Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Marta i urzędnik skarbowy

Niektórzy narzekali, że piszę za krótko. Stąd tu zebrałam całość "Niemoralnej propozycji". No jest przydługa... Jeśli przynudzam, dajcie proszę znać w komentarzach

Wyobraźcie sobie, jak ja muszę się czuć, w chwili, gdy zdałam sobie sprawę, że nie mam innego wyjścia. Innego niż to –  po prostu muszę mu się oddać...?
Boże, jak ja to przeżywam. Jak to?! Mam pozwolić, żeby ta kreatura, ten ramolowaty urzędas, tak po prostu mnie posiadł? Nie! Nie może tak być! Ten łachudra miałby mnie ot tak po prostu się ze mną przespać?! Ze mną, szanowaną panią profesor, o nieposzlakowanej reputacji? Miałby do woli sobie mnie używać? Jak jakąś ladacznicę?! Niedoczekanie!
Mimo oburzenia oczyma wyobraźni widzę to niemal dokładnie:  stoję w jego obskurnym biurze, żywcem wyjętym z PRL-u, przed zabałaganionym papierzyskami biurkiem, a ten typ świdruje mnie małymi, przymrużonymi oczkami, uśmiechając się jakoś jednocześnie ironicznie i... nieprzyzwoicie.
A ja? Elegancko ubrana, zadbana damulka, stoję zawstydzona, skonsternowana. Nie wiedząc, co robić. Czy każe mi się tak po prostu oprzeć o to biurko, a on tymi swoimi grubymi łapskami bezceremonialnie podwinie mi spódnicę? A może będę musiała rozłożyć się na tym blacie na plecach i sama podciągnąć kieckę? A może jego perwersyjny umysł podpowie jeszcze inne rozwiązanie? Gdy on będzie siedział za biurkiem, ja otrzymam polecenie, że mam przy nim kucnąć...
Okropne! Miałabym pewnie sama rozpinać rozporek jego spodni. Od tego wytartego, starego garnituru. Szarego, jak on sam i w dodatku śmierdzącego naftaliną.
Jakże będą mi drżeć palce, gdy będę rozpinać jego rozporek... To byłoby obrzydliwe, gdybym wyłuskiwała jego sflaczałą, pomarszczoną męskość... Ależ to byłoby upokarzające! Zwłaszcza gdybym zaraz musiała ją wziąć do ust...
Wyobrażacie to sobie?  Ja, jak mówią o mnie - wytworna damula, zawsze w porządnej, dopasowanej garsonce, eleganckich szpileczkach, z szykownie ułożoną fryzurą, klęczącą przed tym niechlujnym urzędasem w wyciągniętej i wytartej marynarce, trzymająca w buzi jego fiuta?! I odciskająca na nim ślad mojej krwistoczerwonej szminki...
Wyobrażam sobie, jak w tym poniżeniu, klęcząc, ssąc jego wątpliwą męskość, jestem chwytana za głowę, niczym lalka do zabawy, przyciągana...
Ale czy mniej poniżające byłoby, gdybym musiała udać się nie do jego gabinetu, ale do jego domu i gdybym musiała tam pójść z nim do łóżka? Ciekawe jak mieszka taki urzędas... Za pieniądze z łapówek ani chybi jest urządzony. I ja tam, być może, musiałabym spędzić z nim całą noc? Całą noc znosić jego tłuste łapska na swoim ciele. Czuć jak maca mi pośladki, jak miętosi piersi, jak bawi się moją cipką... Jak bezpardonowo się w nią pakuje... Kiedy tylko chce... i w jaki sposób chce.
Swoją drogą... Ciekawe, gdzie mieszka?
Czy lepiej tam? Czy już lepiej, żeby wydupczył mnie na tym swoim starym biurku?
A wszystkie te dywagacje z jednego, głupiego powodu. Pan kierownik raczył nałożyć na moją mamę niebywale wysoki mandat karny, oraz obowiązek spłaty domniemanego należnego VAT-u wraz odsetkami. Jak to możliwe? Żeby to spłacić, nie wystarczyłoby sprzedać dom. Trzeba by mieć kilka domów do sprzedania. Jak do tego doszło?
Czy mogłam narazić moją biedną mamę na taki dramat?
Niestety nie mam czasu na zwłokę, już jutro muszę dać odpowiedź.
Bardzo długo nie mogę zasnąć, wciąż myślę tylko o nim. Rozważam wariant, co by się stało, gdybym nie przyjęła jego "propozycji nie do odrzucenia"... No nie! Mama by tego nie przeżyła! I tak jest poważnie chora na serce. To by ją zabiło.
Jest niestety chyba tylko jedno, jedyne wyjście. Po prostu... zgodzić się. Zgodzić, czyli mu się oddać...
Natychmiast przed oczyma staje mi obraz, tego jak właśnie do niego idę. Jeszcze dumna i elegancka, a już złamana... Idąc, czuję na sobie wzrok przechodniów. Mam nieodparte wrażenie, że wszyscy, którzy mnie mijają, doskonale wiedzą, że idę mu dać.
Jak powinnam się ubrać na takie spotkanie? Na pewno szeroka spódnica... No tak, luźna, bo nie wiadomo wszak, w jakich okolicznościach zechce mnie wyobracać... Pończochy? Bezapelacyjnie. Po to, żebym nie musiała ich ściągać... Może kabaretki? Nie... niech nie myśli, że jestem jakąś dziwką...
Powoli orientuję się, że te myśli zaczynają w jakiś przedziwny sposób mnie ekscytować.
Wspominam chwilę, kiedy pierwszy raz pojawiłam się w jego gabinecie... Jak wbijał we mnie wzrok, niczym drapieżnik szpony w ciało ofiary.
Komplementował mnie.
- Jest pani najatrakcyjniejszą i najelegantszą kobietą, jaka tu do mnie trafiła. Prawdziwa dama.
Schlebiało mi to. Aż do momentu, gdy zasugerował, że mama może uniknąć mandatu i spłaty nienależnego zwrotu VAT-u. Ale nie za darmo...
Sugestia była zawoalowana, lecz czytelna. Jeśli byłyby jakiekolwiek wątpliwości, rozwiewało jego spojrzenie - pożądliwe, zaborcze. Jasno komunikujące - Laluniu, muszę cię mieć! Nie wypuszczę cię ze swych łapsk, dopóki nie wezmę cię na warsztat. Dopóki cię nie zaliczę!
Zaliczę? O nie. Z pewnością w myślach nie użył tego słowa. - Dopóki nie prześpię się z tobą? - To też zbyt delikatny wariant... - Próbowałam przeniknąć jego umysł i odnaleźć wulgarne słowa, które się w nim kołatały - Dopóki... cię nie wyobracam! - Nie... też nie, raczej - Dopóki cię porządnie nie przedymam...
O tak... złowieszczość wzroku jasno to komunikowała.
Lubił bezceremonialnie gapić mi się w dekolt. Potem, znów sprośnie uśmiechając się rzucać - pani Marta ma czym oddychać.
Zgrywał nieco dżentelmena, nawet odprowadził mnie do drzwi, ale chyba głównie po to, żeby napatrzeć się na moją pupę. Fakt, miałam wtenczas dopasowaną, obcisłą spódnicę, więc mógł doskonale obejrzeć sobie kształt mojego tyłka.
To racja, że na wizytę do niego ubrałam się jeszcze bardziej kusząco niż zazwyczaj, choć i na co dzień staram się ubierać bardzo kobieco. Ale to nic dziwnego, zależało mi na tym, by załatwić pozytywnie sprawę mamy. Liczyłam, że dobrze umalowana, elegancko i powabnie ubrana, swoim wdziękami wpłynę na decyzję urzędnika. Tymczasem sprawy przybrały biegunowo wprost odległy przebieg. Moje wdzięki istotnie podziałały na pana kierownika, lecz, tylko umocniły jego nieprzejednane stanowisko. Oczywiście po to, by móc mi złożyć ową niemoralną propozycję...
Ależ się wtedy oburzyłam.
- Co też pan sobie wyobraża?! Że kim ja jestem? Nie ma mowy.
Teraz jednak, nie mogąc zasnąć, zdecydowanie mięknę... moje stanowcze "nie" się ulatnia się jak kamfora.
Ja też się rozpływam...
Ale co to?! Pan Ignacy włazi do mojego pokoju. Patrzy na mnie z obleśną miną, tak drapieżnie...
- Ależ co pan tu robi?
- Przyszedłem cię wreszcie nawiedzić, moja ty damulko...
- Ależ ja jeszcze nie wyraziłam zgody...
- Ale nie kłopocz się, po co twoja zgoda... sikoreczko? - Jego twarz wyraża jeszcze bardziej sprośnie jego podniecenie.
- Nie... proszę... jeszcze nie zdecydowałam się, czy się panu oddam...
- Oddasz, oddddasz. Dasz mi, paniusiu... Wiesz dobrze, że mi dasz...
Brutalnie popchnięta na łóżko, padam na plecy. Sprężyny skrzypią niemiłościwie.
Zadziera mi spódnicę, mimo, że trzymam ją rozpaczliwie dłońmi.
- Nie... nie... proszę...
- Co my tu mamy? Seksowne pończoszki-kabaretki! Ładnieś się wystroiła i przysposobiła do dawania dupy!
Z lubością zrywa moje stringi, a ich strzęp chowa do kieszeni.
- A to będzie mój łup!
W mgnieniu oka mnie dosiada... Czuję na sobie ciężar, który sprawia, że nie mogę się nawet ruszyć. Za to moje nogi rozsuwają się na boki... Natychmiast między nimi czuję coś obcego. Obiekt wielki i twardy. Czuję jak szoruje po mojej szparce... jak próbuje się w nią wedrzeć, napiera... Wreszcie moja świątynia kobiecości kapituluje i wpuszcza agresora. Ten wtłacza się bezpardonowo. Wkrótce wypełnia mnie potężny pal. Wielki! Długi i gruby. Mam wrażenie, że przebija mnie na wylot! Czuję jak rozpycha moją piczkę, rozciąga jej ścianki wręcz do granic fizycznej wytrzymałości!
- Nie... nie... proszę...
Lecz wkrótce moje - "nie" - zastępują żałośliwe jęki - "aaaa aaaaa!"
Nikczemnik okazuje się być wyjątkowo wulgarny.
- Ty zdzirowata damulko. Rozepcham ci tę "sakwę", że nie będzie już taka ciasna! Będziesz miała dziurwę, jak rozjechana rozjebunda!
Chce mnie drań poniżyć! Z roli damulki sprowadzić do roli jakiejś lafiryndy!
Ależ brutalnie mnie ładuje! Stary dziadyga, a pracuje jak młot pneumatyczny! Tak mocno i... szybko! Cóż za łomot sprawia mojej piczce! A co będzie, jak mi zmajstruje dzieciaka! Pełna przerażenia zaczynam go błagać, aby przestał.
- Panie Ignacy! Niech pan uważa... Chyba nie chce pan ze mnie zrobić mamusi...
Nikczemnik tym bardziej przyspiesza!
- A dlaczego by nie?! Dlaczego nie przyozdobić eleganckiej paniusi gustownym brzuszkiem! Aż się prosi, żeby takiej panience zmajstrować akuratny prezencik - bobasa!
I cóż ja mogę na to począć??? Nic. Zupełnie nic.
Mogę tylko sobie pokrzyczeć...
W wyniku moich stękań i krzyków, do pokoju wparowuje... moja mama!
- O mój Boże! - Załamuje ręce. - Córuchno, co ty robisz pod tym panem?!
Czuję potworny wstyd. Przyłapana przez rodzicielkę... w takiej pozie! Z podciągniętą spódnicą, z rozłożonymi nogami, dźganą przez otyłego urzędasa.
Który ani myśli zaprzestać pracy swych lędźwi! Usilnie szturcha mnie bez wytchnienia!
Wtem mama dostrzega, że to pan referent z urzędu skarbowego, do którego tyleż razy pielgrzymowała!
- Pan Ignacy! Co pan robi mojej córce?!
- Jak to co... - sapał, nadal nie przestając mnie piłować, ani nawet nie zwalniając, wywołując potworne moje skrępowania - córuchna rozchyliła mi kalafiora, to jej robię przegazówkę!
- Mamusiu! Ratuj! - wzywam pełna nadziei.
Jakże okazuje się krucha! Napastliwy urzędas wciąga interweniującą rodzicielkę, a wszak to szczuplutka kobietka, razem ze mną pod siebie! Jej spódnica solidaryzuje się z moją... rychło zostaje podciągnięta.
Jurny referent ładuje na przemian raz jedną z nas, raz drugą.
- Każdą z was wygrzmocę po równo! Każdej z was zostawię pamiątkę. Będziecie spacerowało po swojej wiesce z równo sterczącymi bębenkami!
Słychać naprzemiennie moje popiskiwanie i głośne stękanie mojej rodzicielki.
Nagle jęki cichną z wolna i jakby rozmywają się... wszystko się rozmywa...
O Boże! Jak to wspaniale, że to był tylko sen...
Z drugiej strony - miałabym to już za sobą.
Zwlekam się z łóżka, myśląc wyłącznie o czekającej mnie decyzji. Staję na wprost lustra. W odbiciu widzę całkiem zgrabną kobietę, o długich nogach, w różowej, seksownej, prześwitującej koszulce nocnej. Dość dobrze widać przez nią piersi. Kształtne półkule, zarysowujące się brodawki i sterczące sutki. No może są nieco za duże są te moje cycki... Odwracam się tyłem... pupa zgrabna jednak również spora, lecz czyż mężczyźni nie tego właśnie szukają? Czyż nie kręcą ich takie krągłości?
Zatem, jeśli się zdecyduję na ten krok, chyba nieodzowny, będę dla tego łachudry niewątpliwie niezłym łupem... O którym będzie rozpamiętywał do końca życia... i... to niestety bardzo możliwe - chwalił się kolegom. Kuźwa! Przy jakimś piwsku miałby opowiadać o tym, jak mnie podszedł? Jak mnie sobie używał?! Potworne!
Ale czy jest inna droga? No nie... Nie ma. Nic mi nie przychodzi do głowy.
Nie pozostaje mi nic innego, jak zdecydować się na ten okropny i uwłaczający krok. O dziwo - sama się zaskakuję - ta myśl już nie budzi we mnie takiego przerażenia jak jeszcze dzień wcześniej. Mało tego, mam wrażenie, że zaczyna mnie... O nie, tego nie mogę dopuścić do siebie!
Gdy kąpię się pod prysznicem, szczególnie starannie myję piersi i... cipkę. Porządnie namydlam i szoruję moje cycki, jakbym chciała, aby prezentowały się jak najkorzystniej...
To samo z moją szparką. Najpierw przycodzi mi myśl, że wymywam z niej pozostałości po niechlujnym urzędasie... Z czasem, moja dłoń pracująca w linii - góra - dół - rozpędza się. Niespodziewanie, ten zabieg niezwykle mnie podnieca, zaczynam silniej trzeć piczkę, niemal do bólu. Nie mogę powstrzymać jęków.
Ubiór dobieram tak, jakbym już zdecydowała, że mu się oddam, stojąc przed lustrem - zakładam skąpe, koronkowe stringi, grafitowe pończochy i koronkowy stanik zapinany z przodu.
Którą spódnicę wybrać? Tak, jak już wczoraj o tym przemyśliwałam - jakąś porządnie rozkloszowaną. Taka będzie najwygodniejsza... Natychmiast sama łapię się za słowo. - Najwygodniejsza do czego?!
Decyduję się na tę granatową. Przypominam sobie moment, gdy kupowałam ją w galerii i zakładałam w przymierzalni. Wtedy też pomyślałam sobie, że taka kiecka może być szczególnie użyteczna w sytuacjach pewnego typu...
Teraz zakładam ją powoli, obserwując swoją czynność w lustrze. Wreszcie układam materiał na sobie. - Ależ ta spódniczka ładnie na mnie leży! Do tego prezentuje się całkiem seksownie!
Patrząc na swe odbicie, chwytam za brzegi materiału i unoszę kieckę na wysokość do połowy ud. To musi być mega kuszący widok dla mężczyzn! Teraz zadzieram spódnicę wysoko. O tak! To byłby dopiero arcypodniecający widok dla tego urzędasa - długie nogi w pończochach, zwieńczonych koronkowymi manszetami, pupa widoczna doskonale, bo wszak ileż mogą zakryć stringi?
No i cycki... łatwo mi rozpiąć ten stanik... Przed lustrem rozpinam go, jakby na próbę. Miseczki łatwo uwalniają dwie ciężkie półkule.
Zawstydzam się, jakby rzeczywiście moje nagie, dyndające piersi zobaczył teraz nagle obcy mężczyzna.
Bluzka rozpinana. Tak, niech będzie na zatrzaski, kto wie, czy ten rozpustnik nie będzie chciał jej szarpać?
Jeszcze tylko szpilki. Czarne, klasyczne, ale na całkiem wysokim obcasie, pewnie ze trzynaście centymetrów. Wydam się mu wyższa, niż jestem...
Wygładzam spódnicę i górę. - Ależ ja się prezentuję! Niby skromnie... a jednak dzięki klasycznemu stylowi - bardzo elegancko... niby zwyczajnie, a jednak dzięki kuszącemu krojowi kiecki i opiętej na biuście bluzce - bardzo seksownie.
Ostatnie chwile na decyzję.
No i co tu zrobić? Ale... czy ubierając się w taki sposób - przypadkiem właśnie nie zdecydowałam? Czy nie zdecydowałam się, że mu się oddam? W myślach międlę inne określenie - bardziej kolokwialnie - że mu najzwyczajniej dam?
Ignacy Surowy - ależ drżą mi ręce, gdy wybieram numer telefonu.
- Więc... cóż... chyba nie mam innego wyjścia... Muszę się zgodzić na pańską propozycję...
W słuchawce słyszę przełykanie śliny.
- Przyjadę po panią jeszcze dzisiaj, po pracy.
Tego dnia, kompletnie nie mogę się skupić na prowadzeniu lekcji. Jakbym sama nie słyszała swojego głosu, myślę tylko o tym co czeka mnie po zajęciach. Gdzie mnie zabierze? Jak się będzie wobec mnie zachowywał? Czy będzie nadal nieco zgrywał dżentelmena, czy może natychmiast zacznie się do mnie brutalnie dobierać?
Odruchowo układam bluzkę na biuście. I od razu w głowie świta mi obraz - jak tłuste paluchy rozrywają jej guziki... Jak rozpięta bluzka odsłania biust w koronkowym staniku...
Odruchowo też gładzę spódnicę, przy czym natychmiast wyobrażam sobie, że ta kiecka ma posłużyć jednemu - ma zostać zadarta.
Myślę sobie - a ja? ja do czego mam posłużyć? Jaka będzie moja rola? Mnie, tu na lekcji - taką ważną, dowodzącą wszystkimi w klasie, ma spotkać rola nie ważniejsza niż dmuchanej lalki - zaspokojenia samczych chuci!
Prawie nie słyszę odpowiedzi uczniów, zdaje mi się że oni snują się, jakby za mgłą. Coś prawią o rozbiorach, o upokorzeniu Polski.
Niedługo to ja będę rozebrana... i nie mniej upokorzona...

W pewnym momencie dostaję sms-a. Ku mojemu zdziwieniu - od Surowego.
"Nawet nie wie pani jak się cieszę, że się Pani zgodziła. Ale, żebym miał pewność, może Pani wysłać potwierdzenie sms-em?"
A to drań! Co on sobie wyobraża?! Pewnie chce się nasycić moim upadkiem. Chce się delektować poczuciem, że jeszcze dziś będzie mnie miał.
Początkowo postanawiam zignorować informację. A co to, mam obowiązek odczytywać na lekcji sms-y? Po chwili jednak czuję potrzebę odpowiedzeniu mu, ale tylko zdawkowo - "tak" - wpisuję. Lecz nie wysyłam tego. Wkrótce jednak wymazuję wiadomość, a wklikuję - "Zgadzam się. Jeszcze dziś będzie pan mnie miał."
Sama się zaskakuję, że to wpisałam. A jednak, z jakiegoś powodu mnie to ekscytuje, choć nie chcę się przyznać sama przed sobą.
Szybko dostaję odpowiedź: "Doskonale! A czy mogę wiedzieć, jak się pani ubrała na nasze spotkanie? Co ma pani na sobie?"
Zadrżałam. Ten zbok autentycznie jara się na mnie. Na to, że do niego przyjdę. A to wywołuje we mnie dziwny rodzaj emocji.
"Spódnicę i bluzkę" - wpisuję tekst. Ale po chwili dodaję "oraz pończochy".
Pewnie drań jest ciekaw moich majtek i stanika...
Odpisuje natychmiast - "Czy mogę prosić o zdjęcie?"
Początkowo decyduję się zignorować prośbę. Jednak powoli uświadamiam sobie, że wszak to ja jestem od niego zależna... to ja winnam zabiegać o jego dobrą wolę... Tym bardziej czuję się zniewolona... osaczona... Tylko dlaczego to mnie w jakiś dziwny sposób działa...
Na przerwie, w łazience, wyczekuję aż nikogo tam nie będzie, po czym robię sobie fotkę. Najpierw jedną z góry, potem drugą - odbicie w lustrze.
Kurcze... w tym ujęciu, w szkolnej łazience, odnoszę wrażenie, że biust wydaje się większy, że kiecka bardziej seksowna, że wyglądam jeszcze apetyczniej, niż rano, kiedy w domu przeglądałam się w lustrze.

