Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Tydzień nagości: Koszykarz i Cheerleaderka cz3

Poranek u Oli
Ola obudziła się wcześniej, niż zazwyczaj. Przez chwilę leżała nieruchomo, z policzkiem na poduszce i z wrażeniem, że ciało nadal pamięta wszystkie wtorkowe doznania i dłonie które jej dotykały. Spojrzenie Kuby. Smak cudzej skóry spod prysznica. Ale najbardziej zdanie które wypowiedział Kuba w drodze do domu, które wracało do niej uparcie: że po wszystkim myślał o niej.
Wstała wolno. Światło przechodziło przez firankę jasne i letnie. Podeszła do szafy, przetarła twarz dłońmi i dopiero potem sięgnęła po ubranie. Bez namysłu wybrała lekką, krótką sukienkę. Następnie podeszła do szuflady z bielizną spojrzała i odłożyła stanik, potem stringi. W szkole i tak nie miały mieć znaczenia. Materiał sukienki opadł gładko po skórze, wyraźnie podkreślając jej ciało. Gdy stanęła przed lustrem, zobaczyła własne sutki zarysowane pod cienkim dekoltem i linię ud, którą sukienka raczej pokazywała, niż ukrywała. Nie poprawiła tego. Ciało związane z programem uczyło się już innej rzeczywistości.
W kuchni pachniało kawą.
Marta siedziała bokiem do stołu, z kubkiem w dłoni i telefonem opartym o butelkę z wodą. Miała na sobie to samo ubranie, w którym wyszła poprzedniego wieczoru. Bluzka była pognieciona, włosy niedokładnie spięte, a na szyi, tuż nad obojczykiem, został ślad, którego nie dało się całkiem zrzucić na niewygodny sen.
– O, żyjesz – mruknęła, nie odrywając wzroku od telefonu. Potem jednak spojrzała. – I to od razu gotowa na pokaz.
Ola uniosła brwi.
– To tylko sukienka.
– Jasne i tak zupełnie przypadkowo bez niczego pod spodem.
Ola otworzyła lodówkę, żeby nie musieć od razu odpowiadać. Wzięła jogurt. Marta upiła łyk kawy i uśmiechnęła się krzywo, jak ktoś, kto nie zamierza udawać niewinności.
– A propos nocy – rzuciła. – Wiedz, że randka się udała.
– Widzę – odparła Ola. – Jeszcze jesteś wczorajsza.
– Lepiej żyć z lekkim niedosytem snu niż z niedosytem wrażeń.
Ola usiadła naprzeciwko. Sukienka podjechała jej przy tym wyżej, ale żadna z nich nie zwróciła na to uwagi. W tym domu nagość i prawie-nagość przestawały być wydarzeniem.
– Czyli dobrze? – zapytała mimo woli.
Marta oparła brodę o dłoń.
– Na tyle dobrze, że kawa smakuje jak nagroda, nie jak ratunek. A ty? Gotowa na kolejny dzień w cyrku?
– Nie wiem, czy gotowa. Raczej nastawiona.
– Na program czy na Kubę?
Ola zamilkła za długo, żeby dało się to zrzucić na senność.
– Na jedno i drugie.
Marta uśmiechnęła się krótko, bez triumfu.
– No to uważaj. Sytuacja staje się naprawdę niebezpieczna, kiedy przestaje być jedynie kwestią wstydu.
Zanim Ola zdążyła odpowiedzieć, w przedpokoju odezwał się dzwonek.
Serce podskoczyło jej szybciej, niż chciała to pokazać. Odłożyła łyżkę.
– To pewnie on.
– Pewnie – powtórzyła Marta i uniosła kubek w półgeście. – Bawcie się dobrze. Albo przynajmniej nie udawajcie, że was to nie rusza.
Ola wyszła do drzwi.
Kuba stał na klatce w bluzie i jeansach, z jeszcze wilgotnymi włosami i z tą swoją poranną wersją twarzy, która była mniej szkolna, bardziej prywatna. Przez sekundę patrzyli na siebie tak, jakby wczorajsza rozmowa wciąż wisiała między nimi.
– Cześć – powiedział.
– Cześć.
Ola poprawiła pasek torebki, choć niczego nie trzeba było poprawiać.
– Gotowa?
– Chyba tak.
Wyszli. Na klatce było chłodniej. Sukienka poruszała się przy każdym kroku, a brak bielizny robił się przez to bardziej oczywisty niż w kuchni. Kuba szedł blisko. Kilkukrotnie ich dłonie otarły się o siebie. Ani jedno, ani drugie tego nie cofnęło.
– Jak spałaś? – zapytał.
– Średnio. Dużo myślenia. Ty?
– Też. Głównie o tym co działo się wczoraj.
Nie dopowiedzieli o czym. Nie było trzeba. Po drodze rozmawiali krócej niż poprzedniego dnia, ale cisza nie była pusta. Była gęsta od tego, czego jeszcze nie nazwali. Ola raz złapała jego spojrzenie na linii jej piersi pod sukienką i poczuła nie wstyd, tylko ciepłe, już znajome napięcie. Kuba odwrócił wzrok za późno, żeby udawać, że nic nie zauważył.
Gdy zbliżali się do szkoły zrobiło się głośniej. Dziedziniec, szafki, przeciąg w holu, ktoś wołający kogoś przez schody. Podeszli do pomieszczenia programu. Inne pary już tam były i się przebierały. Ola ściągnęła sukienkę jednym ruchem i poczuła, jak powietrze osiada na sutkach i brzuchu. Kuba rozebrał się obok. Ich spojrzenia zderzyły się na moment dłuższy, niż wymagała sytuacja.
– No to znowu – mruknął.
Ola skinęła głową.
– Znowu.
Wyszli na korytarz nadzy.

Lekcja polskiego
Sala polskiego udeżyła ich zapachem kredy oraz promieniami słońca wpadającymi przez okna. Ola weszła tuż za Kubą, wciąż miała wrażenie, że czuje sukienke na skórze, choć ta została w szatni. Nagość po dwóch dniach programu nie była już nowością. Nowością było to, jak blisko szli siebie. Nie ramieniem w ramię jak para z plakatu. Raczej tak, jakby każde z nich znało już oddech drugiego i nie potrafiło udawać, że to bez znaczenia.
Kilka osób odwróciło się, gdy zajmowali miejsca. Ktoś szepnął coś z tylnej ławki. Ktoś inny przestał układać podręczniki. Pani Kowalska domknęła dziennik i spojrzała na klasę ponad oprawkami okularów.
– Na początku lekcji uczestnicy mają prawo do ulgi – powiedziała rzeczowo. – Kuba, Ola. Korzystacie?
Ola poczuła, jak słowo „ulga” osiada jej nisko w brzuchu. Po wczorajszej przerwie, po matematyce, po prysznicach i po drodze do domu ciało znało już tę prośbę. Ale dziś było inaczej. Dziś nie chodziło o samo prawo. Chodziło o to, kto je wykona i w jakim sensie.
Kuba odezwał się zanim zdążyła ułożyć odpowiedź.
– Tak – powiedział. – Ja. Dla Oli.
Nie było w tym wahania. Nie rozglądał się po klasie. Nie czekał, aż zgłoszą się inni. Po prostu wstał. Ola uniosła na niego wzrok i przez ułamek sekundy miała wrażenie, że cała sala oddala się, zostaje tylko on.
Pani Kowalska skinęła lekko.
– Dobrze. Krzesło.
Ktoś z pierwszej ławki przesunął je bliżej tablicy. Drewno skrzypnęło krótko, sucho. Ola podeszła wolno. Każdy krok przypominał jej, że jest naga nie tylko dla programu, ale teraz także dla jego decyzji. Usiadła. Rozłożyła nogi, bo wiedziała, że inaczej się nie da, i położyła dłonie na brzegach siedziska. Skóra na udach napięta. Od poranka, od sukienki bez bielizny, od jego spojrzenia na klatce, wszystko w niej było już ustawione na niego.
Kuba klęknął przed nią.
Z bliska było widać napięcie w jego ramionach i to, że oddech nie układa mu się równo. Penis miał wyraźnie twardy. Nie próbował tego ukrywać. A jednak gdy uniósł ręce i położył je na jej kolanach, gest był ostrożny, delikatny. Rozsunął jej nogi odrobinę szerzej. Ola wciągnęła powietrze. Nie dlatego, że zrobił coś gwałtownie, tylko dlatego, ze od jego dotyku przeszedł ją dreszcz.
Spojrzał jej w oczy.
Wydawało się jej, że to spojrzenie trwało wieczność. Klasa istniała gdzieś z boku: szelest, czyjeś przełknięcie śliny, cień ruchu w ławce. Ale pierwsze, co Ola naprawdę czuła, to ciepły dotyk jego dłoni i fakt, że nie odwraca wzroku.
– Powiedz, jak lubisz – rzucił bardzo cicho.
Nie na pokaz. Do niej.
Ola ledwie kiwnęła głową.
– Po prostu… nie odchodź.
Kącik jego ust drgnął. Potem pochylił się.
Najpierw pocałował wewnętrzną stronę jej uda. Potem drugą. Skóra Oli pokryła się drobną falą napięcia. Kiedy wreszcie przyłożył usta wyżej, między wargi sromowe, sapnęła krótko i zacisnęła palce na brzegu krzesła. Była już wilgotna. Poranek, nagość, jego decyzja i sama bliskość zrobiły swoje, zanim jeszcze naprawdę zaczął.
Język Kuby był wolny. Nie tak natarczywy jak na matematyce, mniej nastawiony na efekt, bardziej na nią. Przesunął się wzdłuż sromu, zatoczył krąg wokół łechtaczki, cofnął się, wrócił. Ola poczuła, jak brzuch mięknie i napina się jednocześnie. Jedna z jego dłoni trzymała jej udo od środka. Kciuk wciskał się w miękką skórę, jakby chciał utrzymać ją otwartą nie siłą, tylko obecnością.
W klasie ktoś szepnął:
– Boże…
Pani Kowalska nie zareagowała. Stała bokiem do tablicy, z kredą w dłoni, jak ktoś, kto daje zdarzeniu domknąć się według reguł. Ola była za to wdzięczna i jednocześnie jeszcze bardziej naga w tej zgodzie.
Kuba zassał łechtaczkę delikatnie. Ola drgnęła. Biodra same uniosły się odrobinę ku jego ustom. Poczuli to oboje. On przytrzymał ją mocniej i nie odsunął się. Lizał teraz pewniej, ale wciąż z czułością, która działała mocniej niż pośpiech. Ola widziała jego kark, linię pleców, to jak napinały się mięśnie, gdy pochylał się bliżej. Widziała też, że jego własny kutas jest twardy, ciężki, prawie bolesny w tej bezczynności. Mógłby w każdej chwili przejąć chwilę. Nie robił tego.
Dla niej.
Ta myśl uderzyła Olę mocniej niż kolejny ruch języka. We wtorek też był skupiony. Dziś było w tym coś cieplejszego. Coś, czego nie dało się zrzucić tylko na technikę albo na prawo do ulgi. Jej palce same znalazły jego włosy. Nie pchała. Tylko trzymała. Potrzebowała punktu oparcia.
– Kuba… – wydusiła.
Uniósł na nią wzrok, nie odrywając zupełnie ust. W jego oczach było pożądanie doprowadzone niemal do granicy i jednocześnie upór, żeby nie zamieniać tej chwili w swoją. Ola poczuła, że właśnie to podnieca ją dodatkowo. Nie sam język. Fakt, że on wytrzymuje własne napięcie, by oddać jej przyjemność.
Przyspieszył. Krótkie, dokładne ruchy po łechtaczce, potem dłuższe pociągnięcie, potem znowu skupienie. Ola rozchyliła usta. Piersi unosiły się szybciej. Sutki miała tak twarde, że powietrze w sali wydawało się ich dotykać. Wilgoć spływała już wyraźnie, a on zbierał ją językiem bez niechęci, jak coś oczywistego. Jedno z jej ud zaczęło drżeć. Potem drugie.
W tylnej ławce ktoś poprawił się na krześle. Dziewczyna z boku zakryła usta dłonią, ale nie odwróciła wzroku. Ola to rejestrowała gdzieś na brzegu świadomości. Na pierwszym planie był tylko Kuba. Jego oddech. Jego język. Jego decyzja, by nie cofnąć się w ostatniej chwili.
