Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Smak sukcesu syna ( II )

Smak sukcesu syna ( II )Zamek ustąpił z suchym trzaskiem. Agnieszka weszła do przedpokoju, zamykając za sobą drzwi biodrem, bo obie dłonie przyciskały torebkę do brzucha, jakby niosła w niej coś żywego. W mieszkaniu panowała cisza tak gęsta, że słyszała własny oddech i miarowe kapanie kranu w kuchni.

— Tomek? — rzuciła w głąb korytarza.

Żadnej odpowiedzi. Buty syna zniknęły spod wieszaka, kurtki też nie było. Powietrze stało nieruchomo, pachnące wczorajszą kawą i płynem do podłóg. Została sama.

Zdjęła płaszcz, powiesiła go obok pustego haka Tomka i poszła do sypialni. Torebkę położyła na łóżku, a z jej wnętrza wysunęła czarną, matową torbę. Przez chwilę patrzyła na nią, jakby czekała, aż ta sama się otworzy. Serce uderzało jej o żebra, a podbrzusze ścisnęło się w znajomym, gorącym skurczu.

Rozebrała się powoli. Sweter zdjęła przez głowę, spódnica zsunęła się po biodrach na podłogę. Została w staniku i bawełnianych majtkach, ale już czuła, jak wilgoć wdziera się w materiał, jak uda ocierają się o siebie, gdy idzie w stronę łazienki.

Dildo wyjęła z opakowania nad umywalką. Czerń silikonu kontrastowała z bielą ceramiki, a jego ciężar w dłoni był zaskakująco realny. Przejechała opuszkami po sztucznych żyłach, po grubym trzonie, po gładkiej, ciemnej główce. Dwadzieścia trzy centymetry. Te same, które jeszcze wczoraj wydawały jej się niemożliwe, a które dziś nosiła w torebce jak tajemnicę.

Zabrała go do sypialni, położyła na poduszce i usiadła obok, wciąż w bieliźnie. Jej dłonie lekko drżały, gdy odpinała stanik. Piersi uwolniły się z miękkim westchnieniem, sutki już twarde, ciemne i uniesione. Zsunęła majtki, czując, jak odchodzą od ciała z cichym, mokrym dźwiękiem.

Chwyciła dildo u podstawy, uniosła je do twarzy i dotknęła językiem samego czubka. Silikon był chłodny, ale szybko ogrzewał się pod śliną. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że to on, Daniel, znowu stoi przed nią, że to jego ciemna skóra błyszczy w półmroku, że to jego woda kolońska wypełnia nozdrza. Otworzyła usta i wsunęła główkę między wargi, powoli, jakby uczyła się smaku.

— Mmm… — westchnęła, gdy poczuła ciężar na języku.

Zaczęła się poruszać, płynnie, rytmicznie, jak uczył ją w biurze. Trzymała dildo obiema dłońmi, nawilżała je śliną, a jej głowa poruszała się w przód i w tył. Za każdym razem brała go odrobinę głębiej, pokonując opór, aż silikon dotknął wejścia do gardła. Zakrztusiła się, łzy napłynęły jej do oczu, ale nie przestała. Cofnęła się, odetchnęła, znowu opuściła głowę.

Tym razem przeszło dalej. Gardło zacisnęło się i puściło, a ona poczuła, jak sztuczny kutas wślizguje się w nią do samego końca. Nos dotknął jej dłoni, usta rozciągnęły się do granic. Przytrzymała się tak i z jej gardła wydobył się dźwięk, który rozpoznała — dźwięk uległości.

Po chwili wypuściła go z ust z głośnym siorbnięciem, a cienka nitka śliny zawirowała w powietrzu i opadła na jej nagie udo.

— Mogę — szepnęła do siebie. — Mogę to zrobić.

Położyła się na plecach, podciągnęła kolana i rozchyliła uda. Dildo znów ujęła w dłoń, tym razem jak mężczyzna, który wie, czego chce. Przesunęła ciemnym żołędziem wzdłuż warg sromowych, rozdzielając je, rozsmarowując własną wilgoć. Łechtaczka zareagowała natychmiast, twardniejąc pod naciskiem.

— Och… — jęknęła, przyciskając główkę do wejścia.

Napierała powoli. Jej ciało opierało się, a jednocześnie ciągnęło go do środka. Czuła, jak rozciąga ją cal po calu, jak wypełnia piasek, o którym myślała cały dzień.

— Tak… — syknęła, gdy weszła pierwsza połowa.

Uniosła biodra, wbijając stopy w materac, i wzięła go głębiej. Był twardy, nieustępliwy, kompletnie inny niż dotyk jej palców. Jego żebrowany trzon ocierał się o przednią ścianę, a główka sięgała tam, gdzie jeszcze nigdy nic nie dotarło.

— O Boże… — wyszeptała, a jej głos załamał się w westchnieniu.

Zaczęła się poruszać. Najpierw wolno, okrężnie, jakby przyzwyczajała się do obcości. Potem rytmicznie, wznosząc biodra, opuszczając je z głuchym plaśnięciem skóry o skórę. Jej piersi falowały, rozkołysane, sutki rysowały kółka w powietrzu.

On na mnie patrzy. Podoba mu się.

Myśl o Danielu wlała się w nią gorącem. Widziała go w swojej głowie — opartego o zagłówek, z rozpiętymi spodniami, z dłonią na swoim kutasie, gdy patrzy, jak ona ujeżdża silikon. Jego ciemne oczy błyszczą, a z ust płyną te same słowa: Wiedziałem, że będziesz posłuszna.

— Proszę… — jęknęła.

Przyspieszyła. Jej dłoń pracowała jak szalona, wsuwając i wysuwając czarny silikon, aż na powierzchni pojawiła się biała piana. Łóżko skrzypiało, a zagłówek uderzał o ścianę w rytm jej bioder.

Orgazm nadszedł gwałtownie, jak uderzenie pioruna. Krzyknęła, zaciskając uda wokół własnej ręki, a jej wnętrze zafalowało wokół dildo. Silikon zalała fala gorąca, a ona opadła na materac, drżąca i spocona.

Nie wyjęła go od razu. Leżała z nim w sobie, czując, jak pochwa pulsuje, a serce powoli zwalnia. W tej ciszy, w tym spokoju, usłyszała własną myśl, czystą i niepokojącą.

Wróci po mnie. A ja po niego pójdę.

Przewróciła się na bok. Dildo wysunęło się z cichym plaśnięciem, mokre i ciepłe. Wstała na drżących nogach i poszła do łazienki, by umyć go mydłem, a potem wsunęła z powrotem do torby, do torebki, za płaszcz, jak kiedyś teczkę z kontraktem.

Dom wciąż był pusty. Tomek nie wracał, a jego nieobecność smakowała jej na języku jak wyzwolenie. Ale wiedziała, że to tylko cisza przed burzą.

Miesiąc minął jak jeden długi oddech wstrzymany w piersi. Agnieszka liczyła dni nie po kalendarzu, ale po tym, ile razy jej dłoń sama powędrowała do torebki, do czarnego silikonu owiniętego w ręcznik na dnie szafki. Sześć razy. Może siedem. Przestała liczyć, kiedy przestała udawać, że to się nie dzieje.

Daniel nie zadzwonił. Ani razu. Numer w jej telefonie świecił w kontaktach bezimiennie, zapisany jako „D. O." — dwie litery, które paliły ją w palce za każdym razem, gdy przewijała ekran. Czekała. Nie jak kobieta czekająca na kochanka, ale jak dłużnik czekający na wezwanie do zapłaty.

Tomek przez ten miesiąc rozkwitł. Wracał do domu z pracy z rumieńcami na policzkach, mówił o nowych projektach, o podwyżce, o tym, że szef go docenia. Jadł z apetytem. Śmiał się. Agnieszka patrzyła na to i czuła, jak w gardle rośnie jej coś twardego, czego nie umiała przełknąć.

Aż w końcu, w czwartkowy wieczór, Tomek wszedł do mieszkania i nie zapalił światła w przedpokoju.

— Mamo? — Jego głos był zdarty, jakby krzyczał gdzieś przez cały dzień. — Jesteś?