Wysyłam zdjęcie.
Ta kanalia, pewnie teraz, śliniąc się, pożera mnie wzrokiem tak samo jak wtedy gdy byłam u niego w biurze... A może nawet, jak to mówi młodzież "marszczy freda" patrząc na moje zdjęcie? Z drugiej strony - po co? Skoro już za kilka godzin, będzie miał mnie na żywo... Słowo - miał - to trafne określenie...
Podrywa mnie dźwięk sms-a. Wysłał odpowiedź.
"- Dziękuję! Fenomenalnie Pani wygląda! Jaka szkoda, że nie w minispódniczce, choćby takiej, w jakiej kiedyś u mnie Pani była. Ale i tak prezentuje się Pani nad wyraz powabnie! Nie mogę się już doczekać spotkania. Niech mi Pani wierzy, odliczam każdą minutę. A propos. Czy to są rajstopy, czy pończochy?"
Zbok! - myślę sobie - ciągle myśli o mnie... i o tym co skrywam pod spódnicą...
Ponownie pierwotnie decyduję się zignorować pytanie, ale znów, jakaś siła pociąga mną, jak za sznurki..
- To pończochy.
Czuję jakiś rodzaj podniecenia, zdradzając mu swój sekret skrywany pod spódnicą.
Pończochy! Teraz już wiesz, że będziesz miał łatwy dostęp... wystarczy, że zadrzesz mi kieckę - myślę w duchu.
Znów dźwięk smsa. Błyskawicznie odpowiada.
- Dziękuję Pani! To fantastyczna wiadomość! Ubóstwiam kobietki w pończoszkach! Czy może Pani teraz wyjść do łazienki i zrobić zdjęcie, tak, bym widział Pani nóżki w tych nylonkach?
- Nie! - wpisuję w wiadomości. Jednak nie mam odwagi mu jej wysłać.
Kurcze... przecież prawdopodobnie za kilka godzin on mnie... Zrobi ze mną, co zechce... Zatem takie żądanie, choć właściwie to niby prośba, stanowi najniewinniejszą broń z jego rozpustnego arsenału.
Przepraszam uczniów i wychodzę. Serce bije mi jak oszalałe, gdy zmierzam do toalety. Zamykam główne drzwi. Towarzyszy mi dziwne uczucie, gdy podciągam spódnicę.
Pstryk.
Na ekranie rysuje się scenka iście erotyczna - ponętnie zadarta kiecka odsłania długie nogi w szpilkach i pończochach. Wysokie obcasy powodują, że nogi zdają się jeszcze dłuższe. Na udach wyraźnie rysują się koronki nylonów, oddzielające je od jaśniejszego obszaru ciała.
Ty stary pryku! - myślę sobie, patrząc w telefon - teraz dopiero nabierzesz na mnie chrapki... Nie ma szans, żebyś mi przepuścił... Nie ma.
Tym razem dłużej czekałam na sms-a.
- Paniusiu! Nawet nie wiesz, jak wielką radość mi sprawiłaś! Doskonałe, rozkoszne ujęcie! Nie muszę chyba mówić, co się dzieje w moich spodniach. Ależ nabrałem na Ciebie ochoty...
Ale w takim razie poproszę jeszcze jedno zdjęcie, Pani. Twej słodkiej brzoskwinki.
A to cham! - zagrzmiałam na niego w myślach.
Taka propozycja wydała mi się totalnym naruszeniem mojej intymności. Planowałam mu odpisać bardzo dosadnie.
Jednak po chwili oswajałam się już z jego poleceniem. Oburzające żądanie upokarzało mnie, lecz z dziwnego powodu nabierałam chęci na jego spełnienie. Wręcz dużej chęci.
Głos wewnętrzny polemizował ze mną samą:
- Za kilka godzin  będziesz musiała nie tylko pokazać to, co masz między nogami! Ale pozwolić, by właśnie tam poużywał sobie, jak tylko żywnie zapragnie!
Przegrywam dyskusję sama z sobą.
- Racja... zaniebawem będę należała do niego ja... i moja piczka... Zdjęcie? Czym przy tym jest zdjęcie?
Znów idę do toalety na przerwie. Drżącą ręką wkładam telefon pod spódnicę. Wcześniej zsuwam koronkowe majtki. Tylko trochę rozchylam nogi.
Pstryk.
Patrzę w ekranik.
Boże! Nigdy wcześniej nie widziałam się z takiej perspektywy! Nie spodziewałam się, że zdjęcie mojej waginy będzie aż tak wyraźne... Dłonie drżą mi bardziej niż liście osiki, kiedy posyłam fotkę Surowemu.
Tuż na początku kolejnej lekcji przyszedł sms zwrotny.
- Wyśmienita! Przeurocza i smakowita brzoskwinka! Pomyśleć, że już na mnie czeka, już sposobi, żeby się ze mną zaznajomić!
Już teraz droczy się ze mną... - pomyślałam - dobrze, że nie ma kolejnych poleceń...
Dokładnie w tym momencie przychodzi kolejny sms. Podskoczyłam.
Co jeszcze mi napisał?
- Bardzo podoba mi się ten wąski paseczek nad nią. Uwielbiam takie! No i co za oprawa - te koronkowe majtusie zsunięte na bok - mistrzostwo świata.
A czy może mi Pani wyznać, czy ta jamka jest ciasna?
A to gagatek! Pastwi się nade mną. Chce, żebym sama zdradzała mu intymne sekrety.
Aż sapię ze złości. Uczniowie wpatrują się we mnie zaciekawieni.
Jak dobrze, że nie widzą treści smsów!
Wracam do pytania Antoniego i tym razem czuję, że odpowiedź sprawi mi przyjemność.
A niech wie! Niech wie, że trafi mu się wąska cipa!
Odpisuję:
- Ciasna.
Nie muszę czekać długo na odpowiedź.
- Doskonała! Marzenie!
Zastanawiam się, jakie teraz perwersyjne żądanie otrzymam?
Może - udowodnienie tej ciasności... - włożenie dwu paluszków i zrobienie wtedy zdjęcia...
Aż ciarki przechodzą mnie na samą myśl, że wykonuję taką fotkę w kiblu...
A może jego rozpustna natura podpowie mu jeszcze bardziej perwersyjne rozwiązanie...? Co może rozkazać?
Na przykład, może zechcieć, żebym zrobiła sobie palcówkę... Symulowała ruchy frykcyjne??? I do tego - nakręciła filmik! Boże! Nie... Wyobrażam sobie, że nagrywam wówczas w toalecie również dźwięk - jak jęczę...

Teraz dopiero przeszły mnie dreszcze! Fantazja podpowiada mi, że podczas kręcenia tej "produkcji" z kabiny obok - ktoś mnie podsłuchuje!
Na szczęście już żadnego sms-a nie dostaję. Poza tym, w którym polecił mi czekać na przystanku autobusowym przy ryneczku i w którym pisze, jak bardzo nie może się doczekać... / Nie oszczędzając mi pikantnych słów:
- Proszę przygotować swoją słodką, wypielęgnowaną i ciaśniutką myszkę na istną katorżniczą przeprawę...
No i znów przebiegają mnie ciarki pod wpływem tych słów. Przymykam oczy i wyobrażam sobie tę scenę, w której tak hucznie dostaję do wiwatu... /
Do końca lekcji nie myślę już o niczym innym, jedynie o tym, że czeka mnie "ostre rżnięcie". Ale, czy rzeczywiście on będzie ostry? Podobno krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje. Poza tym, przecież on ma już swoje lata. Może nie sprawdzi się jako mężczyzna? Może nie "stanie" na wysokości zadania?
Zastanawiam się też, jak się w ostatnich godzinach przygotować psychicznie do tego, żeby pójść do łóżka z zupełnie obcym mężczyzną. No właśnie? Czy być neutralną? Czy po prostu rozłożyć przed nim nogi i pozwolić mu, żeby się na mnie wyżywał, żeby się we mnie zaspokoił? Nie wyrażając żadnych uczuć, leżeć pod nim?
Czy też wprost przeciwnie? Być pod nim głośną? Wzdychać i jęczeć, nawet udawać jak bardzo przeżywam to, że on mnie bzyka?
Wiadomo, że on wolałby to drugie, najchętniej pewnie połączone z moimi okrzykami zachwytu, typu: - Panie Antoni, ależ pan mnie ostro pieprzy!
Niedoczekanie! Nie dam mu tej satysfakcji...
Nieustannie zerkam na zegarek w telefonie. Ostatnia lekcja pędzi jak szalona, niby dopiero się zaczęła, a już jest po połowie! Wciąż te same myśli kołaczą się w mojej głowie. Gdzie będę musiała mu się oddać? A może wywiezie mnie do lasu? I zaciągnie gdzieś w krzaki, jak tirówkę? Wyobrażam sobie, jak najpierw przed nim kucam, a potem, jak jedną ręką oparta o drzewo, drugą podciągam spódnicę wypinając się przed mym "amantem". Czy może wcale nie będzie dżentelmenem, ale okaże się brutalnym? Takim, co to lubi porwać na dziewczynie ubranie? A może nawet przylać w tyłek?, Czy może być wulgarny? Jakimi epitetami mógłby obdarzyć mnie taki zboczuch? Suka? Dziwka? A może nawet - kurwa? Jak ja wtedy powinnam reagować?
No i wreszcie - czy wystarczy mu, że raz mnie wyobraca? Czy będzie mnie trzymał na przykład całą noc i kilka razy będę musiała znosić jego umizgi i dawać mu tyłka?
A jaki okaże się podczas zbliżenia? Czy będzie wchodził we mnie delikatnie? Czy  wprost przeciwnie - wbije się bezpardonowo, drapieżnie... Na ile ostro mnie zerżnie?
Na koniec lekcji czekam jak na ścięcie. Ten dzwonek zadzwonił za szybko! Wychodząc ze szkoły, nie zauważam ani uczniów, którzy mówią mi: "do widzenia", ani kolegi - matematyka. Marek komentuje to: "głowa w chmurach - chyba jesteś zakochana!"
Jasne, kuźwa - myślę w duchu i zaraz sobie sama dodaję - zakochana... a czy nie idę właśnie się kochać?
Gdy stoję na tym cholernym przystanku, minuty dłużą się, odnoszę wrażenie, że wszyscy dokoła patrzą na mnie i doskonale domyślają się, po co tu czekam. Wydaje mi się, że czytam w ich myślach. Czy ten mężczyzna po pięćdziesiątce, w skórzanym kapeluszu, nie dedukuje: - "Ta damulka, ani chybi czeka na jakiegoś absztyfikanta, żeby mu dać dupy! No bo po co tak się ubrała?! Szeroka spódnica... pewnie da się wyryćkać gdzieś na tylnim siedzeniu!"
Natomiast ten szczyl, typowy nerd, w okularach wielkich jak latarnie, ani chybi, sprośnie fantazjuje: - "Zaraz będzie klęczała, z żylastym fiutem w tych ładniutkich, dużych ustach pomalowanych czerwoną szminką... Trzymana pewnie mocno za te jej śliczne włosy!"
Płonę ze wstydu.
Wreszcie podjeżdża duży, wysłużony czarny opel. Kierowca zaprasza mnie do środka. Kulturalnie się wita, nawet całuje w rękę! Może wydaje mu się, że im bardziej jestem damą, tym większa chwała dla tego kto ją posiędzie...
Mimo kulturalnych manier, w jego wzroku wyczuwam coś niepokojącego, jakby drapieżnego. Jakby w duchu mówił sam do siebie - "Upalę ja sobie tę sikorkę! Pociupciam sobie! I to porządnie!"
- Dokąd jedziemy? - pytam, próbując ukryć drżenie głosu.
- Trochę za miastem jest przytulny motelik. Za bardzo znają panią w tym miasteczku, a mnie też w pewnych kręgach...
Siedzę jak na szpilkach, mimo, że zagaja coś o pogodzie.
- Przepraszam za moje sms-y, chyba nadto obcesowe... ale pani daruje, nie mogłem się powstrzymać. - Uśmiechając się, kładzie dłoń na moim kolanie i je delikatnie ściska.
W normalnej sytuacji natychmiast odepchnęłabym taką rękę...
Ale to przecież nie jest normalna sytuacja, więc oczywiście dozwalam na to by sobie trzymał moje kolano.
- Pani zdjęcia na prawdę mnie rozpaliły... - szepcze, jednocześnie masując moje kolano.
Zupełnie nie mam pomysłu, co na to odpowiedzieć, więc milczę, obserwując, jak jego dłoń przesuwa się teraz na drugie kolano, wykorzystując fakt, że mam złączone nogi.
- Nawet nie wie pani, jak się cieszę, że się pani zgodziła... Jest pani najatrakcyjniejszą kobietą w tym naszym miasteczku... i najelegantszą cizią... - komplementuje mnie z lubością, gładząc teraz drugie kolano.
Zastanawiam się, co odpowiedzieć, wypada przecież podziękować za komplement, choć słowo "cizia" - wydaje mi się jakieś dwuznaczne. Jednak wyduszam z siebie, bardzo cicho:
- Dziękuję...
Spuszczając wzrok obserwuję, jak jego ręka masuje teraz oba moje kolana jednocześnie.
- Pani Marto, przepraszam, że znowu pytam obcesowo, ale czy ma pani narzeczonego? - W tym samym czasie jego dłoń ścisnęła moje kolano znacznie mocniej.
Ciekawe, dlaczego chce to wiedzieć? Czy po prostu interesuje go, czy z kimś regularnie sypiam?  A może chce mieć uciechę z przyprawienia komuś rogów?
- Nie... nie mam żadnego narzeczonego... Dlaczego pan pyta?
Odnoszę wrażenie, że ta odpowiedź cieszy go. Uśmiecha się od ucha do ucha, a jego ręka przesuwa się z kolana nieco wyżej, wsuwając palce pod brzeg mojej spódnicy.
Czuję się, jakby kolejna granica mojej intymności została przekroczona.
- A nie... nic, nic... Tak pytam. Gadają, że pani wybredna i żadnemu mężczyźnie nie pozwala zapukać do swojego serduszka...
"Zapukać" - myślę w duchu - ech... zgrabnie ujęte, chyba domyślam się jaki rodzaj "pukania" masz zboczuszku na myśli.
- Ach... - mówię - a czego to ludzie nie gadają... zwłaszcza o samotnej kobiecie.
Ręka kierownika wsunęła się wyżej pod moją spódnicę. Trochę pożałowałam ostatniego zdania, bo mogło zabrzmieć wieloznacznie.
- A to ma pani rację. Jedni ludzie gadają o pani tak, a inni inaczej...
Zadrżałam. I to z dwóch powodów. Po pierwsze, dłoń Antoniego zacisnęła się na moim udzie. Po drugie, zaintrygowało mnie, cóz to za opinie, w dodatku rozbieżne, o mnie chodzą. Czyżby ktoś podważał moją reputację i rozsiewał jakieś plotki?
- A słyszałem, że pono nawet dyrektor liceum odgrażał się, że panią zaliczy... A zaliczył... czarną polewkę.
O matko! - myślę w duchu - to i takie rzeczy ludzie wiedzą?! Czyli ten dupek przechwalał się, że mnie "zaliczy"? Jak dobrze, że się przeliczył! A przecież tak niewiele wtedy brakowało żebym się z nim przespała...
- Przepraszam, ale zadam kolejne obcesowe pytanie... pewnie potraktuje je pani jako nietaktowne... ale... w tej sytuacji jest zasadne... Rozumiem, że nie jest pani dziewicą?
Co za bencwał! Jak można zadawać takie pytania! Aż przeszły mnie ciarki. Z drugiej strony, czuję dziwny rodzaj ekscytacji. A więc interesuje go to, czy zostałam rozcnotliwiona... może nawet podnieca? Ciekawe co bardziej by go jarało? Czy to, gdybym miała jeszcze "cnotkę"? A on mógłby mnie jej pozbawić? A może to okazjaby się z nim pobawić w kotka i myszkę.
- Zadaje pan krępujące pytania... - udaję bardziej skonsternowaną, niż jestem.
Moje zawstydzenie najwyraźniej go podnieca.
- Wiem, że zadaję intymne pytanie... ale, przecież już niedługo znajdziemy się właśnie w intymnej sytuacji...
Na jego twarzy gości nieukrywany, nieprzyzwoity, wręcz sprośny wyraz twarzy.
- No tak... ma pan rację, do tego ma pan mnie w garści... - dodaję zbolałym tonem - a co, gdybym była dziewicą?
Wpatruję się w jego twarz, która nabiera teraz dziwnego wyrazu, jakby chciał mi obwieścić: "Maleńka, z dziką rozkoszą zerwę ci gwinta!"
Zaś mówi: - Paniusiu... byłbym najszczęśliwszym z ludzi...
Palce jego dłonni, niczym szpony, zacisnęły się na moim udzie.
Błysk w jego oku wydaje mi się szczególnie niepokojący... Żeby ostudzić jego zapały, dementuję:
- Muszę pana rozczarować... nie jestem dziewicą... Niestety nie zafunduję panu przyjemności pozbawienia mnie cnoty...
Nie da się opisać zawodu, jaki maluje się na jego twarzy.
- Tak myślałem, a jednak wielka szkoda, że nie dane mi będzie... jak mówi młodzież... "zdjąć simloka"... Zdeflorować taką damulkę... ależ to byłoby marzenie!
W tym momencie, jakby, żeby zrekompensować swój żal, pakuje dłoń jeszcze wyżej pod moją spódnicę i dosięga koronki manszet.
- Uwielbiam damule, które noszą pończochy...
Krępuje mnie to buszowanie jego łapy pod moją kiecką. Zastanawiam się, jak  reagować. Głupia jestem.  Przecież nie pozostaje mi nic innego niż pozwalać się obmacywać...
Ściska moje udo i wpycha rękę coraz głębiej pod spódnicę. Mam wrażenie, że kierowcy jadący z naprzeciwka, doskonale to widzą. Choć przecież nie było to możliwe.
Jednak i tak peszę się i czerwię.
A on, jakby czytał w moich myślach.
- Wie pani co? Jak patrzę na mijających nas tirowców, zdaje mi się, że muszą mi cholernie zazdrościć takiej dżagi...
Patrzę na Antoniego, rzeczywiście rozpiera go duma.
- I wie pani co? Oni chyba widzą, że prowadzę auto jedną reką.
Uśmiechał się podstępnie, masując jednocześnie moje udo - wsuwa się już poza koronkę pończochy i maca nagie ciało...
Oczywiście nie odpowiadam na to prowokacyjne pytanie. Co zresztą miałabym rzec? - "Tak, oni domyślają się, że trzymasz łapę pod moją kiecką?!"
Surowy zdaje sobie sprawę, jak bardzo czuję się upokorzona, bo klepie mnie po udzie, jakby "zaklepując" swoją własność. Tym silniej odczuwam relacę podporządkowania temu mężczyźnie.
- Wie pani co? Na swój sposób podnieciła mnie pani wyznaniem o stracie cnoty... Jakoś strasznie mnie intryguje, któż dostąpił tego niewątpliwego honoru?
Nie pozostawia mi wątpliwości, że to go intryguje - napastliwa ręka, harcująca pod moją spódnicą, już niemal ociera się o majtki.
Krępuje mnie to pytanie, krępuje jak cholera, ale też cholernie podnieca... Onieśmielam się, a z drugiej strony chcę, pragnę prowokować go moimi wyznaniami.
- No wie pan... tak intymne pytania... Jak można pytać kobietę o takie sekrety... Chyba chce mnie pan zawstydzić...
Czuję, że chcę, aby mnie naciskał, żeby demonstrował mi swoją władzę nade mną.
- Wie pani, że... mogę!
Jego dloń była już blisko mego łona.
- No... tak... zdaję sobie sprawę, że jestem w pańskiej władzy...
Takiej odpowiedzi oczekiwał. Dociskał mnie stanowczo.
- Zatem?
Chwilę milczę. Jakbym zbierała odwagę.
- Cóż... zatem niech będzie... - Rumienię się, a on trze dłonią oba moje uda. - Wianka pozbawił mnie... taki chłopak... Tomasz... jak niewierny Tomasz.., w akademiku... Okazało się... taki swego rodzaju kolekcjoner cnót studentek...
- Jak ja mu zazdroszczę! Ech! Miał farta zafajdaniec!
Łapa Antoniego już dotyka materiału moich majtek.
- Gdzie to się stało? W jakim to miejscu była przebijana tak przecudna błonka?!
Co za słowa! - myślę sobie - ależ delektuje się tym stary urzędas!
Przymykam powieki, przed oczami staje mi tamta scena. Tylnie siedzenie starego żęcha, poplamiona i wytarta tapicerka, w samochodzie śmierdziało olejem silnikowym, choć nieskutecznie tłumi to zapach zielonego jabłuszka. Leżałam na plecach, a ta kreatura na mnie. Zadarł mi spódnicę (doskonale pamiętam tę chabrową kieckę w której chodziłam na wykłady). Mówiłam, że jeszcze nie czas... że musi jeszcze poczekać... Ale nie czekał. Sięgnął do moich majtek. A ja, krępująca się jak diabli, obiecywałam mu, że będzie mnie miał, ale jeszcze nie teraz. Silnym szarpnięciem ściągnął koronkowe stringi. Wszedł we mnie i poczułam ból. Pamiętam jak dziś głośną pracę wysłużonych resorów. A Tomasz poruszał się we mnie tak mocno, dziko, jakby chciał mnie rozwiercać...
- Ejże! Paniusiu, coś się tak zamyśliła? - Ignacy przywraca mnie do rzeczywistości.
Wyznaję mu zawstydzona, w jakże prozaicznym miejscu straciłam cnotę. I natychmiast uświadamiam sobie, że przecież teraz też jesteśmy w aucie.
Urzędnik rozochoca się moim wyznaniem, już po jego twarzy widać, jaki jest napalony. Jeszcze wyraźniejszy wyraz daje temu  przez koronkę majtek moje łono.
- Ach... - wzdycham. I próbuję odepchnąć jego rękę.
Tymczasem on, sapiąc, cedzi:
- Pani Marto! Nie chcę czekać do tego cholernego motelu! Chcę cię mieć,  jak tamten pieprzony gnojek, na tylnim siedzeniu!
W sukurs przychodzi mu ukształtowanie terenu. Właśnie mijamy wzgórki porośniete lasem, dość gęstym, liściastym. Jak na złość trafia się też leśny parking, na który urzędnik skręca bez chwili zastanowienia.
Roztrzęsiony otwiera mi drzwi i wysadza z samochodu.
Tłumaczę mu, że to dla mnie duże zaskoczenie, że nie jestem przygotowana... nastawiona psychicznie, że to ma się odbyć teraz...
Ale on nie słucha.
- Bardzo pana proszę... Poczekajmy do tego motelu... Ja... jestem nieprzygotowana... Słowa dotrzymam... pójdę z panem do łóżka... ale potrzebuję się nastawić... no i tu takie warunki...
Nie przekonałam go jednak.
- A tamtemu chłoptasiowi, to co? Dałaś bez szemrania! Może nawet na masce cię ładował?!
- Nie... nie... proszę...
- Studentka z cnotką popuściła szpary w samochodzie, a doświadczona kobita boi się rozłożyć nóg!
Czuję, że za bardzo jest rozogniony, a ja za słaba by go powstrzymać. Popychana ląduję na tylniej kanapie na plecach.
Truchleję, nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Nie dane było mi przygotować się psychicznie do tego, by już teraz mu ulec. Prosiłam go:
- Panie Antoni, proszę, jeszcze nie teraz... nie nastawiłam się na to...
Żadne argumenty by go nie przekonały. Działa jak w amoku. Niemal siłą wyciąga mnie z auta i natychmiast wpycha na tylnie siedzenie. Upadam na plecy.
- Nie... nie... - krzyczę, ale i tak rozochocony kierownik gramoli się na mnie. Sapie, przeszkadza mu w tym niemały brzuch.
Ja nieustannie protestuję.
- Panie kierowniku... proszę... nie tutaj... nie... nie rozkręciłam się jeszcze... nie przygotowałam...

