
Cisza w przedpokoju miała swoją własną fakturę. Gęstą, lepką od kurzu, który osiadał na kaloryferze przez całe lato. Agnieszka zdjęła płaszcz, powiesiła go na haczyku numer trzy, tym samym od piętnastu lat, i przez chwilę przytrzymała dłoń na chłodnej tkaninie, jakby szukała w niej oparcia. Lustro w drewnianej ramie odbijało kobietę, która zbyt dobrze znała każdy swój grymas.
Czterdzieści dwa lata. Nie czuła ich w kościach, ale w spojrzeniu, którym obrzucała własne odbicie. Zmarszczki wokół oczu były jak mapy dróg, których nigdy nie wybrała. Usta, niegdyś pełne, teraz zaciśnięte w wąską kreskę, zdradzały więcej, niż chciałaby powiedzieć na głos.
Głos z kuchni przeciął ciszę.
— Mamo?
Tomek. Dwadzieścia dwa lata, dwa miesiące i jedenaście dni. Anna znała jego kalendarz lepiej niż własny.
— Jestem.
Weszła do kuchni, stawiając torbę na blacie z tym samym ciężkim westchnieniem, które towarzyszyło jej od lat. Naczynia z obiadu wciąż stały w zlewie. Ceramika pokryta zaschniętym sosem, widelec rzucony byle jak. Syn siedział przy stole, skulony nad telefonem, kciuk przesuwał się po ekranie w rytmie, który Agnieszka rozpoznawała jako nerwowy.
— Zjadłeś?
— Tak.
Odpowiedź padła zbyt szybko. Agnieszka otworzyła lodówkę, udając, że szuka masła, choć wiedziała, że stoi na drugiej półce, tam gdzie zawsze. Jej dłonie poruszały się automatycznie, wyjmując pojemnik, przesuwając słoiki, zamykając drzwi. Wszystko po to, by nie patrzeć na syna.
— W pracy coś się zmieniło? — zapytała tonem, który miał brzmieć obojętnie.
Tomek wzruszył ramionami. Ten gest znała od dziecka. Lewe ramię szło w górę o pół sekundy wcześniej niż prawe.
— W porządku.
— W porządku — powtórzyła, siadając naprzeciwko.
Ich kolana niemal się stykały pod małym stołem. Tomek cofnął nogę, nie podnosząc wzroku znad ekranu. Agnieszka zobaczyła, jak jego kciuk zatrzymuje się na ułamek sekundy nad przyciskiem „wstecz”, a potem wraca do bezcelowego przewijania.
— Mówisz to tak, że ja ci nie wierzę.
Tomek w końcu podniósł wzrok. Ciemne oczy, podkrążone, zmęczone. Spojrzenie, które nie należało do chłopaka, którego wychowała, ale do mężczyzny, który coś ukrywa.
— Bo co? Myślisz, że cię okłamuję?
— Myślę, że nie mówisz mi wszystkiego.
— Nie ma o czym mówić.
Odłożył telefon ekranem do dołu. Głośny, zbyt zdecydowany ruch. Agnieszka wstrzymała oddech. Znała ten gest. Znała ciszę, która po nim następowała. Tomek odzywał się najpierw ciszą, potem dopiero słowami.
— Mówisz to, bo co? Bo coś słyszałaś? — Jego głos był napięty, jak struna, która zaraz pęknie.
— Słyszałam, że nie jesteś zadowolony. Że coś się dzieje.
— Kto ci powiedział?
— Nieważne. Ważne, że ty mi nie powiedziałeś.
Tomek wstał od stołu. Krzesło odsunęło się z szurnięciem, które rozeszło się po małej kuchni jak wyrzut. Podszedł do okna, oparł czoło o chłodną szybę. Anna widziała jego plecy, napięte pod cienkim materiałem koszulki. Mięśnie drgnęły, gdy zacisnął szczękę.
— To nie jest twoja sprawa.
— Jesteś moim synem. To jest moja sprawa.
— Zawsze wszystko musi być twoje.
Agnieszka została przy stole. Nie poruszyła się, choć w środku coś pękło z cichym trzaskiem. Westchnęła, powoli, żeby nie usłyszał. Dłonie ułożyła płasko na blacie, czując chłód drewna pod opuszkami.
— Tomek, ja tylko chcę ci pomóc.
— Nie potrzebuję pomocy.
— Potrzebujesz, skoro nie umiesz ze mną rozmawiać.
Tomek odwrócił się gwałtownie. Jego twarz była blada, usta rozchyliły się, jakby chciał coś powiedzieć, ale słowa utknęły mu w gardle. Agnieszka widziała, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada, płytko, za szybko.
— Co niby zrobisz? Pójdziesz do mojego szefa? Powiesz mu, że twój syn jest nieszczęśliwy? — Jego głos łamał się, choć próbował brzmieć szyderczo.
— Jeśli będzie trzeba.
— Nie rób tego.
— Ktoś musi.
— To jest moje życie.
— I ja je dałam.
Słowa zawisły między nimi, gęste i tnące. Anna nie chciała ich wypowiedzieć. Nie w ten sposób. Ale siedziały w niej od dni, od tygodni, od miesięcy. Odkąd Tomek wrócił z pierwszej pracy, odliczając dni do piątku jak do wyroku. Odkąd zaczął jeść mniej, spać krócej, milczeć częściej. Odkąd jego uśmiech stał się rzadkością, a śmiech — wspomnieniem.