Agnieszka wyszła z kuchni z ręcznikiem w dłoni. Zobaczyła go w progu — kurtkę wciąż miał na sobie, torbę w ręce, a twarz tak bladą, że w mdłym świetle zza okna wyglądała jak gips.

— Co się stało?

Tomek przeszedł obok niej, wrzucił torbę na podłogę i usiadł ciężko przy stole. Oparł łokcie na blacie, schował twarz w dłoniach. Agnieszka poczuła, jak krew odpływa jej z głowy.

— Tomek. Mów.

— Zawaliłem. — Głos wyszedł mu stłumiony, przez palce. — Projekt. Ten duży, z kontraktem od Okafora. Miałem pilnować terminów. Pomyliłem daty. Nie wiem, jak to się stało, po prostu… nie sprawdziłem. Klient się wycofał. Firma straciła… — Podniósł głowę. Jego oczy były zapadnięte i czerwone. — Straciła mnóstwo. Mamo, oni mówią o dyscyplinarnym. O zwolnieniu dyscyplinarnym. Z wpisem do akt.

Słowa uderzyły w Agnieszkę jak woda z otwartego okna. Stała nieruchomo, ręcznik wciąż w dłoni, a w głowie jedna myśl, głośna i bezwstydna: Daniel.

— Dzwoniłem do niego — mówił dalej Tomek. — Do Okafora. Nie odebrał. Sekretarka powiedziała, że ma czas w poniedziałek. Mamo, ja nie mam do poniedziałku. Oni chcą mnie wyrzucić jutro.

Agnieszka podeszła do stołu i usiadła naprzeciwko. Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć jego dłoni, ale Tomek cofnął się nerwowo, jakby jej dotyk mógł go złamać.

— Posłuchaj mnie — powiedziała cicho, a jej własny głos brzmiał obco, twardo. — Ja pójdę. Porozmawiam z nim. Jak ostatnio.

Tomek podniósł na nią wzrok.

— Nie.

— Tomek…

— Nie. — Wstał gwałtownie, krzesło zaszurało. — Nie zrobisz tego. Nie po tym, jak… — urwał, zacisnął szczękę. — Nie chcę, żebyś za mnie chodziła. To moja wina.

— I co zrobisz? — Agnieszka też wstała. — Pójdziesz tam jutro i spakujesz biurko? Wrócisz z kwitkiem i będziemy szukać pracy przez pół roku?

— Wolę to niż to, co robisz.

Zamilkła. Przez chwilę patrzyli na siebie, oddychając tym samym rytmem, dwoje ludzi stojących po dwóch stronach tej samej prawdy.

— Kładź się — powiedziała w końcu. — Ja to załatwię.

— Mamo.

— Kładź się.

Poszedł do swojego pokoju. Drzwi zamknął cicho, a ta cisza była gorsza niż trzask. Agnieszka stała w kuchni sama, z ręcznikiem w dłoni, i po raz pierwszy od tygodni poczuła to wyraźnie — nie strach, nie wstyd. Podniecenie. Ostre, natychmiastowe, rozlewające się od mostka w dół brzucha.

Odezwie się. W końcu.

Zdjęła fartuch, powiesiła go na oparciu krzesła. Poszła do sypialni i otworzyła szafę.

Granatowa garsonka wisiała na druciku, wyprasowana. Agnieszka zdjęła ją, rozłożyła na łóżku. Obok położyła białą bluzkę i jedwabną bieliznę, którą kupiła tydzień temu w markecie, nie umiejąc wytłumaczyć samą przed sobą, po co jej coś takiego. Majtki miały koronkę, cienką jak pajęczyna.

Chciała je założyć. Wiedziała, że to głupie, że to dla niego, że nie powinna, ale palce już same sięgały.

Usiadła na brzegu łóżka i pochyliła głowę, żeby spojrzeć na swoją dłoń.

Obraczka.

Złota obrączka na serdecznym palcu. Miała ją od dwudziestu trzech lat. Odsłonięta na palcu, wtopiona w skórę. Mąż zmarł dziesięć lat temu, a ona zdjęła obrączkę tylko raz — na pogrzebie, bo tak się robi, a potem wsunęła ją z powrotem, bo tak się nie robi, ale ona wsunęła. Bo to był jej jedyny ślad, że była czyjąś.

Teraz, gdy patrzyła na nią w świetle lampki, obrączka nie wyglądała jak wspomnienie. Wyglądała jak kajdany.

Ale jej nie zdjęła.

Zdjęła majtki, które miała na sobie, i wsunęła te nowe, koronkowe. W lustrze odbił się kontrast — brązowa skóra, ciemne włosy poniżej pępka, a na nich cienka czarna koronka. Przeciągnęła po niej dłońmi, czując, jak materiał wbija się w wargi sromowe. Była wilgotna od kilku minut. Może dłużej.

Ubrała się metodycznie, powoli. Bluzka, spódnica, garsonka. Włosy upięła w kocz, zostawiając kilka kosmyków swobodnie. Szminka — ciemny róż, ten sam, który starła tamtego dnia. Tym razem go nie starła.

Obraczka została.

Stanęła w przedpokoju gotowa, z torebką na ramieniu. Było wpół do dziesiątej. Nie wiedziała, czy Daniel jeszcze pracuje, czy już go nie ma, ale jechała. Coś ją pchało. Ciało znało drogę, samo, bez jej pozwolenia.

W kuchni pojawiło się światło. Tomek stał w progu w bokserkach i koszulce, z oczami jeszcze mokrymi od snu.

— Wychodzisz?

— Tak.

— Teraz?

— Teraz.

— Mamo, ja nie chcę…

— A ja nie chcę, żebyś wracał tu jutro złamany — powiedziała Agnieszka. Podeszła do niego, chwyciła jego twarz w obie dłonie, tak jak robiła, gdy był dzieckiem, i pocałowała go w czoło. — Idź spać. Rano będzie po sprawie.

Tomek patrzył na nią, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale milczał. Skinął głową. Wrócił do swojego pokoju.

Agnieszka wyszła.

Wiatr na klatce schodowej był zimny, ale ona go nie czuła. Szła przez mokre chodniki w kierunku przystanku, stawiając obcasy równo, mocno, jakby każde stuknięcie było jej własnym wyborem. Obrączka na palcu zdawała się rozgrzewać z każdym krokiem.

Serce biło jej w szyi, a między udami czuła wilgoć, którą czuła już wtedy, gdy Tomek mówił „nie chcę". Ta wilgoć nie była dla syna. Nie była nawet dla Daniela. Była dla niej. Dla tej kobiety, którą Agnieszka znajdowała w sobie dopiero teraz, po czterdziestu dwóch latach.

W tramwaju usiadła przy oknie. Za szybą migały latarnie i nieznane twarze. Wyjęła telefon i po raz pierwszy od miesiąca otworzyła kontakt „D. O.".

Nie napisała nic. Ale trzymała kciuk nad klawiszem połączenia przez dwie stacje. Potem schowała telefon i przełknęła ślinę, czując w ustach smak, który pamiętała dokładnie — słony, gorzki, obcy. Jego.

Wysiadła dwie ulice przed wieżowcem, tak jak wtedy, gdy szła do sex shopu. Nie chciała, żeby ktokolwiek widział ją wchodzącą. Światła na dwunastym piętrze były włączone. Ktoś tam był.

Stanęła na chodniku, przyciskając torebkę do brzucha, i patrzyła na rozświetlone okna wysoko nad sobą. Obraczka na palcu pulsowała w rytm jej serca. Czuła ją każdym nerwem, każdą kroplą krwi — ciężką, gorącą, całkowicie jej.

Nie zdjęła jej.

Ruszyła do drzwi.

Winda zatrzymała się na dwunastym piętrze z cichym sykiem. Agnieszka wyszła, a korytarz był pusty — żadnej sprzątaczki, żadnej sekretarki, tylko szum klimatyzacji i mdłe światło jarzeniówek odbijające się od linoleum. Jej obcasy stukały głośno, zbyt głośno, jakby cały budynek nasłuchiwał.