Jeszcze głośniej sapie, sadowiąc się na mnie. Czuję na sobie jego ciężar. Czuję, jak uchwyt do pasa bezpieczeństwa wpija mi się w plecy.

- Proszę... nie... - biadolę, próbując go odpychać - przecież i tak będzie pan mnie miał...

Tymczasem jego łapa już zadziera moją spódnicę.
- Paniusiu... ale ja nie potrzebuję twojego nastawienia. Potrzebuję tylko tego, co masz pod kiecką!

Obserwuję, jak w jednej chwili pryskają jego udawane maniery niby-dżentelmena.
- Nie… nie… - nie przestaję protestować.
Ku swemu zaskoczeniu, odkrywam, że zarówno jego natarczywość, jak i moje opieranie się, niezwykle mnie podniecają…
Tymczasem jego nachalna dłoń już chwyta delikatny materiał majtek i zsuwa je na bok.
„A więc zaraz… teraz się to stanie. Ten cham wyciągnie na wierzch kutasa i wejdzie we mnie bez zbędnych manier… Posiądzie mnie na leśnym parkingu… czyli miejscu, gdzie tacy jak on zwykle chędożą tirówki… rumuńskie dziwki… A więc do takiej roli zostałam sprowadzona…”
Już sięga do rozporka. Tym samym traci równowagę i całym cielskiem opiera się na mnie.
„Boże! Jaki on ciężki! Zaraz wyzionę ducha!”
Naprawdę, z trudem mogę oddychać.
Tymczasem Antoni, jakby dla dodania sobie animuszu, leżąc na mnie, jeszcze chwyta mnie za cycek! Maca go przez materiał bluzki i stanika.
- Cudo! – sapie – Cyc jak marzenie!
Ściska tę pierś, potem drugą. Ściska? Raczej – gniecie! Jakby dłonią urabiał glinę.
- Panie Antoni… jest pan zbyt brutalny… - szepczę, lecz ku swemu zaskoczeniu orientuję się, że i ta brutalność mnie niezwykle rozpala.
Dlatego obawiam się, że mój ton głosu zbt słabo wyraża dezaprobatę, a może nawet uznanie…
Chyba istotnie tak to odbiera! Nie dość, że zaciska dłoń bardziej, to dodaje:
- No jak już trafiła mi się takie bimbały, to muszę się nimi nacieszyć!
Natychmiast sięga znów do rozporka, a ja z jednej strony jestem przerażona, drugiej, z ciekawością zerkam - co za oręż skrywają jego spodnie.
Oczywiście nadal z upodobaniem cicho protestuję:
- Nie… nie… panie Antoni… nie… niech pan tego nie robi...
Nie zważając na te lamenty, urzędnik wysupłuje z rozporka męskość i dzierży ją w dłoni, niczym berło, zdając się grozić: „Patrz ciziu, co to za monstrum! Szykuj się na prawdziwą katorgę!”
Istotnie. Jest wielka. Wręcz monstrualna. Równocześnie ogarniają mnie dwa uczucia. Jedno, to przerażenie rozmiarami pytona… Z drugiej strony… ten kaliber intryguje i… podnieca.
Kierownik, dumny ze swych gabarytów, dzierży go w dłoni, właśnie jak miecz, zdaje się, że jest żądny pochwał:
- Widzisz paniusiu, mojego zwierza?
Znajduję coś ekscytującego w możliwości połechtania jego próżności.
- O mój Boże!  Jaki wielki! Proszę... nie...
Wiem, że taka moja reakcja jedynie dodaje mu wigoru. Antoni uśmiecha się słysząc te słowa, chyba czuje się jakby miał znowu dwadzieścia lat, patrzy z pożądaniem, aż ślina kapie mu z ust, Widzę, że łaknie teraz jedynie jednego, wpakować tę bestię w ciasną dziurkę. Wbić się w nią aż do końca. A ja, nie mam najmniejszych nawet szans mu w tym przeszkodzić. Ba! Błysk w jego oku dowodzi, że z furią pokona każdą przeszkodę. Cóż… rozumiem, że mogę opierać się jedynie „pro forma”…
- Ach… panie Antoni… nie… proszę…
Chyba już oboje sobie zdajemy sprawę, że moje nieśmiałe protesty podniecają nas oboje.
Urzędnik walczy z moim oporem, atakuje, jednak ja nie poddaję się, zaciskam uda. Czysto symbolicznym gestem próbuję osłaniać się spódnicą.
Widać już pot na skroni kierownika, ogarnia go zniecierpliwienie. Nerwowo szarpie moją kieckę do góry.
- No paniusiu! Nie taka była umowa! Przecież obiecałaś! Obiecałaś, że mi dasz!
Próbuje siłą rozewrzeć moje uda, a ja zaciskam je, jak dziewica.
- Nie drocz się ze mną. Rozkładaj nogi!
- Panie kierowniku… nie… nie teraz.
Wydaje mi się, że Antoni, mimo że zniecierpliwiony, w gruncie rzeczy rad jest temu, że się opieram… że może poczuć się, jak zdobywca. A zwłaszcza, czuć swą  przewagę.
- Martusiu… przestań się opierać… widzisz, że nic to ci nie da…
Pod naporem jego siły, okazuje się, że jestem zbyt słabą kobietką, by go powstrzymać. Udaje mu się poluzować moje uda, natychmiast miedzy nimi ląduje jego kolano – nie odpuści zdobytego terenu!
Myślę – "zaraz dopnie swego… opór rzeczywiście nie ma sensu".
Jeszcze tylko ostatnie protesty.
- Panie Antoni… może jednak nie tutaj…
Ale pod wpływem jego natarczywości i beznadziei sytuacji, ulegam i rozchylam uda.
Urzędas natychmiast ląduje między nimi. Jest wniebowzięty, szczerzy zęby jakby wygrał milion w totolotka.
- Nareszcie mam cię! Szykuj się na przyjęcie mojego zwierza!
Początkowo patrzę mu prosto w oczy, ale gdy przyłożył łeb swego węża do mojej szparki, odchylam głowę, żeby nie widzieć jego miny.
Czuje, jak główka napiera. Lecz nie może wejść.
Stary trochę zdenerwowany, postanawia pomóc sobie palcem.
- Jak się popieści, to się pomieści! – sapie, wpychając we mnie środkowy palec.
- Achhh! – jęknęłam, gdyż zrobił to dość niedelikatnie.
Palec toruje Antoniemu drogę, w ślad za nim, napiera swą męskością by wreszcie wedrzeć się do środka.
Gdy już wydaje się, że to ten moment, kiedy urzędas wejdzie we mnie i mnie posiądzie w swoim starym aucie, na tym zaśmieconym leśnym parkingu, nagle wdziera się jakiś hałas. To na dużej prędkości wjeżdża auto z muzyką ustawioną na full, zatrzymuje się  blisko nas…
Antoni, jak niepyszny, klnąc pod nosem, złazi ze mnie. Ja sama, rozdygotana zarówno tym, co się wcześniej wydarzyło, jak i niepożądanymi gośćmi, w panice myślę – „Boże! Jacyś ludzie zobaczyli mnie, z podciągniętą spódnicą i rozłożonymi nogami, pod starym grubasem! Co za wstyd! Co sobie mogą o mnie pomyśleć!? Żeby tylko nie okazali się to jacyś znajomi… przecież niezbyt daleko za miasto odjechaliśmy…”
Najchętniej nie pokazywałabym twarzy nieoczekiwanym przybyszom, jednak kierownik wstaje i w pośpiechu zapina rozporek. Postanowiam szybko czmychnąć z tylniego na przednie siedzenie. Jednak tuż po wyjściu, gdy poprawiam spódnicę, dostrzegam twarze pasażerów sąsiedniego auta.
Zmroziło mnie! To moi uczniowie z maturalnej klasy!
„Boże! Przecież widzieli mnie! Widzieli dokładnie! Co sobie pomyśleli?! No ale co mieliby sobie innego pomyśleć, widząc na tylnim siedzeniu auta kobietę z zadartą kiecką, w pończochach, w takim miejscu, z takim typkiem! Jezu! Co za wstyd! Taka wieść gruchnie po szkole jak lawina! Koniec z moją nieskazitelną reputacją… A podobno mam… miałam... opinię cnotki-niewydymki".
Antoni za kierownicą wygląda na roztrzęsionego. Przez kilka minut nie odzywamy się do siebie.
Wreszcie zagaja.
- Te chłystki z samochodu na parkingu wyglądali mi na jakieś technikum. Mogą kojarzyć panią ze szkoły?
No i co mam mu powiedzieć? Rzucam zdawkowo.
- Mogą.
- Uuuu! Czyli pewnie panią znają! Pani uczniowie?! Niemożliwe!
Czuję jakąś dziwną potrzebę ujawnienia swego powodu zawstydzenia, jakbym chciała, żeby mógł to wykorzystać.
- Zgadł pan. To są moi uczniowie… Widzi pan, na co zostałam narażona?
Urzędas uśmiecha się na poły chytrze, na poły lubieżnie. Zaczęło go to podniecać?
- Uuuu! To teraz powstaną legendy na temat pani historyczki i jej prowadzenia się – zarechotał – chłopaczki zrobią pani reklamę! Ha ha ha!
- No wie pan… - rzucam oschle, jednocześnie odpychając rękę, która ląduje na moim kolanie.
Antoni zaś niezrażony moją postawą, ciągnie wątek.
- A to chłoptasie będą mieli zagwozdkę! Się będą biedzić – jak to się stało, że ich najporządniejsza pani profesor wylądowała na miejscu dla tirówek… i to pod takim starym i niewyględnym ramolem? Może pomyślą, że ich nauczycielka puszcza się dla kasy?
Słowa urzędnika kłują mnie jak szpile. „Tirówki… puszcza się… dla kasy…” – ładnie mnie to określa. Z drugiej strony – myślę sobie – a czy to nie jest prawda? „Może się nie puszczam? Nie robię tego wszystkiego dla kasy? Do tego ten parking tirówek – czyż nie znalazłam się tam rozłożona na tylnim siedzeniu? Pierwszorzędna postawa nieposzlakowanej pani pedagog. Godny podziwu wzór do naśladowania, kurwa jego mać!”
Kierownik nakręca się, znów łapie moje kolano, wyobrażenia uczniów rozprawiających o reputacji ich nauczycielki najwyraźniej go pobudza.
- Martusiu, nie broń mi się! Przecie na coś umawialiśmy się!
Po czym jego dłoń wjeżdża pod spódnicę i poczyna macać uda. Tym razem bardziej nachalnie.
Nie bronię się. Choć teraz nasila mi się wrażenie, że wszyscy kierowcy, jadący z naprzeciwka, doskonale widzą to, co robi mi Antoni.
- Ależ ty masz zgrabniusie te nózie! Martusiu! Muszę się tobą nacieszyć!
Gładzi moje uda, masuje.
- No i te pończoszki! Marzenie! Ależ mają śliczne koronki!
- Panie kierowniku… proszę się skupić na drodze. Nie czuję się zbyt bezpiecznie…
Urzędnik śmieje się na głos.
- Lubię jak kobietka nie czuje się zbyt bezpiecznie!
Po czym przenosi prawą dłoń na mój biust.
- Sprawdzam, czy pas bezpieczeństwa dobrze leży. Ha ha ha!
Teraz moje poczucie, że kierowcy z naprzeciwka widzą, co stary mi wyprawia, przeradza się w pewność. Czuję co najmniej konsternację, gdy spora łapa suwa się po moich piersiach.
- Oj masz ty Martusiu czym oddychać! Biust wprost idealny na hiszpana!
Zawstydzają mnie te słowa. Nie wiem, jak reagować. Odpychać tę rękę?
- Ależ panie kierowniku… – staram się nadać bardziej oficjalny ton, jednocześnie odwodząc jego dłoń z moich cycków – proszę przestać… ludzie patrzą…
- Ha ha ha! A to mi pewno zazdroszczą! – I znów ścisnął cycek.
Tak mnie to wszystko peszy, ale jednocześnie dostrzegam, że wywołuje też we mnie specyficzny rodzaj podniecenia… Nie odpycham teraz jego ręki.
- Martusiu! Ależ mnie tym rozrajcowałaś! Nie wytrzymam! Musisz mi ulżyć! Zjadę tu na pobocze. Za tymi drzewami nie będzie nas widać.
- Nie! Panie Antoni! Co pan znowu zamierza!?
Widzę, że pożądania aż go skręca.
Żąda, żeby „zrobiła mu dobrze” ręką… Wzdrygam się, ale wiem, że opór nie ma sensu. Posłusznie sięgam do jego rozporka, delikatnie rozpinam go.
Zaparkowaliśmy co prawda za jakimiś brzozami, ale mam nieodparte wrażenie, że wszyscy widzą, jak wysupłuję ze spodni naprężonego olbrzyma…
- O tak! Ściśnij go! Chcę poczuć twoją delikatną rączkę na mojej kutandze!
- Panie kierowniku… ale ja nie mam w tym doświadczenia…
- Oooo…  dobrze… Nnnie maszzzz?
Okłamałam go celowo, żeby zrobić wrażenie bardzo porządnej belferki. Jednocześnie przypominam sobie, jak to samo robiłam Michałowi… gdy zaczęłam z nim chodzić, a jeszcze nie zgodziłam się pójść z nim do łóżka. Raz zrobiłam mu dobrze w restauracji, w toalecie… Pamiętam doskonale. Zatrzasnęły się wtedy drzwi. Jak je otworzono, cała restauracja biła nam brawo.
Masuję kuśkę urzędnika powoli, ruchami – góra – dół. Stary przymyka oczy, wygląda na szczęśliwca.
Oglądam jego instrument z bliska. Iście, potwór! "Czy on aby na pewno się we mnie zmieści? Moja pochwa jest ciasna... A jeśli już wtranżoli się? Jak to odczuję? Da mi niezły wycisk! A raczej... wcisk..."
Oczywiście nie ma szans, żebym objęła go w obwodzie palcami. Ale ściskam, jakbym próbowała to zrobić.
- Taaakkk... achhhh... - sapie rozanielony kierownik - ściskaj go... trzymaj dziarsko!
Więc dzierżę mocno. Suwam dłonią od nasady, do grzybka. Czuję pod palcami, jak staje się jeszcze twardszy.
- Trzep go! Trzep kapucyna, jak na to zasługuje! - pan Antoś ponagla mnie do większego zaangażowania.
Więc przyspieszam ruchy. Góra, dół! Góra, dół!
"A może, jak mu tak strzepię, to spowoduję wytrysk? A wtedy przejdzie mu ochota na amory?"
Wkładam całą siebie, zasuwam na najwyższych obrotach. Góra, dół! Góra, dół!
- Aaaa... aaaaaaa! - stęka.
"A więc dopięłam swego? Koniec amorów?!"
Spodziewam się, że zaraz na moją rękę chlupnie porcja białej substancji.
Jednak płonne okazują się me nadzieje. Urzędnik nie tylko nie kończy, lecz domaga się jeszcze więcej!
Chce, bym wzięła mu do ust! Żąda tego, wyraźnie cedząc każde słowo:
- Weź go do buzi.
Co za lubieżnik! Ale czy pozostało mi coś innego, niż uleganie jego woli. Oczywiście, że nie. Przecież moją mamę może spotkać kara, która mogłaby ją zabić!
A więc zaraz w moich tak ślicznie pomalowanych ustach znajdzie się to… fajfus starego, obmierzłego urzędasa!
Pochylam nad nim głowę, chwytając się jedną ręką kierownicy. Robię to o tyle nieumiejętnie, że klakson zaczyna trąbić. Przeraźliwie głośno trąbić! Jakby miał zwrócić wszystkim uwagę na nas, jakby miał obwieścić światu:
- Patrzcie! Patrzcie wszyscy! Jak pani nauczycielka, wzór cnót, właśnie będzie połykać wielką pytę starego pryka! Będzie go po prostu obciągać!
Ogarnia mnie potężne poczucie wstydu. Lecz nie wycofuję się. Moja głowa zmierza w wytyczonym uprzednio kierunku. Poczucie zażenowania miesza się z... podnieceniem.
Wcześniej obawiałam się, że poczuję obrzydzenie, a tu, o dziwo, czuję raczej podniecenie… wręcz pożądanie, by mieć w buzi jego twardy człon.
Antoni, jakby nie mógł się tego doczekać. Władczo chwyta mnie za głowę i mocno przyciąga do swego krocza, tak, że mokrą główką dotyka mi policzka.
- Zrób mi loda – wypowiada to tak pewnym siebie tonem, że wydaje się, iż jakikolwiek sprzeciw jest z góry bezzasadny - porządnego loda.
- Ale ja nigdy tego nie robiłam… - okłamuję go. Oczywiście, że nie raz obciągałam. Raz nawet robiłam dobrze ustami właśnie znacznie starszemu facetowi i właśnie w aucie… wielkiej, obszernej limuzynie. Ależ był wniebowzięty. Krzyknął. Zachlapał mi wtedy twarz i włosy, bardzo, bardzo obficie. Pamiętam doskonale, jak zawstydzona, z rozmazanym makijażem, wracałam późnym wieczorem do domu.
Najbardziej jednak zapamiętałam, gdy ssałam pałkę pewnemu studentowi… Maksowi. Znacznie młodszemu ode mnie. Nie chciałam mu pozwolić na więcej, więc musiał się zadowolić laską. Prawdopodobnie była to jego pierwsza laska w życiu, bo... odleciał. Ależ odleciał! Pamiętam, że działo się to w parku w Lublinie, na ławeczce ukrytej za krzakami i pamiętam, jak poplamił mi nowiuśką, czarną spódnicę...
Pan kierownik najwyraźniej nie zamierza ze mną dyskutować. Moją głowę przesuwa tak, że główka jego penisa ląduje na moich wargach.
- Bierz go, laluniu! - znów cedzi słowa.
Już jestem nastawiona na to, by go zaspokoić... by mu zrobić dobrze, tak, by właściwie rozegrał sprawę mamy...
Dlatego odruchowo całuję jego czubek, jakby tym gestem chcąc wyrazić spolegliwość, gotowość do spełnienia oczekiwań.
Westchnięcie Antoniego sygnalizuje mi, że nawet ten drobny gest działa na niego pobudzająco.
Po tym specjalnym pocałunku dotykam czub językiem. Właściwie go muskam, a nie dotykam. Niezwykle delikatnie, samym koniuszkiem języka. Wreszcie, bardzo subtelnie liżę tę głowicę berła, nasłuchując coraz głośniejszych westchnień urzędnika. Unoszę wzrok, by patrzeć mu prosto w oczy, gdy jednocześnie, kolistymi ruchami, omiatam łeb jego węża. Widzę szeroki uśmiech na twarzy mężczyzny.
„A więc już mu jest dobrze! Niech widzi, że staram się dla niego, choć zapewne już domyśla się, że go oszukałam, iż to nie pierwsza pyta, którą liżę…”
Wreszcie już nie czubkiem, a całym językiem wodzę po żołędzi Antoniego. Ślizgam się po nim coraz namiętniej, aż pan kierownik zaciska zęby.
- Ej ty moja damulko! Fachowo sobie poczynasz! W życiu nie uwierzę, że po raz pierwszy liżesz fajfusa!
Cóż mi pozostaje innego, niż udać zawstydzenie. Jednak sama nie wiem dlaczego, z równą przyjemnością, jaką wprzódy zgrywałam przed nim cnotkę, teraz zajmuję się jego kutasem jak rasowa dziwka.
Nie odpowiadając na pytanie, przeciągam językiem po całej długości masztu – od dołu – do góry.
Urzędas najwyraźniej delektuje się nie tylko tą przyjemnością, ale także taką, że ma mnie w garści, że może pytać mnie, o cokolwiek chce, a ja przecież muszę być pokorną…
- Paniusiu, przyznaj się, ilu facetom robiłaś dobrze ustami?!
Gdy chwilę milczę, ponawia pytanie.
- No?! Ciekawym! Ilu ciągnęłaś druta?!
- Ależ… - zmitygowana ponownie kłamię – tylko jednemu…
- Kto to był?! Na Boga! Ależ mu zazdroszczę! Tylko tego jednego, że jako pierwszy wsadził freda do tych piękniutkich usteczek!
Czuję, jak podnieca mnie to jego dopytywanie, to jego podniecanie się moimi ustami…
Znów nie odpowiadam. Za to ujmuję jego żołądź delikatnie wargami.
- Ochhh… - wzdycha - mów… mów, kto wjechał pierwszy w twój dzióbek?
Badam ustami jego berło, połykam je już głębiej, lecz słysząc pytanie – wypuszczam.
Chwilę jeszcze celowo milczę, aby silniej zaintrygować, wreszcie wyjawiam.
- Ach… taki tam facet…  Dłużej z nim chodziłam… Tadeusz…
- Ech! Tadzio chyba nie wie, co stracił! A teraz… bierz go mocniej!
Posłusznie biorę go do buzi, połykając znacznie głębiej. Bardzo uważam, by nie potraktować męskości zębami. Gdy zanurzam penisa do połowy, zaczynam znów drażnić jego czubek koniuszkiem języka.
Antoni szaleje z radości.
- O tak! O taaaak!
Jednocześnie zaciskam dłoń na jego trzonie i poruszam nią. Zaczynam ssać jego żołądź. Urzędnik jest w siódmym niebie.
- Ja zwariuję! – krzyczy – jesteś w tym cholernie dobra! Jak zawodowa, rasowa dziwka!
Nie wiem, jak potraktować taki komplement. Bycie porównanie do dziwki, to wszak nie zaszczyt, z drugiej strony, cholernie podnieca. Bez słów robię swoje.
Biorę go głębiej do ust, zaciskam wargi i poruszam miarowo. Moja głowa pracuje: góra – dół.
Kierownik sapie głośno.
- Ja pierdolę! Aaach! Tak cię chciałem! Od kiedy do mnie weszłaś! Ale tego to się po tobie nie spodziewałem! Umiesz dogodzić chłopu!
Ta pochwała wywołuje miłe odczucia. Ponadto chcę, by się poczuł dobrze, przecież jedynie to jest gwarancją, że odczepi się od mojej mamy… Zaniecha bezlitosnych procedur.
Dlatego moja dłoń zaczyna pieścić jądra starego…
Jest wniebowzięty.
- O żesz kurwa! Kurwaaaa!
Wtedy próbuję lizać językiem i ssać jednocześnie… Nie jest to łatwe, oj nie jest, ale… nauczyłam się tego, gdy spotykałam się z pewnym wymagającym panem prezesem... Każda randka... każde spotkanie w jego biurze zaczynało się od namiętnego loda. Pamiętam, jak czasami musiałam klęczeć pod biurkiem... A ten drań wymagał mojego olbrzymiego zaangażowania.
Dlatego teraz, chyba całkiem nie zgorzej, mi się udaje.
Najwyraźniej tak, bo Antoni wariuje.
- Aaaa! Aaaa… Nigdy nie miałem tak… opierdalanego kutasa! Nawet żadna jebana kurew mi tak nie robiła! Aaa!
Moja głowa pracuje: góra - dół. Góra - dół! Coraz szybciej.
Przeczuwam się, że zaraz się spuści. Ale co tam. Chcę, by był maksymalnie zadowolony.
Bardziej już się nie da podnosić tempa. Mimo pracy głową staram się utrzymywać z nim kontakt wzrokowy. Niech widzi moje oczy. Pewnie dostrzega w nich oddanie?
Pan kierownik sapie… nie, dyszy! Wreszcie wyczuwam jego punkt kulminacyjny. Spełnienie. Antoni krzyczy:
- Aaaaaa!
Potężna lawa wlewa mi się do ust. Domyślam się, czego może ode mnie oczekiwać. Połykam jego nasienie. Ssąc, połykam wszystko.
Na koniec, nawet wtedy nie tracąc kontaktu wzrokowego, językiem zlizuję resztki spermy z jego męskości, szczególnie dokładnie omiatając żołądź.
Antoni długo nie może ochłonąć. Najpierw sapie, potem jeszcze jakiś czas ciężko oddycha.
- Jak dobrze, że cię dorwałem w swoje łapska! Jak dobrze, że się zgodziłaś mi dawać... Jak dobrze, że potrafisz obciągać tak mistrzowsko, jak zawodowa kurwa!
A ja biedna milczę. Bo co mogłabym powiedzieć? Ale nadal patrzę się mu prosto w oczy.
Czy zdradzają one mu to, co czuję i myślę? O nie! Tak nie może być! Miałby wiedzieć, że ta przedziwna i upokarzająca sytuacja podnieca mnie?!
Że podnieca, jak cholera...
Wreszcie zajeżdżamy do tego cholernego motelu. Typowy przybytek dla kierowców tirów, nieopodal stoją wielkie ciężarówki. Gdy tam wchodzimy, odczuwam nieodparte wrażenie, że czuję na sobie wzrok wszystkich mężczyzn. Zwłaszcza, że Antoni daje im powód do tego – lokuje rękę na moim tyłku. Zawstydzona, odtrącam ją, ale gdy podchodzimy do recepcji – stary, siwiutki portier łypie na mnie okiem i porozumiewawczo mruga do urzędnika, jakby zdając się mówić – “Niezłą cizię sobie pan przywiózł! Czyżby zapowiadała się gorąca noc?!”  
Uśmiechając się – staruszek przelizuje wargi… tym razem jakby pokazując mi, gdzie najchętniej pooperowałby tym jęzorem. Jestem skonsternowana, zawstydzona. W dodatku kierownik znowu kładzie dłoń na moich pośladkach. Nie mam wątpliwości, że widzą to kierowcy tirów biesiadujący z piwem przy stolikach.
Żeby nie robić kolejnej sceny z odpychaniem ręki, sama odsuwam się nieco.
Antoni, z triumfującą miną, głową pokazuje na mnie staremu, jakby się chwalił – widzisz, jaką sztukę upolowałem?! I rzeczywiście nachyla się do jego ucha i szepcze: – Zdrowa dupa! Co nie?
Obserwuję, jak portier, szczerząc zęby, wznosi kciuk do góry i podaje klucz do pokoju. Myślę sobie, że to klucz, który symbolicznie pieczętuje mój los…
- Sam bym ją chętnie przedupcył! – odpowiada szeptem, a głośno – Ten sam numer co zawsze! – Na wpół kpiąco, a na pewno sprośnie uśmiecha się staruszek.
O Boże! – Myślę. – A więc niejedną nieszczęsną kobietkę ten drań już tu zwabił, niejedna musiała właśnie w tym motelu dać mu tyłka. Tak samo, jak teraz ja… Do tego, przecież dokładnie na tym samym łóżku, na którym już niejedną wyobracał.
O tym samym pomyślał najwidoczniej portier, bo rzucił:
- Miłego wieczora! I… długiej nocy! Życzę panu. I… pani!
No tak – myślę – na pewno będzie miła… Dobrze, że choć ty staruszku, mnie, jak to raczysz nazywać, nie “przedupcysz”.
Wyobrażałam już sobie, jak będę szła na górę po schodach, prowadzona przez urzędnika, klepiącego mnie w zadek, na oczach tych kierowców, jak prostytutka wybrana przez klienta w domu uciechy. Kto wie, czy nie odprowadzą mnie jakieś gwizdy podchmielonych kierowców?
A jednak nie idziemy na górę. Antoni decyduje się zaprosić mnie na obiad. Proponuje kaczkę, gdyż jak twierdzi – serwują tu całkiem niezłą, w buraczkach. Domawia butelkę wódki… Wyborowej. A więc już staje się jasne, że nie przywiózł mnie tylko na godzinę – czy dwie, byle tylko mnie “wydupczyć”, ale, że chce korzystać ze swego łupu całą noc…