— Mam dwadzieścia dwa lata. Nie potrzebuję mamy, która chodzi za mnie do pracy.
— Więc sam coś z tym zrób.
— Nie mogę.
Agnieszka odetchnęła. W końcu. Prawda. Brzydka, wstydliwa, ale prawdziwa. Tomek nie mógł. Nie umiał. Może bał się. Anna widziała to w jego oczach, teraz, gdy w końcu na nią patrzył. Nie złości. Strachu.
— Dlatego ja pójdę — powiedziała cicho.
— Nie zgadzam się.
— Nie musisz się zgadzać.
— Mamo, to upokarzające.
Agnieszka wstała. Podeszła do syna, powoli, ostrożnie, jakby zbliżała się do dzikiego zwierzęcia. Położyła dłoń na jego ramieniu. Tomek drgnął, ale nie odsunął się.
— Upokarzające jest to, że boisz się iść do własnej pracy. To, że ja porozmawiam z twoim szefem, jest tylko… rodzicielską troską.
— To brzmi jak pretekst.
— Bo nim jest.
Tomek zaśmiał się gorzko i potrząsnął głową. Agnieszka zobaczyła, jak jego oczy wilgotnieją. Nie od razu. Najpierw zacisnął powieki, przygryzł dolną wargę. Potem jedna łza spłynęła po policzku, szybka i ukryta.
— Nienawidzę tej pracy — powiedział szeptem. — A on mnie nienawidzi.
— Kto?
— Szef.
Agnieszka wiedziała, że to wszystko zmienia. Nie wiedziała jeszcze, jak bardzo.
Następny poranek wstał nisko nad miastem, mglisty i wilgotny. Agnieszka włożyła granatową garsonkę, jedyną, która nie wyglądała jak skóra kobiety, która zrezygnowała z siebie dawno temu. Spódnica do kolan, biała koszula, skromne szpilki. Włosy upięte w kłos, z którego zawsze wypadało kilka kosmyków, jakby natura protestowała przeciwko jej wysiłkom. Szminka w odcieniu ciemnego różu, starła ją chusteczką, nałożyła ponownie.
Tomek już wyszedł. Zostawił po sobie zmięte łóżko i zapach kawy w kuchni. Agnieszka napiła się swojej samotnie, stojąc nad zlewem. Woda kapała rytmicznie z kranu, uderzając o metal z dźwiękiem, który w tej ciszy brzmiał jak licznik odliczający czas.
Adres firmy znała z rozmów i z dokumentów, które Tomek zostawiał na stole. Nieproszona, wsunęła kartkę z planem dojazdu do torebki. W pociągu gniotła ją w dłoni, czując, jak pot wilgotnieje jej skórę.
Wieżowiec ze szkła i stali wyrósł przed nią nagle, jakby miasto postawiło go w tym miejscu na złość jej niepewności. Wiatr targnął połą spódnicy, zimne powietrze wtargnęło pod płaszcz. Agnieszka zatrzymała się przed wejściem, patrząc na własne odbicie w ciemnej szybie.
Kobieta, która szła do biura, by walczyć o syna. Ale w odbiciu widziała coś innego. Drżenie rąk, którego nie potrafiła powstrzymać. Pochylone ramiona, mimo wyprostowanej sylwetki. Oczy, które unikały własnego spojrzenia.
Recepcja tonęła w bieli i chłodnym świetle. Recepcjonistka, młoda, z uśmiechem, który wyglądał jak przyklejony do twarzy, zaprowadziła ją do windy. Anna wsiadła, wcisnęła guzik dwunastego piętra, i oparła się o poręcz. Serce biło jej w gardle.
Drzwi rozsunęły się z sykiem. Korytarz, długi, wykładzina w szarym kolorze, szum klimatyzacji. Zapach środków do czyszczenia i kawy. Anna szła, licząc drzwi po lewej stronie. Gabinet numer dwanaście, koniec korytarza.
Sekretarka podniosła wzrok znad monitora. Kobieta w średnim wieku, w okularach z cienkimi oprawkami.
— Pani Agnieszka Kowalska? — zapytała, nie czekając na odpowiedź. — Szef już czeka.
Agnieszka poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Skinęła głową, bo głos odmówił posłuszeństwa. Sekretarka wskazała drzwi, ciężkie, mahoniowe, kontrastujące z nowoczesnym wnętrzem.
Agnieszka otworzyła je i weszła do środka.
Gabinet był duży, oświetlony naturalnym światłem wpadającym przez panoramiczne okna. Meble z ciemnego drewna, skórzany fotel, na ścianie czarno-białe fotografie miasta. A za biurkiem, pod oknem, stał on.
Czarnoskóry mężczyzna w granatowym garniturze, dopasowanym z precyzją, która zdradzała pieniądze i świadomość własnego ciała. Był wysoki. Wysoki na tyle, że Anna musiała unieść głowę, by spojrzeć mu w twarz. Jego skóra była ciemna, gładka, lśniąca w porannym świetle. Dłonie, duże, o długich palcach, spokojnie zapięte na krawędzi biurka.
— Pani Kowalska — powiedział. Jego głos był niski, głęboki, z lekkim akcentem, który Anna rozpoznała jako angielski. — Proszę, niech pani usiądzie.
Agnieszka została przy drzwiach. Nie dlatego, że nie chciała. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Wciągnęła powietrze, czując, jak zapach jego wody kolońskiej wypełnia jej nozdrza. Drzewo, skóra, coś ciemnego, jak wonność tuż po burzy.
— Daniel Okafor — przedstawił się, podchodząc bliżej.