Napięcie zebrało się nisko, gęste i nieuchronne. Ola zacisnęła powieki, potem je otworzyła, bo chciała go widzieć. Doszła z przeciągłym, stłumionym dźwiękiem, który i tak obił się o ciszę klasy. Ciało zadrżało jej w biodrach i brzuchu. Uda domknęły się przez moment wokół jego głowy, zanim świadomie je poluzowała. Kuba nie odsunął się od razu. Dotrwał przy niej jeszcze przez kilka łagodniejszych ruchów, przeprowadzając ją przez to do końca.
Dopiero gdy Ola zaczęła zbyt mocno wzdrygać się od nadmiaru doznań, uniósł głowę.
Usta miał mokre. Policzki ciemniejsze. Oddech nierówny. Erekcja wciąż stała twardo, a on mimo to nie sięgnął po nic dla siebie. Otarł usta grzbietem dłoni i spojrzał na nią tak, jakby sprawdzał, czy naprawdę jest cała.
Ola wciąż trzymała się brzegu krzesła.
– Dziękuję – wyszeptała.
Zbyt prywatnie jak na środku sali. Właśnie dlatego prawdziwie.
Kuba kiwnął tylko głową. Wstał wolniej niż zwykle. Gdy odprowadzał ją spojrzeniem do ławki, było widać, ile go to kosztowało. Nie tylko fizycznie. Także w tej dziwnej powściągliwości, którą wybrał.
Pani Kowalska odczekała sekundę dłużej niż wczoraj.
– Wracamy do lekcji – powiedziała. – Otwórzcie proszę „Lalkę”, fragment o powrocie Wokulskiego.
Kreda skrzypnęła o tablicę. Ktoś z pierwszej ławki zaczął czytać. Głos chłopaka był z początku nierówny, potem się ustabilizował. Ola usiadła, wciąż z miękkimi udami i z pulsem, który nie chciał od razu zelżeć. Gdy Kuba zajmował miejsce obok, pochyliła się udając, że poprawia zeszyt, i bardzo cicho, tak by dosłyszał tylko on, powiedziała:
– Chcę się zrewanżować.
Kuba zastygł na ułamek sekundy. Nie odwrócił całej głowy. Tylko spojrzał na nią kątem oka. W tym spojrzeniu było wszystko: tak, słyszę; tak, też tego chcę; i nie tutaj, nie teraz, nie w pośpiechu.
Ola odchyliła się z powrotem. Serce biło jej mocno, ale już nie tylko po orgazmie. Także po własnych słowach. Obietnica została między nimi jak ciepła nić przeciągnięta przez resztę lekcji.
Minuty zaczęły płynąć inaczej.
Pani Kowalska mówiła o konstrukcji postaci, o napięciu między romantyzmem a pozytywistycznym rachunkiem. Ktoś notował. Ktoś podkreślał zdania w podręczniku. Ola starała się słuchać i przez krótkie odcinki naprawdę słyszała treść. Potem jednak jej wzrok zsuwał się w bok. Kuba siedział prosto, z napiętą jeszcze dolną częścią brzucha i z dłonią opartą na udzie tak sztywno, jakby pilnował siebie. Gdy ich spojrzenia stykały się nad brzegiem ławki, nie odwracali ich od razu. Trwało to sekundę. Czasem dwie. Wystarczyło, by Ola czuła w sobie poorgazmowe echo i równocześnie nowe, świeże napięcie zapowiadające to co już postanowiła.
Raz, gdy klasa odpisywała krótki temat z tablicy, Kuba sięgnął po upuszczony długopis i oddając go Oli, musnął jej palce. Nie było to niezręczne. Było celowe w swojej prostocie. Ola wzięła długopis i pozwoliła, by ich skóra zetknęła się jeszcze przez ułamek sekundy. Pani Kowalska dyktowała kolejne zdanie. Nikt nie musiał tego widzieć. A jednak Ola miała wrażenie, że nawet jeśli ktoś zauważył, nie odbierało to gestowi prywatności.
Innym razem, gdy nauczycielka kazała im wskazać w tekście fragment o tęsknocie, Ola czytała na głos i czuła na sobie jego wzrok. Nie spuszczała oczu na kartkę mocniej niż było trzeba. Dopiero na końcu zdania spojrzała na niego. Kuba nie uśmiechnął się szeroko. Tylko ledwo dostrzegalnie. Tak, jakby mówił: słyszę cię. Pamiętam. I twoje „zrewanżuję się” też.
Klasa pracowała dalej. Padło pytanie o motywację bohatera. Ktoś z trzeciej ławki odpowiedział poprawnie, ktoś inny mniej. Ola notowała automatycznie, a pod spodem słów o literaturze układała się w niej inna treść: ciepły nacisk jego dłoni na udzie, sposób, w jaki nie wziął sobie nic z tej ulgi, mokre ciepło jego ust i obietnica, którą sama wypuściła w przestrzeń między nimi. Chciała się zrewanżować nie z obowiązku,  czy potrzeby wyrównania rachunku, tylko z chęci bliskości.
Pod koniec lekcji pani Kowalska kazała im jeszcze krótko stanąć przy tablicy i wskazać w schemacie kompozycji powieści wątek główny oraz poboczny. Ola poszła pierwsza. Kreda w jej dłoni zostawiła suchy ślad na skórze. Gdy pisała, czuła na plecach nie tylko spojrzenia klasy, ale szczególnie jedno. Wróciła na miejsce z wrażeniem, że jej nagość jest już mniej wydarzeniem, a bardziej tłem dla tego, co dzieje się między nią a Kubą. Kuba przy swojej odpowiedzi stał spokojnie, rzeczowo, ale gdy mijał jej ławkę w drodze na swoje miejsce, jego dłoń otarła się o jej ramię. Lekko. Krótko. Wystarczająco.
Dzwonek rozległ sie w korytarzowej pustce.
Pani Kowalska domknęła temat jednym zdaniem i odroczyła resztę na następną lekcję. Krzesła zaskrzypiały. Ktoś zapiął piórnik. Ktoś inny już wychodził, rzucając przez ramię ostatnie spojrzenie na nich dwoje. Ola wstała wolniej. Między nogami miała jeszcze wrażenie jego ust. W głowie – własne słowa.
Kuba stanął obok.
Nie zapytał o nic. Nie musiał. Wystarczyło, że ich ramiona znowu znalazły się blisko, gdy kierowali się do drzwi. Na przerwie czekały odważniejsze prośby, obce dłonie i szkolny hałas. Ale z sali polskiego wynosili coś, czego prośby nie potrafiły tak łatwo zabrać: poczucie, że ulga była dziś nie tylko regułą. Była wyborem. Jego darem dla niej.

Pierwsza przerwa
Dzwonek wyrzucił ich na korytarz, zanim powietrze w sali zdążyło ostygnąć. Ola wyszła tuż za Kubą, wciąż z wrażeniem jego ust między nogami i własnego szeptu nad brzegiem ławki. Chcę się zrewanżować. Słowa nie zniknęły, otulały ją jak kolejna warstwa skóry.
Korytarz był pełny. Szafki trzaskały, ktoś przepychał się z plecakiem, z sal dobiegały urywane głosy. Nagość czterech par nie zatrzymywała już szkoły, ale nadal dzieliła przestrzeń na tych, którzy mogli prosić, i tych, którzy mieli prośbę wykonać. Spojrzenia osiadały na piersiach Oli, na brzuchu, na jeszcze wrażliwym kroku.
Kuba szedł blisko. Raz ich ramiona się zetknęły. Żadne z nich nie odsunęło się. Po tym, co zrobił jej na polskim, dystans wydawał się sztuczny. A jednocześnie właśnie ta bliskość robiła przerwę trudniejszą. Był wciąż twardy — widać to było w chodzie, w napięciu szczęki, w braku ochoty na rozmowę.
– Okej? – zapytał półgłosem.
– Tak. Tylko wszystko jeszcze pracuje.
Kilka metrów dalej ktoś trzymał Zuzię za biodra. Bliżej schodów Julia klęczała, spełniając prośbę. Program żył własnym rytmem. Ola rejestrowała to kątem oka, ale uwagę trzymała na Kubie.
Nie doszli daleko.
– Ola.
Stało przy niej trzech chłopaków z równoległej klasy.
– Rozsądna prośba.
Spojrzała na Kubę. Nie po zgodę. Po kontakt. Został o krok dalej — wystarczająco blisko, by widzieć. Skinęła głową.
Pierwszy oparł ją o szafkę. Metal odezwał się chłodem na łopatkach. Dłonie znalazły piersi, kciuki przetoczyły się po sutkach wciąż czułych po uldze. Ola wciągnęła powietrze przez zęby, ale nie cofnęła się.
Drugi rozsunął jej uda i wsunął dłoń między nogi. Palce trafiły od razu na mokre, rozgrzane wargi. Ola drgnęła — po Kubie była tam zbyt wrażliwa. Przejechał po łechtaczce, potem rozchylił ją dwoma palcami.
– Chłopaki ona jest całkiem mokra.
Trzeci ścisnął jej pośladki i przytrzymał w miejscu. Nie było w tym czułości. Była skuteczność i prawo.
Palec na łechtaczce krążył wzmagając jej podniecenie. Stęknęła mimowolnie, gdy dwa palce weszły w nią płytko. Kolana ugięły się same. Oparła potylicę o szafkę, potem otworzyła oczy i poszukała Kuby.
Stał kilka kroków dalej, z dłonią zaciśniętą wzdłuż uda. Nie podchodził. Tylko patrzył. Czuła obce dłonie, a myślała o jego ustach. Czuła obce palce, a pamiętała, że na polskim nie wziął sobie nic.
Chłopak między jej nogami przyspieszył.
– Jesteś blisko - wyszeptał.
Była, brzuch zaczął ją lekko boleć z podniecenia. A jednak czegoś brakowało. Ola rozłożyła oddech i nie przepuściła zbierającej się fali do końca. Została w połowie drogi — mokra, spięta, z pulsem nisko w brzuchu.
Prośba skończyła się, zanim odezwał się dzwonek. Chłopacy odsunęli się jeden po drugim. Ola została przy szafce z nogami, które nie od razu chciały wrócić do zwykłego stania.
Nie doszła. I właśnie dlatego wszystko w niej zostało otwarte.
Kilka metrów dalej Kuba już nie był sam.
Podeszły trzy dziewczyny. Wystarczyło, że był nagi, twardy i wciąż nieotrząśnięty po uldze Oli.
– Rozsądna prośba.
Pierwsza objęła dłonią jego penisa. Kuba syknął. Przejechała ręką od nasady do żołędzi, z naciskiem. Druga przesuwała dłonie po jego klatce i brzuchu. Trzecia przycisnęła się biodrem od tyłu.
Ola nie odwróciła wzroku.
Patrzyła, jak obca dłoń pracuje na tym, czego sama tak pragnęła. Patrzyła, jak Kuba stoi prosto i nie odsuwa się. A kiedy uniósł oczy, znowu znalazł właśnie ją.
W tym spojrzeniu było jasne: to nie z nimi chce domknąć ten dzień.
Dziewczyna przed nim przysiadła niżej. Ola wpiła paznokcie we własną dłoń. Kuba jednak nie złapał jej za włosy. Nie przyciągnął. Zniósł dotyk, ale nie oddał inicjatywy tak, jak oddawał ją Oli.
Ktoś obok rzucił:
– Oni dwójka to już w ogóle nie udają.
Nie było już czego udawać.
Ola podeszła bliżej. Nie po to, by przerwać prośbę. Po to, by być w polu jego widzenia.
Kuba zauważył ją od razu. Dziewczyna nadal prowadziła dłonią po jego kutasie. On patrzył już tylko na Olę. W tym było coś bardziej nieprzyzwoitego niż sam dotyk: przy obcej ręce potrafił wyglądać tak, jakby wzrokiem należał do kogoś innego.
Dziewczyny odsunęły się dopiero przy poruszeniu przed dzwonkiem. Kuba został przy ścianie z erekcją lśniącą od dotyku i oddechem, nad którym nie do końca panował.
Ola stanęła blisko.
– Nadal chcesz tego rewanżu? – mruknął.
– Tak. Tylko jeszcze bardziej.
Jego spojrzenie ściemniało.
Dzwonek urwał korytarz na pół. Ola i Kuba ruszyli w stronę sali matematycznej. On wciąż twardy, wciąż niedokończony. Ona wciąż z pulsem, którego obce ręce nie umiały domknąć.
Przy biodrze ich dłonie zderzyły się krótko. Nie całkiem przypadkowo.