Ledwie na stole ląduje wódka, przysiada się wielki i gruby tirowiec.
- Benek jestem. – Przedstawia się.
Widać, że zapewne od dawna pozostaje w zażyłych stosunkach z Antonim, bo klepie go po plecach.
- Marta. – Podaję rękę, którą ten cmoka, a gdy chcę ją zabrać, przytrzymuje i cmoka jeszcze dwa razy.
- A pani, kim jest dla Antoniego? – Świdruje mnie oczkami.
No i co ja mam odpowiedzieć? No przecież nie, że narzeczoną! A jak powiem, że prawie się nie znamy – to na kogo wyjdę, skoro przyjeżdżam z tym kimś do motelu?! Nie muszę sobie odpowiadać, że wyszłabym na cichodajkę…
Wiję się przy odpowiedzi. Jakich tu słów użyć – “sympatia”? Głupie! “Dziewczyna”? Bez sensu. W takiej sytuacji – myślę wkurzona na samą siebie – adekwatne jest chyba tylko słowo – “fuck girlfriend”!
Wtedy następuje chwila przebłysku. Przecież takie to proste.
- Znajoma. – Uśmiecham się.
- Zarezerwowaliście państwo już nocleg, widziałem… – zagaja.
A to drań, zacznie drążyć temat. Możliwe, że zaobserwował również, że wzięliśmy jeden klucz, a nie dwa.
- No tu mają wygodne pokoiki – ciągnie tirowiec – tylko wyrka cholernie skrzypią! Ha ha! – Gapi się prosto na mnie. Gnojek! Jakby już słyszał przez ścianę, jak pode mną skrzypi łóżko!
- No i ścianki działowe są cieniutkie! – jakby czytał w moich myślach – jak jakaś pani jest głośniejsza, to też ją dobrze słychać. Oj, dobrze! Ha ha!
Pewnie łachmyto właśnie zastanawiasz się, czy ja jestem głośna? Pewnie już wyobrażasz sobie, jak słyszysz wydawane przeze mnie jęki!
Boże! Przecież to jest moja przypadłość. Przecież zazwyczaj jestem zbyt głośna. Dobrze pamiętam ten mały hotelik w Krakowie… Gdy na śniadaniu okazało się, że jestem jedyną kobietą – wszyscy tak dziwnie się na mnie patrzyli. Wtedy ani omlet, ani parówka nie mogła mi przejść przez gardło… W myślach wyłącznie odtwarzałam – co wtedy wykrzykiwałam w nocy?! Zaś ten dupek, który ze mną siedział, wprost puchł z dumy, jakby się pysznił: “No i co, słyszeliście, jak jej ostro dawałem do pieca?!”
Natomiast teraz to tirowiec nie dawał mi spokojnie zjeść kaczki. Zachęcał:
- A wieczorem, leci tu śliczna muzunia. Wpadniesz, pani Marto? Taką lalę, jak ty, chętnie zaprosiłbym w tany! Oczywiście za zgodą naszego kierownika.
A to jaki – “za zgodą kierownika”… A mnie to o zgodę nikt nie pyta, czy chcę zostać “wzięta w tany”… Zwłaszcza, że taki wstawiony drab, w tańcu pewnie nie trzymałby grzecznie łap przy sobie…
- A pewnie, że się zgodzę! – Wyrwał się Antoni. – Ja tam się lubię dzielić słodyczami… Ha ha ha! A co to, ubędzie mi? To mydło? Się nie wymydli!
No tak. Znam to powiedzenie – cipka nie mydło, się nie wymydli… Dranisko. Czy on naprawdę chce się mną podzielić?
Benio ucieszył się i wreszcie nas zostawił, wypił tylko kielicha z kierownikiem.
Skończyliśmy obiad, Antoni w szybkim tempie wypił całą butelkę.
- No paniusiu. Czas na nas!
Zadrżałam. A więc to teraz przyszedł na to czas. Urzędnik nieco wstawił się, będzie pewnie bardziej nachalny. Cóż tam, niech się zatem stanie, co ma się stać. Niech mnie przeleci… będę miała to wreszcie z głowy.
Gdy wstaję od stolika, świat wiruje jak zwariowany. Antoni puszcza mnie przodem i ruszam w kierunku schodów.
Gdy mijamy stolik z kierowcami tirów, podchmielony Benio krzyczy do współbiesiadników:
- A to właśnie jest ta pani Marta!
- Uuuuu! – Trzej koledzy tirowca urządzają mi głośną owację.
- Panna Marta, grzechu warta! – zakrzyknął chudy dryblas.
- Chętnie się z paniusią zapoznamy! – piszczy rudy mikrus w okularach.
- Nawet bliżej zapoznamy! – rechocze gruby jak baryłeczka gość z beretem z antenką.
Nie wiem, jak się zachować. A więc już im o mnie nagadał. Ciekawe co takiego? Ani chybi coś nałgał…
Silę się na sztuczny uśmiech. W tym samym momencie lekkim klapsem, na oczach tych mężczyzn, ponagla mnie Antoni.
- Paniusia teraz nie ma czasu! – Sprośnie mruży oko do kolegów Benio. – Ma inne zajęcie! Ale obiecała, że przyjdzie wieczorem z nami potańcować!
A to cham – myślę – przecież nic nie obiecywałam!
- A to już my z nią potańcujem! Oj, potańcujem! Aż ją nóżki rozbolą! – Rozochoca się rudy konus.
- Spokojnie Maniu, teraz to ją co innego zaboli! – ryczy Grubasek.
Cóż za prostaki! – pomyślałam, wchodząc na schody – “co innego mnie zaboli!”.
W tym samym czasie, wesolutki Antoni uszczypnął mnie w tyłek. Oczywiście tak, żeby kierowcy to doskonale zobaczyli.
- Auuć! – krzyknęłam, czemu towarzyszył rechot tirowców, oraz piskliwy głosik mikrusa:
- Kto wypina, tego wina!
Ech ty! Kurduplu! – pomyślałam – już ty chciałbyś, żebym się tobie wypięła!
Kiedy przekraczam próg pokoju, nogi pode mną się ugięły. Teraz jestem w pełni, w jego władaniu.
Rozglądam się po pomieszczeniu, skromne, lecz przytulne. Fototapeta z zaułkiem włoskiej uliczki, wraz z niezwykle nastrojowym światłem, tworzy ciepłe, wręcz romantyczne wrażenie.
Patrzę na uradowanego kierownika – jak zacznie? Czego ode mnie oczekuje? Czy mam się rozbierać?
Kurczowo zaciskam dłonie na torebce, jakby ona mogła być dla mnie jakąkolwiek ochroną.
Patrzy na mnie, jak drapieżnik na ofiarę, którą zamierza pożreć.
- Boże, jak ja czekałem na właśnie tę chwilę. Że będę cię miał skazaną na mnie. Trochę przerażoną, ale… już gotową mi się oddać. Jak ja uwielbiam te sytuacje. Mógłbym się nimi napawać bez końca.
Nie odpowiadam. Nie wiedziałabym, co powiedzieć.
Przełyka ślinę.
- Obróć się. Obróć się, powoli, wkoło. Niech się na ciebie napatrzę…
Poczułam się, jak branka na targu niewolnic. Na szczęście, jeszcze nie byłam naga, bo zapewne tak musiały występować niewolnice, przed swymi potencjalnymi panami… Choć słowo “jeszcze”, wydaje mi się jak najbardziej trafne…
Nie ulegam od razu jego rozkazowi. Mija chwila, ale on mnie nie ponagla. Wreszcie sama, powoli, okręcam się wokół własnej osi.
- Ależ ty jesteś ponętna! Elegancka! Zgrabna!
Poczułam lekkie zażenowanie tymi komplementami. Ale też zaczęłam odczuwać ekscytację… – Co będzie dalej?
Podszedł bliżej.
- A teraz chcę, żebyś zrobiła dla mnie striptiz,
Zadrżałam. A więc chce, bym teraz rozbierała się przed nim. Chce się mną delektować…
- Tylko niech się pani rozbiera powoli.
Oczywiście, że jesli już – to tylko powoli – myślę. Stoję przed nim, nie wiedząc, jak zacząć. Jestem potwornie stremowana. Obcy chłop będzie oglądał, jak się przed nim obnażam. Boże! Co za wstyd!
- Najbardziej lubię ten moment, kiedy kobieta rozpina pierwszy guzik. To tak, jakby naruszenie jej głównej linii obrony. Pierwszy wyłom! – Szczerzy zęby.
No cóż, trzeba zacząć. Ten moment musiał kiedyś nastąpić. Ależ drżą mi ręce!
Piekielnie drżą. Czy ja w ogóle dam radę rozpiąć ten cholerny – pierwszy guzik?!
A ten pryk, jakby się delektował moją konsternacją! Smakuje ten moment.
- Ma pani piękne, długie i ślicznie pomalowane pazurki! – Komentuje moje zmagania z bluzką. – Oczywiście nie będę pomagał się pani rozbierać. Uwielbiam, gdy kobietka sama przede mną zrzuca ciuszki… Od początku, do końca.
Wreszcie rozpinam pierwszy guzik. Pewnie widzi już rowek między moimi piersiami, ale jeszcze nie widzi stanika.
- No brawo! – Zaklasnął dłońmi. – A więc wyłom został dokonany! Danie zostało napoczęte!
Na pewno wiedział doskonale, jak peszą mnie te słowa.
- Ciekawe, czy zdarza się pani “zapomnieć” czasem na lekcji zapiąć ostatniego guziczka? Oj, uczniowie wtedy pewnie popuszczają swe wodze fantazji!
Nie przestaje mnie konfudować. A jednak, właśnie w takiej chwili odczuwam specyficzny rodzaj podniecenia… ekscytacji tym, że jestem taka… osaczona. Że właśnie wkroczyłam na równię pochyłą, która… skończy się tym, że będę stała przed nim zupełnie naga!
- Czas na drugi guzik!
Teraz ręce drżą mi jakby mniej, chociaż odsłaniam przecież więcej.
- Cóż za słodki rowek między tymi kulami! Rowek? Prawdziwy rów mariański! A jaki śliczny kolorek biustonosza! Ależ żem ciekaw jego koronki!
Trzeci guzik rozpięty.
- Nie zawiodłem się! Cudna! Wyrafinowana koronka! Jakie to motywy? Jakieś róże… Ależ ślicznie prezentują się na pani piersiach… zdobią je. Pani boskie kopuły są wręcz stworzone do prezentacji takiego materiału, prawdziwa sztuka!
Zaczęłam odczuwać specyficzny rodzaj dumy. Rzeczywiście miałam na sobie stanik najdroższej chyba firmy – Victoria’s Secret. Koronka w punkt – nieco prześwitująca, lecz nie pokazująca też zbyt wiele. Wyjątkowo wyszukane wzory.
- Pani Marto… ale nie możemy spocząć na laurach…
Rozpinam czwarty guzik.
Teraz zapewne wyraźnie widzi kształt mojego biustu, koronka stanika opina go bardzo dokładnie.
- Cóż za widok! – W jego głosie słychać odczuwalny podziw. – Co za kształty! Wzorcowa forma biustu. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę go bez zakrycia… Ale właśnie dlatego, wspaniałe jest to stopniowanie doznań!
Potem kolejne guziki. Wreszcie moja bluzka i spódnica leżą obok siebie na podłodze.
Do tej chwili było stosunkowo łatwo. Teraz będę musiała rozpiąć przed nim stanik. Pozwolić, by obcy mężczyzna oglądał moje nagie cycki! Jestem potwornie stremowana.
- A teraz, proszę oprzeć się na tym stoliku i pochylić.
A więc chce, żebym się przed nim wypięła… chce przyjrzeć się mojej pupie… No tak, w tej spódnicy, rzeczywiście zobaczy dokładnie kształt mojego tyłka… No może jest nieco za duży… ale chyba jednak zgrabny…
Spełniam polecenie, choć nieco mi ono uwiera, robię to przecież tak na zawołanie… A też ta poza, jest archetypem wręcz uległości… Uległości kobiety wobec mężczyzny… wobec samca!
- A teraz proszę pokołysać biodrami.
Cóż… skoro już wypięłam się, mogę i pokołysać. Poruszam tyłkiem, jak podczas tańca.
- Oooo tak! Doskonale! Ależ pani to potrafi! Proszę potrząść swoją zgrabną pupcią!
Peszę się. Ale co robić. Wywijam zadkiem. Zdaję sobie sprawę, że to dla niego jest bardzo podniecające… Może nawet ma ochotę mnie uszczypnąć, albo dać mi klapsa?
- Pomajtaj jeszcze tym kuperkiem! Mocniej! Jakbyś szła przed samcem, któremu chcesz zakomuniować, że chcesz mu dać!
Zatrważają mnie takie polecenia, zwłaszcza… słowa. Ale, co zrobić? No więc bujam moim siedzeniem… rzeczywiście wyobrażam sobie, że mam tym sprowokować jakiegoś pana…
No i nie powiem… podnieca mnie to…
- Wymierz sobie sama klapsa!
To polecenie spada jak piorun. A to hultaj! A jednak ekscytuje mnie sytuacja, w której mam odegrać rolę “klepanej panny”.
Wypinam mocniej prawy pośladek i klepię go delikatnie prawą dłonią.
- Silniej! Zadek musi poczuć, że jest smagany!
Wymierzam silniejsze uderzenie, jednocześnie sycząc:
- Auuuććć!
Antoni bije mi brawo.
- Dobrze! Jeszcze ostatni klaps i dam ci spokój.
Tym razem oklepuję lewy posladek.
- Auuuaaa…
Tak jak obiecał, daje mi spokój. Mam wygodnie usiąść na kanapie. Ale… mam “ładnie pogładzić swoje łydki”.
Sadowię wygodnie tyłek. Na kanapie kładę też nogi, po czym, najpierw wygładzam spódnicę, a potem powoli gładzę łydki.
Widzę jak urzędnik zaciska usta.
- Nnnoo pani nauczycielko! Potrafisz robić to ponętnie! Pogładź teraz swoje zgrabne kolanka!
Schlebia mi jego komplement. Powoli gładzę kolano jedną ręką, drugą bawię się włosami za uchem. Doskonale zdaję sobie sprawę, jak to działa na facetów.
Antoni cmoka.
- A teraz załóż nogę na nogę i jedną unieś wyżej… Nie podciągaj spódnicy, niech się sama delikatnie zsunie…
Spełniam kolejne żądanie urzędnika. Zadzieram delikatnie nogę. Materiał kiecki zsuwa się, odsłaniając udo, jednak nie na tyle, żeby pokazać koronkę manszety.
- Gładź tę nogę… o taak… doskonale.
Bardzo powoli ją muskam.
- Wypręż ją. Jeszcze wyżej.
Zadzieram nogę, a spódnica zsuwa się tak, że już widać koronkę pończoch.
Czuję się tak kobieco, tak ponętnie…
- A teraz, pani profesorko, nie przestając gładzić ud, powiedz, że jest ci bardzo miło się ze mną spotkać!
Niby niewinne polecenie, mi jednak wydaje się perwersyjne. Ale ekscytuje mnie.
Jedną ręką miziam się po udzie, jeszcze bardziej odslaniając koronkę, a drugą bawię się włosami. No i, lekko rozchylając usta w uśmiechu, kokieteryjnym szeptem wyznaję:
- Panie kierowniku, spotkanie z panem jest bardzo miłe…
- O tak! Uśmiechaj się do mnie. Uśmiechaj się tak, jakbyś była na pierwszej randce i chciała dać do zrozumienia podrywaczowi, że już na tej pierwszej randce jesteś gotowa pójść z nim do łóżka!
No i znowu poczułam się skrępowana. Znowu czuję się z jednej strony upokarzana, z drugiej – podekscytowana. Trudno.
Uśmiecham się i łopoczę rzęsami.
- Dokładnie tak! Pięknie się uśmiechasz pani historyczko! Gach od razu by pomyślał, że nie będziesz się wzbraniać, gdy będzie próbował cię przelecieć!
A więc to mi przyszło! Grać łatwą… która ma sugerować, że być może jest gotowa… dać dupy! I to dać na pierwszej randce!
- A teraz, pogładź paluszkiem po swoich pełnych dużych ustach. Są tak cudnie pomalowane krwistą szminką. Niech to wodzenie paluszka, z pięknym, też cudnie pomalowanym pazurkiem, wygląda jak zaproszenie…
Drży mi dłoń, gdy ją unoszę do warg, po których zaczynam kreślić małe kółeczko. Wnioskuję, że urzędas jest cholernie perwersyjny, w dodatku w jakiś szczególnie wysublimowany sposób. Niby moje zachowanie nie jest wyuzdane… ale co najmniej kuszące – na pewno… Niby to nie jest dziwkarskie… ale trochę się czuję jak jakaś lafirynda…
Ciekawe ile kobiet przede mną musiało odgrywać taką scenę?
- A teraz nie przestając się gładzić, mów, że tę szminkę wybrałaś specjalnie dla mnie.
Ależ on podkręca tę gierkę. Ciekawe co chce tym uzyskać… ale cóż… trudno.
- Panie kierowniku… – Tu przejechałam palcem tak po górnej, jak i po dolnej wardze. – Tę szminkę wybrałam specjalnie dla pana…
- I niech pani doda – żeby się w niej z panem całować…
Ach ty! – Myślę w duchu, co jeszcze mi każesz powiedzieć?
- Żeby się z panem całować… – A w duchu dodaję – i żeby w tak pomalowanych ustach, mógł wylądować twój kutas!
- Doskonale! Doskonale pani Marto! A teraz gładź się po udach, po tych koronkach pończoch! I powiedz, dlaczego lubisz nosić pończochy?!
Boże! Dlaczego te jego podchody tak mnie ekscytują? Może dlatego, że dzięki temu akcja jest stopniowana, a to zawsze mnie rozpalało.
Podwijam spódnicę tak, żeby było widać całe koronkowe manszety. Układam na nich dłonie i znów gładzę uda. Powoli, niezwykle powoli.
Bardzo cichutko, jakbym zdradzała moją największą tajemnicę, szepczę:
- Panie Antoni… – Celowo używam jego imienia, aby dodać tonu poufałości. – Muszę panu wyznać… – Kurcze, myślę, ależ się rozkręcam, dodaję od siebie więcej niż on zażądał. – Otóż panie Antoni… wyznam panu moją intymną tajemnicę, że… że uwielbiam nosić pończochy… A dlaczego? Dlaczego lubię mieć świadomość, że pod spódnicą mam właśnie pończochy… Cóż… zapewne dlatego, że czuję się wówczas bardziej kobieco…
Urzędniczyna aż kipi z radości. Uśmiecha się od ucha do ucha i potakuje głową.
- A dlaczego nasza pani nauczycielka lubi mieć poczucie, że pod kiecką ma pończochy? Dlaczego czuje się wtedy bardziej kobieco? – Tu zawiesił głos, jakby chcąc dać mi możliwość odpowiedzenia. Ale jednak nie czekał na to. – A może dlatego, że nasza profesorka chce się czuć bardziej dostępną dla mężczyzn?
Tu mnie zmroziło. Co on sobie wyobraża? Że chcę być bardziej łatwa? Że jestem przygotowana na to, żeby w każdej chwili, w jakimś gabinecie, albo nawet w kiblu – można mi było zadrzeć spódnicę… i mieć do mnie dostęp? Co on sugeruje?!
- Powiedz pani Marto, że dlatego lubisz mieć na sobie pończochy, żeby mieć bardziej dostępną cipkę.
Boże, ależ on ze mną igra… I do tego to mnie tak rajcuje! A więc, dobrze… tak mu powiem.
- Tak… lubię mieć pod spódnicą pończochy, żeby czuć się bardziej dostępną…
- O tak! Dokładnie! A teraz zademonstruj to. Chwyć się za spódnicę i pomajtaj nią. A jednocześnie powierzgaj nogami!
Dziwnie się czuję, spełniajac to polecenie. Ale mimo to, macham materiałem spódnicy, jednocześnie wywijając nogami.
Jego twarz zdradza spore podniecenie. Sapie.
- Doskonały widok! Kusząco łopoczesz kiecką! Bosko fajtasz tymi zgrabnymi nóziami!
Przestałam.
- A teraz wstań i podejdź tutaj.
Wietrzę jakiś podstęp. I, jak się okazuje, słusznie.
Na podłodze ustawił wentylator. Mam świadomość, że włączy, i to pewnie na najwyższe obroty, gdy tylko podejdę. Ale co mam robić? Podchodzę… Coraz bliżej.
- Stań przy tym wentylatorze… nawet nie wiesz, jak ja to lubię!
Rzeczywiście, włącza natychmiast, a moja spódnica frunie do góry, mimo, że chwytam ją dłońmi.
- O tak! Bądź zawstydzona! Bądź zawstydzona, jak cnotliwa sikorka, niespodzianie podejrzana.
Moja mina jest godna najlepszej aktorki. Zawstydzenie skromnej nauczycielki bije na głowę te panny pin-up z rysunków z lat czterdziestych.
- Bądź skonfudowaną, niczym dzieweczka, której pierwszy raz jakiś chłopak zobaczył cipkę!
- Ojej! Ojej! – Wykrzykuję. Jednocześnie układając usta w dzióbek.
Łapię się za głowę, ale szybko zdaję sobie sprawę, że to pogarsza moją sytuację i z powrotem chwytam się za kieckę.
- Wspaniale! – Urzędas klaszcze w dłonie. – Wręcz idealnie! A teraz niech pani profesor okręca się przy wentylatorze, raz stojąc z prawej, raz z lewej i oczywiście nadal trzyma się za spódnicę, ale na tyle niezręcznie, żebym mógł zobaczyć pończochy!
No i co mam począć? Obracam się to z jednej, to z drugiej strony wiatraka. No nie udaje mi się utrzymać materiału w ładzie, powiewy co rusz zawiewają go wyżej. Antoni musi być ukontentowany, bo na pewno udaje mu się zobaczyć pończochy w pełnej krasie.
- Ach! Panie kierowniku… Niech pan nie patrzy w moją stronę… Widzi pan jaka to konfuzja dla skromnej dziewczyny… Ach, ten okropny wiatr! Ach, my biedne kobietki, co my przez niego wycierpimy!
Wczułam się, aż za bardzo, ale też utrafilam w gust urzędniczyny. Rajcuje go ta gierka. Aż się oblizuje.
- Pani Martusiu… piękniutka ta pani spódniczyna! Stworzona do łopotania na wietrze… Zapewne ubrała ją pani specjalnie dla mnie?
Ależ przechera z niego. Przecież domyśla się, że rzeczywiście, gdy zakładałam tę kieckę, wiedziałam już, że się z nim spotkam i w jakim celu…
- Panie Antoni… rozgryzł mnie pan… specjalnie dla pana… widzi pan co ja teraz znoszę?
Urzędnik zaśmiewa się.
- Zatem jestem zachwycony! – A ciszej dodaje: – Zakrywaj się tak, jakbyś chciała zasłonić spódnicą pipkę… Dokładnie tak jak Marylin Monroe w tej słynnej scenie.
Natychmiast spełniam polecenie. Zdaję sobie sprawę, jak kuszący przedstawia to widok. Cała drżę. Czuję się zupełnie jak Marylin Monroe, nawet mam wrażenie, że mam na sobie właśnie tę samą białą sukienkę. Marylin też osłaniała krocze… a sukienka fruwała wysoko…
- Udało się! Jak w filmie! Niezła z ciebie aktoreczka, bo nawet minę zrobiłaś taką jak Monroe, gdy sukienką zasłaniała piczkę… A teraz, niech coś uniemożliwia ci trzymać się za kieckę. Puść ją! Chcę zobaczyć jak wiatr z dmuchawy odsłoni twoje majtki!
Puszczam materiał i jednocześnie zakrzykuję:
- O Boże!
Bo Antoni popycha wiatrak niemal między moje nogi. Zdradziecka spódnica ochoczo zdradza to, co się miedzy nimi kryje.
Pan kierownik doskonale widzi skąpe, koronkowe majtki. Wiem, że są prześwitujące… wiem, że może przez nie być widać zarys mojej szparki…
- Kapitalny widok, pani profesor! Nadspodziewanie! Właśnie tak powinna fruwać kiecka! I właśnie takie majtki powinna mieć na sobie… damula! Powiedz, że założyłaś takie cienkie specjalnie dla mnie!
Mam to mówić w tej krępującej pozycji… wszak nie wyłącza wiatraka. Stojąc z zadartą spódnicą i prezentując swe niewymowne… mam złożyć intymne wyznanie…
Spuszczam wzrok i cicho, niemal szepczę:
- Tak… tak panie Antoni… te cieniusie majtunie założyłam specjalnie… na spotkanie z panem…
Widzę, że urzędnik zagryza wargi. Kieruje do mnie kolejne polecenie:
- A teraz, pani nauczycielko, obróć się tyłem i wypnij pupę w stronę wiatraka.
Ależ on chce sobie mnie dokładnie obejrzeć. Powolutku obracam się i czuję jak tylnia część spódnicy frunie mi aż na plecy.
Antoni znów klaszcze w ręce.
- Cóż za boski widok! Te majteczki faktycznie są skąpe! Genialnie odsłaniają pośladki!
No tak, musi mieć niezły widok na mój zadek.
Okazuje się, że do tego stopnia niezły, że aż podszyczpuje mnie w nieosłoniętą majtkami część pupy.
- Auuuć!
- O tak… lubię jak tak reagujesz. A teraz belfereczko rozmasuj zgrabnie bolący tyłeczek.
Ależ on się nade mną pastwi… Ale cóż… Trudno. Powoli, ponętnymi ruchami dłoni rozmasowuję pośladek, widząc, że przygląda się temu z bliska.
Oczywiście cały czas nie wyłącza dmuchawy…
- A teraz, stań nad wiatrakiem. Dokładnie nad nim.
Co za perwers – myślę – musi się tym napawać do cna.
Czuję teraz jak mocno wiatr mnie podwiewa, sięgając ud. Włączony na maksa wentylator furgocze. Moja spódnica łopocze jak flaga na wietrze.
- Tak tak… dobrze… a teraz przyda się to, że masz cieniutkie majtki… kucnij!
Odwracam się i patrzę na niego pytająco.
- Kucnij tak, żebyś poczuła wiaterek na psitce.
Drżąc, kucam. Rzeczywiście… mocno czuję wiatr między nogami… na cipce.
- Achhh… – Nie mogę się powstrzymać, żeby nie westchnąć.
- Wspaniale! Lubię, jak tak wzdychasz. A teraz, kołysz się raz  w jedną, raz w drugą stronę. Niech podmuch owiewa ci jak najmocniej cipę!
Przesuwam ciężar ciała raz na jedną nogę, raz na drugą. Wiatr jest bezlitosny, bawi się moją pisią.
Wzdycham głośniej.
- Aaaaaaa achhhh…
Wreszcie Antoni wyłącza wentylator. Mam wrażenie, że jest na mnie jeszcze bardziej napalony. Może chce przyspieszyć akcję?
- Czas na pozbycie się spódnicy. Już i tak pokazała wszystko, co miała pokazać.
Ale… zdejmuj ją powoli. Nawet powoli rozsuwaj zamek.
Zatem suwak kiecki rozsuwam nieśpiesznie, jakbym droczyła się z jakimś chłopakiem – rozepnę spódnicę, czy też nie rozepnę?
Wreszcie rozsunęłam zamek.
- O… ten moment lubię szczególnie. Moment wyłuskania ze spódnicy tyłeczka! Poproszę pani nauczycielko. Ale… powoli… bardzo powoli…
Tak też uczyniłam. Flegmatycznie, bez pośpiechu, wreszcie moja pupa wyłoniła się przed jego oczami. Zaś kiecka, po nogach zsunęła się na podlogę.