Podał jej dłoń. Agnieszka spojrzała na nią, na kontrast między jego ciemną skórą a jej bladą, na to, jak jego duża dłoń otoczyła jej rękę. Uścisk był ciepły, stanowczy, trwał o ułamek sekundy za długo.
— Agnieszka Kowalska — powiedziała, a jej głos brzmiał cicho, jakby dochodził z daleka.
— Wiem. Matka Tomasza.
— Tak.
Usiadła, bo kolana już nie mogły jej dłużej utrzymać. Okafor wrócił za biurko, ale nie usiadł od razu. Przez chwilę stał, patrząc na nią z góry, zanim w końcu opadł na skórzany fotel. Rozpiął guzik marynarki, poprawił mankiet koszuli. Jego ruchy były spokojne, kontrolowane, jakby każdy z nich był częścią większej układanki.
— Wiem, dlaczego pani tu jest.
Agnieszka zacisnęła dłonie na torebce, którą trzymała na kolanach. Skórzane uchwyty wbiły się w jej palce.
— Nie wiem, co pan wie.
— Pani syn ma problemy z wydajnością. Spóźnia się. Bywa nieobecny. Jego raporty są niekompletne. Nie angażuje się w zespół. — Okafor mówił spokojnie, beznamiętnie, jakby recytował listę zakupów. — Chce pani wiedzieć, czy jest zagrożony zwolnieniem.
Agnieszka przełknęła ślinę. Jej serce waliło tak mocno, że była pewna, że on je słyszy.
— I jest?
— To zależy.
— Od czego?
Okafor pochylił się do przodu, opierając przedramiona na blacie. Jego oczy, ciemne jak węgiel, wpatrywały się w jej twarz z intensywnością, która parzyła skórę.
— Od tego, jak bardzo zależy pani na jego przyszłości.
Agnieszka poczuła, jak zimny dreszcz przebiega jej po kręgosłupie. Nie rozumiała, ale jednocześnie rozumiała wszystko. Powietrze w gabinecie zgęstniało, każdy oddech stawał się trudniejszy.
— Nie wiem, co pan ma na myśli.
— Wiem, że pani wie. — Okafor uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech, który sięgał oczu. — Pani syn jest na liście do zwolnienia. Jego stanowisko ma zostać zlikwidowane pod koniec miesiąca. Ale mogę to zmienić.
— Jak?
— Pani może to zmienić.
Agnieszka wstała z krzesła, gwałtownie, jakby coś ją ugodziło. Torebka zsunęła się z kolan na podłogę, uderzając o drewnianą posadzkę z głuchym łoskotem. Nie podniosła jej.
— Co pan insynuuje?
— Nic, czego pani już nie domyśliła się, wchodząc tutaj.
— Jest pan obrzydliwy.
— Jestem uczciwy. — Okafor wstał powoli, okrążając biurko. Jego ciało poruszało się z gracją drapieżnika, który wie, że ofiara nie ma gdzie uciec. — Pani decyzja jest prosta, Agnieszko. Syn wraca do pracy, z większą pensją, lepszym stanowiskiem. Albo traci wszystko. Może nawet nie tylko pracę. Mogę sprawić, że nie dostanie żadnej innej w tym mieście.
Agnieszka cofnęła się o krok. Oparła się plecami o ścianę, bo nogi znowu odmówiły posłuszeństwa. Czuła, jak jej serce bije w piersi, jak powietrze rwie się w płucach.
— Pan nie zrobi tego.
— Zrobię. Zrobię dokładnie to, co powiedziałem.
Podszedł bliżej. Agnieszka widziała jego twarz, teraz z bliska. Gładką skórę, kwadratową szczękę, delikatne zmarszczki w kącikach oczu. Miał może z trzydzieści lat. Jego zapach wypełniał ją całą, wdzierał się do każdej komórki.
— Czego pan chce? — zapytała szeptem.
Okafor uniósł dłoń, powoli, i dotknął kosmyka jej włosów, który wypadł z kłosa. Przewrócił go między palcami, jakby badał jego fakturę.
— Zrobi Pani to co będę chciał, tu i teraz. A on pójdzie do domu z nowym kontraktem i podwyżką.
Agnieszka zamknęła oczy. Świat zawirował. Pociemniał. A potem, w tej ciemności, zobaczyła twarz Tomka. Zobaczyła jego oczy, łzę spływającą po policzku. Usłyszała jego głos: „Nienawidzę tej pracy”.
Otworzyła oczy.
Okafor patrzył na nią tymi czarnymi oczami, bez pośpiechu, bez nacisku. Czekał. Wiedział, że czas pracuje na jego korzyść.
— Nie mogę — powiedziała Anna.
— Może pani.
— Jestem matką.
— Właśnie dlatego pani może.
Jego dłoń powędrowała w dół, po jej ramieniu, lekko, przez materiał garsonki. Agnieszka poczuła ten dotyk jak żar, jak prąd, który przebiegł przez całe jej ciało. Dreszcz, który nie był tylko strachem.
— Niech pan przestanie.
— Nie przestanę, dopóki pani nie zdecyduje.
— To szantaż.
— To propozycja.
Agnieszka zacisnęła usta. Jej myśli wirowały, zderzały się ze sobą, rozbijały. Wpojone zasady, godność, wstyd. A obok nich, silniejsza od nich, miłość do syna.
— Nie jestem prostytutką — powiedziała, a jej głos drżał.