Drzwi gabinetu numer dwanaście były uchylone. Smuga ciepłego światła kładła się na wykładzinie.

Zapukała raz, krótko. Nie czekała na odpowiedź.

Daniel siedział za biurkiem w rozpiętej koszuli, bez marynarki, z rękawami podwiniętymi do łokci. Na jej widok nie wstał. Odłożył tylko długopis i odchylił się w fotelu, a skóra jęknęła pod jego ciężarem.

— Agnieszka. — Jej imię w jego ustach brzmiało jak coś, co już raz kupił i odłożył na półkę. — Późno.

— Wiem.

— Siadaj.

Nie usiadła. Podeszła do biurka i położyła torebkę na biurku, zaciskając na niej obie dłonie. W gardle miała gulę, ale nie zamierzała się cofać.

— Tomek popełnił błąd w projekcie — powiedziała. Głos wyszedł jej równy, twardszy niż się spodziewała. — Klient się wycofał. Mówi o zwolnieniu dyscyplinarnym. Z wpisem.

Daniel milczał. Patrzył na nią tak, jak patrzy się na coś, co i tak trafi do jego rąk.

— Proszę, żeby go pan nie zwalniał.

— Proszę? — powtórzył, unosząc brew.

Agnieszka przełknęła ślinę. Obrączka na palcu zdawała się ciążyć jak ołów.

— Błagam.

Słowo zawisło w powietrzu między nimi. Daniel pochylił się w fotelu, wsparł łokcie na blacie i splótł palce. Uśmiechnął się powoli, bez pośpiechu.

— Stań tam. — Wskazał podbródkiem kąt między regałem a oknem. — Przy ścianie.

— Danielu…

— Nie pytałem, co myślisz.

Zamarła. Przez sekundę jej ciało chciało zawrócić — nogi napięły się do kroku w tył, dłonie zacisnęły na pasku torebki. A potem, powoli, jakby ktoś inny kierował jej ruchami, przeszła przez pokój i stanęła tam, gdzie pokazał. Plecami do ściany. Ramiona opadły jej wzdłuż boków.

Daniel wstał. Obszedł biurko bez pośpiechu, z rękami w kieszeniach, i zatrzymał się metr od niej. Bliskość jego ciała uderzyła ją jak ciepło pieca — zapach drzewa, skóry, czegoś ciemnego, co pamiętała z tamtego dnia na kolanach.

— Wiesz, co mnie w tobie bawi? — zapytał cicho. — Nie to, że przyszłaś. Przyszłaby każda matka. Bawi mnie, że przyszłaś w tej samej garsonce.

Spojrzała w dół, na guziki granatowego materiału. Serce waliło jej w szyi.

— Odłóż torebkę. Powoli.

Odłożyła ją na podłogę, przy ścianie. Kiedy się prostowała, jego dłoń była już przy jej twarzy. Kciuk przejechał po jej policzku, zbyt wolno, jakby sprawdzał fakturę skóry. Agnieszka zamknęła oczy. Nie odsunęła głowy.

— Prosisz o pracę dla syna — mówił, a jego głos opadał niżej, gardłowy. — A stoisz tu jak coś, co już raz mi się oddało. Powiedz mi, jak to nazwać.

— Nie nazywaj.

— Owszem. — Kciuk zjechał jej na usta, rozchylił dolną wargę. — Będę nazywał.

Cofnął rękę i skinął na biurko.

— Usiądź na blacie. Przodem do mnie.

Agnieszka zawahała się. W tym zawahaniu było wszystko — trzynaście lat małżeństwa, zanim odszedł, dziesięć lat samotnego wdowieństwa, obrączka na palcu, która teraz paliła ją jak rozżarzony metal. Trzynaście lat, podczas których była wierna, lojalna, oddana — a potem dziesięć lat pustego łóżka, zimnej poduszki i dłoni, które nie miały kogo dotknąć. W tym zawahaniu było też coś jeszcze, coś, co pulsowało nisko w brzuchu i nie chciało odejść. Coś, co budziło się w niej na widok jego ciemnych dłoni, głębokiego głosu, pewności, z jaką nią kierował.

Podeszła. Podciągnęła się na krawędź biurka, czując pod pośladkami chłód mahoniu przez materiał spódnicy. Daniel stanął między jej kolanami. Jego dłonie spoczęły na jej udach, tuż nad kolanami, i zacisnęły się mocno — nie czule, nie ostrożnie. Syknęła cicho, wciągając powietrze przez zęby.

— Rozchyl.

Zrobiła to. Materiał spódnicy naciągnął się na jej udach, a on przesunął ręce wyżej, aż do rąbka. Palcami wsunął się pod materiał i znalazł koronkę. Przez chwilę tylko ją trzymał, badając opuszkami wzór, jakby czytał z metki, skąd pochodzi.

— Nowe — powiedział. — Kupiłaś je dla mnie.

— Kupiłam je dla siebie.

— Kłamiesz. — Palce zacisnęły się na koronce i pociągnęły. Materiał ustąpił z cichym trzaskiem, a majtki zsunęły się po jej udzie do kostki. Agnieszka sapnęła, a jej dłonie odruchowo chwyciły krawędź biurka.

Daniel cofnął się pół kroku i po prostu patrzył. Jego wzrok zsuwał się po jej ciele jak dłoń — od rozpiętej garsonki, przez białą bluzkę, którą wciąż miała pod nią, aż do nagich ud i miejsca między nimi, wilgotnego i obnażonego.

— Jesteś mokra — stwierdził spokojnie. — Od kiedy?

— Od domu.

— Dobrze. — Wsunął dwa palce w jej wargi sromowe bez ostrzeżenia, rozsuwając je, wchodząc głębiej. Agnieszka wygięła plecy, chwytając jego nadgarstek, ale nie odepchnęła go. — Ciasna. Tak samo jak wtedy w ustach.

Poruszył palcami miarowo, raz głęboko, raz płytko, a jego kciuk zatoczył koło na łechtaczce. Nogi Agnieszki zadrżały, kolana zaczęły się zaciskać wokół jego bioder. Z jej ust wydobył się dźwięk, którego się wstydziła — cienki, przeciągły, jak skarga.

— Powiedz mi, po co tu jesteś.

— Po pracę Tomka.

— Nie. — Nacisnął mocniej, a ona drgnęła, biodra podniosły się wbrew jej woli. — Po co tu jesteś.

— Po… — Zaciśniętą gardłem próbowała zebrać słowa, ale jego palce nie dawały jej na to czasu. Ciepło rozlewało się w podbrzuszu, a wraz z nim myśl, czysta i bezwstydna. — Po pana.

— Grzeczna.

Wyjął palce. Lśniły. Podniósł je do jej ust, a ona — bez wahania, bez namysłu, bo myślenie skończyło się, gdy tylko przekroczyła te drzwi — otworzyła usta i oblizała je, czując na języku własny smak, słony i metaliczny.

Daniel rozpiął spodnie. Tym razem nie zsuwał ich do końca — tylko do bioder, z niecierpliwością, której wcześniej u niego nie widziała. Jego kutas wynurzył się z bokserek, ciężki, ciemny, z wilgotnym czubkiem. Chwycił go u podstawy, przyłożył do jej wejścia i zatrzymał się tam, napierając ledwie na tyle, żeby poczuła jego ciepło, ale nie wszedł.

— Poproś.

Agnieszka miała zamknięte oczy. W głowie słyszała własny głos z kuchni: „Idź spać, rano będzie po sprawie." Słyszała obrączkę obracającą się na palcu, gdy Tomek patrzył na nią w progu. A potem wszystko to zniknęło, przykryte gorącem tarcia, które tylko się domagało.

— Proszę.

— Proszę co.

— Proszę… niech mnie pan weźmie.

Wsunął się jednym pchnięciem — bez gumki, bez osłony, bez żadnego „na wszelki wypadek". Ciepło jego ciała wniknęło w nią wprost, skóra na skórze, bez żadnej bariery między nimi. Agnieszka poczuła to w całym ciele — jakby po raz pierwszy od lat ktoś dotknął jej nie przez szybę. Krzyknęła, a krzyk odbił się od regałów i pustych krzeseł. Jej ręce puściły blat i chwyciły go za koszulę, zaciśnięte w materiale pod szyją.