– Na matematyce – powiedziała cicho.
Nie dokończyła. Nie musiała.
Kuba skinął.


Matematyka
Sala matematyczna wydała się Oli ciaśniejsza niż zwykle. Weszła zaraz za Kubą, wciąż z rozszalałym pulsem po przerwie i z wrażeniem obcych palców, które nie zdołały domknąć tego, co zaczęły. Kuba szedł sztywno. Erekcja nie opadła do końca. Widać było, że całe ciało trzyma w napięciu, jakby każdy krok po tym co było na korytarzu tylko to wzmagał.
Pan Malinowski odłożył dziennik, ledwie domknęły się drzwi.
– Kuba, Ola. Ulga na początku. Korzystacie?
Klasa ucichła od razu. Po polskim nikt nie spodziewał się, że przepuszczą tę szansę. Ola poczuła na sobie spojrzenia jeszcze zanim otworzyła usta. Sutki miała twarde. Jej wargi mokre i czułe po przerwie. A jednak nie o własny orgazm jej teraz chodziło.
Spojrzała na Kubę.
On też na nią.
– Tak – powiedziała. – Ja. Dla Kuby.
Szmer przeszedł przez ławki szybciej niż kreda po tablicy. Ktoś odwrócił się za bardzo. Ktoś inny parsknął półgłosem, bez drwiny, raczej z rozpoznaniem: no tak. Po tym, co było godzinę wcześniej, rewanż wydawał się oczywisty.
Kuba stanął przy krześle ustawionym bliżej tablicy. Nie siadał. Ola podeszła do niego wolno, świadoma każdego kroku. Pan Malinowski odsunął się lekko w bok, jak ktoś, kto pilnuje reguł, ale nie zamierza komentować ich przebiegu.
Ola klęknęła.
Podłoga pod kolanami była twarda i chłodna. Z tej odległości widziała wszystko: napięcie w mięśniach brzucha Kuby, ciemną, pełną erekcję, ślad wcześniejszego dotyku dziewczyny na korytarzu, którego jednak nie zdołała domknąć. Uniosła wzrok. Kuba patrzył w dół na nią nie jak na element programu, tylko jak na jedyny punkt, który jeszcze trzymał go w pionie.
– Możesz – powiedział bardzo cicho.
Ola owinęła dłoń wokół jego penisa. Był gorący, twardy, cięższy w dłoni, niż zapamiętała. Kuba wciągnął powietrze ostro, krótko. Ola przejechała ręką od nasady ku górze, wolno, z naciskiem kciuka po spodniej stronie. Nie spieszyła się. Po polskim on oddał jej całą uwagę. Teraz chciała oddać mu to samo.
Pochyliła się i wzięła go do ust.
W sali ktoś głośno przełknął ślinę. Ola słyszała to jak przez wodę. Ważniejszy był smak w ustach, ciężar żołędzi na języku i dłoń Kuby, która po chwili znalazła się w jej włosach. Nie pchał, tylko trzymał. Tak jak ona trzymała jego głowę godzinę wcześniej.
Poruszała się wolno, potem pewniej. Ślina spłynęła jej po kąciku ust. Drugą ręką objęła to, czego nie mogła przyjąć od razu, i prowadziła w tym samym rytmie. Kuba stęknął, biodra drgnęły mu do przodu o centymetr, potem zapanował nad sobą. Ola poczuła satysfakcję tak wyraźną, że aż zamknęła na moment oczy. Chciała tego. Nie jako obowiązku, nie jako rewanżu, tylko jako jej wyboru.
– Ola… – wydusił.
Imię zabrzmiało nisko, załamane. Podciągnęła wargi mocniej, wzięła głębiej, potem cofnęła się i zatoczyła językiem wokół czubka. Kuba przełożył ciężar z jednej stopy na drugą. Mięśnie ud miał tak spięte, że aż drżały. Ola uniosła wzrok i nie spuściła go. Chciała, żeby widział. Chciała, żeby klasa też zobaczyła, że to nie jest przypadkowa pomoc w programie.
To jest ona.
Dla niego.
Przyspieszyła. Dźwięk stał się mokry, czytelny, niemożliwy do zignorowania. Pan Malinowski odwrócił wzrok do dziennika, ale reszta sali nie. Ola czuła te spojrzenia na karku, na plecach, na tym, jak klęczy z  ustami i z dłonią na cudzym – nie, na jego – kutasie. Rządziła potrzeba dokończenia tego, czego przerwa nie miała prawa im zabrać.
Kuba złapał mocniej jej włosy. Nie agresywnie. Raczej jak ktoś, kto traci równy oddech.
– Zaraz…
Ola nie odsunęła się. Wzięła go jeszcze raz głębiej, zacisnęła usta i rękę w jednym ruchu, i poczuła, jak twardnieje do końca. Doszedł z niskim, stłumionym dźwiękiem, wbijając się w jej usta ostatnim, nierównym ruchem. Sperma wypełniła jej język, ciepła i słona. Ola przytrzymała go, aż skończyło się drżenie, potem połknęła. Nie odrazu, najpierw chciała zapamiętać jego smak. Resztka spłynęła jej po dolnej wardze. Otarła ją kciukiem dopiero wtedy, gdy odsunęła się od niego.
Kuba stał nad nią z rozchylonymi ustami i pustką w spojrzeniu, która dopiero powoli zapełniała się z powrotem świadomością. Ola wstała. Nogi miała miękkie, nie od własnego orgazmu, tylko od tego, jak bardzo cała ta chwila na nią oddziaływała.
W klasie przez moment nie było słychać nic poza czyimś nerwowym oddechem. Potem ktoś szepnął:
– No proszę.
Pan Malinowski odkaszlnął.
– Dziękuję. Wracamy do zadań. Strona osiemdziesiąta czwarta.
Ola wróciła na miejsce. Kuba ruszył za nią dopiero po chwili, siadając obok. Gdy ich kolana zetknęły się pod ławką, żadne z nich ich nie cofnęło. Na tablicy pojawiały się kolejne równania. Kreda skrzypiała. Ktoś liczył półgłosem. A między nimi zostało coś prostego i bardzo konkretnego: po uldze na polskim i po tej na matematyce nie byli już tylko parą, którą program zestawił w jednej liście.
Byli sobie coś dłużni.
I coś dali.
Ola otworzyła zeszyt. Cyfry przez pierwsze minuty nie chciały się układać. Pod powiekami miała jeszcze widok jego kutasa z bliska, ciężar jego penisa na języku i w głowie sposób, w jaki wypowiedział jej imię. Kuba też nie od razu zaczął pisać. Siedział pochylony nad kartką, ale jego uspokojone już ciało miało w sobie inną miękkość niż na początku lekcji. Raz spojrzał na nią bokiem, Ola odwzajemniła te spojżenie. Bez uśmiechu na pokaz. Raczej z cichym, wspólnym zrozumieniem.
Reszta lekcji potoczyła się prawie normalnie. Prawie. Bo każde otarcie łokci, każde podanie długopisu i każde przypadkowe zetknięcie ud pod ławką znaczyło już więcej niż powinno. Ale musieli pamiętać, że program wciąż działał. Klasa wciąż patrzyła. A jednak po tej uldze Ola miała wrażenie, że na moment udało im się zrobić z reguły coś własnego.
Gdy zadzwonił dzwonek, Ola podniosła się powoli, Kuba również.
Zebrali zeszyty bez pośpiechu. Przy wyjściu z ławki ich dłonie odnalazły się same — najpierw otarcie palców, potem pewniejsze splecenie. Nie uzgadniali tego. Po prostu stało się.
Na korytarzu nie rozłączyli się. Szli w uścisku, ramię przy ramieniu, dłonie splecione między ciałami. Program wciąż działał. Spojrzenia nadal padały. A jednak po tej uldze wychodzili z sali inaczej niż zwykle.  
Szli jak dwoje ludzi, którzy po raz kolejny wybrali siebie — i tym razem nie puścili.


Druga przerwa
Wyszli ze splecionymi dłońmi. Jeszcze w progu sali ktoś to zauważył; Ola widziała tylko fragment odwróconej głowy i półuśmiech, który urwał się od razu. Na korytarzu było głośno. Kuba szedł blisko, kciukiem musnął jej dłoń od środka, krótko, jakby sprawdzał, czy nadal tam jest.
Była.
Minęli regał z gazetkami. Potem witrynę z pucharami. Przez chwilę naprawdę szło im się jak zwykłej parze w tłumie, tylko nadzy i zbyt świadomi własnych ciał po tym, co zrobili na matematyce. Ola miała jeszcze w ustach pamięć jego orgazmu. Kuba — spokój, który nie był pustką.
– Rozsądna prośba.
Głos nie był głośny. Wystarczył.
Ola poczuła najpierw nie strach i nie wstyd, tylko nacisk na dłoni. Kuba też. Przez sekundę nie puścili się. Dopiero gdy chłopak przed nimi spojrzał wyraźnie na splecione palce, Ola rozluźniła je pierwsza. Kuba otworzył dłoń zaraz potem.
Pozwalając aby ich dłonie rozłączyły sie powoli.
Jakby reguła nie potrzebowała krzyczeć. Wystarczyło, że weszła między ich ręce.
Ola została przy szafkach. Dwóch chłopaków podeszło bez pośpiechu, z wprawą ludzi, którzy od trzech dni uczą się nie pytać o nastrój. Jeden odwrócił ją bokiem, drugi od razu wziął jej piersi. Palce miała już między nogami, zanim zdążyła wzrokiem poszukać Kuby. Była mokra po lekcji, po rewanżu, po samym fakcie, że przed chwilą jeszcze trzymała go za rękę. Sapnęła, gdy weszły głębiej. Czoło oparła o metal.
Kuba stał kilka metrów dalej. Dziewczyna z równoległej klasy objęła jego penisa jak rzecz oczywistą. Druga pocałowała go w ramię i zaśmiała się cicho w skórę. Ola widziała tylko fragment: dłoń, ruch, napięcie brzucha. Potem już nie patrzyła ciągle. Nie dlatego, że mogła nie patrzeć. Dlatego, że każde spojrzenie wracało do tego samego miejsca: do pustki między ich dłońmi.
Palce w niej przyspieszyły. Ola rozstawiła nogi szerzej, bo tak było łatwiej znieść rytm. Chłopak przed nią mruknął coś z uznaniem, ale słów nie dopięła. Został tylko dźwięk własnego oddechu i wrażenie, że stoi w prośbie ciałem, a resztą wciąż jest w momencie, w którym musieli się puścić.
Nie doszła.
Prośba urwała się wcześniej, na skraju, jak większość tego dnia.
Odsunęli się. Ola została przy szafce z mokrymi udami i dłonią, która nie wiedziała, dokąd wrócić. Po drugiej stronie dziewczyny też nie domknęły Kuby. Został twardy, z oddechem nierównym, z ręką zaciśniętą na udzie.
Podeszła.
Nie wzięła go od razu za dłoń. Stanęła blisko, na odległość, której reguła nie potrafiła tak łatwo zinterpretować.
– Nie lubię, jak to robią – powiedziała bardzo cicho.
Kuba spojrzał na jej palce.
– Że proszą?
– Nie, że przez nich musiałam cię puścić.
Kiwnął.
Ruszyli przed siebie. Jeszcze nie spleceni w uścisku. Ramiona jednak stykały się przy każdym kroku, jakby ciało szukało zastępstwa za to, czego reguła nie pozwoliła utrzymać. Mijali obce prośby, śmiech, trzask szafki. Ola czuła między nogami niedosyt. Kuba szedł spięty. A mimo to właśnie ta przerwa, bardziej niż poprzednia, miała w sobie coś ostrego i prostego:
nie chodziło już tylko o to, kto ich dotyka.
Chodziło o to, że najpierw musieli przestać dotykać siebie.


Historia
Sala historii przyjęła ich ciszą, która po korytarzu wydała się niemal nieprzyzwoita. Ola weszła razem Kubą już z dłonią schowaną w jego. Puścili się dopiero przy ławce, jakby próg pomieszczenia sam zamykał za nimi to, na co przerwa pozwalała tylko między jednym a drugim dzwonkiem. Krzesła zaskrzypiały. Ktoś otworzył podręcznik zbyt głośno. Ktoś inny odłożył pióro i dopiero po chwili przypomniał sobie, po co je wziął.
Pani od historii już stała przy tablicy.