— Wiem. Jesteś matką, która zapłaci każdą cenę. — Okafor pochylił się, jego usta znalazły się tuż przy jej uchu. — Pytanie brzmi, jak wysoka cena jest dla ciebie do zaakceptowania.
Agnieszka poczuła jego oddech na szyi. Ciepły, regularny, spokojny. Jej skóra pokryła się gęsią skórką. Dłonie, które wciąż zaciskała na niczym, otworzyły się, powoli, bez jej woli.
— Jeden raz — wyszeptała.
— Jeden, może dwa — wyszeptał.
Odsunął się gwałtownie a jego duże dłonie od razu opadły na pasek od spodni. Agnieszka usłyszała dźwięk klamry i spojrzała w dół, stała w miejscu osłupiała tym co będzie miała zrobić. Nie chciała tego robić dla siebie ale dla swojego syna zrobi wszystko. Po chwili opadła na ziemie a kolana boleśnie uderzyły o podłogę.
— Mądra z ciebie kobieta — Jego głos był gardłowy, niski.Patrzył na nia z góry.
Nie odpowiedziała, patrzyła jak opuszcza spodnie a z bokserek wyskakuje jego kutas. Na ten widok zaschło jej w ustach. Był długi i gruby, napewno miał ponad 22 cm a do tego był żylasty a żołędz już sie blyszczał.
Agieszka nie wiedziała jeszcze jak ma go zmieśćić w usta, nigdy nie widziała takiego kutasa na żywo.
Mężczyzna przystawił go do jej ust a wtedy ona poczuła jego zapach, był inny niż ten który zapamietała jeszcze z czasów związku ze swoim mężem. Czuła woń potu ale jednocześńie czegoś podniecajacego.
- Otwieraj usta - rozbrzmiał jego głos
Wytrąciło to Agnieszke z letargu i posłusznie otworzyła usta. Wzieła go do ust a na języku poczuła jego smak. Lekko słony ale przyjemniejszy niz pamiętała. Dała radę włożyć go tylko do połowy jego długośći aż wydostał sie z niej odgłos dławienia i odruch wymiotny.
Jego zapach wypełniał jej nozdrza, zanim jeszcze zdążyła zareagować. Skóra na jego udzie była gorąca, napięta, a pod jej opuszkami wyczuwała szorstkie włoski. Agnieszka trzymała dłoń na jego biodrze, drugą u podstawy kutasa, którego połowę wciąż miała w ustach. Jej żuchwa protestowała bolesnym napięciem, a oczy zaszły łzami.
— Spokojnie — powiedział nisko Daniel, a dłoń położył na jej karku. Nie naciskał. Jeszcze. — Nikt cię nie goni.
Agnieszka cofnęła się o kilka centymetrów, wypuszczając go z ust z mokrym cmoknięciem. Przez wargi przeciągnęła się biała, lepka nitka śliny, która pękła i opadła na jej brodę. Wciągnęła powietrze, a jej oddech brzmiał jak charczenie.
— Wyszłam z wprawy — szepnęła, zaskoczona własną szczerością.
Daniel zaśmiał się cicho, tym dźwiękiem, który wibrował w jego piersi.
— To widać. Ale nie szkodzi. Liczy się chęć, a ty, Agnieszko, wyglądasz, jakbyś bardzo chciała się postarać.
Jego kciuk starł łzę z jej policzka, zanim dotknął kącika jej ust. Agnieszka zamknęła na chwilę oczy. Dla Tomka. Tylko dla niego.
— Otwórz szerzej — rozkazał, a jego głos stał się ostrzejszy. — I pamiętaj, że masz język. Nie chcę czuć tylko zębów.
Agnieszka skinęła głową, czując, jak jej policzki płoną. Objęła wargami czubek, ciepły i gładki, posmarowany już przedsmakiem, który smakował morzem i czymś gorzkim. Przesunęła językiem po żołędzi, powoli, niezgrabnie, jakby przypominała sobie ruchy, których nie wykonywała od lat. Jej dłoń zacisnęła się na trzonie i zaczęła poruszać się w górę i w dół, z początku za lekko, potem zbyt mocno.
— Właśnie tak. Teraz weź mnie głębiej — pochwalił ją zachrypniętym tonem.
Spróbowała. Wsunęła go dalej, aż poczuła opór w gardle. Jej przełyk zacisnął się gwałtownie, a z ust wydobył się stłumiony odgłos dławienia. Łzy popłynęły jej po policzkach, rozmazując tusz. Ale nie odsunęła się. Przycisnęła dłoń do jego uda, żeby dać sobie rytm, i znowu opuściła głowę na jego kutasa.
Daniel syknął, zaciskając palce na jej koku. Kilka kosmyków wysunęło się, przylgnęło do jej spoconych skroni.
— Masz cholernie ciasne gardło — mruknął. — Wykorzystasz to.
Jego biodra poruszyły się lekko w jej stronę. Agnieszka poczuła, jak rośnie w jej ustach, wypełniając każdy wolny milimetr. Ślina zebrała się pod jej językiem, kapała z brody na kołnierzyk białej koszuli, zostawiając ciemne plamy. Nie dbała o to. Jej uda same zacisnęły się pod spódnicą, a między nogami poczuła wilgoć, której istnienie napawało ją wstydem i dziwną ulgą.
— Pokaż mi, jak to robisz — powiedział. — Chcę widzieć twoje oczy.