— Cicho — mruknął, ale się nie zatrzymał.

Poruszał się w niej równo, głęboko, przyciskając jej uda do własnych bioder, tak że każdy ruch wchodził do końca. Biurko pod nią skrzypiało, popychane rytmem. Agnieszka otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą jego twarz — skupioną, chłodną, z tym samym wyrazem, z jakim podpisywał umowy. Nie patrzył na nią jak na kobietę. Patrzył jak na rzecz, którą wyjął z kąta, żeby użyć.

To bolało. I to bolało w sposób, którego nie chciała przestać.

— Powiedz, kto cię tak ma.

— Pan.

— Kto?

— Pan… mnie ma.

Cofnął się prawie do końca, a potem wbił głębiej, aż jego skóra uderzyła o jej. Agnieszka odrzuciła głowę, włosy wysunęły się z koka i rozsypały po blacie. Jeden kosmyk przykleił się do jej spoconego policzka. Widziała przez zmrużone powieki jego dłoń, która zjechała jej na bluzkę, na piersi, i przez materiał zacisnęła się na sutku.

— Jesteś ciasna jak dziewczyna — powiedział, a w jego głosie po raz pierwszy pękła ta chłodna kontrola. — Cholera.

Przyspieszył. Uderzenia stały się krótsze, ostrzejsze, wymierzone w jedno miejsce, od którego świat się zwężał do rozmiaru tego gabinetu, tego biurka, tego kutasa, który rozdzierał ją od środka. Mięśnie jej brzucha napięły się, uda objęły go mocno. Wiedziała, że jest blisko — jej pochwa zaciskała się wokół niego w spazmach, których nie umiała powstrzymać.

Orgazm przyszedł jak uderzenie w twarz. Zgięła się wpół, przyciskając czoło do jego piersi, a z gardła wyrwał jej się długi, zdławiony jęk. Daniel przytrzymał ją mocno, wbijając się jeszcze kilka razy, a potem znieruchomiał, dysząc przez zęby. Poczuła, jak pulsuje w niej, jak oddaje ciepło, którego nie mogła policzyć.

Przez chwilę stali tak, nieruchomo, z jego oddechem na jej karku. Potem wycofał się szybko, bez słowa. Spodnie wróciły na miejsce, klamra zaskoczyła. Agnieszka została na blacie, z rozchylonymi udami i bluzką przekrzywioną na piersi, patrząc w sufit.

Daniel podszedł do biurka, otworzył szufladę i wyjął telefon. Przewinął coś kciukiem, a potem podniósł wzrok.

— Powiem sekretarce, żeby wstrzymała wniosek. Do poniedziałku.

— Dziękuję — wyszeptała.

— Widzimy się w poniedziałek. W godzinach pracy. — Jego głos był suchy, jakby składał zamówienie w firmowej kafeterii. Nie zdradzał niczego więcej.

Agnieszka zsunęła się z biurka. Nogi miały konsystencję waty. Podciągnęła majtki — nie było ich — i zamiast nich podniosła z podłogi zdarty strzęp koronki, wsuwając go do kieszeni torebki razem z dildo, który wciąż tam był. Poprawiła spódnicę, zapięła garsonkę.

Przy drzwiach obejrzała się. Daniel siedział już za biurkiem i pisał coś na klawiaturze, jakby nic się nie stało.

— Danielu.

— Tak?

— On nie może się dowiedzieć.

— Nie dowie się. — Nie podniósł wzroku. — Ale ty będziesz wiedziała. Za każdym razem, gdy na niego spojrzysz.

Zamknęła za sobą drzwi.


Winda zjeżdżała w dół, a Agnieszka stała w kącie kabiny, przyciskając torebkę do brzucha obiema rękami. Lustro po prawej odbijało ją w całości — kobietę w granatowej garsonce, z włosami rozsypanymi po ramionach, bez koka, bez makijażu na dolnej wardze, którą obgryzła do krwi w drodze do drzwi. Nie składała już włosów. Nie poprawiała bluzki. Nie mogła.

W głowie rozbrzmiewał jej własny głos, ten z gabinetu, cienki i obcy: Proszę… niech mnie pan weźmie. Słowa wracały echem, powtarzały się w rytm opadania kabiny, aż w końcu przestała rozróżniać, czy to wspomnienie, czy kolejne wypowiedzenie tego samego zdania w myślach.

Wysiadła na parterze. Recepcja była pusta, jedna lampa nad biurkiem sączyła pomarańczowe światło na marmurową podłogę. Nocny portier podniósł wzrok znad gazety i skinął jej głową, jakby widywał tu kobiety wychodzące po godzinach pracy codziennie. Agnieszka odwróciła twarz.

Zimne powietrze na zewnątrz uderzyło ją jak policzek. Chodnik był mokry po deszczu, w kałużach odbijały się latarnie, rozmazane i drżące. Szła przed siebie, nie w stronę przystanku, tylko przed siebie, bo nogi same chciały iść. W środku — w niej — działo się coś, czego nie umiała nazwać. Nie wstyd, nie żal. Coś gorszego. Ciepło, które wciąż sączyło się z podbrzusza w górę, mimo że w gabinecie zostało już tylko biurko, komputer i mężczyzna, który nawet nie wstał, gdy wychodziła.

Przystanek. Ławka. Usiadła ciężko, nie zdejmując torebki z kolan. Rozpięła zamek i sięgnęła po telefon, żeby sprawdzić godzinę. Ekran pokazał 23:47. Pod godziną — trzy wiadomości od Tomka, wszystkie nieodebrane. Mamo, gdzie jesteś?, Mamo, odezwij się, Nie mogę zasnąć. Przesunęła po nich kciukiem, nie otwierając żadnej. Schowała telefon.

I wtedy to wróciło.

Nie wspomnienie dotyku. Nie zapach jego skóry. Coś innego, głębiej — myśl, którą Agnieszka wypierała przez całą drogę windą, przez cały korytarz, przez całe te drzwi. Daniel był czarny. Nie „mężczyzną o ciemnej karnacji", nie „obcokrajowcem", nie żadnym z tych określeń, którymi ludzie owijali to, co myśleli naprawdę. Czarny. Murzyn — jak mówiła jej matka, jak mówili sąsiedzi z klatki, jak mówił jej mąż przy stole, gdy w telewizji pokazywali protesty w Ameryce, i jak mówiła ona sama, po cichu, w kuchni, gdy Tomek był mały i pytał, dlaczego ta pani na przystanku ma inne włosy.

A teraz leżała na jego biurku. Rozchylona. Z jego nasieniem w środku.

Zacisnęła dłoń na brzegu ławki, aż paznokcie zadrapały farbę. W gardle stanęła jej gula, twarda jak korek. Przed czarnym facetem. Słowo przyszło samo, bez wahania, jej własnym głosem z dna czaszki. Rozłożyła nogi przed czarnym facetem za kontrakt dla syna. Dała się wziąć czarnemu facetowi, nie kazała mu założyć gumki. Nawet tego nie pomyślała, dopóki nie stanęła na tym chodniku i nie poczuła, jak nasienie czarnego faceta spływa jej po udzie, ciepłe i obce.

Przyłożyła dłoń do ust. Nie zwymiotowała. Ale blisko było.

Tramwaj nadjechał z piskiem, pusty, z jarzącym się wnętrzem jak akwarium. Wsiadła, usiadła przy oknie, przycisnęła czoło do zimnej szyby. Za oknem migały bloki, sklepy, zamknięte na głucho bramy. Świat nie wiedział. Nikt nie wiedział. Tylko ona — i on.

W kieszeni torebki leżał zdarty strzep koronki. Wyciągnęła go ukradkiem, zobaczyła w mdłym świetle tramwaju dwie czarne nitki i kawałek materiału, który nie zasłoniłby nawet dłoni. Zgniotła to w pięść i wcisnęła z powrotem. Kupiłaś je dla siebie — powiedziałaś. Kłamałaś.