– Siadamy. Kontynuujemy epokę stanisławowską. Dziś: skutki reform Sejmu Czteroletniego i znaczenie Komisji Edukacji Narodowej poza samą datą jej powołania.
Temat opadł na klasę bez podtekstu. Bez uśmiechu. Bez spojrzenia na nagie ciała w ławkach. Ola usiadła i poczuła, jak drewno styka się z jej skórą na całej długości ud. Nagość nie zniknęła. Po prostu nikt nie zamierzał jej używać. Po dwóch przerwach pełnych rąk i po dwóch ulgach, które rozłożyły przedpołudnie na części, ta obojętność tematyczna działała prawie jak chłodna kąpiel.
Kuba spiął się obok niej tylko na moment, potem otworzył zeszyt. Jego kolano znalazło się blisko jej kolana. Nie na tyle, by to było ostentacyjne. Na tyle, by Ola wiedziała, że też szuka punktu oparcia.
Pani dyktowała daty. Potem kazała odczytać fragment o szkołach wydziałowych i o próbie unowocześnienia edukacji. Głos dziewczyny z trzeciej ławki był równy, szkolny, niemal kojący. Ola starała się słuchać. Naprawdę. Słyszała o reformie, o oporach stanu, o tym, że dobre intencje nie zawsze nadążają za polityką. A pod spodem tych zdań układała się w niej inna treść: usta Kuby na polskim, własny szept o rewanżu, ciężar jego penisa na języku, obce palce na korytarzu i to krótkie rozłączenie dłoni, kiedy reguła weszła między nich jak ktoś trzeci.
Spojrzała w okno. Za szybą było zwyczajne, majowe niebo. W sali — szara klasowa codzienność, której historia nie zamierzała komentować. Właśnie to było dziwne. Na biologii ciało stawało się tematem. Na wychowaniu seksualnym narzędziem. Na przerwie obiektem prośby. Tu było tylko obecne. Siedziało w ławce, oddychało, notowało, i nikt nie kazał mu nic znaczyć.
Ola poczuła z tego powodu coś w rodzaju ulgi.
Jakby dostała czterdzieści pięć minut, w których nie musiała decydować, jak daleko pozwala się zabrać.
Pani zapytała o skutki reform dla świadomości obywatelskiej. Ktoś odpowiedział poprawnie. Ktoś inny mylił kolejność wydarzeń. Kreda skrzypnęła, układając na tablicy schemat: przyczyna — zmiana — ograniczenie — dziedzictwo. Ola przepisywała automatycznie. Jej pismo wyszło równe tylko przez pierwsze linijki. Potem zaczęła gubić litery, bo w głowie wrócił Kuba na matematyce, to jak powiedział jej imię, zanim doszedł, i to jak potem ich dłonie same znalazły się przy wyjściu. Chciała czasu sam na sam. Nie jako ucieczki. Bardziej jako miejsca, w którym nie będzie trzeba dzielić spojrzenia z całą salą.
Obok Kuba też nie był w pełni obecny. Ola widziała to po tym, jak zbyt długo trzymał długopis nad tą samą datą. Po tym, jak raz otworzył usta, gdy pani zadała pytanie, i nie odezwał się. Po tym, jak jego spojrzenie co kilka minut zsuwało się ku jej dłoni leżącej na ławce. Nie ku piersiom. Nie ku udom. Ku dłoni. Jakby po korytarzowym rozdzieleniu właśnie to było dla niego najbardziej prywatne.
Pani kazała im podkreślić w tekście trzy wnioski. Sala wypełniła się szelestem kartek. W tej szarej, pracowitej ciszy nagość Oli i Kuby robiła się niemal abstrakcyjna. Prawie. Bo wystarczyło, że ktoś z przedniej ławki odwrócił się za długo, a abstrakcja pękała. A jednak nawet wtedy nauczycielka nie wykorzystała ich jako pomocy. Nie kazała wstawać. Nie prosiła o ukazanie postawy, proporcji ani czegokolwiek, co przywróciłoby ciało do centrum.
Ola była za to wdzięczna bardziej, niż spodziewała się być.
Przesunęła stopę i jej naga skóra musnęła stopę Kuby pod ławką. Nie cofnął się. Przesunął się bliżej o milimetry, wystarczająco, by kontakt został. Mały. Ukryty. Po wszystkim, co robili publicznie, właśnie taka drobnostka miała smak zakazany, nie dlatego, że była śmiała, na pokaz, tylko dlatego, że była tylko ich.
Pani przeszła do podsumowania. Mówiła o tym, że reformy nie dzieją się w próżni i że każda zmiana zostawia po sobie zarówno skutek zamierzony, jak i efekt uboczny. Ola uniosła głowę. Zdanie było o historii Polski. Trafiło jednak w nią zbyt celnie, by nie zastosować go także do tygodnia, którego nie wybierała, a który mimo to zmieniał jej sposób bycia w własnym ciele. Program miał swój skutek zamierzony. I miał efekty uboczne. Jednym z nich było to, że siedziała teraz naga na historii i zamiast dat oczami wyobraźni widziała drogę do domu z Kubą, drzwi mieszkania, zamknięcie świata na dwie osoby.
Dzwonek odezwał się równo, bez dramatyzmu.
Pani domknęła książkę.
– Na następną godzinę powtórzyć schemat z tablicy i definicje.
Krzesła zaszurały. Ola wstała wolniej niż reszta. Kuba też. Ich spojrzenia spotkały się krótko nad ławką. Nie było w nich tego podniecenia z przerwy. Było coś spokojniejszego i przez to mocniejszego: potwierdzenie, że po wszystkich dłoniach, ustach i regułach nadal ciągnie ich w tę samą stronę.
Na korytarzu znowu czekał hałas.
I znowu reguła.
A po historii, jak po rzadkiej w tym tygodniu chwili spokoju, oboje wyszli z wrażeniem, że oddech dostali nie po to, by odpocząć naprawdę.
Tylko po to, by tym wyraźniej poczuć, jak bardzo chcą już prywatności.


Przerwa po historii
Po historii korytarz wrócił od razu. Jeszcze chwilę wcześniej były daty i schemat na tablicy. Teraz znowu hałas, szafki i reguła.
Ola wyszła tuż za Kubą. Przeszli kilka kroków w milczeniu, jakby dało się na chwilę udawać, że po spokojnej lekcji przerwa też będzie zwykła.
Nie była.
– Rozsądna prośba.
Podeszło czterech. Jeden wskazał szafki.
– Chodź tu.
Ola oparła dłonie o metal. Był chłodny.
– Trochę bardziej do przodu.
Ktoś poprawił jej biodra, kciukami tuż nad linią pośladków, i ściągnął je lekko do siebie.
– I nogi szerzej. Jeszcze trochę. Tak.
Nie musieli mówić wiele więcej. Powietrze korytarza otarło się o wewnętrzną stronę jej ud. I tak było widać, że dzień już na niej zostawił ślad.
Jeden stanął z boku i objął jej piersi wolno, z naciskiem. Najpierw tylko ciepło dłoni, potem ugniatanie, kółka po sutkach, które stwardniały od razu. Ola wciągnęła powietrze. Drugi kucnął przed nią. Przez sekundę tylko patrzył, potem dotknął jej między nogami, najpierw ostrożnie, jakby sprawdzał, a dopiero potem pewniej. Opuszka przesunęła się wzdłuż, wróciła i zatrzymała się tam, gdzie była najbardziej czuła. Ola drgnęła. Była mokra, rozgrzana, zbyt wrażliwa po całym przedpołudniu.
Dwaj pozostali stanęli z tyłu. Jeden masował jej plecy szerokimi ruchami, od łopatek w dół. Drugi ugniatał pośladki i przytrzymywał ją w tej pozycji, kiedy kolano zaczynało jej mięknąć.
– Luz – mruknął ktoś z tyłu. – Możesz się oprzeć.
Ola i tak już się opierała. Metal chłodził jej dłonie, a reszta ciała miała za dużo ciepła. Dotyk z przodu był konkretny i trudny do zignorowania. Każdy ruch zbierał się nisko w brzuchu, regularnie, uparcie.
– Przyjemnie ci? – zapytał ten przed nią.
Kiwnęła, zanim zebrała głos.
– Tak.
Pracował jeszcze chwilę, wolniej, potem szybciej, po czym spojrzał w górę.
– A mogę ustami? Też w ramach prośby.
Ola zawahała się tylko przez sekundę. W uszach miała własny oddech i szum korytarza.
– Tak.
Gdy dłoń zastąpiły usta, różnica była natychmiastowa. Cieplej, mocniej, dokładnie. Ola drgnęła i zacisnęła palce na szafce. Z tyłu ktoś przytrzymał jej biodra mocniej, czując, że równowaga robi się krucha. Z boku dłoń na piersi nie odpuszczała. Sutek odezwał się ostrzej w tym samym momencie, w którym usta z przodu znalazły rytm. Ola miała wrażenie, że ciało składa się z kilku osobnych punktów i że wszystkie naraz ciągną w jedną stronę.
Po drugiej stronie korytarza Kuba też nie był sam.
Podeszły trzy dziewczyny, bez pośpiechu, z tą samą pewnością, z jaką chłopacy otoczyli Olę. Jedna stanęła bardzo blisko i bez długiego wstępu objęła jego penisa. Dłoń była ciepła, pewna, od razu rytmiczna. Kuba wciągnął powietrze. Druga pocałowała go w ramię, potem w obojczyk, i poprowadziła palce po brzuchu w dół, aż do uda. Trzecia przez chwilę tylko się przyglądała, po czym stanęła za nim i przycisnęła się biodrem, dłońmi na jego klatce.
– Jaki twardy – mruknęła ta pierwsza, prawie do siebie.
Kuba nie odpowiedział. Gdy dziewczyna przed nim pochyliła się niżej i wzięła go do ust, zamknął oczy na moment za długi. Ciepło, wilgoć, rytm, którego nie dało się zrzucić na przypadkowy dotyk. Otworzył je zaraz, jakby sam siebie z tego wyciągał.
Znalazł Olę.
Stała oparta o szafki, z rozstawionymi nogami, z czyimiś dłońmi na piersiach i z kimś klęczącym przed nią. Ich spojrzenia złapały się ponad korytarzem.
To spojrzenie wystarczyło.
Nie dlatego, że prośba zrobiła się łatwiejsza, raczej dlatego, że nie byli w niej osobno. Kiedy jej kolana miękły, trzymał ją wzrokiem. Kiedy jemu dziewczyna przyspieszyła, a druga dłoń ścisnęła go u nasady, Ola nie spuszczała oczu. Oboje oddychali zbyt płytko. Oboje zostawali w cudzym geście i jednocześnie w sobie nawzajem.
Ola poczuła, że jest blisko. Brzuch napinał się krótkimi falami, uda zaczynały drżeć. Po drugiej stronie Kuba też wyglądał na kogoś, kogo ciało zaszło już za daleko, by udawać obojętność. Dłoń na jego karku, usta na nim, ramiona spięte.
– Nie spinaj się tak – poprosił ktoś przy Oli ciszej.
Nie zdążyła dojść.
Tłum z sąsiedniej sali wylał się na korytarz i wszystko się urwało.
– Dobra, koniec.
Dłonie i usta zniknęły jedna po drugiej. Ola została oparta o szafkę z nierównym oddechem i niedosytem, który pulsował nisko. Kuba stał podobnie spięty. Na jego udzie jeszcze przez sekundę widać było ślad cudzej dłoni, a na ustach dziewczyny, która się odsuwała — półuśmiech niedokończonej prośby.
Ola podeszła.
Nie wzięła go za rękę. Stanęła tylko blisko.
– Najgorsza – powiedziała.
Kuba kiwnął.
– Bo po historii człowiek przez chwilę myśli, że będzie normalnie.
Ruszyli do sali biologicznej. Ich dłonie nadal nie splecone w uścisku, ale na tyle blisko, że ich ramiona stykały się co kilka kroków.


Lekcja biologii
Sala biologiczna pachniała formaldehydem i kredą. Ola weszła zaraz za Kubą, wciąż rozgrzana po przerwie. Klasa już siedziała. Kilka osób od razu na nich spojrzało.
Pan Nowicki odłożył atlas.
– Siadać. Dziś anatomia porównawcza. Postawa, proporcje, różnice budowy.
I zaraz potem:
– Ulga na początku. Korzystacie?
Ola spojrzała na Kubę. On też na nią. Ciało mówiło jasno, że tak byłoby prościej. Po ostatniej przerwie była mokra i zbyt czuła. Kuba stał obok wyraźnie pobudzony. Klasa pewnie na to liczyła.