Uniosła wzrok. Jego twarz była tuż nad nią, oczy błyszczały, usta lekko rozchylone. Wciąż w garniturze, tylko spodnie zsunięte niżej, sprawiał wrażenie całkowicie opanowanego. Agnieszka miała ochotę uciec. Ale kolana bolały ją od twardej podłogi, a ten ból był jedyną rzeczą, która trzymała ją przy zdrowych zmysłach.
— Wiem, że czujesz to w podbrzuszu — dodał cicho. — Twoje sutki rysują się pod bluzką. Nie walcz z tym.
Agnieszka zassała mocniej, a jej dłoń zaczęła szybciej poruszać się po trzonie. Z jej gardła dobiegały mokre, nieprzyzwoite odgłosy, które odbijały się od ścian gabinetu. Czuła pulsowanie jego żył na języku, twardość, która zdawała się nie mieć końca. Daniel napierał płycej, ale z każdym ruchem jej głowa pracowała rytmicznie, jakby ktoś inny sterował jej ciałem.
— Chcesz mnie doprowadzić do końca? — zapytał.
Skinęła głową, nie wypuszczając go z ust. Łzy ciekły jej po twarzy, ale w jej piersi rosło coś na kształt dumy. Robię to. Dam radę.
— Więc oddychaj nosem. I rozluźnij gardło.
Spróbowała. Kiedy jego dłoń zjechała na jej potylicę i przyciągnęła ją bliżej, poczuła, jak nagły przełom otwiera jej przełyk. Wsunął się głębiej, aż jej nos dotknął skóry nad jego nasadą. Przez ułamek sekundy nie mogła oddychać. Potem wiedziała, że go ma. Całego.
Daniel zaklął cicho, a mięśnie jego brzucha napięły się pod koszulą.
— Dobrze. Zostań tak.
Agnieszka zmrużyła oczy, powoli pokonując odruch wymiotny. Jej gardło oswajało się z inwazją, a język leżał płasko pod jego członkiem. Ślina ciekła jej po szyi, mokra plama rosła na dekolcie. W tej pozycji nie mogła nawet pomyśleć o ucieczce. Mogła tylko trwać, z jego smakiem w ustach i myślą o Tomku, która powoli oddalała się, zastępowana przez czyste fizyczne doznanie.
Jej palce lepkie od śliny ześlizgiwały się po jego trzonie, ale nie przerywała. Daniel szeptał, że ma zwolnić, że ma się nie spieszyć, a każde słowo wywoływało u niej dreszcz na karku.
Kiedy Daniel wreszcie się poruszył, zrobił to bez ostrzeżenia. Jego biodra uderzyły w jej twarz szybkim, miarowym rytmem. Jego dłonie trzymały jej głowę pewnie, ale nie brutalnie. Agnieszka miała wrażenie, że ziemia się pod nią trzęsie. Jej dłoń wciąż ściskała jego udo, druga wplotła się w materiał jego spodni.
Jej tusz spływał czarnymi strugami po policzkach, a ona wciąż patrzyła w górę, bo tego żądał. Nigdy nie czuła takiej mieszanki upokorzenia i podniecenia, która płynęła w dół brzucha i osiadała między udami. Jej dłoń przestała pracować – położyła ją zgiętą na udzie, gdy Daniel przejął rytm. Czuła, jak jej bielizna przykleja się do ciała.
— Jeszcze chwila — wyszeptał, a jego oddech stał się urywany.
Agnieszka wiedziała, co nadchodzi. Jej serce biło dziko, a między nogami pulsowało z każdym ruchem. Chciała, żeby to się skończyło. Ale gdy jego ruchy stały się chaotyczne, a jęki głośniejsze, odkryła, że czeka na ten moment z ciekawością, której nie potrafiła nazwać.
Agnieszka poczuła, jak jego kutas puchnie na języku, a żyła biegnąca po spodzie drga tuż przed wytryskiem.
Daniel warknął coś w swoim języku, po czym drugą ręką złapał ją za włosy i przytrzymał. Jego kutas wepchnął się głęboko, aż poczuła go w samym środku gardła. Potem uderzyło ją gorąco.
Wytrysk wypełnił jej usta i przełyk, pozbawiając ją tchu. Poczuła jego nasienie na języku, słone i gorzkie, obce. Przełknęła raz, odruchowo, potem drugi raz, słysząc jego przeciągły jęk. Daniel drżał nad nią, napierając jeszcze kilka razy, aż w końcu znieruchomiał, z dłonią wciąż zaciśniętą w jej włosach.
— Przełknij to. Wszystko — rozkazał.
Agnieszka posłuchała. Przełknęła ostatnią kroplę, a jej gardło zapłonęło. Odruch przełykania sprawił, że jej gardło zacisnęło się na nim po raz ostatni, a Daniel syknął i cofnął biodra. Z jej ust pociekła strużka spermy, którą pospiesznie zgarnęła językiem.
Kiedy w końcu wypuściła go z ust, na jej wargach została biała, lepka smuga. Wytarła ją wierzchem dłoni, ale nie mogła zetrzeć smaku ani uczucia, które w niej wzbierało.
Daniel patrzył na nią z góry, a jego klatka piersiowa unosiła się szybciej niż zwykle. Schował kutasa do bokserek, zapinając spodnie z tym samym spokojem, z jakim rozsiadł się za biurkiem zaledwie kilka minut wcześniej.
— Wiedziałem, że będziesz posłuszna — powiedział, wyciągając z szuflady przygotowaną wcześniej teczkę.
Agnieszka wciąż klęczała. Jej kolana pulsowały bólem, a wstyd mieszał się z czymś, co nie powinno tam być. Spojrzała na teczkę.