Tramwaj zahamował. Przystanek dwa bloki od domu. Wysiadła i szła wolno, stawiając stopy ostrożnie, jakby pod spódnicą niosła coś, czego nie wolno rozlać. Klatka schodowa pachniała kotami i mokrym tynkiem. Wspięła się po schodach — każde piętro wolniejsze od poprzedniego — i wsunęła klucz do zamka tak cicho, jakby wracała z kradzieży.

W przedpokoju paliło się światło. Małe, nad wieszakiem.

Tomek siedział na podłodze pod ścianą, z plecami opartymi o boazerię, z kocem narzuconym na kolana. Nie spał. Miał zapuchnięte oczy i usta zaciśnięte w cienką linię, tę samą, którą Agnieszka widziała u niego w dzieciństwie, kiedy próbował nie płakać.

— Czekałem — powiedział.

Agnieszka zdjęła buty, bo na obcasach byłaby o pół centymetra wyższa, a teraz nie chciała tego centymetra. Postawiła buty równo, obok jego adidasów, i podeszła.

— Wiem.

— Byłaś u niego.

— Tak.

Tomek podniósł głowę. Spojrzał jej w twarz, długo, jakby szukał czegoś w policzkach, w oczach, w linii ust. Agnieszka wytrzymała to spojrzenie, ale musiała włożyć w to całą siłę, jaką miała. Czuła, że jeśli odwróci wzrok, on zgadnie. Czuła, że jeśli nie odwróci — też zgadnie.

— Załatwiłaś? — zapytał w końcu.

— Wstrzymał zwolnienie do poniedziałku.

— Jak?

— Rozmawiałam.

Tomek milczał. Przez chwilę patrzył na jej dłonie — na palce, które zaciskała na pasku torebki. Potem jego wzrok zjechał niżej, na jej spódnicę, na materiał wciąż przekręcony w pasie, na którego poprawienie nie miała siły w windzie. Zatrzymał się tam. Agnieszka wiedziała, że widzi.

— Mamo — powiedział cicho.

— Idź spać.

— Mamo, ja…

— Idź spać, Tomek. — Głos wyszedł jej twardszy, niż zamierzała. — Jutro jest piątek. W poniedziałek idziesz do pracy. Koniec tematu.

Wstał powoli. Koc zsunął się na podłogę. Przez sekundę wyglądał, jakby chciał ją objąć — ręce uniosły się o centymetr — ale opadły, zanim zdążyły dotknąć jej ramion. Minął ją, idąc w stronę swojego pokoju, i zatrzymał się w progu.

— Nie musiałaś tego robić — powiedział do drzwi.

— Musiałam.

Zamknął drzwi bez trzasku. Cisza, która zapadła, była gorsza niż każde słowo.

Agnieszka stała w przedpokoju jeszcze długo. Potem poszła do łazienki, zamknęła się na haczyk i usiadła na klapie sedesu. Podciągnęła spódnicę, a pod nią — nic. Gołe ciało, nagie uda, wilgotna skóra. Majtek nie było. Zgubiła je gdzieś po drodze, albo zostały w gabinecie, na dywanie, pod biurkiem, tam gdzie on ściągał je z niej jedną ręką, rozrywając koronkę, nie pytając o pozwolenie. Na wewnętrznej stronie uda, tuż przy pachwinie, zaschła biała smuga. Nasienie. Dowód.

Zwilżyła papier, wytarła skórę — raz, drugi, trzeci, aż zostało tylko czerwone otarcie. Potem wrzuciła papier do muszli i spuściła wodę, patrząc, jak wir wciąga wszystko w dół rury.

W lustrze nad umywalką zobaczyła kobietę z obrączką na palcu. Złoto błyszczało w świetle żarówki, tak samo jak wtedy, gdy mąż wsuwał jej to na palec w urzędzie, w sukience szytej przez ciotkę, z kwiatami w dłoni. Dwadzieścia trzy lata. Całe dorosłe życie z tą obręczą.

Nie zdjęłaś jej. W myślach usłyszała własny głos z gabinetu, gdy Daniel patrzył na jej dłoń, jak ściska jego koszulę pod szyją.

Przyłożyła prawą dłoń do brzucha. Nisko, tam, gdzie jeszcze czuła pulsowanie po nim, gdzie jego ciało zostawiło coś, czego mydło nie zmyje.

Nie użył gumki.

Zamknęła oczy. Za powiekami stanęła jej twarz Daniela — obojętna, skupiona, chłodna. I jego głos: Ale ty będziesz wiedziała. Za każdym razem, gdy na niego spojrzysz.

Otworzyła oczy i spojrzała na obrączkę. Nie zdjęła jej. Ale przez jedną, jedyną sekundę — krótszą niż uderzenie serca — pomyślała, że mogłaby.


Poniedziałek przyszedł z deszczem, który dudnił o parapet niczym palce wybijające niecierpliwy rytm. Agnieszka zwolniła się z pracy punkt trzynasta, kłamiąc o wizycie u lekarza, i już o wpół do drugiej stała przed windą w wieżowcu, w którym jej syn od rana walczył o swoje życie zawodowe.

Tym razem nie miała na sobie garsonki. Włożyła prostą czarną sukienkę i sweter, jakby chciała udawać, że to zwykła sprawa. Ale kiedy wsiadała do kabiny i wciskała dwunastkę, dłoń trzęsła jej się tak samo jak za pierwszym razem.

Drzwi gabinetu były otwarte. Daniel siedział za biurkiem, dziś w szarym garniturze i krawacie w wąskie prążki, i rozmawiał przez telefon po angielsku — płynnie, szybko, z tym swoim akcentem, który zdawał się przyklejać do ścian. Kiedy ją zobaczył, nie przerwał rozmowy. Wskazał jej podbródkiem krzesło po drugiej stronie biurka i mówił dalej, jakby weszła sprzątaczka.

Agnieszka usiadła. Torebkę położyła na kolanach.

Minęło pięć minut, może siedem. Daniel śmiał się cicho w słuchawkę, notował coś na marginesie dokumentu, niezbyt się spieszył. Deszcz bębnił o panoramiczne okno, a ona patrzyła na jego dłonie — te same dłonie, które w piątek rozrywały jej koronkę — i czuła, jak w dole brzucha rozlewa się ciężkie ciepło.

W końcu odłożył słuchawkę.

— Punktualnie. To lubię.

— Chciałam zapytać o Tomka.

— Wiem, po co przyszłaś. — Odsunął krzesło od biurka i rozparł się w nim szeroko, jedną rękę opierając na poręczy. — Wniosek leży u mnie w szufladzie. Nieruszony. Na razie.

Podniosła wzrok.

— Na razie?

— Twój syn jest w budynku. Trzecie piętro. — Spojrzał na zegarek. — Siedzi nad raportem, który ma mi oddać do siedemnastej. Jeśli go spartaczy, wracamy do punktu wyjścia.

Agnieszka przełknęła. Gardło miała suche jak papier.

— To znaczy, że chcesz…

— Że chcę. — Daniel przerwał jej spokojnie, jakby poprawiał błąd w zdaniu. — Zejdź na podłogę.

Zamarła. Za oknem przesunęła się chmura, gasząc światło w gabinecie na jedną, długą sekundę. W tej ciemności usłyszała własne serce — nie w piersi, ale w skroniach, w palcach, w języku.

— Tutaj?

— Tutaj. — Sięgnął do paska i rozpiął klamrę, nie odrywając od niej wzroku. — W piątek klęczałaś jak ktoś, kto się wstydzi. Dziś chcę, żebyś klęczała jak ktoś, kto już wie, po co przyszła.

Sukienka naciągnęła się jej na kolanach, kiedy zsuwała się z krzesła. Dywan był gruby, jasny, kryjący ślady. Uklękła między jego rozchylonymi nogami, a on wyciągnął kutasa z bokserek bez pośpiechu — ciemnego, ciężkiego, półtwardego jeszcze, z główką lśniącą w mdłym świetle.

Zapach uderzył ją natychmiast. Drzewo i coś zwierzęcego pod spodem.

— Otwórz.

Otworzyła usta.