Stoję przed nim jedynie w majtkach, staniku, pończochach i szpilkach. Ależ się wstydzę!
Do tej chwili było stosunkowo łatwo. Teraz będę musiała rozpiąć przed nim stanik. Pozwolić, by obcy mężczyzna oglądał moje nagie cycki! Jestem potwornie stremowana.
Próbuję nieco grać na czas.
- Panie kierowniku… bardzo się peszę… czy da mi pan chwilkę? Czy mogę na razie nie zdejmować biustonosza?
- Ależ oczywiście. Przeciesz wie pani, że nie lubię pośpiechu. Ale, poproszę piersi do przodu. Proszę je wypiąć.
Wypinam je dumnie.
- A teraz niech pani je chwyci w dłonie…
Znów krępują mnie jego polecenia, ale… robię to. Czuję się, jakbym podawała mu biust na tacy…
- A teraz, niech pani potrzęsie trochę cyckami.
No ładne – myślę. Robi sobie za mnie zabawkę. Lalkę! Ale cóż… mam przerwać? No nie…
Podrzucam je nieco. Jak bile…
A niech widzi, jakie mam duże. Przy tej czynności, chyba widać też to, że są jędrne… Nawet kręci mnie takie poczynanie… jakbym zachęcała go do seksu hiszpańskiego…
- A teraz, unieś ręce do góry.
Ech – myślę -zachowuje się, jak jakiś treser!
Unoszę.
- No pięknie wyglądasz pani nauczycielko… Cyce też ci się kusząco uniosły! Czas na pokazanie tych skarbów. Wysuń z jednej miseczki, ale bardzo powoli… a potem, z drugiej.
A więc to ten moment, gdy zobaczy moje nagie cycki… Trudno…
Ale nawet poczułam się do tego jakoś tak przygotowana psychicznie.
Delikatnie, oczywiscie z całym ceremoniałem, jakby droczenia się, wysunęłam z miseczki jedną półkulę.
- Potrząsaj nią!
- Teraz drugą!
- Potrząsaj obiema!
- Pogładź brodawki!
- A teraz podrażnij sutki!
- Porządnie!
Czuję jakie twarde są sutki… Boże… ależ ja jestem podniecona.
- Twarde są te twoje suty?!
- Taak… – odpowiadam cicho.
- Dobrze. Nie zdejmuj stanika. Wystarczy że twoje balony są wysuniete z miseczek. Teraz czas na majtki.
Chwytam się za skąpy materiał.
- Najpierw złap się za pupcię i trzymając ją, wypnij tyłeczek i potrząś nim!
A więc do zdjęcia majtek, też musi mnie przygotować… Urobić. Jest w tym niesamowicie wyrobiony! Czyżby rutyna? Czyżby przede mną wiele kobiet przechodziło podobną musztrę? Trzęsło zadkami i cyckami?
- Teraz wsuń paluszek za majtki i je zsuwaj. Tylko jak?!
- Tak. Oczywiście. Powoli… – odpowiadam.
- Ale masz śliczne te majtki! Piękna koronka! Jakby stworzone do striptizu… do zdejmowania ich przed facetami!
Czy on takimi tekstami chce mnie jeszcze bardziej speszyć?
- Teraz odwróć się tyłem i nadal delikatnie paluszkami zsuwaj je z kuperka. Chcę widzieć jak materiał przesuwa się po pośladkach!
Stoję tyłem do niego i przesuwam, milimetr po milimetrze…
- Ale nie tak szybko! Odwróć się. Chcę, żebyś najpierw przez majtki pomasowała cipkę!
Co za oblech! Chce, żebym się sama pieściła na jego oczach. Cóż… no dobrze… niech wie, że jestem zmysłową kobietą…
Kładę dłoń na koronce i przez nią suwam ją powoli po mym łonie. Pieszczę moją myszkę delikatnie i nieśpiesznie.
Przymykam oczy i wzdycham.
- Ooochh…
- A teraz zsuń majtki na bok i pokaż mi swoją cipkę!
Czuję się strasznie zawstydzona, gdy na jego oczach zsuwam majtki z piczki. Gdy przed nim wyłania się obraz mojej wydepilowanej szparki… Gdy mnie tak bacznie ogląda. Gdy cmoka.
- Doskonała psitulka! Wygolona. Wąska. Rozłóż szerzej nogi!