— To nowy kontrakt Tomka — dodał. — Jak widzisz, słowa dotrzymuję.
— Umiesz coś więcej niż tylko klęczeć, prawda? Ale to zostawię sobie na inny raz.
Skinęła głową, bo w ustach wciąż czuła jego smak.
Rozdział drugi
Czuła się brudna. Kolana pulsowały tępym bólem, gdy próbowała oderwać je od podłogi. Dłonie, lepkie od śliny i spermy, zostawiły wilgotne ślady na krawędzi biurka, kiedy podciągała się do góry. Mięśnie ud drżały, jakby dopiero teraz zrozumiały, co zrobiły.
Daniel Okafor stał obok, już opanowany, zapięty pod szyję, jakby to ona przyszła tu w rozpiętej spódnicy. Patrzył, jak się podnosi, i nie podał jej ręki.
— Jeśli Tomek nie zacznie dobrze pracować, to chyba będę zmuszony znowu z panią porozmawiać — powiedział miękko, a jego słowa spłynęły po niej jak ciepła woda, od której skóra cierpnie.
Agnieszka nie odpowiedziała. W ustach wciąż miała jego smak, słony i gorzki, a kiedy przełknęła, poczuła, jak gardło zaciska się w spazmie. Wzięła teczkę, którą położył przed nią na blacie, i przycisnęła ją do piersi, jak tarczę.
— Gdzie jest toaleta? — jej głos wychodził z niej obco, chrapliwie.
Daniel wskazał dłońmi drzwi po lewej, ukryte w boazerii jak sekretne przejście. Ruszyła ku nim na sztywnych nogach, czując, jak pod cienką bielizną wszystko klei się do ciała.
Zamknęła drzwi, przekręciła zamek i oparła się o zimną taflę. Łazienka była mała, wyłożona kremowym marmurem, pachnąca mydłem i jego wodą kolońską, która wciąż sączyła się z jej ubrania. Podeszła do umywalki, puściła wodę i dopiero wtedy spojrzała w lustro.
Zobaczyła kobietę, którą ledwie poznawała. Tusz do rzęs spłynął czarnymi strugami po policzkach, znacząc skórę jak łzy, które wypaliły sobie korytarze. Szminka rozmazała się na brodzie, a kołnierzyk białej bluzki zszarzał od śliny. Granatowa garsonka wisiała krzywo, zapięta na ostatni guzik, pod którym prześwitywał nagi brzuch.
Zwilżyła papierowy ręcznik zimną wodą i zaczęła zmywać makijaż. Pocierała skórę mocno, jakby chciała zdrapać nie tylko tusz, ale i dotyk jego palców na karku. Skóra piekła, czerwieniała, ale nie przestawała. Zostało z niego i tak niewiele — kilka szarych plam, które spłynęły do odpływu.
Potem opuściła ręce, a papierowy ręcznik upadł do umywalki z mokrym plaśnięciem. Stała tak, z twarzą nagą i mokrą, i patrzyła na swoje odbicie. Oczy błyszczały za szkłem, ale nie od łez. Nie tylko od łez.
Jej dłoń sama powędrowała w dół, po biodrze, po materiale spódnicy, który przywarł do uda. Palce wsunęły się pod rąbek i dotknęły bielizny. Była ciężka, przesiąknięta. Cofnęła rękę, jakby sparzyła sobie skórę — i w tej samej chwili zobaczyła w lustrze swoją twarz, tę obcą kobietę z rozmazanym tuszem, i poczuła, że to jest czymś, czego nie zrobi. Nie tutaj. Nie w ten sposób. Nie dla niego.
Oparła obie dłonie o krawędź umywalki, aż marmur wbił się w nasadę jej palców. Zamknęła oczy i zmusiła się, żeby oddychać — wdech, wydech, wdech. Woda z kranu szumiała nieprzerwanie, zmywając resztki szminki z białej ceramiki.
Gdy wychodziła z łazienki, czuła, że jej twarz jest czysta, ale wnętrze — nie.
Daniel siedział za biurkiem, przeglądając coś na ekranie laptopa. Nawet nie podniósł wzroku, kiedy podeszła po teczkę, którą zostawiła na krześle.
— Doprowadziłaś się do porządku — zauważył, wciąż patrząc w monitor. — To dobrze. W pracy liczy się dyscyplina.
Agnieszka zacisnęła dłoń na uchwycie torebki i przełknęła głośno. Smak jego spermy powrócił, zmieszany z nowym, ciężkim uczuciem w dole brzucha.
— Czy to wszystko? — zapytała.
Daniel uniósł wzrok i po raz pierwszy od jej powrotu spojrzał jej prosto w twarz. Uśmiechnął się, a ten uśmiech sięgnął kącików oczu, jakby naprawdę go bawiła.
— Na teraz tak. Ale masz mój numer, w razie gdyby Tomek znowu zawiódł.
Odwróciła się, podeszła do drzwi i położyła dłoń na klamce. Zanim wyszła, usłyszała jeszcze jego głos, spokojny, jakby mówił o pogodzie:
— I pamiętaj, Agnieszko. Masz piękne usta. Ale nie powiedziałem, że to koniec.
Zamknęła za sobą drzwi i ruszyła korytarzem, a jej kolana wciąż drżały, tym razem nie tylko z bólu.
