybę i dojrzała młodego Malfoya odzianego w jakieś skórzane ubranie, jak dosiada karego rumaka. Dojrzał ją w tym oknie. Ze strachu cofnęła się głęboko do pokoju, potykając się o stojący na środku, rozklekotany stolik.
- Cholerny arystokrata! - mruknęła zła. Odwróciła się od okna i westchnęła cicho, zastanawiając się, jak się stąd wydostaną. Zdawała sobie sprawę, że zaklęcie, którego użył jej chłopak, należało do jakichś naprawdę starych i istniała niestety możliwość, że ten rudy kretyn nie znajdzie zaklęcia, które ich sprowadzi ponownie do dwudziestego wieku. Myśl ta przeraziła ją tak bardzo, że usiadła ciężko na brudnej podłodze i rozpłakała się rzewnie. Łzy popłynęły jej mocnym strumieniem, a z gardła dobyło jej się głośne łkanie, które starała się stłumić dłonią, by nie usłyszeli jej gospodarze na dole. Tak bardzo rozkleiła się, rozmyślając nad swoją obecną sytuacją, że zwinęła się w kłębek na podłodze i objęła mocno rękami. Nie miała pojęcia ile tak leżała i płakała. Nie zauważyła ani nie usłyszała, jak młody chłopak wchodzi do jej pokoju. Czując na swoich ramionach jego chłodne ręce, była przekonana, że to powrócił już Draco ze swojej "wyprawy". Że to nie jest on, zorientowała się, dopiero gdy jego brudne długie włosy uderzyły ją w twarz. Zorientowała się, że to syn gospodarzy. Szarpnęła się mocno, starając się oswobodzić, ale młodzieniec, choć najpewniej kilka lat młodszy od niej, był dużo silniejszy.
- Ty jesteś bardzo piękna — powiedział z mocnym akcentem. - Ty mi teroz dasz, co ja chcę.
Hermiona zamarła, zdając sobie nagle sprawę z tego, o czym mówi ten chłystek. Mocne szarpnięcie obróciło ją na plecy i w pełnej krasie mogła dostrzec niezbyt urodziwą twarz wyrostka, któremu brakowało większej części uzębienia. Jęknęła głośno, gdy docisnął jej swoją dłoń do jej łona. I bynajmniej nie był to jęk rozkoszy. Jakże w tej chwili żałowała, że odłożyła swą różdżkę na niski taboret stojący przy łóżku! Nie miała żadnej możliwości obrony, bo przecież ręcznie sobie z nim nie poradzi! Łzy spłynęły jej po raz kolejny tego dnia po twarzy. Czuła na sobie brutalny dotyk młodzieńca. Myśli kłębiły jej się w głowie. W pewnej chwili poczuła na swoim udzie twardą męskość napastnika i zadrżała. Choć szarpała się i wierzgała, nie zdołała uczynić mu żadnej krzywdy i wszystko wskazywało na to, że wręcz jeszcze mocniej go rozochociła, bo dobierał się do niej coraz łapczywiej. Zamknęła oczy, zrezygnowana.
W pewnym momencie brutalnie rozchylił jej nogi, z zamiarem dobrania się do niej, kiedy nagle poczuła, że obezwładniający ją ciężar zniknął. Usłyszała łoskot padającego nieopodal ciała i wrzask najprawdopodobniej rannego chłopaczka, a w chwilę później jakiś nieznany jej metaliczny odgłos.
- Jesteś cała? Nie zrobił ci nic? - usłyszała nad sobą głos Draco i spoglądając na niego, rozkleiła się jeszcze bardziej. Ostrożnie wziął ją w ramiona i pomógł jej się doprowadzić do porządku. Zerknęła ostrożnie ponad jego ramieniem i dostrzegła z niemałym zdumieniem, że chłopaczek otoczony jest przez trzech rycerzy z zbrojach.