A jednak nie chciała.
Nie dlatego, że nie miała ochoty. Raczej dlatego, że miała jej za dużo, by znowu oddać to całej sali. Po polskim i matematyce ulga przestała być tylko regułą. Teraz byłoby to zwykłe rozładowanie. A po tym, co działo się na korytarzu, nie miała na to ochoty.
Kuba odpowiedział pierwszy.
– Nie.
– Nie – powtórzyła Ola.
Po klasie przeszedł krótki szmer zawodu i zaraz ucichł. Pan Nowicki nawet nie uniósł brwi.
– Dobrze. Ola, Kuba, do mnie.
Wstali. Napięcie nie zniknęło. Zostało z nimi, tylko teraz mieli je przenieść pod tablicę.
Ola stanęła bokiem, jak kazał. Kuba przodem. W sali było chłodniej niż na korytarzu, ale jej skóra i tak była czuła. Sutki stwardniały od razu, bez polecenia.
– Zobaczcie linię kręgosłupa – mówił nauczyciel, wskazując Olę. – Ułożenie miednicy. U kobiety szersza obręcz biodrowa, inny środek ciężkości.
Ola trzymała ręce wzdłuż ciała. Kątem oka widziała Kubę. Stał metr dalej, spokojniejszy niż na przerwie, ale nie całkiem obojętny.
– Kuba, bokiem. Tak. Różnica w kącie miednicy i w udach.
Na tablicy pojawił się prosty schemat. Klasa notowała. Ktoś wyraźnie wolniej od reszty. Na biologii nie było śmiechu ani dłoni z korytarza. Był tylko rzeczowy głos i dwa nagie ciała ustawione jako przykład. To działało inaczej niż przerwa. Mniej ostro. Bardziej na chłodno.
– Ola, ręce do góry.
Uniosła je. Piersi podniosły się razem z ruchem. Nauczyciel mówił o klatce piersiowej i o tym, jak zmienia się sylwetka przy wdechu. Ola trzymała pozycję, aż ramiona zaczęły jej ciążyć. Kiedy mogła je opuścić, spojrzała na Kubę. On już na nią patrzył. Krótko. Wystarczająco.
– Kuba, krok do przodu.
Stanął bliżej. Potem pan Nowicki kazał im stanąć obok siebie.
– Porównanie. Biodra. Barki. Środek ciężkości.
Ola czuła ciepło jego ramienia prawie na skórze, choć się nie dotykali. Klasa milczała bardziej skupiona niż na historii. Ktoś poprawił się na krześle. Dziewczyna z boku przygryzła długopis i przez moment o tym zapomniała.
– Dziękuję. Siadać.
Wrócili do ławek. Ola otworzyła zeszyt, ale przez chwilę litery nie chciały się układać. Na tablicy pojawiały się kolejne hasła. Pan Nowicki pytał, ktoś odpowiadał. Pod spodem tego wszystkiego wciąż pracowało w niej ciało: ciepło, wilgoć, obecność Kuby obok.
Gdy nauczyciel odwrócił się do tablicy, kolano Kuby musnęło jej kolano i nie cofnęło się od razu. Krótko. Tylko ich.
Wszystko przerwał dzwonek.
Ola wstała. Kuba też. Przy drzwiach jego dłoń znalazła jej dłoń i domknęła się wokół niej pewnie, ciepło, jakby po całym dniu reguł właśnie to było jedyne, czego naprawdę potrzebowali. Ola ścisnęła w odpowiedzi.
Szli tak przez próg, już bliżej siebie.
Na korytarzu robiło się głośno przed ostatnią lekcją.


Język francuski
Sala francuskiego pachniała markerem i otwartym oknem. Ola weszła jeszcze z dłonią Kuby w swojej. Puścili się dopiero przy ławkach, jakby próg sali sam domykał to, na co korytarz pozwalał tylko między dzwonkami. Kilka osób odwróciło głowy. Po biologii i po całym dniu ich bliskość nie była już nowością, ale wciąż działała.
Pani Kamińska domknęła dziennik i uśmiechnęła się zbyt pogodnie jak na ostatnią godzinę.
– Bonjour. Dziś temat prosty i praktyczny: le corps humain. Części ciała kobiety i mężczyzny. A skoro mamy uczestników programu, skorzystamy z żywych pomocy.
Szmer przeszedł przez klasę szybciej niż otwarcie podręczników.
– Ulga na początku? – zapytała rzeczowo.
Ola spojrzała na Kubę. On lekko przecząco poruszył głową. Po ostatniej przerwie i po świadomej odmowie na biologii nie chcieli znowu oddawać napięcia sali. Nie teraz, nie na ostatniej lekcji, nie po to, by zaraz znowu stać nago przed tablicą z jeszcze bardziej rozgrzanymi ciałami.
– Non – powiedziała Ola.
– Non – powtórzył Kuba.
Pani Kamińska uniosła brwi tylko odrobinę.
– Très bien. To znaczy, że skupiamy się na słownictwie. Ola, Kuba, proszę bliżej.
Podeszli. Podłoga pod stopami Oli była gładka, niemal śliska. Stanęli przodem do klasy, w odległości pół kroku od siebie. Po dniu pełnym reguł samo stanie bez prośby o dotyk wydawało się dziwnie lekkie. I jednocześnie cięższe, bo teraz liczyły się słowa.
– Zaczynamy od rzeczy neutralnych – powiedziała pani Kamińska. – Répétez: le corps.
– Le corps – powtórzyła klasa nierówno.
– La peau.
– La peau.
Nauczycielka stanęła obok Oli i wskazała lekko, nie dotykając.
– Les lèvres.
Ola poczuła, jak kilkanaście spojrzeń schodzi na jej usta. Po wszystkim, co dziś robiły i przyjmowały, samo słowo „usta” miało już za dużo znaczeń.
– Le cou. Les épaules. Les bras. La main.
Kuba uniósł dłoń, gdy pani Kamińska skinęła. Dłonie, które przed chwilą trzymały Olę, były teraz tylko przykładem anatomicznym. Albo tak miały wyglądać.
– La poitrine.
Przy tym słowie klasa ożywiła się wyraźniej. Ktoś z tylnej ławki półgłosem rzucił coś po polsku. Pani Kamińska nie zareagowała od razu.
– La poitrine – powtórzyła spokojnie. – Klatka piersiowa. U kobiety i mężczyzny słowo jest to samo, choć budowa różna. Ola. Kuba.
Oboje stali. Ola czuła, jak powietrze układa się na jej piersiach, jak sutki znowu robią się zbyt widoczne pod samą uwagą klasy. Kuba miał wzrok utkwiony gdzieś między tablicą a pierwszym rzędem, ale ona wiedziała, że też to czuje.
– Le ventre. Les hanches. Les jambes. Les genoux. Les pieds.
Klasa powtarzała. Wymowa padała różnie: ktoś zbyt twardo, ktoś zbyt leniwie. Pani Kamińska poprawiała, kazała mówić wolniej, prosiła o całe zdania.
– Elle a les yeux clairs. Il a les épaules larges.
Ktoś zaśmiał się cicho, gdy przyszło wskazać barki Kuby. Ktoś inny zbyt długo zostawił wzrok na linii brzucha Oli. Scena była szkolna tylko z nazwy. W praktyce każde kolejne słowo schodziło o pół poziomu niżej.
Potem zaczęły się pytania.
– A jak będzie „sutek”? – rzucił ktoś z środka sali, zbyt niewinnie.
Kilka osób parsknęło. Pani Kamińska westchnęła, ale nie usunęła tematu.
– Le mamelon – powiedziała. – Répétez.
Klasa powtórzyła z wyraźną uciechą. Ola poczuła ciepły przypływ krwi na twarzy. Stać nago było już prawie zwyczajne. Słyszeć, jak cała sala starannie wymawia nazwy jej ciała, okazało się bardziej krępujące.
– A „pośladek”? – dopytała dziewczyna z pierwszej ławki.
– La fesse. Au pluriel: les fesses.
Ktoś od razu dodał półgłosem:
– No to mają dziś świetne pomoce do les fesses.
Śmiech był krótki, ale gęsty. Pani Kamińska klasnęła raz w dłonie.
– Assez. Uczymy się języka, nie kabaretu. Chociaż – tu rzuciła okiem na Olę i Kubę – przyznam, że kontekst jest... żywy.
Ola spojrzała na Kubę. On też na nią. W tym spojrzeniu było zmęczenie dniem, resztka podniecenia i coś prawie rozbawionego bezradnością sytuacji. Po korytarzowych prośbach francuski wydawał się jednocześnie lżejszy i bardziej przewrotny. Nikt ich nie dotykał. Wystarczyło nazywać.
– Przejdźmy dalej – powiedziała nauczycielka. – Słowa, o które i tak zaraz poprosicie. Le sexe. C’est un terme général. Bardziej precyzyjnie: le pénis. Le vagin. Le clitoris.
Sala zareagowała falą szmeru, śmiechu i jednego głośniejszego:
– No proszę, wreszcie konkret.
– Répétez – kazała pani Kamińska spokojnie. – Le pénis.
Klasa powtórzyła. Kilka osób patrzyło przy tym prosto na Kubę. On nie zasłonił się, nie odsunął. Tylko szczęka miał nieco mocniej zaciśniętą. Ola widziała, że jego ciało znowu nie pozostało obojętne. Po całym dniu trudno było o inną reakcję, gdy cała sala starannie wymawiała nazwy tego, co i tak było widać.
– Le vagin – padło zaraz potem.
Spojrzenia przeszły na Olę. Stała prosto, dłonie wzdłuż ciała, czując na skórze nie dotyk, tylko słowa. To było dziwne. Po trzeciej przerwie cudze usta i dłonie wydawały się bardziej bezpośrednie. Tu zawstydzało samo nazywanie.
– A potocznie? – ktoś nie wytrzymał.
Pani Kamińska zmierzyła salę wzrokiem.
– Potocznie znacie sami, i to w trzech językach. Na lekcji zostajemy przy rejestrze neutralnym albo medycznym. Ale skoro już pytacie: oui, istnieją formy familiarne. Nie będziemy ich teraz ćwiczyć chórem.
Rozczarowanie części klasy było prawie komiczne. Ktoś jednak dopowiedział z tylnej ławki:
– Szkoda. Przy takich pomocach naukowych aż się prosi.
– To nie pokaz – ucięła pani Kamińska. – To słownictwo. Ola, proszę wskazać: le coude.
Ola uniosła rękę i dotknęła łokcia. Prosty gest. Po wszystkim, co było wcześniej, niemal niewinny.
– Kuba: l’épaule.
Kuba położył dłoń na barku. Mięśnie pod skórą napięły mu się krótko. Klasa obserwowała każdy ruch jak kolejne słowo w podręczniku, którego nikt nie zamierzał zapomnieć.
Potem posypały się kolejne prośby.
– A „łącznie”?
– A „piersi” osobno od „klatki”?
– A jak powiedzieć, że ktoś ma ładne nogi?
– A „nagi”?
Na ostatnie pytanie pani Kamińska odpowiedziała niemal z ulgą, że choć jedno jest proste.
– Nu. Nue. Ils sont nus.
Śmiech był natychmiastowy.
– To akurat widać – rzucił ktoś.
– Et on répète quand même – odparła nauczycielka. – Ils sont nus.
Klasa powtórzyła głośno, zbyt głośno, z wyraźną satysfakcją. Ola poczuła, jak rumieniec wraca jej wyżej, ku skroniom. Kuba przestąpił z nogi na nogę. Ich spojrzenia zderzyły się znowu. W jego oczach było coś w rodzaju: jeszcze chwila i koniec. W jej – to samo.
Pani Kamińska kazała ułożyć krótkie zdania.
– Opiszcie osobę. Pełnym zdaniem. Bez wulgaryzmów.
Chłopak z drugiej ławki podniósł rękę z miną zbyt niewinną.
– Elle a la peau claire, les lèvres pleines et... la poitrine visible?
Sala wybuchnęła. Pani Kamińska przymknęła na sekundę oczy.
– La dernière partie est inutile. Widzimy. Siadaj.
Dziewczyna z boku spróbowała o Kubie:
– Il a les épaules larges, le ventre plat et... il est nu.
– Merci, évidente. Kolejne.