I wtedy — dokładnie wtedy, kiedy jego czubek dotknął jej warg — Daniel sięgnął po telefon na biurku i wystukał numer.

Agnieszka znieruchomiała.

— Nie przestawaj — powiedział cicho, do niej. — Trzymaj go w ustach.

Wzięła go głębiej, a jego ręka, ta wolna, spoczęła na jej karku. Nie naciskała. Tylko czekała.

— Tomasz? — Daniel mówił teraz zupełnie innym tonem, uprzejmym, służbowym. — Tak, mam chwilę. Proszę, wpadnij do mnie z tym raportem. Za pięć minut. — Pauza. — Nie, teraz. Czekam.

Odłożył telefon.

— Pięć minut — powiedział.

Agnieszka poczuła, jak sztuczny spokój odpływa z jej ciała i zostaje tylko krew, gorąca, wściekła, w uszach. Chciała się cofnąć. Podniosła ręce, żeby podeprzeć się na jego kolanach, ale on położył dłoń na jej głowie i przytrzymał.

— Nie. Skończ, co zaczęłaś.

— Mój syn tu idzie.

— Wiem.

— Danielu…

— Wiem — powtórzył, miękko, i to było gorsze niż krzyk. — Zdążysz.

Pochyliła głowę. Język przesunął się po żołędzi, ślina spłynęła po trzonie, dłoń zacisnęła się u nasady. Poruszała się szybko, mocno, nie po to, żeby sprawić mu przyjemność, tylko żeby zdążyć — a jednak z każdym ruchem jej własne uda drżały, a w środku narastało pulsowanie, którego nienawidziła.

Robiła to. Dobrowolnie. Czarnemu facetowi, którym jeszcze rok temu gardziłaby na przystanku, w kolejce, przy niedzielnym stole. Matka, która klęczy na dywanie w biurze, z cudzym kutaskiem w ustach, podczas gdy jej syn idzie korytarzem.

Zassała mocniej. Daniel sapnął przez zęby, a jego palce splotły się w jej włosach.

Kroki. Dalekie, ale wyraźne — obcasy, męskie buty, na linoleum. Agnieszka zamknęła oczy. Cztery sekundy. Trzy.

Daniel chwycił ją za ramię i wepchnął pod blat biurka. Nie brutalnie, ale całym ciężarem kierunku. Wpadła na kolana w wąską przestrzeń między ścianką a szufladami, a jej plecy trafiły o zimny metal. Zasłona sukienki zaczepiła się o róg szuflady i pękła na szwie.

Drzwi się otworzyły.

— Dzień dobry, panie Okafor.

Głos Tomka. Zmęczony, uprzejmy, ten sam, którym mówił do niej w kuchni, kiedy kłamał.

— Dzień dobry, Tomasz. Siadaj.

Krzesło zaszurało. Agnieszka wstrzymała oddech. Widziała tylko skrawek jego buta w szparze między szufladami — czarny półbut, wysznurowany dokładnie, jak uczyła go w zeszłym roku, gdy kupili go razem w promocji.

— Raport.

— Właśnie skończyłem. Są tam wszystkie dane z kwartału, plus prognoza na przyszły miesiąc. Sekcja czwarta, obniżka kosztów, wszystko przeliczone.

— Dobrze. Zostaw.

Cisza. Papier przesunął się po blacie nad jej głową.

— Mogę o coś zapytać, panie Okafor?

— Możesz.

Tomek odchrząknął.

— Czy to prawda, że pan wstrzymał mój wniosek? Że nie ma dyscyplinarnego?

Agnieszka przycisnęła dłoń do ust. Jego smak wciąż miała na języku — słony, gorzki, zwierzęcy — ale to nie był koniec. Czuła go twardego, nabrzmiałego, wciąż nienasyconego. Nasienie nie spłynęło jej po brodzie, nie zdążyło. Daniel nie doszedł jeszcze. Czekał. Ona czekała. I to, że słyszała teraz syna, i to, że wciąż trzymała w ustach jego szefa, nienasyconego, gotowego, zlewało się w jedno potworne uczucie, od którego chciała się schować we własnych ramionach.

— Prawda — powiedział Daniel spokojnie.

— Dlaczego?

— Bo wierzę w ludzi, którzy dostają drugą szansę. — Skrzypnięcie fotela. — I bo twoja matka prosiła.

Minęła sekunda. Dwie.

— Moja matka?

— Była tu w piątek.

Głos Tomka zrobił się cieńszy.

— W piątek? Wieczorem?

— Wieczorem.

Kolejna cisza. Agnieszka czuła, jak pot spływa jej po kręgosłupie, jak sukienka przykleja się do ud. Daniel oparł stopę o podłogę, a jego kolano musnęło jej ramię. Przez szparę widziała, jak przesuwa dokument na biurku — nonszalancko, dokładnie nad jej głową.

— Panie Okafor — powiedział w końcu Tomek — czy coś… czy między panem a moją matką…

— Tomasz. — Daniel przerwał mu tonem, który nie znosił sprzeciwu. — Twój raport do siedemnastej leży albo u ciebie na biurku, albo w koszu. Wybierz.

Krzesło zaskrzypiało. But obrócił się ku drzwiom.

— Tak. Przepraszam.

— Nie ma za co.

Kroki. Drzwi. Kliknięcie klamki.

I wtedy Daniel zrobił coś, od czego Agnieszce pociemniało w oczach — rozłożył nogi szerzej, tak że jej twarz znalazła się dokładnie między jego kolanami, i położył dłoń na jej głowie, gdy drzwi jeszcze się domykały.

— Skończ — powiedział cicho. — Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale usłyszała tylko własny oddech, urywany, mokry, i jego dłoń zaciskającą się na jej włosach.


Kliknięcie zamka jeszcze nie ucichło, a jego dłoń już przyciskała ją w dół.

— Otwórz.

Otworzyła usta, zanim zdążyła pomyśleć. Smak wrócił natychmiast — słony, metaliczny, ciepły od jej własnej śliny. Wziął ją głębiej jednym ruchem bioder, a powietrze uciekło jej przez nos w cienkim, wysokim dźwięku.

— Właśnie tak. Oddychaj nosem.

Zrobiła to. Gardło rozluźniło się o milimetr, o dwa, i nagle miał ją całą. Nos wbił się w jego skórę, wargi rozciągnęły się boleśnie, a po brodzie spłynęła strużka, która kapała na dywan między jego butami. Świat zwęził się do tego: do zapachu drzewa i potu, do drżenia jego uda pod jej dłonią, do zimnego metalu szuflady, który wbijał jej się w plecy za każdym razem, gdy się cofała.

— Kiedyś — powiedział cicho, ponad jej głową — powiesz mi, czy zrobiłaś to dla niego, czy dla siebie.

Nie mogła odpowiedzieć. I dobrze, bo nie wiedziała.

Jego ręka zacisnęła się na jej potylicy. Palce wplotły się w rozpuszczone włosy, przytrzymały — i wtedy przestał czekać. Pierwsze pchnięcie było krótkie, próbne. Drugie głębsze, aż jej gardło zacisnęło się wokół niego w odruchu, którego nie umiała powstrzymać, i poczuła, jak łzy napływają jej do oczu, gorące i natychmiastowe. Trzecie weszło do końca.

— Trzymaj ręce na moich kolanach — usłyszała. — Nie na sobie.

Zdjęła dłoń z jego uda i położyła obie tam, gdzie kazał. Paznokcie wbiły się w materiał garnituru. Nie miała się czego trzymać.

Robił to równo. Bez złości, bez pośpiechu, jakby ustawiał tempo metronomu — wsuwał się i cofał, a za każdym razem jej głowa uderzała o krawędź biurka od środka, głucho, raz, drugi, dziesiąty. Ktoś na korytarzu przejechał wózkiem. Szum klimatyzacji nie ustawał. Świat na zewnątrz trwał dalej, a w niej nie było nic oprócz tego rytmu i własnego oddechu, który brzmiał jak woda w rurze.

— Ładnie — mruknął.

Te dwa słowa uderzyły ją mocniej niż ręka na karku. Bo były prawdziwe. Bo w jego głosie nie było już chłodu — była nuta, której nie planował, cienka jak pęknięcie w szkle.