- Co się dzieje? - chlipnęła zaskoczona obecnością trójki postawnych mężczyzn.
- Dobre wieści, Hermiono — powiedział, uśmiechając się do niej delikatnie. - Przyjęto nas na służbę do pobliskiego zamku.
- Jak udało ci się to tak szybko załatwić? - zdumiała się, patrząc, jak rycerze wyprowadzają młodego z pomieszczenia.
- Miałem szczęście. Koło powozu księcia uległo uszkodzeniu i pomogłem w jego naprawie. Człowiek ów zaproponował mi pracę, a ja ją przyjąłem. Kiedy powiedziałem, że jest ze mną kobieta, stwierdził, że jego córka potrzebuje zaufanej służki... Cóż, padło na ciebie — wyjaśnił półgłosem, pomagając jej spakować rzeczy. Przyjrzała mu się uważniej i zauważyła, że również zmienił swój strój na bardziej odpowiedni dla epoki, w której się znaleźli. Z niechęcią przyznała w myślach, że było mu całkiem dobrze w prostej, oczywiście zielonej tunice i lnianych spodniach.
- A jak się tam dostaniemy? - zapytała cicho.
- Pojedziesz ze mną — oznajmił jej po prostu.
- Tak. Ale nie martw się, jestem dobrym jeźdźcem. Nie pozwolę ci spaść, o ile nie będziesz się wiercić... Aaa i nie używaj czarów w zamku. To niestety mugole — dodał po chwili.
- Nie uwierzę, że pan arystokrata zgodził się pracować dla mugola! - sarknęła.
- A ja wciąż nie wierzę, że jeszcze cię nie zabiłem, Granger... Chodź już.
Po skrzypiących schodach zeszli na parter domu i wyszli na błotnistą drogę, gdzie czekało już na nich trzech konnych. Jeden z nich trzymał na długim postronku zmaltretowanego chłopaka. Jego rodzice ze spuszczonymi głowami stali nieopodal wierzchowców.
- Co z nim będzie? - zapytała Hermiona.
- Zostanie ukarany. Ale nie wiem jak. Wskakuj.
- Jak? Nigdy nie jeździłam konno! - powiedziała, patrząc na dużego konia.
- Pomogę ci... Włóż nogę w strzemię.
- Gdzie?
- Hermiono... Ty nic nie wiesz o koniach? - spojrzał na nią zaskoczony. Pokręciła przecząco głową.
- Boję się ich — mruknęła zawstydzona.
- Ciekawe — parsknął śmiechem i gwałtownie podsadził ją na siodło tak, by mogła złapać się przedniego łęku. Kiedy niezgrabnie wdrapała się na siodło, sam płynnym ruchem usiadł tuż za nią. Wzdrygnęła się, czując tak blisko jego ciało.
- Mogę być jeszcze bliżej — mruknął jej do ucha, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć na tę uwagę, spiął konia i ruszył szybkim stępem w stronę trójki rycerzy. Ci natychmiast się do niego dołączyli, ciągnąc za sobą młodego więźnia.
Początkowo Hermiona była bardzo spięta, po pierwsze z powodu bliskości blondyna, a także dużego i narowistego zwierzęcia pod sobą. Nauczyła się jednak dość szybko poruszać w rytm końskiego chodu. Wydarzenia dnia i miarowy stęp sprawiły, że w końcu zasnęła, głowę opierając na ramieniu znienawidzonego Ślizgona.

- Ej, obudź się — szturchnął ją w ramię, gdy konie wyszły na ubity trakt, wiodący do zamku. Otrząsnęła się i spojrzała przed siebie, na majaczącą w oddali posępną i prostą kubaturę zamku. Przełknęła z przejęcia ślinę — rozpoczynał się dla nich nowy i zupełnie odmienny od doskonale im znanego okres życia...

2 558 czyt.
100%9
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1915 słów i 10379 znaków.

Dodaj komentarz