Mimo wszystko ćwiczenie szło dalej. Słowa układały się w coraz śmielsze konfiguracje, nawet gdy formalnie zostawały w ramach lekcji. Ola stała i słuchała, jak jej ciało jest opisywane po francusku przez ludzi, którzy jeszcze dwie godziny wcześniej widzieli je w zupełnie innym kontekście. To nie bolało. Raczej osobliwie rozgrzewało. Jakby język dokańczał to, czego reguła dnia nie nazwała.
Raz pani Kamińska poprosiła, by Ola i Kuba stanęli profilem.
– Regardez la différence de posture.
Stanęli bokiem. Ola czuła wzrok klasy na linii piersi, brzucha, ud. Kuba – na barkach, biodrach, na tym, że ciało znowu zdradzało więcej napięcia, niż chciał pokazać. Gdy wrócili do pozycji frontalnej, ich dłonie przez ułamek sekundy otarły się o siebie, nie splotli ich w uścisku. Tylko przypomnienie, że po dzwonku znowu będą mogli.
– Na koniec – powiedziała pani Kamińska – trzy wyrażenia. Przydadzą się bardziej niż myślicie. Je te regarde. Je te touche. Je te désire.
Cisza była krótka, ale głęboka.
Ktoś gwizdnął cicho. Ktoś inny powtórzył trzecie zdanie zbyt wyraźnie, patrząc na Olę. Kuba obrócił głowę w tę stronę o pół centymetra. Pani Kamińska uniosła rękę.
– To nie zachęta do używania ich teraz na kolegach. To materiał. Répétez.
Klasa powtórzyła.
Je te regarde.
Je te touche.
Je te désire.
Ola wypowiadała słowa razem z innymi i czuła, jak każde z nich układa się inaczej, gdy obok stoi Kuba. Pierwsze było już prawdziwe od rana. Drugie reguła zabierała im zbyt często. Trzecie wisiało między nimi od polskiego, od matematycznej, od splecionych dłoni i od wszystkiego, czego nie domknęły przerwy.
– Bien. Na następną lekcję: dwanaście nazw części ciała i trzy zdania opisowe. Bez kreatywności kabaretowej.
Dzwonek wszedł w sam środek ostatnich śmiechów.
Pani Kamińska odetchnęła wyraźnie.
– C’est fini. Możecie iść.
Ola i Kuba nie ruszyli się pierwsi. Dopiero gdy klasa zaczęła zbierać się ku drzwiom, zeszli z linii tablicy. Na korytarzu hałas przyjął ich z powrotem. Szli blisko, jeszcze nadzy, jeszcze pełni dnia, w stronę pomieszczenia programu.
Tam dopiero, wśród innych par zbierających swoje rzeczy, Ola wzięła do ręki sukienkę. Materiał był lekki, prawie niepotrzebny po godzinach bez niego. Założyła ją bez bielizny, tak jak rano. Kuba wciągnął jeansy i koszulkę. Zwyczajne ubrania zrobiły z nimi coś dziwnego: jakby nagle wracali z bardzo długiej, bardzo publicznej rozmowy o ciele do wersji, którą wolno wypuścić na ulicę.
Wyszli głównym wejściem. Powietrze na zewnątrz było cieplejsze, majowe, pełne końcówki dnia. Za bramą szkoły hałas ściemniał. Został szmer ulicy i ich dwóch.
Kuba zwolnił.
– Ola.
Odwróciła się.
Przez chwilę szukał słów jak ktoś, kto cały dzień mówił ciałem i dopiero teraz musi użyć zwykłego zdania.
– Masz ochotę gdzieś pójść? Ze mną. Tak normalnie. Na spacer, może na lody.
Ola spojrzała na niego w sukience poruszanej wiatrem i wciąż z pamięcią sali pełnej francuskich nazw. Uśmiechnęła się krótko, bez dystansu.
– Mam.
I dopiero wtedy dzień szkolny naprawdę się skończył.


Spacer
Szkoła została za nimi szybciej, niż Ola się spodziewała. Jeszcze niedawno stała naga na francuskim i słuchała, jak klasa powtarza nazwy ciała. Teraz szła w lekkiej sukience, z torbą na ramieniu, a Kuba obok w jeansach i koszulce. Zwyczajne wyjście po lekcjach. Tylko, że w tym dniu nie było nic zwyczajnego.
Sukienka ruszała się przy każdym kroku. Bez bielizny materiał przylegał zbyt bezpośrednio, a cieplejszy podmuch od czasu do czasu przypominał jej o tym wyraźniej. W szkole nagość była regułą. Tu, na osiedlowej ulicy, brak bielizny należał już tylko do niej.
Kuba szedł blisko. Ich dłonie zderzyły się raz przy biodrze, ale jeszcze się nie odnalazły. Po całym dniu próśb i spojrzeń oboje jakby ostrożniej sprawdzali, co zostaje, gdy nikt nic nie każe.
– Dokąd? – zapytała.
– Do parku. Jest ciepło. I miło będzie razem pospacerować, spokojnie bez wszędobylskich oczu.
Minęli spożywczak, przystanek, niskie bloki z otwartymi oknami. Im dalej było od szkolnej bramy, tym mniej Ola czuła na sobie ten szczególny sposób patrzenia. Zostawał maj: ciepłe powietrze, daleki łoskot motoru, ktoś wołający psa. Po programie ta zwykłość działała prawie jak zimna woda.
W parku przy alei stała budka z lodami. Kuba zwolnił.
– Kupię nam.
– Nie musisz.
– Wiem, ale i tak to zrobię.
Usiadła na niskim murku w cieniu i patrzyła, jak ustawia się w kolejce. Bez nagości, bez sali, bez szkolnych reguł wyglądał prościej. Po prostu ktoś na randce. Ta zwyczajność zadziałała na nią bardziej, niż spodziewała się po sobie, szczególnie po takim dniu.
Wrócił z dwoma rożkami.
– Wanilia i truskawka. Wybieraj.
– Truskawkowy.
Usiedli na ławce od mniej uczęszczanej strony. Lód od razu zaczął się topić w słońcu. Ola zlizała brzeg, zanim spłynął na palce. Przez chwilę jedli w milczeniu. Nie było w tym napięcia z korytarza. Raczej pierwsze minuta, w której mogli po prostu usiąść.
– Cały dzień bez ubrań – powiedziała wreszcie. – A teraz siedzimy z lodami jak po zwykłych lekcjach.
Kuba krzywo się uśmiechnął.
– Dla mnie zwykłe jest głównie to, że nikt nie podchodzi z prośbą.
Ola skrzywiła się lekko.
– Najgorzej było po historii.
– Widziałem.
Nie dopytywał. W jego głosie nie było też tanich żartów. Sam fakt, że przez ten korytarz patrzył w jej stronę, mówił dość.
Ola przejechała językiem po lodzie.
– A na polskim... to było coś innego.
– Miało być inne – odparł. – Chciałem, żeby było twoje.
– Było. Dlatego na matematyce chciałam ci oddać to co się we mnie zebrało.
Kuba przez chwilę nic nie mówił. Potem tylko skinął, jakby dokładanie słów tylko by to spłyciło.
Zjedli prawie do końca, zanim rozmowa zeszła dalej. Kuba wyrzucił papierki, wrócił i usiadł bliżej. Ich uda znalazły się obok siebie. Sukienka Oli podjechała wyżej; nie poprawiła jej.
– Jak ty to tak naprawdę znosisz? – zapytał. – Ten cały program.
Ola zastanowiła się.
– Na początku głównie przeczekiwałam. Dziś bardziej wybierałam. Ciebie. To, że na biologii nie chciałam znowu nic oddawać sali. I to, że jak coś się działo na przerwie, i tak szukałam ciebie.
– Przyznam ci się, ja na polskim ledwo mogłem opanować własne napięcie – powiedział. – Ale nie chciałem wtedy... nie w pierwszej kolejności... chciałem tego dla ciebie.
Ola poczuła ciepły ucisk pod żebrami.
– Dlatego to zadziałało.
Gdzieś dalej kobieta szła z wózkiem. Jeszcze dalej ktoś rzucił psu piłkę. Park nie znał ich dnia. Właśnie dlatego dało się tu mówić prościej.
– to ja też się do czegoś przyznam, czułam zazdrość– dodała Ola. – Jak podchodzili do ciebie, chciałam abym to była ja.
– Ja też czułem podobnie. I jednocześnie nie umiem tego czysto rozdzielić. Jak patrzyłem na ciebie, to nie było tylko „zabierzcie od niej ręce”. Było też: widzę ją. I wiem, że ona i tak wróci wzrokiem do mnie.
Ola odwróciła się do niego.
– No właśnie.
W tej wymianie nie padły wielkie deklaracje. Padło rozpoznanie. Po godzinach, w których reguła wystawiała ich na innych, samo przyznanie, że naprawdę trzymają się siebie, robiło z ławki coś ważniejszego niż miejsce w parku.
Ola otarła palce chusteczką.
– W sumie nie musieliśmy wymyślać wielkiego planu. W domu i tak raczej nikogo nie ma.
Kuba uniósł brwi.
– Rodzice?
– Dostali kontrakt zagraniczny. Trzy lata. Duża firma. Na co dzień zostajemy z Martą. Czasem ktoś przyleci, ale to nie jest normalne mieszkanie z rodzicami za ścianą.
Powiedziała to rzeczowo. Dopiero po sekundzie oboje usłyszeli, co z tego wynika dla reszty popołudnia.
Kuba nie rzucił się na tę informację tanim komentarzem. Tylko spojrzał na nią dłużej.
– Czyli jesteście same.
– Praktycznie tak.
Ola poprawiła ramiączko. Nie musiała. Gest wyszedł nerwowy, prawie teatralny. Kuba złapał ten ruch wzrokiem i nie udawał, że tego nie zauważył.
– Chodź – powiedziała. – Przejdziemy się.
Zeszli na boczną ścieżkę pod drzewami. Szli wolniej. W pewnym momencie Kuba po prostu wziął ją za rękę. Ola domknęła palce od razu. Po wszystkich urywanych kontaktach dnia ten splot w parku był wreszcie czysty: bez prośby, bez listy, bez sali.
Przy zakręcie, gdzie krzewy dawały odrobinę osłony, stanęli. Chwila za długa. Potem Kuba pochylił się i pocałował ją.
Najpierw krótko, jakby sprawdzał jej reakcje. Ola odpowiedziała od razu, dłonią na jego karku. Sukienka zetknęła się z koszulką, a pod spodem wróciło całe stłumione ciepło przedpołudnia. Kuba objął ją w talii. Jego dłoń była pewna i zupełnie inna niż te z korytarza. Tu nie musiał prosić. Tu dostał zgodę zanim zdążył o nią zapytać.
Pocałunek pogłębił się szybko. Ola poczuła słodki smak lodów i jego oddech. Gdy oparł ją lekko o pień, nie cofnęła się. Materiał sukienki uniósł się na udo. Kuba położył dłoń najpierw na zewnątrz nogi, dopiero potem wyżej, dając jej czas. Ola sama skróciła dystans.
– Możesz.
Gdy znalazł nagą skórę i brak bielizny, sapnął jej w usta. Nie zapytał o nic więcej. Pocałował ją mocniej, a palce przesunął tam, gdzie była już mokra od całego dnia i od niego. Ola drgnęła, złapała go za ramię. Publiczny dotyk w szkole przyzwyczajał ją do rąk. Ten prywatny rozłożył ją szybciej niż mogła się spodziewać, właśnie dlatego, że należał do kogoś wybranego.
Nie chciali robić tego na stojąco w parku. Wystarczyło, że Kuba głaskał ją wolno, potem pewniej, a Ola oddawała pocałunek głębiej, aż kolana dostały tej charakterystycznej niepewności. Sięgnęła niżej i przejechała dłonią po jego jeansach. Był twardy. Kuba przymknął oczy i oparł czoło o jej skroń.
– Jak tak dalej...
– Wiem.
Odsunęli się o centymetr. Dosyć, by nie oddać tego miejsca czemuś przypadkowemu. Ola miała rozchylone usta i zmiętą sukienkę. Kuba wyglądał, jakby dopiero teraz naprawdę wyszedł ze szkolnego trybu.
– Nie chcę tego tutaj zostawiać w połowie – powiedziała.
– Ja też nie.
Poprawiła ubranie. Ręce jeszcze jej drżały, ale głos już spokojniejszy.
– Chodź do mnie.
Kuba upewnił się tylko wzrokiem.
– Na pewno?
– Tak. Nie chce mi się wracać samej i udawać, że to był zwykły dzień.
– Idziemy.