Korytarz był pusty, jeśli nie liczyć sprzątaczki, która przesuwała się w oddali z wózkiem, sunąc po linoleum jak cień. Agnieszka szła środkiem, stawiając stopy ostrożnie, jakby podłoga miała się zapaść. W torebce wibrował telefon, raz, drugi, trzeci — uparcie, rytmicznie, jakby ktoś po drugiej stronie nie zamierzał przestać. Nie odebrała. Zacisnęła palce na pasku torebki i przyspieszyła.
Dopiero w windzie, kiedy drzwi zasunęły się z miękkim syknięciem, pozwoliła sobie wypuścić powietrze. Oparła się o ścianę kabiny, zimną i lśniącą, i poczuła, jak całe napięcie ciała opada jej nagle do stóp. Lustro w windzie odbiło ją z boku — kobietę w granatowej garsonce, z twarzą gładką i obcą, jak maska założona na cudzą skórę. Przyłożyła dłoń do szyi i wyczuła pod palcami miejsce, gdzie jeszcze przed godziną czuła jego usta. Skóra była ciepła, ale nie bolała. To ją przeraziło bardziej niż wszystko inne.
Na parterze minęła recepcję szybkim krokiem, nie podnosząc wzroku. Za szybą drzwi wejściowych było już szaro i wilgotno, miasto oddychało chłodem, który uderzył ją w twarz, gdy tylko wyszła na zewnątrz. Stanęła na chodniku, wciągnęła powietrze pachnące spalinami i deszczem, i dopiero teraz, w tym zimnie, poczuła, jak bardzo jest zmęczona.
Telefon znów zawibrował. Tym razem wyjęła go z torebki. Na ekranie migało imię Tomka — trzy nieodebrane połączenia, a pod nimi jedna krótka wiadomość: Wszystko w porządku? Dzwoniłem. Patrzyła na te litery przez długą chwilę, aż ekran przygasł w jej dłoni. Wszystko w porządku. Przesunęła kciukiem po szkle, jakby mogła wymazać pytanie, ale zamiast tego zaczęła pisać.
Tak. Wracam do domu.
Wysłała i schowała telefon, zanim zdążył odpowiedzieć. Ruszyła w stronę przystanku, a jej obcasy stukały o mokry beton w równym, spokojnym rytmie — zupełnie innym niż to, co działo się w środku. W głowie wciąż słyszała jego głos, miękki i pewny: Ale nie powiedziałem, że to koniec.
Rozdział trzeci
Mieszkanie pachniało wczorajszym obiadem i zimnym dymem z kaloryfera. Agnieszka zamknęła drzwi najciszej, jak umiała, przekręcając zamek, aż usłyszała ciche kliknięcie. Torebkę postawiła na komodzie, a teczkę z nowym kontraktem wsunęła głęboko za płaszcz, jakby mogła w ten sposób ukryć, czym za nią zapłaciła.
— Mamo?
Głos Tomka z kuchni sprawił, że zesztywniała. Nie zdjęła butów.
— Już jestem — rzuciła w stronę przedpokoju, starając się, by jej ton brzmiał zwyczajnie. — Jestem zmęczona.
— Gdzie byłaś?
Przez chwilę patrzyła na swoje dłonie, na skórę wokół paznokci, wciąż czerwoną od szorowania w biurowej łazience. Przypomniała sobie, że te same palce zaciskały się na udzie obcego mężczyzny.
— W mieście. Załatwiałam sprawy.
Tomek stanął w progu kuchni. Jego ciemne oczy omiotły ją szybko, jakby szukały pęknięcia w fasadzie. Agnieszka zdjęła płaszcz, powiesiła go, wygładziła rękaw, by nie musieć patrzeć synowi w twarz.
— Wszystko w porządku?
— Tak. A dlaczego?
— Dziwnie wyglądasz.
— Jestem tylko zmęczona.
— Dobrze, że chociaż tyle.
Zignorowała to. Przeszła korytarzem do łazienki, zamknęła drzwi na haczyk i dopiero wtedy wypuściła powietrze. Płytki przywitały ją chłodem, a żarówka nad lustrem zamrugała, jak zawsze o tej porze.
Rozebrała się powoli. Garsonka zsunęła się na podłogę, potem bluzka, stanik, bielizna. Spojrzała na swoje ciało w lustrze. Dojrzałe, miękkie. Pełne piersi opadały nieco pod własnym ciężarem, ciemne sutki marszczyły się od chłodu. Brzuch zaokrąglał się miękko, a szerokie biodra podtrzymywały ciężar, który przez lata wydawał jej się przekleństwem. Teraz patrzyła na nie jak na coś obcego, coś, co dziś rano zrobiono z nią wbrew jej woli. A jednak nie do końca wbrew jej woli.
Odkręciła wodę, czekając, aż para wypełni małą kabinę. Wszedłszy pod strumień, westchnęła, gdy gorąco uderzyło ją w ramiona, spływając po kręgosłupie, po pośladkach, po udach. Myślała, że woda zmyje z niej brud, że poczuje ulgę. Ale mydło, które wcierała w ramiona, w szyję, między piersiami, przywoływało jedynie wspomnienie jego zapachu — drzewa, skóry, czegoś ciemnego.
Zamknęła oczy. Woda dudniła o dno wanny, a jej dłonie same zwolniły. Poczuła ciężar mydła na palcach, kiedy objęła prawą pierś. Sutek stwardniał pod dotykiem, a z jej ust wydobyło się ciche westchnienie. Ścisnęła mocniej, potem drugą pierś, a gorąca woda spływała między jej ciałem a dłońmi.