- Pośliń palce i pieść ją.

- Urządź sobie palcówę!
Wszystkie czynności wykonuję jakby bezwolnie. Jęczę jak wariatka, zwłaszcza gdy środkowym palcem sama się posuwam.
Domyślam się, że to wszystko ma mnie przygotować przed aktem ostatecznym…
Wreszcie każe mi iść do łóżka.
- Nie zdejmuj tylko ani pończoch ani szpilek! Chcę cię brać właśnie w nich.
Kładę się na łóżku na plecach.
A więc to jest ten moment. Zaraz mnie weźmie. Zaraz we mnie wejdzie.
Przez chwilę jakby się delektuje, patrząc na mnie nagą, leżącą na pościeli.
Jest wręcz rozradowany, uśmiech od ucha do ucha nie pozostawia co do tego wątpliwości.
- Co panienko? Czekałaś na ten moment?
Oczywiście nie odpowiadam na pytanie. Czuję jego natarczywy wzrok na moich nagich cyckach, na pozbawionych majtek cipce.
- Czekałaś. No to doczekałaś się.
Rozpina spodnie i zdejmuje je. Zsuwa majtki, by wyłonić sterczącą lancę.
- Widzisz? Jak znowu pręży się dla ciebie? Już się nie może doczekać, kiedy zagości w twojej dziurce.
Co on jest taki rozmowny? Alkohol pewnie zrobił swoje…
Gramoli się na mnie, sapiąc. Czuję jego pałę na udach, obija się o nie.
Kładzie się na mnie. Czuję na sobie jego ciężar. Staram się na niego nie patrzeć. Czuję jego męskość na szparce. Suwa się po niej.
- Tak Martusiu… właśnie się zapoznają… mój brzydal – kocur i twoja gładka myszka! Ha ha ha.
Oczywiście nadal się nie odzywam.

- Na pewno przypadną sobie do gustu. Ooo… myszka się chyba ślini na przyjęcie gościa!