Wyszli z cienia na szerszą aleję już ze splecionymi dłońmi. Lody, ławka i park zostały za nimi jak krótki pomost. Ola czuła jeszcze jego dłoń na udzie jak niedokończone zdanie. Kuba szedł skupiony, bez udawania spokoju.
Im bliżej było jej bloku, tym mniej mówili. Nie z braku tematów. Z nadmiaru pewności, dokąd to zmierza. Przed klatką Ola wyjęła klucze i dopiero tam, na progu, spojrzała na niego jeszcze raz.
Potem przekręciła zamek.
Prywatność, na którą pracował cały dzień, przestała być obietnicą.


U Oli
Klatka pachniała starym tynkiem i czyimś obiadem z parteru. Ola przekręciła klucz dopiero za drugim razem, bo za pierwszym trafiła krzywo. Nie ze strachu. Raczej z tego dziwnego podniecenia, które dostała, gdy za ich plecami zamknął się dzień, a przed nimi zostały zwykłe drzwi.
Gdy weszli Ola zapaliła światło w przedpokoju. Kuba stanął na wycieraczce, jakby nagle nie był pewien, czy wolno mu przejść dalej. Gest był tak zwyczajny, że Ola prawie się uśmiechnęła.
– Możesz zostawić tu – powiedziała. – Marta i tak narzeka tylko wtedy, gdy sama o czymś zapomni.
Wszedł, Ola odłożyła klucze do miseczki na półce i poczuła, jak w ciszy mieszkania wszystkie szkolne dźwięki odsuwają się naraz. Bez szafek. Bez dzwonków. Bez cudzych prośb. Teraz został tylko szum lodówki z kuchni i ich dwoje w zbyt małym przedpokoju.
– Chcesz wody? – zapytała.
Kuba pokręcił głową.
– Nie.
To „nie” nie było o wodzie. Ola usłyszała to od razu. Torba zsunęła jej się z ramienia na podłogę. Przez sekundę stali naprzeciw siebie jak ludzie, którzy przez cały dzień dotykali się w tłumie, a teraz nie wiedzą, od której strony zacząć, gdy wolno im wszystko.
Zaczęło się od tego, że Kuba po prostu wyciągnął rękę i musnął jej nadgarstek. Ola złapała jego palce. Potem przyciągneła go o krok bliżej. Pocałunek wyszedł bardziej pewny niż w parku. Głębszy już od pierwszej sekundy, bo za plecami Oli były drzwi, a nie krzewy i ścieżka.
Doszli do jej pokoju prawie nie odrywając się od siebie. Ola łokciem nacisnęła klamkę. W środku pachniało jej perfumami. Półotwarta szafa, łóżko nieidealnie zaścielone, zeszyty na biurku. Zwyczajny pokój, który nagle zrobił się najważniejszym miejscem na świecie.
Kuba objął ją w talii.
– Jak tylko powiesz stop – mruknął jej w usta.
– Nie powiem.
Sukienka zsunęła się łatwiej, niż powinna. Jeden ruch ramiączek, potem materiał po biodrach, i Ola została naga nie dlatego, że tak kazał program, tylko dlatego, że sama tego chciała. Kuba spojrzał na nią inaczej niż w szkole. Tam nagość była dana. Tu jakby dostawał ją w częściach i każda liczyła się osobno.
Ola pociągnęła jego koszulkę do góry. Kuba pomógł, po czym odpiął jeansy. Kiedy został bez niczego, nie zasłonił się. Nie było już po co. Ola i tak znała jego ciało z sali, z przerw, z matematyki. A jednak teraz, na tle jej łóżka i półki z książkami, wyglądał nowo. Mniej jak uczestnik programu. Bardziej jak chłopak, którego wpuściła do siebie.
Pocałowała go pierwsza. Potem jeszcze raz, już z całym ciężarem dnia. Jego dłonie przeszły po jej plecach, pośladkach, wyżej z powrotem do piersi. Ola sapnęła, gdy kciuki przetoczyły się po sutkach. Po całym dniu w szkole była rozdrażniona i mokra zbyt długo. Teraz każde dotknięcie czuła od razu głęboko.
Położyli się na łóżku bez wielkiego planu. Materac ugiął się miękko. Prześcieradło wydało się chłodne, jednak szybko przyjęło ich ciepło. Ola poczuła pod łopatkami fałd materiału, a nad sobą ciężar Kuby oparty jeszcze nie całkiem na niej — na przedramieniu, na biodrze, na oddechu, który domykał odległość między ich ustami.
Jego skóra była cieplejsza od powietrza w pokoju. Gdy przylgnął niżej, Ola najpierw poczuła ten kontrast: chłodniejszy bok jej ramienia i gorąca pierś Kuby. Pocałunek smakował lekko solą po dniu. Wdech Kuby otarł się o jej policzek. Wydech wszedł jej w szyję.
Dłoń, którą położył na jej klatce, drżała tylko przez moment. Palce rozłożyły się szeroko, jakby mierzyły oddech pod skórą. Kiedy przesunął je wyżej i objął pierś, Ola uniosła się naprzeciw jego dotykowi. Sutek zetknął się z środkiem jego dłoni, potem z kciukiem. Tarcie było niewielkie i bardzo delikatne. Od sutka poszło ciepło w dół brzucha, prosto między nogi.
Usta Kuby zamknęły się na piersi. Najpierw wilgoć. Potem ciepło, muśnięcie językiem. Ola usłyszała własny krótki oddech zanim zdążyła go powstrzymać. Włosy Kuby łaskotały spód jej brody. Jego druga dłoń wędrowała po boku, po talii, po zewnętrznej stronie uda — gładząc ostrożnie jej ciało, zostawiając pasmo ciepła wszędzie, gdzie przeszła.
Gdy zszedł niżej, powietrze pokoju jakby otarło się o mokry od jego ust sutek poeodując, że odrazu nabrzmiał. Pocałunki na brzuchu były inne niż na piersi: wolniejsze, z wyraźniejszym uczuciem. Przy pępku mięśnie napieły się w krótkim skurczu. Kuba pocałował to miejsce jeszcze raz, jakby odpowiedział na drgnięcie.
Jego dłoń na wewnętrznej stronie uda nie poszła od razu do środka. Szła w górę od kolana, sprawdzając palcami, jak bardzo skóra robi się tam delikatniejsza i bardziej wrażliwa. Im wyżej, tym wyraźniej Ola czuła własne tętno. Gdy wreszcie musnął wargi sromowe, jego dłonie poczuły gorąco i wilgoć. Przejechał wzdłuż, bez wchodzenia, i Ola rozchyliła kolana szerzej sama, bo ciało poprosiło o to szybciej niż myśl.
Palec na łechtaczce nie nacisnął mocno. Zatoczył mokre, małe półkola. Każde przejście zostawiało po sobie krótką iskrę, która nie gasła do następnej. Ola złapała prześcieradło. Materiał był w pięści szorstki, prawie realniejszy niż reszta świata. Kuba wsunął jeden palec. Wewnątrz było gorąco i ciasno. Ola poczuła dokładny kształt jego palca, potem pauzę, potem powolny ruch.
Dodał drugi, gdy mięśnie puściły. Rozciągnięcie było wyraźniejsze. Jego kciuk nie odszedł od łechtaczki. W środku nacisk, na zewnątrz okrążenie — dwa różne bodźce zlały się w jeden puls nisko w brzuchu. Ola słyszała mokry dźwięk jego dłoni. Słyszała też własny oddech, nierówny, i cięższy oddech Kuby między jej piersiami, gdy na moment oparł tam czoło.
Usta, które zastąpiły palce, zmieniły wszystko. Język był miększy, szerszy, potem ciaśniejszy. Ciepło rozeszło się po wewnętrznych udach aż do kolan. Ola uniosła jedną nogę i poczuła jego bark pod swoją łydką — twardy mięsień, wilgotną skórę. Kuba trzymał jej biodro mocno, nie boleśnie, raczej stabilnie, jakby wiedział, że zaraz jej całe ciało zacznie reagować. Polizał wolno całą długość, wrócił wyżej, skupił się. Ola widziała sufit tylko w przebłyskach. Częściej zamykała oczy, bo pod powiekami wrażenie robiło się ostrzejsze.
Kiedy się odsunął, pustka po jego ustach uderzyła chłodem powietrza. Ola przyciągnęła go ku sobie niecierpliwie. Pocałunek smakował nią. Wilgotno, głęboko. Jego kutas musnął najpierw jej udo, potem mokre wargi. Był twardy i gorący, o innej fakturze niż dłoń czy język. Ola uniosła biodra i złapała ten kontakt całą długością.
Wchodził wolno.
Najpierw sam czubek — nacisk. Potem szersze rozwarcie — piekące tylko przez ułamek, zaraz zalane przyjemnością. Ola otworzyła usta, ale dźwięk wyszedł dopiero, gdy był w połowie. Palce wpiła mu w łopatki. Kuba zatrzymał się. Ich biodra nie stykały się jeszcze całkiem. Między nimi drżało powietrze i mięśnie.
– Chwila – wydusiła.
Poczuła, jak w niej pulsuje. Nie ruch. Samo bycie. Kuba pocałował brzeg jej wargi i nie pchał. Ola rozluźniła brzuch świadomie, warstwa po warstwie, aż dało się przyjąć więcej. Sama wciągnęła go przyciskając do siebie. Kiedy wszedł do końca, ich skóra zderzyła się mokro na całej powierzchni brzucha i bioder.
Przez kilka sekund nie było nic oprócz ich połączenia.
Ola czuła go zbyt dokładnie: kształt, ciepło, lekkie drżenie u nasady, gdy próbował się nie ruszać. Jego pierś przy jej piersi kleiła się już od potu. Kropla spłynęła z jego skroni na jej obojczyk i stygnąc, zostawiła wąską ścieżkę.
Ruszył krótkim ruchem, który rozszedł się od środka na uda i niżej, aż do łydek. Drugie pchnięcie było pewniejsze. Przy trzecim Ola oplotła go nogami i kąt zmienił się tak, że nacisk przeszedł bliżej przedniej ścianki. Sapnęła mu w szyję. Kuba złapał ten dźwięk i został w tej pozycji.
Rytm narastał od spodu ciała. Nie od głowy. Mokre klaśnięcia ich bioder, ciche cmoknięcie skóry odrywanej na ułamek sekundy, oddech Kuby przy jej uchu, własny puls w szyi i między nogami. Gdy sięgnął między nich i kciukiem znalazł łechtaczkę, bodziec spiął się w jedną linię: głęboki ruch w środku i małe, śliskie okrążenie na zewnątrz.
Ola poczuła nadchodzący orgazm. Najpierw nisko w brzuchu, potem w udach, potem w dłoniach, które nie umiały już gładzić, tylko zaciskały się na jdgo plecach. Doszła z twarzą przy jego szyi, z dźwiękiem stłumionym o skórę, w skurczach, które zaciskały się na nim falami. Kuba jęknął, czując to od środka, i utrzymał ruch na tyle równo, by nie urwać jej fali.
Dopiero potem przyspieszył. Kilka głębszych, krótszych pchnięć. Ola była już bardzo wrażliwa; każde wejście czuła ostro, prawie za ostro, ale nie prosiła, by przestał. Trzymała go za plecy. Kiedy doszedł, całe jego ciało spięło się nad nią i w niej, a oddech rozpadł mu się na nierówne kawałki przy jej ramieniu. Ciężar, który potem na nią oddał, był gorący i miękki.
Został tak, dopóki ich tętna nie zaczęły się uspokajać. Wysunął się ostrożnie. Ola poczuła mokre puszczenie, nagłą pustkę, chłodniejsze powietrze na wewnętrznych udach. Kuba wrócił do niej od razu. Pierś do pleców, potem twarzą do twarzy. Ich kolana zderzyły się i zostały. Skóra do skóry, ciało do ciała.
Ola przełożyła dłoń na jego mostek. Pod palcami czuła szybkie, mocne uderzenia jego serca.
Nie potrzebowali wtedy wielu słów.
Wystarczyło ciepło ciał i fakt, że po raz pierwszy od rana wszystkie bodźce miały jednego adresata.


Wspólna noc
Leżeli jeszcze blisko, skóra przy skórze, gdy cisza mieszkania zrobiła się wystarczająco głęboka, by Ola usłyszała własne tętno. Kuba gładził jej ramię od barku do łokcia, mechanicznie i czule zarazem. Po seksie nie było w nich już tego głodu z parku. Zostało coś gęstszego: spokój, którego nie chciało się psuć wstawaniem i zbieraniem ubrań.