Pomyślała o jego głosie. Otwórz usta. Usłyszała go tak wyraźnie, jakby Daniel stał tuż za nią. Pochyliła głowę, a jej palce zsunęły się niżej, po brzuchu, po cienkiej linii włosów. Woda pluskała głośno, zagłuszając jej przyspieszony oddech.
Dotknęła się tam, gdzie już od kilku godzin czuła ciężar. Jej wargi sromowe były gorące i obrzmiałe, a łechtaczka pulsowała pod opuszkami. Zaczęła rysować powolne koła, z początku nieporadnie, jakby pytała własne ciało o zgodę. Odpowiedź przyszła natychmiast — prąd, który wystrzelił w górę brzucha i rozpłynął się w piersiach.
— Boże — szepnęła, choć nie wiedziała, czy to prośba, czy przekleństwo.
Zatoczyła biodrami, poddając się rytmowi własnej dłoni. Druga ręka oparła się o mokrą płytkę, paznokcie ześlizgiwały się po porcelanie. Woda zalewała jej twarz, a mimo to czuła, że jej uda zaczynają drżeć. Włożyła dwa palce do środka, gwałtownie, aż syknęła. Była ciasna, rozgrzana, wilgotna nie tylko od wody. Wyobraziła sobie, że to nie jej palce, ale jego kutas — długi, gruby, ciemny — wypełnia ją powoli, że rozpiera ją od środka, że jej gardło znowu się zaciska, ale tym razem z czystej rozkoszy.
Ruch jej dłoni przyspieszył. Kłykcie uderzały w łechtaczkę przy każdym zgięciu nadgarstka, a dźwięk ciała wnikającego w ciało mieszał się z szumem wody. Poczuła, jak orgazm nadciąga, gorący i nieunikniony, jak fala, która zrywa się w dole brzucha i pnie ku piersiom. Zacisnęła uda wokół własnej ręki i krzyknęła, zbyt głośno, ale woda połknęła ten dźwięk.
Potem opadła plecami na ścianę, kolana miękko się ugięły. Woda wciąż spływała po jej ciele, teraz obojętna, niemal zimna. Między udami pulsował gorący, wstydliwy skurcz. Serce biło w gardle.
Stała tak przez dłuższą chwilę, z głową opartą o płytki, aż woda zaczęła stygnąć. Wtedy zakręciła kurek, owinęła się ręcznikiem i usiadła na klapie sedesu. Dłonie jej drżały. Nie czuła już brudu, ale coś gorszego — czuła, że chce go znowu.
Następnego dnia, po pracy, zamiast skręcić w stronę domu, pojechała w przeciwnym kierunku. Tramwaj sunął przez szare popołudnie, a ona patrzyła na swoje odbicie w szybie, zaciskając palce na pasku torebki. Wysiadła dwie ulice przed miejscem, które znalazła w telefonie w porannej przerwie, i ruszyła pieszo, by nikt z sąsiadów nie widział, dokąd wchodzi.
Sex shop stał między pralnią a sklepem z tanimi telefonami. Witryna była zasłonięta czarną folią, nad wejściem palił się różowy neon. Agnieszka stanęła przed drzwiami, czując, jak serce wali jej w gardle, a dłonie wilgotnieją. Wzięła oddech i pchnęła drzwi.
W środku pachniało plastikiem i syntetyczną wanilią. Za ladą siedziała młoda kobieta z krótko ściętymi włosami i srebrnym kolczykiem w nosie. Spojrzała na Agnieszkę obojętnie, jakby ta była dziesiątą klientką w tej godzinie.
— W czymś pomóc?
Agnieszka podeszła bliżej. Jej obcasy zapadły się w czerwoną wykładzinę.
— Szukam… — zaczęła i poczuła, jak policzki jej płoną. — Czarnego dildo. Dużego. Bardzo dużego.
Sprzedawczyni uniosła brew, ale nic nie powiedziała. Wstała i poprowadziła ją wzdłuż ściany z akrylowymi penisami w kolorach od bladego różu po głęboką czerń. Agnieszka minęła półkę z wibratorami, kajdankami, czymś skórzanym z klamrami. Czuła, jak jej żołądek się zaciska, a jednocześnie jak w dole brzucha powoli rozlewa się ciepło.
— Ten model jest bardzo gruby. Dwadzieścia trzy centymetry, silikon, wygląda realistycznie — tłumaczyła dziewczyna, wskazując pudełko z wyjątkowo ciemnym odlewem.
Agnieszka wzięła je do ręki. Pudełko było przezroczyste, a wewnątrz spoczywał czarny, błyszczący kształt z wydatną żyłą biegnącą po trzonie i szerokim, gładkim żołędziem. Miała wrażenie, że trzyma w dłoni coś nieprzyzwoicie żywego.
— Proszę to zapakować — powiedziała cicho, nie odrywając wzroku od czarnego silikonu.
Sprzedawczyni skinęła głową. Agnieszka zapłaciła, schowała dyskretną torbę do torebki i wyszła na chłodne powietrze, ściskając zakup jak coś, co miało zmienić wszystko.
W tramwaju przyciskała torebkę do brzucha. Za oknem migały latarnie, a ona czuła, jak między udami znowu zaczyna się ta sama ciepła, natarczywa ciekawość. Dokładnie taka, jakiej się wstydziła. I jakiej nie potrafiła już zatrzymać.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
2 komentarze
JorgDeJoong
Super …. Wcześniejsze mi się podobały ale to jest naprawdę super
Kerad21
... Wow... 🫦👌