Czuję, że potężny czub naparł na wejście do mojej norki.
- Ooo tak… puk, puk! Wpuść pani gosposiu gościa… bo on taki mało ubrany. Chce do ciepła! Ha ha ha!
Czuję jego napór i to, że zaczyna wchodzić do ciasnej pochwy.
- Ooo tak… jak tu gościnnie… i… przytulnie!
Samoczynnie, zaczynam cicho wzdychać.
- Aaaachh…
To najwyraźniej go podnieca, bo wpycha się mocniej.
- Jaka ciasna ta jamka!
Wreszcie czuję, jak wciska się do samego końca.
Mimo, że można powiedzieć, leżę jak kłoda, nie mogę powstrzymać jęku, który wydobywa się z mego gardła, choć niegłośny.
- Aaaaaaa… aaaaaaa!
Jest wniebowzięty.
- Ech… moja damo, wreszcie cię mam! Marzyłem o tej chwili, od kiedy cię ujrzałem – wjechać tej cizi głęboko w cipę!
O dziwo, podnieca mnie ten wulgaryzm.
Nadal leżę jak kłoda, lecz głęboko, coraz głośniej wzdycham.
- Achhhh…
Jemu chyba nie przeszkadza ten mój brak aktywności, powoli się wycofuje, by znów mocno wjechać do dna piczki. Sapnął przy tym, jakby kogoś pchnął mieczem. No bo i w sumie pchnął. No i to całkiem pokaźnym mieczem. Czuję, jak mocno rozpycha ścianki mojej pochwy.
Nie przestaje być gadatliwy.
- Ale bosko być w tobie! Masz taką ciasną! Najchętniej bym wcale z ciebie nie wychodził!
Kolejne pchnięcie. Jeszcze mocniejsze.
- A przyznam się, nie liczyłem, że na pewno mi się to uda. Ależ to gratka. Dupczyć taką damę!
No podniecają mnie te wulgaryzmy! Ale jemu jakby też dodają wigoru, bo zaczyna mnie posuwać, wykonując sztosy jeden po drugim, niezbyt szybko, nawet powoli, ale miarowo.
A ja zaczynam miarowo pojękiwać.
- Aaaa… aaaa… aaaa…
Te jęki wydobywają się ze mnie, jakby poza moją wolą.
- O tak! Jak ja lubię, jak kobitka jęczy! Najcudowniejsza muzyka świata! A najbardziej lubię jak pojękuje tak żałośliwie, jak ty teraz!
Jakby na potwierdzenie tego, że podobają się mu moje żałośliwe tony, przyspiesza. Czuję jak mocniej uderza w dno mojej cipki, jak mocniej rozpycha jej ścianki. Jednocześnie słyszę jak skrzypi łóżko. Ja także staję się głośniejsza.
- O tak… tak lubię! Rozpychać ciasną cipę! – sapie – chyba go mocno czujesz?! Powiedz mi to! Chcę to od ciebie usłyszeć.
Ależ z niego perwerch! Ale cóż, skoro ma mu się podobać? Przecież po to tu jestem…
Nie przestając pojękiwać, szepczę:
- Aaaa… aaa… tak… aaaa… mocno w sobie pana czuję… aaa…
W lustrze usytuowanym obok – celowo ustawionym tak, żeby było widać co się dzieje na łóżku – widzę wyraźnie siebie z rozłożonymi nogami w pończochach i szpilkach i… uwijającego się nade mną brzuchatego typa.
Tymczasem on kontynuuje swoje.
- Pochwal mojego pytonga! Powiedz, czy jest duży?!
To rzeczywiście zaczyna mi sprawiać jeszcze większą przyjemność.
- Tak… aaaa… jest wielki… aaaa… pański pyton jest ogromny… aaaaa…
Rozanielony kierownik rozpędza się.
- Powiedz! – I dlatego, wrócę do domu z rozepchaną psitą!
- Aaaaa… i dlatego, wrócę do… aaaaa… domu… z rozepchaną psitką… aaaaa!
- O tak! Cudownie! Suczko!
Czuję, jak go to podnieca, bo jego dłonie zaciskają się na moich biodrach, jak kleszcze. Jedna z nich przesuwa się na pośladek i ściska go mocno, jak jakieś imadło.
- Achhh! – staję się jeszcze głośniejsza.
- Chyba już nasi sąsiedzi słyszą, że ci porządnie daję do pieca, moja panienko?! Nieprawdaż?!
Bardzo mnie to zawstydza. Wyobrażam sobie, że jacyś tirowcy siedzą przy ścianie, z kubkami przy uszach i słuchają jak skrzypi łóżko pod wpływem sztosów, które lądują w mojej piczce, jak słyszą moje, jak on to określił – “żałośliwe” jęczenie.
Na pewno to sobie komentują. Na pewno w niewybredny sposób. Na przekład: “Ale jest dymana, aż łóżko trzeszczy!” Albo: “Pewno ją ostro wyrucha, bo głośno jęczy!”
Antoni przyspiesza.
- Szerzej nogi!
Rozchylam uda jeszcze mocniej i prostuję nogi. W lustrze widzę, że są rozłożone w literę “V”. Pozycja, która jakby symbolizowała moje oddanie.
Kierownikowi chyba się podoba.
Sapie:
- O taaak, o taaak! – Po czym dodaje. – Suczko!
Urzędas ostrzej mnie pieprzy, więc ja też coraz szybciej stękam. Czuję, jak podskakują mi cycki.
Ale Antoniemu mało. Jakby chciał mnie mieć jeszcze mocniej.
- A teraz, paniusiu, nogi na pagony! Obejmij moją szyję tymi słodkimi nóziami w pończochach i szpilkach. Teraz jeszcze solidniej wjadę w twoją pizdę!
Wulgaryzmy działały i na niego i… na mnie.
Unoszę nogi do góry, a on raźno zarzuca je sobie na bark.
Rzeczywiście, silniej czuję go w sobie, jakby zaczął mnie nabijać na pal… Skłamałabym przed samą sobą, gdybym nie przyznała, że sprawiło mi to sporą przyjemność.
Jęczę jak w transie:
- Aaaaa… aaaaaaa.. aaaaa!
Antoni również, jakby znajdował się w amoku.
- Tak! Tak! Rozepcham ci tę pizdę! Suko!
Teraz widok w lustrze jest obłędny. Widzę moje nogi zadarte wysoko. Jakbym wykonywała jakieś ćwiczenie gmnastyczne. Obcasy szpilek prężą się w górę jak antenki, podskakujące rytmicznie. Jakby były zsynchronizowane z dość szybkimi ruchami lędźwiów Antoniego.
Wyglądamy, jakbyśmy tworzyli jedno ciało, jeden organizm.
Tylko odgłosy przypominają, że są tu dwa byty, dwu różnych płci: – niski głos sapiącego mężczyzny i mój cieniutki głosik jęków, a czasami i krótkich krzyków:
- Ach! A… Ojej!
Kierownika przepełnia duma:
- O tak, pokrzycz sobie. Pokrzycz. Lubię jak suka krzyczy!
Więc krzyczę:
- O mój Boże!
- Tak. Krzycz! Niech koledzy zza ściany słyszą, że jesteś dobrze grzechotana.
Moje zawstydzenie miesza się z podnieceniem. Przecież mam wypełniać jego polecenia. Więc krzyczę:
- Aaaa… aach! Mój Boże!
- Krzycz, czy porządnie cię jebię?!
- Ach! Aaaaa! Bierze mnie pan tak ostro! Achh!
- Czy mocno cię zrucham, suko?!
- Achhh… Tak… Aaaa… jeszcze nigdy… ach!  nie zostałam tak mocno zerżnięta. Aaaaa!
Moje własne słowa podniecają mnie jak cholera. Czuję, że ja sama chcę mu teraz dawać. Że to boskie uczucie, zostać tak solidnie przedmuchaną…
Z jakiegoś niezrozumiałego powodu, podnieca mnie także mysl, że moje słowa mogły zostać usłyszane przez ścianę. Na przykład przez tych kierowców…
Wtem Antoni znowu chce zmiany.
- A teraz na pieska! Wypnij się jak sucz!
Poslusznie zmieniam pozycję. Klękam i opieram się na dłoniach. W lustrze widzę jak kołyszą się cycki.
Wypinam pupę w stronę kierownika.
Jednocześnie, słysząc klaśnięcie, czuję jak łapa urzędasa ląduje na moim tyłku. Ucapia mnie mocno, czuję jak ściska pośladek.
- Masz piękny zadek! Jak tylko przyszłaś do mnie za pierwszym razem w tej obcisłej spódnicy, kiedy oba pośladki prężyły się jak dyńki, pomyślałem sobie – zad stworzony do klepania! Dlatego tak określiłem ciebie – jesteś jednocześnie dama i sucz!
Na dowód tego dostaję sążnistego klapsa.
- Auuaaa! Ach… ależ brutal z pana… – szepczę cicho, jednak w moim tonie głosu nie czuć cienia wyrzutu.
Natychmiast dostaję drugiego klapsa.
- Auuuaa! Auuć!
- A brutal ze mnie! Skoro mogę sobie wykorzystywać taką damulkę, to co mam nie skorzystać?!
Zalewa mnie fala gorąca. Dlaczego ta sytuacja z jego brutalnością, z perfidnym wykorzystywaniem mnie, tak mnie podnieca?!
A teraz zerżnie mnie od tyłu… w takiej pozycji… jak suczkę…
Znowu wchodzi we mnie. W tym ułożeniu mam wrażenie, jakby był jeszcze większy…
Znowu jęczę.
- Aaaa… aaaaaachhh…
Antoni dysząc, komentuje.
- Pięknie ci eeee… eeee… cyce dyndają!
Rzeczywiście moje piersi majtają jak szalone.
- Idealna pozycja, żeby ci przy okazji te doje zmacać!
I rzeczywiście. Trzymając mnie za tyłek jedną ręką, drugą chwyta mnie za biust. Maca raz prawą, raz lewą pierś.
Mruczy z zachwytem.
- Doskonałe cycory! Aż się proszą o wymiędlenie!
I miętoli je. Gniecie.
- Auuaaa… panie Antoni… jest pan niedelikatny…
Cicho protestuję, mimo, że ta niedelikatność podnieca mnie jak cholera…
- Lubię być niedelikatny. Zwłaszcza dla takich damuli!
I jakby na potwierdzenie tego, wchodzi we mnie ostrzej – mocniej i szybciej.
Moje cycki wzmagają swój taniec.
A ja zaczynam na przemian pojękiwać i pokrzykiwać.
- Aaaaa.. aaaaa… O mój Boże! Achhh! Achhh…
- Kto w naszym miasteczku pomyślałby, że taki szary urzędniczyna jak ja, dyma w najlepsze taką znaną i szanowaną nauczycielkę jak ty?!
Przyjmuję pchnięcia stękając i słuchając jego monologu.
- Dyma? Wręcz łomocze! Grzechocze, tylko wióry lecą! Nieprawdaż?!
Oczywiście nie odpowiadam na to pytanie retoryczne. Ale kołacze mi się w głowie myśl, że w społeczności naszego małego miasteczka pojawia się plotka o tym, że tak szanowana nauczycielka jak pani Marta, historyczka, animatorka wielu akcji kulturalnych i charytatywnych, o nieposzlakowanej reputacji, znana z cnotliwości, w zamian za przysługę, puściła się z takim szczurem jak ten typ, dała mu dupy w obskurnym motelu… dała się wydupczyć, jak dziwka…
Ta myśl przeraża mnie, ale, o dziwo, także podnieca… Im bardziej mnie wykorzystuje, im bardziej upokarza, tym bardziej mnie to rozpala…
- Ależ panie Antoni… to nie może się wynieść… moja reputacja ległaby w ruinie!
- Na razie to zrujnuję twoją cipę!
Po czym wykonuje kilka najmocniejszych sztosów, żeby wydobyć ze mnie najgłośniejsze jęki.
- Aaaa! Aaaa! Aaaa!
Po czym pastwi się nade mną.
- A może by się rzeczywiście pochwalić swoją zdobyczą?! Ale to by było! Że zruchałem najelegantszą damulę w mieście! I to wyłomotałem jak dziwkę… Nie brzmi to fantastycznie?! I że nasza cnotka, zamiast łapówki dała dupy.
- Niech mnie pan tak nie dręczy… aaa… aaa… panie Antoni… I tak daje mi pan niezły wycisk… aaaa… ach!
- Jak ja lubię, jak coś takiego mowią mi dupeczki! Powtórz to, moja suczko!
Po czym to samo wypowiedział, ale w rytm pchnięć, które mi serwował.
- Pow – tórz! To! Mo – ja! Sucz – ko!
Nie domyślam się, dlaczego sprawia mi to frajdę. Powtarzam, też w tempo.
- Achh… Da – je mi pan nie – zły wy – cisk! Aaaaa!
- Powiedz jeszcze, że dawanie mi to czysta przyjemność!
Czuję, że coraz bardziej mnie upokarza. Ale widzę tylko jedną możliwość.
- Dawanie panu, to czysta przyjemność… aaaaa… aaaa!
- Powiedz, że chcesz być moją suczką!
Z trudem to mi przychodzi przez gardło. Ale myślę sobie, że skoro i tak poszłam z nim do łóżka… to jak się powiedziało a. A raczej aaaaaa…
- Chcę być pańską suczką… – szepczę.
- Głośniej! Powiedz, że jesteś moją suką! Dziwką!
Ponagleniu towarzyszą mocne ciosy jego kutasa w dno mojej piczy, wręcz sprawiające ból, jakby miały wymusić ze mnie poniżające deklaracje.
- Aaaaa… Jestem pańską suką… Achh…
- I dziwką! Dodaj to!
- I dziwką… aaaa…
- Pełnym zdaniem! I głośniej!
Mam wrażenie, że łóżko się rozpadnie pod wpływem jego galopady. Wydaje mi się, że Antoni już finiszuje… że za moment dojdzie we mnie.
- Jestem… ach… pańską dziwką!
Nie udaje mi się utrzymać równowagi na kolanach pod wpływem kanonady jego sztosów. Osuwam się na łóżko. Ale urzędnik mocno trzyma mnie za biodra. Jego fiut, który na moment opuścił moją cipkę, natychmiast znowu w niej jest.
- Od początku nie zakładałem, że spuszczę się inaczej, niż w twojej damulkowej, nauczycielskiej piździe!
Wydając nieartykułowany, gardłowy dźwięk, spełnia swą zapowiedź – tryska w mojej piczy obficie, trzymając mnie nadal za biodra jak w imadle, jakby starając się, żeby jak najwięcej nasienia zostało w pochwie.
Długo ze mnie nie wychodził. Jakby chciał napawać się sytuacją. A może, jakby chciał rzeczywiście obdarować mnie maksymalnie dużą ilością swej spermy…?
Wreszcie czuję, jak wyciąga go ze mnie.
Ale… nie pozwala mi ani wycierać się… ani iść pod prysznic.
- Poparaduj damulko teraz tu przede mną. Chcę popatrzeć, jak z twojej cipki kapie mój nektar… Jak spływa ci po nogach. Jak sączy się na pończochy.
“Co za zboczeniec!” – myślę o nim w duchu. Ale co mam robić? Skonsternowana, jednak przechadzam się przed nim, jak modelka.
Czuję, jak wycieka ze mnie substancja, która spływa mi na uda… Czuję się, niczym naznaczona nią… jakby ostemplowana nią… jak czyjaś własność.
- Panienko… stąpaj tak, bym widział twoją pipkę…
Te słowa też mnie zawstydzają. Ale o dziwo… to jakby przyjemne uczucie. Ustawiam się do niego przodem.
“A patrz! Gap się na moją cipę! Połykaj wzrokiem jak cieknie… jak ją naznaczyłeś...”
Teraz pozwala mi się ubrać. Ale nadal, bez wcześniejszego wycierania się.
- Niech twoje majteczki przesiąkną moją spermą!
Zakładam spódnicę. Cały czas na jego oczach, odnoszę wrażenie, że sprawia mu przyjemność oglądanie mnie przy takich czynnościach, obserwuje jak układam stanik na biuście… jak zapinam bluzkę.
- Ależ ja lubię takie elegantki! – rzuca.
Gdy już stoję ubrana, komunikuje, że zaprasza mnie na kolację.
Już wyobrażam sobie, że usiądziemy przy stole z tymi tirowcami. Już słyszę w uszach ich rechot i dwuznaczne uszczypliwości, w stylu – “To jak tam, paniusiu, rzeczywiście tak mocno skrzypiało łóżeczko?” – albo “Naprawdę z niego taki długodystansowiec?”. Mogą na pewno też o wiele wulgarniej.
Gdy schodzimy, już na schodach witają nas wiwaty. Znacznie głośniejsze niż ostatnio. Wszak towarzystwo jest o wiele bardziej podchmielone.
- Brawo!
- Oj, coś nasza damulka mocno wymęczona! Coś ma obolałą minkę…
- Co ci się Martusiu przytrafiło?
- Może panna została ukłuta! Ha ha ha!
- A może przygnieciona?!
Nadal czuję, jak coś cieknie mi po nodze… Mam wrażenie, że wszyscy to widzą. Że wszyscy patrzą na znak “oznaczenia” mnie…
Potwornie krępuje mnie świadomość, że wszyscy ci mężczyźni domyślają się, że właśnie zostałam “zaliczona”, choć raczej w ich terminologii – “wygrzmocona” lub po prostu – “wyruchana”. Pewnie wasza samcza wyobraźnia właśnie rysuje obrazy – jak to się stało? A może raczej – jak wy to byście ze mną robili… I coś mi podpowiada, że nie byłyby to delikatne sceny “kochania się”…
A więc dosiądziemy się do nich. I tu spotka mnie cała seria krępujących odzywek. Dwuznacznych. Albo i całkiem jednoznacznych… Zwłaszcza, że pewnie uznają mnie za “puszczalską”, a może wręcz za dziwkę. Jak wtedy mnie potraktują? Zapytają, ile biorę za loda? Albo, czy daję bez gumki?!
A jednak Antoni nie prowadzi mnie do nich. Mijamy stolik z tirowcami. W rogu znajduje się stolik z trzema krzesłami, przy którym siedzi jeden mężczyzna, odwrócony tyłem. To tam zmierzamy. Podchodzimy bliżej i… oczom nie wierzę!
Ten człowiek to Tomasz Blagier. Najbardziej nikczemna kreatura na świecie, jaką znam.
To właśnie on winien jest katastrofy firmy mojej mamy. Urządzając jakąś karuzelę fakturową, spowodował jej finansowe kosmiczne zadłużenie, samemu pięknie się wybielając. Pod wszystkimi dokumentami podpisana była moja rodzicielka… on pod żadnym…
A na początku wydawał się takim miłym i arcyuczciwym człowiekiem… niemal się w nim zakochałam. Pozwalałam się zabierać na randki… Naprawdę niewiele brakowało, żebym się z nim wtedy przespała… Bardzo niewiele… Zwłaszcza, że zdaje się, miał na mnie niemałą chrapkę… Na tych randkach prawił takie komplementy, że omal nie odlatywałam. Całował mnie jak wariat. A ja, naiwna gąska… a raczej, głupia cipa… pozwalałam mu na bardzo dużo. Stanowczo zbyt dużo.
Kiedy już właściwie byłam zdecydowana pójść z nim do łóżka, przypadkowo podsłuchałam jakąś rozmowę, która mnie poważnie zaniepokoiła, mimo, że dobiegały do mnie ledwie jej strzępy. Za dużo było tam podejrzanych zwrotów “lewe faktury”, “wrobić”, “prosty wał” itp.
Mimo, że byłam wtedy u niego w domu, na wpół rozebrana i wszystko wydawałoby się zmierza do tego, że zaraz mnie w końcu zdobędzie, nie uległam mu.
Ależ był zawiedziony. I wściekły. Obawiałam się, że posiądzie mnie siłą. I był tego na prawdę bliski. Z wielkim trudem udało mi się nie dopuścić do tego, żeby mnie przeleciał…
Od tej chwili bacznie przyglądałam się wszystkim jego ruchom w firmie. A on… po tym, gdy mu nie dałam… jeszcze bardziej mnie pożądał. Odniosłam wrażenie, że chęć zaliczenia mnie, stała się jego życiową obsesją. Nachodził mnie. Bombardował telefonami. Groził, że zrobi wszystko, żeby mnie zdobyć.
Dość szybko obnażał swoją drugą twarz – nikczemnika, gnębiciela…
W międzyczasie zorientowałyśmy się, że w firmie wystąpiły nieprawidłowości. Jednak zbyt późno. Zdążył nas zadłużyć i wkręcić w karuzelę vatowską. Doprowadził mamę do finansowej katastrofy i jednocześnie utraty zdrowia.
Największy nikczemnik, jakiego znałam…
A teraz ten typ siedzi sobie tutaj, ak gdyby nigdy nic i bezczelnie szczerzy do mnie zęby. Uśmiecha uwodzicielsko, jak jakiś małomiasteczkowy casanova.
- Przysiądźmy się do pana Tomka! – Antoni popycha mnie w stronę stolika, lekko klepiąc po tyłku.
- Z tym draniem? Nigdy. – odpowiadam cicho.
- Ależ tak, moja… – tu szukał słowa – kobietko.
“No przecież nie ma sensu mu się stawiać… a zwłaszcza po tym, jak już mnie miał… Jeszcze obraziłby się, zerwał umowę… i okazałoby się, że przespałam się z nim, zupełnie na darmo… Przespałam? Pozwoliłam się perwersyjnie wykorzystać!”
Jednocześnie świta mi w głowie niepokojąca myśl – “a może oni są w zmowie?!”
Niepokoję się tym bardziej, że witają się ze sobą nad wyraz serdecznie. Ten drań – Tomasz – patrzy na Antoniego pytająco, jakby zaciekawiony, zdaje się zgadywać – “I co? Zaliczyłeś ją?”
Zaś urzędnik, uśmiechając się, jakby sprośnie, zdaje się triumfować i mówić – “Spokojna głowa. Miałem ją, jak chciałem!”
Teraz przenosi wzrok na mnie.
- Marto! Jesteś piękna i kusząca, jak zawsze!
Powinnam podziękować za komplement, ale milczę.
- Wyglądasz na nieco wymęczoną? – powiedziwszy to, porozumiewawczo przymróżając oko, zerka na kierownika.
“Boże! Co za wstyd! Właśnie przed chwilą nadstawiłam tyłka staremu, obłudnemu urzędniczynie… żeby inny hultaj, napawał się tym i pewnie wkrótce mi to wytykał… Zaraz powie – “mi nie chciałaś dać, a ten starszy pan cię wydupczył...”
Oczywiście nic nie odpowiadam. Chciałabym popatrzeć mu w oczy wyzywająco, ale sytuacja, w jakiej się znajdowałam – zupełnie nie sprzyjała temu.
Antoni, celowo na oczach tego łotra, gładzi moje kolano i udo. Jakby demonstrując, że jestem kobietą, którą miał. Jednocześnie, patrząc mi w oczy, zagaja:
- Marta, nie przywitasz się z Tomkiem? Z tego co wiem, nie był on tobie zbyt obcy… Zdaje się, że nawet dopuściłaś go blisko… a nawet, bardzo blisko…
Wstydzę się teraz, że ten szubrawiec oglądał mnie nagą… że dotykał wszystkich zakamarków mego ciała… Całe szczęście, że mnie nie przeleciał…
Blagier gapi się na mnie z uśmiechem.
- Marta uwielbia czasem milczeć. Być tajemniczą. To zresztą jest nawet bardzo kusicielskie…
“No tak! Wyobrażaj sobie!” – rugam go w myślach – “wyobrażaj, że chcę cię skusić!”
Jednak ten kontynuuje:
- Nie raz już była wobec mnie tajemniczą i nie raz kusiła… I nie raz skusiła! Tajemnicza, a jednak odkryła przede mną swoje sekrety. – Uśmiecha się szelmowsko.
“No tak! Chwal się! Pochwal się, że zaglądałeś mi pod spódnicę...”
Antoni w tym momencie ożywia się.
- Ano właśnie… to ja ciekawym tego… Opowiedz brachu coś więcej o tej waszej znajomości…
Czuję, jak się czerwienię.
- No co by tu powiedzieć… – puszy się Tomasz – byliśmy istotnie bardzo blisko… bardzo… Przyznaję, że wtedy o niczym innym nie myślałem, jak tylko o tym, żeby zdobyć Martę.
- Ech ty hultaju, chciałeś taką porządną pannę zbałamucić! Ha, ha, ha! – W głosie urzędnika brzmiała wyczuwalna nutka szyderstwa.
Jednocześnie czuję na udzie uścisk jego dłoni, silny uścisk…
- Ano cóż… kto inny widno ją zbalamucił… Ha, ha, ha! Może nawet wiem kto?!
Antoni zaśmiał się pod nosem szelmowsko.
- Ano tak… zbałamucić tak przyzwoitą pannę, panią profesor… to nie byle co!
Krępuje mnie ta rozmowa. Czekam w jakim kierunku zmierza. Ale gdy na stół wędruje duża butelka wódki, zaczyna mnie to niepokoić.
“Czy przypadkiem kierownik nie zechce się mną podzielić z tym kanalią?!”
Po kilku kolejkach, gdy nagle zaczyna grać muzyka, Tomasz prosi mnie do tańca. Oczywiście stanowczo odmawiam. Jednak Antoni zmusza mnie. Wzrokiem, który wskazuje, kto tu rządzi, przywołuje mnie do porządku. Powolna idę na parkiet.
Już przy pierwszych rytmach ten szubrawiec próbuje przyciskać mnie do siebie. Staram się go odpychać.
Blagier szepcze mi do ucha:
- Co, pana kierownika chyba tak nie odpychałaś?
Odwracam wzrok.
- Antoniemu chyba dałaś się poprzytulać?!
Najchętniej spoliczkowałabym go. Jednak wiem, że nie mogę teraz tego zrobić.
- Jesteś dziad i kawał chama.
- Ależ już mi to przecież mówiłaś. A co powiedziałaś Antoniemu? Że pozwolisz mu zapukać do twego serduszka? Zapukać… ha, ha…
“Chyba temu łachudrze przypadł do gustu fakt, że musiałam pójść do łóżka z urzędnikiem.. Podnieca go to?”
- Zapukał do twojego serduszka i coś mi mówi, że nie tylko serduszka… Ha, ha.
- To ty, kanalio wrobiłeś nas w to nieszęsne położenie!
- Czyli to przeze mnie zgodziłaś się przespać z panem kierownikiem?
- Przez te twoje machinacje! Powinieneś siedzieć!
- A to miłe wyznanie, że panna, która tak chroniła cnotkę… tak nie chciała mi dać… nagle rozłożyła nóżki przed starym prykiem! A co do więzienia, to raczej twoja mamuśka powinna tam trafić.
Zalewa mnie krew, gdy to słyszę. Usiłuję go odepchnąć, ale ten, przewidując taki ruch, trzyma mnie jak w stalowych kleszczach.
Dostrzegam, że bacznie przyglądają nam się tirowcy, pokazują na nas palcami i coś komentują.
Nie chcąc robić zamieszania, przestaję się wyrywać, jednak Tomasz to wykorzystuje, zjeżdża dłonią na mój tyłek.
- Przestań. Proszę, przestań.
Ten jednak nadal trzyma mnie za pośladki.
- Kiedyś lubiłaś jak łapałem cię za pupę. Nie pamiętasz? – Szczerzy zęby.
Nic nie odpowiadam, więc on kontynuuje.
- Lubiłaś też klapsy!
I jednocześnie lekko pacnął mnie w tyłek.
- Nie… nie rób tego…
- Ty zawsze lubiłaś się opierać… pamiętasz, jak protestowałaś, kiedy wpychałem ci rękę pod spódnicę? A potem sama przyznałaś, że to lubisz! Że lubisz protestować. Więc skąd mam teraz wiedzieć, czego naprawdę chcesz?
- Zakończmy ten taniec…
- O nie! Jeszcze nie zmacałem ci dostatecznie kuperka! A widzisz, jak ochoczo przyglądają się nam ci panowie? Niech też mają coś z tego.
W tym momencie mocno ściska mi pupę. Bezczelnie obłapia ją na oczach kierowców.
Próbuję odepchnąć rękę… ale bezkutecznie. Raz odepchnięta dłoń, ląduje natychmiast na drugim pośladku.
Nie chcę robić widowiska z szamotaniny, więc poddaję się. Pozwalam, żeby nachalnie dotykał mojego tyłka na oczach rozochoconych mężczyzn, którzy, jak okazuje się,  najwyraźniej mu kibicują! Trzymają kciuki w górze, jak Rzymianie dający sygnał gladiatorom. Tyle, że w tym wypadku znaczy zupełnie cokolwiek innego. – “Zmacaj ją! Zmacaj jej tę zgrabną, dużą dupcię!”
Wreszcie puszcza mój tyłek, po to, żeby zrobić obrót w tańcu. Wykorzystuje to do tego, żeby przejechać się dłonią po moich cyckach!
- Pamiętasz, że zawsze podziwiałem twój biust? Zawsze zachwycał mnie tym, że jest taki duży. Pamiętam, że nie mogłem doczekać się, kiedy zobaczę twoje piersi nagie…
- Przestań… przestań o tym mówić…
- Ale dlaczego? Doskonale pamiętam chwilę, kiedy pierwszy raz zobaczyłem je w samym staniku! Nawet pamiętam go. Taki fioletowy, koronkowy. Ależ się zachwyciłem! Jak ja się nie mogłem doczekać, kiedy go rozepnę! A ty, chyba celowo dozowałaś napięcie… nieprędko na to pozwoliłaś…
- To był mój błąd…
- Pamiętam też ten biustonosz, który wreszcie mogłem rozpiąć. Ty chyba celowo założyłaś taki z rozpięciem z przodu na tamtą randkę… Szykowałaś się, że mi pozwolisz… Ten czarny, pamiętasz jak drżały mi ręce? Aż wreszcie… wreszcie zobaczyłem twoje cyce nagie!
Pamiętałam tę chwilę doskonale. “Boże, jaka ja byłam wtedy naiwna! Chyba zakochana… podniecona… pragnęłam, żeby wreszcie podziwiał moje piersi… Żeby je pieścił… całował.”
- Ja to już zapomniałam.
- Doprawdy?! Niemożliwe! Ale ja mogę ci to chętnie przypomnieć… Jak wzdychałaś, kiedy miętosiłem twoje balony… albo jak jęczałaś, kiedy ssałem sutki.
- Przestań… co było, a nie jest…
- Możemy zapisać w rejestr. Wszystko można odwrócić. Ja cały czas mam na ciebie chętkę.
W tym momencie kolejny obrót w tańcu umożliwia mu znacznie silniejsze schwycenie moich piersi.
- Cudowne cyce! Mam wrażenie, że jeszcze bardziej jędrne! Czyżby to Antoni je tak przygotował?
Jednocześnie jakiś tirowiec aż klasnął w ręce, widząc, jak jestem obłapiana przez Tomasza.
- Jesteś bezczelny!
- A to wiem. – Śmieje się w sposób demonstrujący pewność siebie. – Ale czyż nie tacy właśnie wygrywają. I dostają to co chcą.
Zadrżałam.
“Przecież on zawsze w swoje łapska chciał dostać mnie...”
Po skończonym tańcu, nie nasiedzieliśmy się przy stoliku. Antoni zakomenderował, że wracamy do pokoju.
Idę z bijącym mocno sercem, gdyż okazuje się, że Blagier idzie z nami. Żegnają nas owacje tirowców, którzy jakby nie spuszczali ze mnie oka. Teraz widzą, jak wychodzę z dwoma mężczyznami… Jestem skrajnie zawstydzona…
Już od progu, otrzymuję polecenie Antoniego – załóż to. Po czym podaje mi strój… pokojówki!
Gdy biorę ubranie do rąk, od razu znajduję je jako wyjątkowo skąpe… Są tu czarne pończochy, spódnica… a właściwie króciutka mini.
Już rozchylam usta, żeby protestować… ale jakaś siła każe mi być uległą. Głos wewnętrzny wtóruje jej – “pamiętaj o biednej, schorowanej matce!”
Idę do łazienki. Zmieniam pończochy, zakładam tę spódniczkę. Faktycznie, wyjątkowo kusa. Nie zakrywa koronkowych manszet pończoch. Biała bluzeczka – cieniutka, prześwitująca, doskonale ujawnia wzorki stanika. Wreszcie biały fartuszek, do pasa, ozdobiony falbankami.
Od zawsze podniecała mnie myśl, że przebieram się za pokojówkę. Nie zakładałam jednak, że aż w tak seksowny strój. Teraz znów ogarnia mnie ten sam rodzaj podniecenia. Dodatkowo wzmacniany faktem, że wszak wystąpię tak ubrana przed dwoma mężczyznami… i to oboma, którzy mnie pożądają…
Kiedy wychodzę z łazienki, witają mnie okrzyki podziwu.
- O! La, la!
- Pokojóweczka co się zowie!
Moje podniecenie narasta. Ich najwyraźniej też. Widzę to po ich twarzach… i po spodniach.
Antoni drżącym głosem wydaje polecenie:
- Obróć się, chcemy zobaczyć jak dobrze leży ten strój.
Obracam się powoli, wokół własnej osi.
- Ależ pięknie ta spódnica eksponuje dupeczkę!
I, w momencie, gdy jestem do nich okręcona tyłem, dostaję klapsa od Antoniego.
- Auuaaa! Proszę sobie tak nie pozwalać… – udaję, że się oburzam.
- Sprężysta pupcia pokojóweczki! – zarechotał urzędnik.
Próbuję obciągnąć spódnicę w dół, ale nie wiele to daje. Jedynie moje usiłowania nakręcają obu mężczyzn.
- No pokojóweczko. Zdaje się, że tu są jakieś okruszki… – kierownik wskazuje na podłogę obok niego.
Z jednej strony, wydaje mi się cała sytuacja mocno upokarzająca, ale z drugiej, czuję, że kręci mnie takie usługiwanie mężczyznom.
Kucam przed nim. Moja spódnica jeszcze bardziej podjeżdża do góry. Obaj dranie mają na mnie świetny widok – całe uda w seksownych pończochach oraz spory dekolt – bluzeczka nie posiadała dwóch guziczków na górze…
- Uuuu, la, la! – zachwyca się Tomasz.
A kierownik komenderuje, wyszukując wyimaginowanych śmieci:
- Jeszcze tu okruszek… jeszcze tu…
Ja poslusznie przemieszczam się, pozostając w pozycji “w kucki”. W pewnym momencie tracę równowagę i opadam na kolana.
- U! Lllaaa… la! – Blagierowi świecą się oczy.
- Właściwa pozycja dla panny służącej! – kpi urzędas. – A teraz proszę obczyścić z okruszków moje spodnie.
Dotykam jego spodni i usuwam te wyimaginowane okruszki. Widzę, że spodnie są napięte…
- Wyżej, sięgnij Marto wyżej.
Drżą mi ręce i oczyszczam jego uda.
- O tu. – Pokazuje na okolice rozporka.
Dotykam go tam. Podnieca mnie to, że jest taki naprężony, gotowy do walki.
- A teraz, pokojówko, oporządź mego przyjaciela…
Wzdrygam się. “Czego on ode mnie chce? Żebym na oczach tego kanalii Blagiera, wyłuskiwała ze spodni fajfusa urzędniczyny???”
- Sprzątaj, sprzątaj pokojóweczko… bierz się za garderobę mojego kumpla – Tomka.
Co to, to nie! – myślę – nie dotknę nawet tego gnoja. Kręcę głową.
- Ależ Martusiu – słodko zwraca się do mnie były wspólnik matki – przecież… przecież nie raz już widziałem ciebie na kolanach – kpi.
“No tak… kilka razy zrobiłam mu dobrze ustami… Nie dałam mu tyłka… ale mu przecież zrobiłam laskę.”
Pamiętam to doskonale. On ma przecież bardzo grubego kutasa… Mimo, że nie jest szczególnie długi, to bardzo gruby… Aż bolała mnie szczęka. Możliwe, że między innymi dlatego, że byłam przerażona tym rozmiarem, nie chciałam mu ulec? Może podświadomie obawiałam się o moją ciasną cipkę? Że wydawało mi się, że jest dla niej za duży?
- Prawda Martusiu, że pamiętasz? Mówiłaś wtedy, że nie wierzysz własnym oczom. Nieprawdaż? A, i mówiłaś jeszcze później, że strasznie bolą cię szczęki…
- Nic takiego nie pamiętam… – szepczę zdruzgotana. Widzę, że wszystko zmierza do tego, żebym klęcząc w stroju pokojówki przed tym najpodlejszym z szubrawców, robiła mu loda… ssała jego fiuta… “O! Niedoczekanie! A może jeszcze miałabym przed nim, w tym dziwkarskim stroju “maid” pozwolić się wydupczyć?!”
- Nie pamiętasz? A to ja chętnie ci przypomnę. A może nie tylko przypomnę? Może czas na nowe doznania?
Staję się poważnie zaniepokojona.

- To, co Antek, co do Marty. Tak jak obiecałeś?

- Pewnie. – spokojnie odpowiada kierownik Surowy.

Zrywam się z nóg, wstaję. Serce wali mi jak oszalałe.

- Jak to? O co chodzi… Co to ma znaczyć? – oburzam się.

- Marta… – nadal spokojnie ciągnął Antoni – spójrz na swoją sytuację… Sama poszłaś z dwoma facetami do numeru… Jesteś ubrana w dziwkarski strój pokojówki…

Muszę przyznać mu rację. Jestem zupełnie bezradna… Ale… Czyżbym musiała teraz oddać się też temu parszywcowi?

- Nie. Nie pozwalam… – mówię cicho, i dodaję, ku swemu zaskoczeniu – chyba, że chcesz mnie wziąść siłą…

Boże! Ty głupia cipo! – Rugam siebie samą w myślach. – Dlaczego ja mu to podpowiadam i dlaczego… tak cholernie się podniecam myślą, że posiadłby mnie siłą? Dlaczego?!

- Tak? – z przekąsem pyta Blagier – Na pewno? Mówisz tak, bo jesteś pewna, że tego nie zrobię? Ale ty jeszcze nie wiesz, do czego jestem zdolny. A mówiłem ci, że ja dostaję to, czego chcę!

W tym momencie porozumiewawczo skinął na Antoniego, a ten natychmiast wybrał numer telefonu.

“Gdzie on dzwoni?!”

Po raz pierwszy w życiu tak mocno czuję, jak przechodzą mnie ciarki.

- Benek? Już, teraz. – Lakonicznie rzucił do słuchawki kierownik Surowy.

Mam ochotę uciakać, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Boję się, ale jednocześnie czuję, że ten strach mnie podnieca! “Benek? Czy to nie ten najpotężniejszy z tirowców?! Boże! Co oni zechcą mi zrobić?!”

W tej chwili otwierają się drzwi, a w nich rzeczywiście pojawia się chłop na schwał, niczym gladiator i jego kompan, którego ochrzciłam wtedy w myślach – “baryłeczką”, w berecie z antenką.