Z jej gardła wydobywał się dźwięk, którego się bała: mokry, rytmiczny, całkowicie jej obcy. Ślina spływała jej po szyi, wsiąkała w kołnierz sukienki, ciemną plamą rozchodziła się na piersi. Powietrze wracało do płuc tylko przez momenty — krótkie, chciwe hausty między pchnięciami.

A pod tym wszystkim, nisko, tam gdzie nie sięgała jego dłoń, jej ciało odpowiedziało samo. Uda zacisnęły się, jedno o drugie, mocno. Wewnętrzna strona kolan piekła od dywanu, a skóra pod sukienką była wilgotna. Miała ręce na jego kolanach, tak jak kazał. Nie mogła ich użyć. Nie mogła nic zrobić z tym ciężkim, ciasnym skurczem, który narastał w podbrzuszu razem z każdym ruchem jego bioder.

Zaczęła drżeć. Nie z zimna.

— Powiedz, że chcesz, żebym skończył — powiedział, a jego głos się zachwiał.

Wyjęła go na tyle, żeby mówić. Ślina pękła między jej wargami a jego żołędzią i opadła na jej udo.

— Chcę.

— Popatrz na mnie.

Uniosła wzrok. Jego twarz była ciemna w świetle z okna — brwi ściągnięte, warga przygryziona. Ta sama twarz, która pięć minut temu mówiła do Tomka uprzejmym tonem o raportach i terminach. Teraz wyglądała inaczej. Mniej pewnie. Bardziej ludzko.

Wsunęła go z powrotem sama, bez polecenia, głębiej niż wcześniej. Gardło tym razem nie zaprotestowało. Otworzyło się jak coś, co po kilku tygodniach treningu wreszcie zapamiętało kształt.

Daniel syknął i przycisnął ją mocniej. Rytm zgubił równość. Pchnięcia stały się krótsze, twardsze, mniej wyliczone — i ona poczuła, jak zmienia się pod jej językiem: nabrzmiały, twardszy, pulsujący własnym, osobnym życiem. Żyła biegnąca po spodzie drgała szybko, raz po raz, jakby odliczała.

— Agnieszko…

Nie dokończył. Nigdy nie mówił jej imienia w ten sposób — bez polecenia w środku, bez odległości. Usłyszała w tym własną odpowiedź, choć jej nie wypowiedziała: tak, teraz, wiem.

Ostatnie pchnięcie wepchnęło ją w szufladę tak, że zabrakło miejsca na oddech. Potem jego dłoń przytrzymała jej głowę nieruchomo, a gorąco uderzyło w gardło strumieniem, który nie miał końca. Przełknęła raz — odruch, nie decyzja. Drugi raz, czując, jak zaciska się na nim mimo woli. Trzeci raz, gdy ręka na jej karku drżała razem z jego brzuchem.

Trzymał ją tak długo, że zaczęło ją szczypać w płucach.

W końcu wypuścił. Cofnął biodra, a ona wypuściła oddech przez nos tak głośno, że sama się przestraszyła. Z jej ust poszła za nim nitka, długa i lepka, pękła dopiero na jej kolanie. Otarła brodę wierzchem dłoni, bezmyślnie, jak ktoś, kto wyciera mleko z kuchennego stołu.

Daniel poprawił spodnie. Klamra zaskoczyła. Oparł łokieć na blacie i podszedł palcami do dokumentu, który Tomek przyniósł — leżał tam przez cały czas, o pół metra od jej czoła, z jego starannym, pochyłym pismem w rubryce z datą.

— Podpisz się pod tym — powiedział — to twoja wina. — A potem, lżej: — Wstawaj. Kolana ci zdrętwiały.

Nie zdążyła. Z korytarza dobiegły kroki — szybkie, dwie osoby, i głos sekretarki, podniesiony o pół tonu:

— Panie Okafor, pan nie może tam teraz…

Za drzwiami ktoś złapał klamkę.

Daniel położył dłoń na jej ramieniu i wepchnął ją z powrotem pod blat, tym razem na czworaka, bez słowa. Sukienka zaczepiła się o róg szuflady i rozdarła z cichym trzaskiem.

— Zostań tam — wyszeptał, a w jego głosie nie było ani śladu tego, co przed chwilą. — I nie oddychaj tak głośno.

Drzwi otworzyły się, zanim zdążyła wciągnąć powietrze do płuc. Buty na korytarzu zatrzymały się tuż za progiem — jeden krok, drugi, i już stał w środku, w polu jej widzenia przez wąską szczelinę między blatem a nogą Daniela. Czarne skórzane półbuty, spodnie w kant, dłonie w kieszeniach. Widziała tylko tyle. I to, jak Daniel przesunął się o pół centymetra w lewo, zasłaniając ją całkowicie.

— Panie Kowalski. — Głos Daniela był suchy, uprzejmy, idealnie obojętny. — Nie umawiałem się z panem.

— Wiem. — Głos przybysza był niski, z akcentem, który zaokrąglał samogłoski. — Ale byłem w okolicy. I pomyślałem, że sprawdzę, czy umowa jest gotowa.

Pod blatem, na dywanie, jej kolana zaczęły drżeć z wysiłku. Łydki piekły. Sukienka wisiała rozdarta na ramieniu, a zimne powietrze z klimatyzacji łaskotało odsłoniętą skórę. Ślina wciąż spływała jej po brodzie, powoli, kropla za kroplą. Nie mogła jej wytrzeć. Nie mogła się poruszyć.

— Jest na biurku — powiedział Daniel. — Proszę.

Półbuty zrobiły krok do przodu. Jeden. Zatrzymały się obok nogi Daniela. Gdyby Kowalski spojrzał w dół, gdyby jego wzrok padł na szczelinę między krzesłem a szafką, zobaczyłby ją. Zobaczyłby mokrą twarz, rozdartą sukienkę, ręce wciśnięte w dywan.


Kowalski stał tam jeszcze przez chwilę. Agnieszka widziała tylko jego półbuty — czarne, wypolerowane, nieruchome — oraz skraj marynarki, która nie drgnęła ani o milimetr. Głos miał niski, z tym zaokrąglonym akcentem, który przeciągał samogłoski jak ktoś, kto lubi słuchać własnego mówienia.

— Więc umowa jest gotowa — powiedział. — Podpisze pan dziś?

— Podpiszę — odparł Daniel. — Ale nie przy panu. Wyślę kurierem.

Cisza. Papier zaszeleścił — Kowalski przerzucił kartkę. Pod blatem Agnieszka wstrzymała oddech tak długo, że zaczęło ją kłuć w płucach. Kolana paliły ją od dywanu, a rozdarty szew sukienki opadał jej na ramię, odsłaniając skórę, po której zsuwała się kropla śliny. Nie mogła jej zatrzymać, nie mogła jej zetrzeć, nie mogła nawet drgnąć.

— Coś jeszcze? — zapytał Daniel tym samym suchym tonem.

— Nie. Tylko… — Kowalski przerwał. Półbut przesunął się o centymetr w lewo. Agnieszka zobaczyła, jak Daniel również przesuwa się o centymetr, zasłaniając szczelinę biodrem. — Pański dywan. Ktoś tu był.

Krew odpłynęła jej z twarzy. Na jasnym dywanie, dokładnie tam, gdzie klęczała, widniała ciemna plama — mokra, owalna, o kształcie kolana. I druga obok. Dwa ślady, jak od kogoś, kto długo klęczał na jednym miejscu.

— Sprzątaczka wylała wodę — powiedział Daniel bez wahania. — Rano. Nie zauważyłem, żeby wycierała.

— Rano.

— Rano.

Kowalski milczał przez sekundę. Potem się roześmiał — krótko, cicho, bez radości.

— Jak pan sobie życzy.

Kroki. Cztery, pięć. Klamka, kliknięcie, przeciąg chłodnego powietrza po odsłoniętym ramieniu. Potem zamek wrócił na miejsce z cichym stukiem, a wraz z nim zapadła taka cisza, że Agnieszka usłyszała własne serce — nie w piersi, ale w skroniach, w gardle, wszędzie.