Ola odwróciła twarz do jego szyi.
– Zostań.
Kuba poruszył się tylko na tyle, by lepiej ją słyszeć.
– Na noc?
– Na noc – potwierdziła. – Nie chce mi się jeszcze kończyć tego dnia tak, że zamykam za tobą drzwi i zostaję sama.
Przez sekundę nic nie powiedział. Potem pocałował ją w skroń.
– Zostanę. Tylko muszę zadzwonić do domu.
Sięgnął po telefon z kieszeni jeansów zrzuconych przy łóżku. Ola przykryła się do połowy kołdrą i obserwowała go bokiem, jak ktoś, kto jeszcze nie do końca wierzy, że naprawdę to się uda. Kuba wyszedł na korytarz tylko na kilka kroków, ale drzwi pokoju zostawił uchylone. Ola słyszała jego głos stłumiony, spokojny.
– Hej... tak, u koleżanki. Zostanę na noc. Nie, wszystko okej. Jasne. Pa.
Wrócił szybciej, niż się spodziewała.
– I tyle? – zapytała.
Kuba wzruszył ramionami, siadając z powrotem na skraju łóżka.
– Tyle. U mnie się aż tak nie dopytują. Rodzice mają dość luźne podejście do życia. Jak ich kiedyś poznasz, to sama zrozumiesz. Nie robią dramatu z rzeczy, z których inni robią koniec świata.
Ola przygryzła wargę, połowicznie rozbawiona, ale rownież z ulgą.
– To wygodne.
– Dziś akurat tak.
Przysunął się znowu. Leżeli chwilę w milczeniu, ale ciało po seksie zaczynało się wychładzać. Ola przejechała palcami po jego mostku, potem niżej, bez wyraźnego zamiaru, raczej dlatego, że chciała nacieszyć się jego bliskością. Kuba złapał jej nadgarstek i pocałował od wewnętrznej strony.
– Chodź pod prysznic – powiedziała. – Zanim całkiem ostygniemy.
Łazienka była mała. Woda najpierw popłyneła za zimna, potem za gorąca, dopiero za trzecim razem trafiła. Weszli razem. W ciasnej kabinie każdy ruch robił się intymny.
Kuba namydlił jej ramiona i plecy. Dłonie schodziły wolno, z początku tylko czule. Ola odchyliła głowę, gdy woda spłynęła jej po włosach i piersiach. Odwróciła się, by oddać mu to samo: klatkę, brzuch, biodra. Kiedy jej dłoń zeszła niżej, Kuba wciągnął powietrze. Nie odsunął się. Pocałował ją pod strumieniem, już głębiej niż przed chwilą w łóżku. Żel zrobił ich skórę śliską. Ola poczuła, że czułość po pierwszym seksie nie wygasa, tylko zaczyna znowu gęstnieć w coś bardziej niecierpliwego.
Nie doprowadzili tego do końca pod prysznicem. Ale gdy wychodzili, oboje wiedzieli, że spokój sprzed kwadransa już nie jest taki sam.
Ręczniki, wilgotne włosy, krótkie spojrzenie w zaparowane lustro. Ola przetarła je dłonią i zobaczyła ich oboje: czerwone ślady na szyi, rozluźnione i jednocześnie znowu czujne twarze.
Wyszli na korytarz boso. Do jej pokoju było kilka kroków. Po drodze mijali drzwi Marty.
Były uchylone.
Ola zauważyła to pierwsza. Zatrzymała się. Z środka dochodził niski męski oddech, potem śmiech Marty — krótki, niski, nie pozostawiający złudzeń. Kuba stanął za Olą. Żadne z nich nie powiedziało „chodźmy”. Żadne nie powiedziało też „nie wolno”. Po prostu zostali.
Szczelina drzwi była wystarczająca.
Marta stała na środku pokoju naga, między dwoma chłopakami. Jednego całowała głęboko, drugiego trzymała dłonią za kark. Oni obmacywali ją bez pośpiechu i ich dłonie pewnie poruszały się po jej ciele: piersi, biodra, pośladki, wewnętrzne strony ud. Marta odchylała się od jednego pocałunku do drugiego, jakby naprawdę miała czas na obu. Jednemu zeszła ręką po brzuchu i objęła jego penisa. Drugiemu pozwoliła wsunąć dłoń między jej nogi. Z tego, jak uniosła się na palcach, było widać, że dłoń od razu trafiła w jej najczulsze miejsce.
Ola poczuła, jak ręcznik na jej piersiach robi się nagle zbyt ciasny. Kuba stanął tuż za nią. Położył dłoń na jej biodrze, najpierw tylko głaskał, potem mocno ją przycisnął.
W pokoju Marta opadła na kolana.
Wzięła jednego do ust. Drugi zszedł jej za plecy, rozchylił uda i pochylił się, by lizać ją w tej pozycji. Marta wydała stłumiony dźwięk. Jedną ręką trzymała się uda chłopaka z przodu, drugą sięgała do tyłu, przyciągając bliżej drugiego.
Ola cofnęła się o pół kroku — prosto w ciało Kuby. Poczuła przez ręcznik, że jest twardy. Jego dłoń weszła pod materiał, na pierś. Gdy ścisnął sutek, Ola otworzyła usta w bezgłośnym wdechu. Sama sięgnęła za siebie i znalazła go pod ręcznikiem.
Dalej Marta została podniesiona. Jeden usiadł na skraju łóżka, drugi wszedł w nią od tyłu. Ola widziała moment przyjęcia: krótkie spięcie barków, potem rozluźnienie, dłonie oparte o uda chłopaka z przodu. Marta znowu pochyliła się ustami do przodu, w rytm pchnięć.
Kuba pocałował Olę w kark. Druga dłoń zsunęła mu się między jej nogi. Była mokra. Palce weszły łatwo. Ola rozstawiła stopy szerzej przy framudze, nie odrywając wzroku od pokoju.
Potem układ zmienił się jeszcze raz.
Marta znalazła się między nimi: osadzona na jednym, z drugim klękającym z tyłu. Ola zauważyła koncentrację w sposobie, w jaki drugi chłopak rozchylał jej pośladki i wchodził wolno, ostrożnie. Marta wydała ostry, wysoki dźwięk i złapała się ramion chłopaka pod spodem. Na kilka sekund wszyscy trzej zastygli. Potem Marta sama kiwnęła i ruch wrócił — wolniejszy, potem pewniejszy. Nie wyglądali na ludzi, którzy robią to pierwszy raz. W tym, jak układali oddech, jak chłopacy trzymali ją w miejscu, a ona przyjmowała obu bez paniki, było widać wprawę całej trójki. Było widać jaką przyjemność sprawia Marcie podwójna penetracja, przez to, jak całe jej ciało ułożyło się między nimi: oddech, proste plecy, dłonie obu mężczyzn prowadzące ją równo.
Ola odwróciła głowę i pocałowała Kubę prawie po omacku. Jego palce w niej przyspieszyły. Ona zacisnęła dłoń na jego kutasie. Patrzyli jeszcze chwilę, już mniej po to, by zobaczyć wszystko, a bardziej dlatego, że ciało nie pozwalało im odejść.
Dopiero gdy Marta znowu krzyknęła krótko i nisko, Ola pociągnęła Kubę od drzwi.
W jej pokoju ręczniki spadły, zanim zdążyła domknąć drzwi, zostawiając szczelinę. Kuba złapał ją jeszcze przy framudze, pocałował mocno, niemal drapieżnie, i dopiero potem pchnął w stronę łóżka. Ola cofnęła się tyłem, aż padła na materac, a Kuba zaraz nad nią — mokre włosy, gorąca skóra, oddech wciąż przyspieszony po tym co widzieli w pokoju Marty.
Nie było w tym pierwszej nieśmiałości.
Ola rozchyliła uda, zanim zdążył spytać. Kuba wsunął między nie dłoń, jej cipka była tak mokra, że dwa palce weszły w nią bez oporu. Ola uniosła biodra naprzeciw. Z pokoju Marty dochodził jeszcze rytmiczny, stłumiony dźwięk. Ola odwróciła na ułamek sekundy głowę w tę stronę, jakby ciało samo chciało dogonić to, czego nie mogli już oglądać.
– Chcę cię poczuć głeboko– sapnęła.
Kuba wyciągnął dłoń, otarł ją o jej udo i wszedł w nią jednym dłuższym ruchem. Ola przyjęła go z przeciągłym dźwiękiem, nogami zarzuconymi na jego ramiona. Rozciągnięcie było wyraźne, ale ciało było gotowe. Tempo od początku wyszło intensywne. Łóżko uderzyło zagłówkiem o ścianę.
Pocałunki były głębokie, nierówne, przerywane oddechem. Kuba ugryzł brzeg jej wargi, potem zszedł do szyi. Ola wpiła mu się paznokciami w łopatki, kiedy przyspieszył. Każde pchnięcie dochodziło głęboko, mokro, z krótkim dźwiękiem skóry o skórę. Zza ściany Marta jęknęła głośniej. Ola poczuła, jak ten dźwięk przechodzi przez nią skurczem.
– Słyszysz? – wyszeptała.
– Słyszę.
Kuba podniósł jej jedną nogę wyżej, prawie do własnego barku, i kąt zmienił się tak, że Ola otworzyła usta bez głosu. W tej pozycji czuła go głęboko, mocno, w sam raz. Jej piersi poruszały się w rytm pchnięć; Kuba pochylił się i wziął sutek do ust, nie zwalniając bioder. Ola złapała go za włosy.
Potem odwróciła się sama.
Wyszła spod niego, przeszła na kolana i łokcie, odchylając plecy. Kuba nie potrzebował zachęty. Klęknął za nią, złapał ją za biodra i wszedł od tyłu jednym płynnym ruchem. Ola sapnęła w poduszkę. Z tej strony wchodził głębiej, inaczej, z naciskiem, który rozchodził się po całym brzuchu. Pierwsze pchnięcia były jeszcze spokojne. Kolejne już pewne, rytmiczne, mocne.
Za ścianą Marta krzyknęła krótko, ostro.
Ola zadrżała. Kuba pochylił się nad jej plecami, jedną ręką znalazł jej pierś, drugą zsunął między nogi i zaczął głaskać łechtaczkę w takcie własnych ruchów. Ola prawie straciła podparcie na łokciach. Twarz wcisnęła w materiał poduszki, ale już nie panowała nad głosem jak wcześniej. Każde pchnięcie z tyłu i każdy ruch kciuka zbierały się w jedną, coraz mocniejszą falę.
– Nie przestawaj – prosiła. – Proszę.
Nie zatrzymał się.
Ola doszła pierwsza. Zacisnęła się na nim mocno, biodra w jego dłoniach, uda drżące, oddech rozbity na krótkie, urywane dźwięki. Kuba przytrzymał ją w tej pozycji, czując skurcze pochwy na kutasie. Dopiero gdy jej ciało zaczęło się rozluźniać, złapał mocniej talię i znowu nażucił własne tempo. Kilka mocnych, głębokich pchnięć. Ola, wciąż bardzo wrażliwa, jęknęła w poduszkę, ale nie odsunęła się. Przyjęła go do końca.
Kuba doszedł z niskim, zaciśniętym dźwiękiem, wbijając się w nią głęboko, czołem opartym o jej ramię. Przez kilka sekund jego ciało było całe spięte. Potem ciężar osunął się na jej plecy, gorący i mokry.
Został tak, dopóki oddech choć trochę mu się uspokoił. Wysunął się ostrożnie. Ola poczuła jak sperma z niej wypływana, jak płynie po wewnętrznych udach. Odwróciła się na bok jeszcze zanim zdążył po nią sięgnąć i sama przysunęła się bliżej.
Z pokoju Marty dochodziły już rzadsze odgłosy: niższe, bardziej spokojne. Ola słuchała ich przez chwilę z policzkiem przy piersi Kuby. Podniecenie stygnęło wolniej niż za pierwszym razem. Zostawało pod skórą dłużej — razem z obrazami zza uchylonych drzwi i z pytaniem, którego jeszcze nie chciała mówić na głos.
Kuba pocałował jej mokre włosy.
– Zostaję.
Ola domknęła dłoń na jego przedramieniu.
– Wiem.
Nie mówili nic więcej.
Nie musieli.
Ta noc należała do nich. Ola zasneła pierwsza, przytulona do Kuby, on chwilę później.

Dodaj komentarz