Daniel odsunął krzesło.

— Wstawaj.

Podciągnęła się po nodze szafki. Łydki miała jak z waty, a kolana zostawiły na dywanie dwie ciemne pieczęcie. Sukienka zsunęła się jej z ramienia i zwisała luźno, przecięta na szwie do połowy pleców. Daniel patrzył na to bez pośpiechu, jak patrzy się na samochód po stłuczce — oceniając, ile będzie kosztować naprawa.

— Masz jego krew na sukience? — zapytał nagle.

— Nie. Ślinę.

— To dobrze. — Wyciągnął z szuflady chusteczkę i podał jej bez patrzenia. — Wytrzyj twarz.

Wytarła brodę, policzki, kąciki ust. Chusteczka zrobiła się ciężka i mokra. Zgięła ją i wcisnęła do kieszeni torebki, którą po chwili podniosła z podłogi.

— W poniedziałek Tomek ma złożyć raport — powiedziała. Głos wyszedł jej chropowaty, jakby dopiero uczyła się mówić. — Obiecałeś.

— Nie zwolnię go w poniedziałek — powiedział Daniel i usiadł z powrotem. — Ale to, co zrobiłaś dziś, było za jeden dzień. Nie za cały rok.

Agnieszka podniosła wzrok.

— To znaczy?

Daniel otworzył szufladę i wyjął z niej nie dokument, nie telefon — wizytówkę. Ciemny karton, złocony monogram, adres wydrukowany małym, precyzyjnym drukiem. Położył ją na blacie i przesunął w jej stronę dwoma palcami.

— Sobota — powiedział. — Wieczorem. Hotel za miastem, przy trasie na północ. Restauracja z zielonym dachem, nie da się pomylić. Pójdziesz do recepcji i powołasz się na moje nazwisko. — Przerwał, a jego wzrok przeciął ją od stóp do głów jak zimne ostrze. — Ubierz się ładnie.

Agnieszka wzięła wizytówkę. Karton był gładki i chłodny, jakby leżał w szufladzie od tygodni, czekając na kogoś takiego jak ona.

— Po co? — zapytała cicho.

— Bo w biurze nie mogę cię mieć tak, jak chcę. — Powiedział to spokojnie, ale coś w jego głosie zmieniło się o pół tonu, jak struna, którą ktoś naciągnął o milimetr. — A chcę cię mieć tak, jak chcę.

Agnieszka patrzyła na monogram. Nie na jego twarz. Bała się, że w tej twarzy zobaczy coś, co ją przekona — albo coś, co ją złamie.

— A jeśli nie przyjdę?

Daniel wzruszył ramionami. Ten gest był gorszy niż każde słowo — swobodny, obojętny, jakby odpowiedź na to pytanie już dawno zapisał w umowie.

— Wtedy nie przyjdziesz. I w poniedziałek nic się nie stanie. Przez tydzień. Może dwa. — Pochylił się nad biurkiem i splótł dłonie. — Ale ja nie zwalniam ludzi z pracy. Ja tylko przestaję ich potrzebować. To delikatna różnica. Tomasz jeszcze jej nie rozumie.

Agnieszka zacisnęła dłoń na wizytówce tak mocno, że karton zgiął się w pół. W gardle stanęła jej gula — ta sama, którą znała od pierwszego dnia, twarda i nieprzełykalna.

— Wiesz, co dziś zrobiłam — powiedziała. — Klęczałam pod twoim biurkiem, kiedy mój syn stał metr ode mnie.

— Wiem.

— I mam przyjść w sobotę.

— Masz.

— A jeśli powiem, że to ostatni raz?

Daniel spojrzał na nią po raz pierwszy tak, jakby go zaskoczyła. Przez ułamek sekundy w jego ciemnych oczach pojawiło się coś, czego nie umiała nazwać — nie czułość, nie litość. Zainteresowanie. Ten rodzaj uwagi, jakim obdarza się przedmiot, który nagle okazał się mieć duszę.

— Wtedy powiesz to w sobotę — odparł. — I zobaczymy, czy to prawda.

Wstała. Poprawiła sukienkę na ramieniu, ale rozdarty materiał nie chciał się trzymać — opadał z powrotem, odsłaniając skrawek ramiączka koronki, tej jedwabnej, tej samej, którą kupiła tydzień temu w markecie i w którą teraz wciskała się z powrotem, walcząc z własnym oddechem. Chwyciła torebkę i przycisnęła ją do piersi, tak jak kiedyś teczkę z kontraktem.

— Do soboty — powiedział Daniel, wracając do klawiatury. — I Agnieszko.

Zatrzymała się przy drzwiach, nie odwracając głowy.

— Tak?

— Załóż coś czarnego. I bez bielizny.

Nie odpowiedziała. Otworzyła drzwi i wyszła w korytarz, a kiedy zamek kliknął za jej plecami, poczuła, że wizytówka w jej dłoni jest już wilgotna od potu — i że nie wypuści jej z ręki, choćby chciała.

W windzie nacisnęła parter. Kabina ruszyła w dół z cichym szumem, a lustro po prawej odbiło ją taką, jaka była — kobietę w rozdartej sukience, z rozpuszczonymi włosami, z wizytówką zaciśniętą w pięści jak bilet na pociąg, z którego nie zamierzała wysiąść.

Na parterze portier nawet nie podniósł głowy.

Agnieszka wyszła w deszcz. Krople uderzyły ją w twarz, spływały po szyi, wsiąkały w rozdarty szew na plecach. Szła w stronę przystanku, stawiając kroki równo, mocno, a obrączka na jej palcu ocierała się o złocony monogram na kartoniku — zimny metal o zimny karton, dwa kółka, dwa zamknięcia, dwa różne życia w jednej dłoni.

Tramwaj nadjechał pusty. Wsiadła, usiadła przy oknie i położyła torebkę na kolanach. Za szybą miasto rozmywało się w smugach światła, a ona wyjęła wizytówkę i przeczytała adres trzy razy, litera po literze, aż zapamiętała go lepiej niż własny.

Potem schowała ją do kieszeni płaszcza — tej samej, w której rok temu nosiła klucze do domu, do pracy, do swojego dawnego życia. Telefon zawibrował. Tomek.

Odebrała.

— Mamo? — Głos miał napięty, ale nie złamany. — Złożyłem raport. Powiedział, że dobrze. Powiedział, że… że dobrze zrobione.

— To dobrze — powiedziała Agnieszka.

— Mamo, wracasz do domu?

— Wracam.

Cisza w słuchawce. Długa, gęsta, wypełniona wszystkim, czego nie powiedzieli.

— Mamo — powiedział w końcu Tomek, cicho, jakby wstydził się własnego głosu. — Dlaczego ty nie zdejmujesz obrączki?

Agnieszka spojrzała na swoją dłoń. Wizytówka leżała w kieszeni płaszcza. Złoty pierścień wciąż tkwił na serdecznym palcu — ciężki, ciepły, przyrośnięty do skóry jak blizna, której nikt nigdy nie miał zobaczyć.

— Nie wiem — powiedziała. I była to pierwsza prawda, jaką powiedziała komukolwiek od tygodni.

— Wracam wieczorem. Zostaw mi kolację.

Rozłączyła się, zanim zdążył odpowiedzieć. Tramwaj zwolnił przed przystankiem, a ona wstała, chwyciła torebkę i poprawiła rozdartą sukienkę na ramieniu. W drzwiach, zamiast przełożyć wizytówkę do torebki, wsunęła ją głębiej do kieszeni płaszcza — tej samej, w której trzymała ręce, kiedy było jej zimno.

Sobota. Wieczór. Hotel za miastem.

Wysiadła w deszcz, a kiedy drzwi tramwaju zasunęły się za nią z sykiem, usłyszała własną myśl, czystą i niepokojąco spokojną: pojadę.

2 komentarze

 
  • Użytkownik Pumciak

    Coraz lepsze i ciekawsze twoje opowiadania są

    5 godz. temu

  • Użytkownik JorgDeJoong

    Coraz lepsze są twoje opowiadania ….

    6 godz. temu