Czuję, że nogi mam jak z waty.

- To co, Marta? Dasz po dobroci? – Blagier pyta z taką obojętnością w głosie, jakby oba scenariusze interesowały go porównywalnie.

- Nie… nie… – szepczę cichutko, przełykając ślinę.

Jakaś część mojej duszy wręcz domaga się, żeby to nie było “po dobroci”.
- Panowie… to gdzie mi ją przytrzymacie?
Przerażona dostrzegam drapieżny wzrok dwóch podchmielonych kierowców. Idą powoli w moim kierunku. Nie uciekam. Czuję się jak na obławie. Czekam na bycie schwytaną.
Z lubością łapią mnie za ramiona.
- Panie Tomku, przytrzymamy ci ją, gdzie zechcesz. – Benek najwyraźniej jest gotów dotrzymać prawdopodobnie zawartej uprzednio umowy.
- Na każdym meblu będziesz mógł ją wygrzechotać. Jak trzeba, to nawet na żyrandolu! Ha, ha, ha! – Baryłka wczuwa się w sytuację.
- Przyprowadźcie ją tutaj, do tej komody.
Czuję się, jak prowadzona na rzeź. Ale nie opieram się im, bo wiem, że nie ma to najmniejszego sensu. Na rzeź? Może raczej na rżnięcie… czy też, jak oni mówią – “grzechotanie”…
Pochylają mnie nad komodą, jednocześnie zmuszając bym się wypięła. Ten kanalia – Blagier – już stoi za mną.
- Tegom chciał! – zakrzykuje, niczym jakiś bohater “Ogniem i Mieczem” – mówiłem, że dostaję to, czego żądam! Patrz. Nie chciałaś mi udostępnić dupci, a teraz patrz, jak ją potulnie nadstawiasz.
W tym momencie czuję na pośladkach sążnistego klapsa.
- Auuua! Nie…
- Jeszcze dziś sobie pojęczysz… oj pojęczysz moja panno! Moja! – Z lubością Blagier wypowiada zwłaszcza ostatnie słowo.
- Nie… nie… – szepczę. Choć zdaję sobie sprawę, że moje protesty mają charakter czysto symboliczny. Jednak, nawet tak nikły opór – podnieca mnie… podnieca, jak cholera.
“A więc zaraz ten łotr spod ciemnej gwiazdy dopełni upokorzenia nade mną… nad moją rodziną… najpierw zrujnował nas finansowo, teraz sponiewiera  mnie w inny sposób…”
Czuję jak podwija moją, i tak skąpą spódniczkę.
- O żesz kurwa! – wyrywa się “panu Baryłce” – ale dupa! Ta kobitka aż się sama prosi, żeby ją wychrobotać!
- A jak! – Tomasz się popisuje. – Zadek stworzony do klapsów!
- Nie… proszę… – protestuję.
Dostaję dwa klapsy – w lewy i prawy posladek.
- Patrzcie chłopy, jak się ładnie trzęsą półdupki! – Cieszy się Blagier.
I ponawia akcję, po czym rzuca:
- Ale, dosyć tej gry wstępnej!
Po czym ściąga ze mnie stringi, które osuwają się i zatrzymują w okolicy kolan.
Swoją dłoń Tomasz kładzie na mojej szparce.
- Znajoma mi cipka… oj, znajoma, a wiecie chłopaki, że ta pinda nie pozwoliła mi w nią wjechać?! Taką cnotkę zgrywała. Co wy na to? Myślicie, że teraz mi pozwoli?
Rechoczą.
- Ano próbuj! Zobaczym. My tam zrobim swoje, i ją przytrzymamy tak, że ani drygnie. – Huczy Benek.
Czuję ich silne dłonie na ciele. Jedna z nich trzyma mnie za pierś. To “Baryłka”. Wykorzystuje okazję, by mnie macać.
Słyszę odgłos rozpinania paska. Wkrótce potem na pośladku wyczuwam mięsisty przedmiot.
Baryłka zaśmiewa się.
- Uuu! Kolego, masz się czym pochwalić! Nasza paniusia zaraz cię poczuje… Oj, poczuje!
- Dokładnie. Wkrótce pani profesor zapozna się dogłębnie z moim przyjacielem… I coś mi się zdaje, że popamięta to spotkanie. – Blagier wypowiada przez zaciśnięte zęby.
Drżę ze strachu. “Na pewno będzie bolało… Jestem przecież ciasna… A może on się nie zmieści? Przeciesz to prawdziwy potwór! Z wielkim trudem pomieściłam go wtedy w ustach...”
- Nie… proszę… nie rób mi tego… – Protestuję, zdając sobie doskonale sprawę, że jedynie bardziej go zachęcam…
Istotnie. Niemal natychmiast napiera. Próbuję się szarpnąć. Zsuwa się.
- Ejże, pani profesor… chyba się nie zrozumieliśmy…
Mężczyźni chwytają mnie mocniej. Stabilizują, teraz nie mam ani centymetra pola manewru. Zaraz posiądzie mnie z łatwością.
A jednak nie jest tak łatwo. Nie chce się zmieścić.
- Nie… nie… – wciąż protestuję.
- Spokojnie… jak się popieści, to się pomieści. – Blagier jeździ czubem swego potwora po wargach sromowych.
Jestem wilgotna, mój organizm nie potrafi ukryć tego, że pragnę zostać wziętą.
Wreszcie naciera. Czuję ból, a jednek on nadal nie może wejść.
- O kuźwa! Jaka ciasna!
- No my ci chyba nie pomożemy. – Żartuje Benek.
- No chyba nie wsadzimy jej lejka, ha, ha, ha! – Popisuje się dowcipem Baryłka.
Myślę w duchu, że może jednak ten szubrawiec mnie nie posiądzie, że natura wybroni mnie przed tym bydlakiem.
Jednak Tomek nie daje za wygraną. Szoruje swoim czubem po cipce, jakby chciał ją jeszcze bardziej zmiękczyć… Rzeczywiście, staje się coraz bardziej mokra…
- Panie kieowniku – Baryłka zwraca się do Antoniego – ale pan ją ten teges?  Znaczy się, trachnął?
Kątem oka widzę, jak urzędnik puszy się z dumy.
- A to może niech ci opowie nasza pokojóweczka, co ją tu spotkało?
Wzdrygam się. “Co za cham, co chciałby usłyszeć? Że powiem – tak, zostałam w tym pokoju ostro wydymana…?”
Oczywiście milczę. Ale Baryłka nie daje mi spokoju.
- No, pokojóweczko. Odpowiedz grzecznie… Bo będzie klepane w tę słodką dupcię!
- Auuć! – krzyczę, i to z dwóch powodów. Tylko co poczułam klapsa, a już natarł Blagier swoim taranem. I to pcha się z całej siły, podczas gdy Benek z Baryłką trzymają mnie tęgo, byle wspomóc kolegę.
Czuję jeszcze większy ból. To ten pal powoli zaczyna wdzierać się we mnie. Najpierw jego wielka żołądź wypełnia mnie mocno.
- Aaaaa! Aaaaaa! – jęczę mimowolnie.
Tomasz trzyma mnie za biodra, niczym w stalowych kleszczach i ładuje się na siłę.
- Zaraz… zaraz cię będę miał… – sapie niemiłosiernie.
Jeszcze kilka pchnięć i czuję obce ciało wpychane we mnie niczym olbrzymie tłoczysko… Rozpycha mi ścianki pochwy bezlitośnie.
- Achhh! – wzdycham.
- Jedziesz, Tomek jedziesz! – dopingują go Benek z Baryłką – zapnij ją na maksa!
Moja norka stawia coraz słabszy opór.
- Auuuuaaa! – stękam.
Widzę spore ożywienie na twarzy kierownika Surowego. Jakby usilnie kibicował swemu kompanowi.
Wreszcie czuję, że ten potworny wał dotarł do dna pochwy. “Zostałam w pełni zdobyta. Zdobyta przez tą nikczemną kreaturę… która teraz penetruje mnie dogłębnie. Faszeruje swą okrutną piką...”
Tomasz nadal trzyma mnie, jak w imadle i nie porusza się. Tkwi jak najgłębiej we mnie, jakby nie chciał oddać pola… albo jakby chciał delektować się chwilą.
- Jest moja! – oznajmia wszem i wobec.
- Brawo! – zakrzyknął Antoni.
- Tomeczku! No, no! – raduje się Benek.
Zdopingowany Blagier zaczyna mnie posuwać. Ale bardzo powoli. Zwłaszcza wysuwa się, jakby z wielką ostrożnością, żeby nie wypaść z mojej norki. Po czym pakuje się z powrotem.
- Aaaaa… aaaaa… – pojękuję cichutko.
Czuję dotkliwie pracujący we mnie tłok. Ogarnia mnie przerażenie.
“Rozepcha mnie. Rozepcha mi cipkę...”
- Pracuj Tomeczku, pracuj! – Aktywizuje drania Benek.
- Daj do pieca pokojówce! Rozepchaj jej ciasnotkę! Ha, ha, ha! – Wspomaga Baryłka.
Pchnięcia Blagiera natychmiast stają się odważniejsze, mocniejsze. Pojękuję nieco głośniej. Mimo to słyszę komentarz urzędniczyny.
- Cóś słabo stęka ta nasza pani profesor. A wiem, że jak chce, to potrafi…
Tomek chyba bierze sobie “na ambit” słowa kierownika, bo jego natarcia na moją piczkę stają się wręcz druzgocące.
- Aaaaa! Aaaaaa! – intonuję bardziej przeraźliwie.
- No, Tomeczku… daj jej popalić! – Ekscytuje się Baryłka.
Pchnięciom zaczynają towarzyszyć klapsy.
- Auuuaaa!
Wtem, nagle rozlega się donośny dzwonek telefonu. Antoni, bez pozwolenia, zaczyna grzebać w mojej torebce.
- O! Mamusia dzwoni! – rechocze.
- Nie wie, kiedy córeczce ma przeszkadzać. – Baryłka wykrzywia usta.
- Ależ, dlaczego przeszkadza? – Ożywia się Blagier. – Dlaczegóż Marta nie miałaby odebrać telefonu od mamci? Niech porozmawia z nią sobie… Może zechce podzielić się wrażeniami?
Kierownik Surowy odbiera telefon, po czym zwraca się do słuchawki:
- Tak, Marta może rozmawiać.
Przysuwa komórkę do mojej twarzy i włącza tryb głośno-mówiący.
- Martusiu, gdzie jesteś? – Słychać głos matki.
- Musiałam… musiałam… wyjechać za miasto…
- Ale to z tobą jest ten pan z urzędu skarbowego?
- Nnno takkk… – jąkam się.
- Ale to co wy tam robicie?
Mężczyźni zakrywają usta, żeby nie gruchnąć śmiechem. Nie dają mi telefonu do ręki, bo nadal trzymają mnie za ramiona.
- Co robimy? Co robimy? No cóż… obgadujemy tę sprawę faktur…
- I co? Posuwa się to w dobrym kierunku?
W tym momencie Blagier, z szerokim usmiechem, najpierw wysunął się ze mnie, by potem mocno wsunąć… i znowu.
Kierowcy cudem się powstrzymują, żeby nie parsknąć śmiechem.
Baryłka szepcze, chichocząc:
- Posuwa… oj posuwa…
- Córeczko… słyszę chyba jakieś szmery… więc jak?
Zaciskam zęby, żeby nie jęknąć do słuchawki, gdy twardy taran dociska się do dna mojej pochwy.
- Tak mamo… posuwa się… do przodu…
Nawet kierownik Surowy zatacza się ze śmiechu.
- Córeczko, tylko tam uważaj na siebie… żeby ten urzędas aby cię nie zbałamucił… Widziałam wtedy w biurze, jak patrzył się na ciebie… jakby chciał cię… przygruchać…
- Mamo… no coś ty… przecież wiesz, że nie jestem taka…
I w tym momencie czuję kolejny potężny sztos.
- Aaaaaa… Ach! – Wyrywa mi się stęknięcie.
- Co tam córeczko? Co mówisz? Czy tobie nic przypadkiem nie doskwiera?
Chciało mi się powiedzieć, że i owszem, że doskwiera… i to coś całkiem dużego… i to dość dotkliwie… wręcz świdruje.
Jakby na potwierdzenie natarczywości takowego uwierania, otrzymuję kolejny bezpardonowy cios. A potem koleiny. I kolejny. Całą serię. Jakby chciał, żebym wybuchnęła do słuchawki lawiną jęków. Z ogromnym trudem to powstrzymuję. Ale dwa razy głęboko wzdycham.
- Aaachh! Aaaaach…
Aby uprzedzić rodzicielkę, zaraz szybko dodaję.
- Ja tylko mamo… nierówno stanęłam… zabolała mnie…
Chcę dodać – “noga”.
Ale mężczyźni parskali śmiechem.
- Cipa! – wyrywa się półszeptem Baryłce.
- Córuchno! Czy tam ktoś jeszcze jest?
Chcę uspokoić ją i odrzec – “Nie, tylko pan kierownik.”
Ale w tym momencie Blagier zaczyna mnie na prawdę ostro pieprzyć. Dlatego wyrywa mi się:
- Aaaaa… nieeee… aaaaa… nieeemaaa… jest tylko aaaaa… pan kierownik… aaaaa!
Jasne, że mamuśka nie uwierzy ukochanej córze, że nie daje się wykorzystać urzędnikowi.
- Martusiu… pamiętaj, tylko nie daj się… zbałamucić…
Mężczyźni nie wytrzymali. Gruchnęli salwą śmiechu. Baryłce poszły łzy z oczu, krztusząc się, powtarza:
- Martusiu, nie daj się… zbałamucić…
Natomiast Blagier jeszcze przyspiesza tempo ruchów posuwisto-zwrotnych. Cedzi przez zęby:
- No, może jednak cię trochę po-ba-ła-mucę…
Nie daję rady wytrzymać. Stękam.
- Aaaaaa… aaaaa… aaaaaa!
Biedna mamunia nie ma teraz wątpliwości… domyśla się, co właśnie spotyka  córkę. Słyszy rechotanie kilku mężczyzn.
- Marta! O Boże! Co oni tam ci robią?! Krzywdzą cię?! Dzwonię na policję!
Antoni poczerwieniał.
- Uspokój matkę! Jeszcze jakieś służby nam tu potrzebne! – Syczy mi do ucha, zasłaniając mikrofon.
Tomasz nieruchomieje. Nadal pozostając we mnie, powstrzymuje się od jakichkolwiek ruchów.
- Mamo… to nie tak, jak myślisz… po prostu spotkaliśmy starych znajomych pana Antoniego.
- Marta, ale ja słyszałam jak jęczysz, jak podczas… i jakieś śmiechy!
- Ale to nic… mamo… takie żarty… panowie sobie dworują ze mnie… ale tak niewinnie…
“Boże! Co ta biedna matka sobie teraz o mnie pomyśli?! Że porządna, cnotliwa córka, przykładna nauczycielka, gdzieś się tam teraz puszcza?! Boże… co za wstyd! Moja własna matka uzna mnie za puszczalską…”
Zaraz po rozłączeniu się z mamą, Blagier poleca kompanom.
- A teraz chcę brać ją tak, żeby widzieć jej twarz, jej miny… patrzeć się jej w oczy.
Wzdrygam się. Ja, z kolei, absolutnie nie życzę sobie obserwować parszywą fizis tego gangstera… Ale, kto by się liczył z moim zdaniem.
- Panie Tomeczku, to co, dajemy ci naszą pokojówkę na wyrko? Na plecy ją… – Baryłka mróży świńskie oczka.
- Na plecy. Ale nie na łóżko.
Zaciekawieni tirowcy patrzą na Blagiera pytająco.
- Na podłogę! Zawsze chciałem przedymać ją na podłodze.
Znowu jestem prowadzona przez dwóch osiłków. Zmuszają mnie, żebym rozłożyła się na plecach na dywanie. Przypominają mi się słowa piosenki “Sowieci”, zdaje się Kazika. “Zgwałcą srodze. Na skradzionej gdzieś podłodze.” Pamiętam, jak kiedyś wyobrażałam sobie właśne taką scenę. Że zostaję tak zgwałcona przez żołdaków…
Tomasz kpiąco patrzy mi w oczy, kiedy kładzie się na mnie. Czuję specyficzny rodzaj upokorzenia, na myśl, że będzie mnie brał na podłodze.
“Jak służebną dziewkę… No tak, przecież nawet mam na sobie strój pokojówki.”
Kierowcy nadal mnie trzymają jak w imadle, niepotrzebnie, nie mam w sobie żadnej woli oporu. Ale przez to czuję się nadal zniewolona.
Zastanawiam się, czy odwracać głowę? Czy patrzeć mu w oczy?
Wchodzi we mnie znacznie łatwiej. Mam odwrócony wzrok na bok. Pojękuję.
Antoni i kierowcy oglądają ten akt, jak jakiś fascynujący spektakl. Nie odrywają ode mnie oczu. Zdaje mi się, że odnotowują każde moje westchnięcie, każdy jęk.
A ten bydlak, Blagier, wydaje się mieć niespożyte siły.
Wreszcie patrzę mu w oczy. Widzę w nich zaciekłość. Czytam w nich: “No pani profesor, przerucham cię za wszystkie czasy! Wyłomoczę ci cipsko tak, że popamiętasz ruski miesiąc! Oj, popamiętasz!”
Nigdy nie sądziłam, że tak niewygodnie może być na podłodze. Może to przez to, że tak ostro mnie traktuje?
Nagle Antoni wrzuca:
- A co to za wizjer jest zamocowany tam przy suficie? Czy to aby nie kamerka? Tak! To nasz portier chyba musiał sobie tu zamontować to ustrojstwo… Nic dziwnego, że wyłącznie to ten pokój poleca, jak bierze się go na godziny…
Jestem zdruzgotana. A więc jeszcze jakiś lubieżnik ogląda sobie moją hańbę. Pamiętam minę tego starego, patrzył na mnie, jakby też miał na mnie ochotę…
- Nie… nie… tak nie można… – wyrywa mi się z ust.
Ale to tylko jeszcze bardziej podnieca tych gnojków. Tomasz nawet macha do kamerki.
- Panie Janku, pozdrowienia! Jak się panu podoba nasza pokojówka?
Po czym od razu przystępuje do jeszcze ostrzejszego rżnięcia. Czuję jak szybko i mocno pracuje we mnie. A ja sama zalewana jestem wstydem i… coraz większym podnieceniem. “Dlaczego tak nakręca mnie fakt, że jakiś staruszek obserwuje, jak jestem brana?”
Monitoring pokoju inspiruje Antoniego.
- Zaraz, zaraz, a dlaczego by tu nie strzelić paru fotek naszej gwieździe?
Podchodzi z telefonem i kieruje go na nas.
- Nie! Nie! Co pan robi?! – krzyczę.
- Martusiu. Nie chcesz być sławną modelką? Dziewczyny przecież o tym marzą.
Pstryk!
- Nie! Nie zgadzam się!
Pstryk! Pstryk!
Odwracam głowę.
Pstryk!
- O, stąd najlepiej widać, jak ją faszerujesz swoim rożnem!
Pstryk!
- Patrzcie chłopaki, jak tu dobrze widać i cipkę i grubego drąga!
- Ano! Widać jak jest rozciągnięta pizda! – Cieszy się Baryłka.
- To co, może wyślę tę fotkę mamuni?
- Nie! Tylko nie to! – Wołam przetraszona.
- Ale dlaczego by nie? O. Poszło!
Mam nadzieję, że tylko blaguje. Że nie wysłał mamie czegoś takiego.
Za chwilę jednak słyszę sygnał sms-a przychodzącego na mój numer.
- O. Odpowiedziała mamuśka! Co ona tu pisze? Zaraz… O! Jest tak: “Córeczko, co ty mi wysyłasz?! Przecież to jakieś wulgarne ekscesy!”
Czuję, że mi wstyd jak cholera. Najchętniej zapadłabym się pod ziemię.
Tymczasem Surowy nadal się pastwi.
- Patrzcie, mamusia nie rozpoznała cipki córeczki… Chociaż tu dobrze widać, jaka ciasna… Trzeba wysłać więcej szczegółów.
Przybliża znów moj telefon.
- Nie! Proszę… nie… – błagam kierownika.
Pstryk!
- Poszło. Zobaczymy, jak teraz zareaguje mamusia.
-Pip! – Odpowiedź jest natychmiastowa.
- Córeczko! Przecież to te same szpilki co ci kupiłam! – Czyta odpowiedź Antoni.
Próbuję się wyrwać, ale jestem skutecznie przygwożdżona do podłogi.
- A może teraz nakręcimy film z panią profesor w roli głównej? – Głośno śmieje się urzędnik.
- Oj, to najlepszy pomysł! Będzie widać, jak ostro się Tomek uwija i słychać jak nasza pokojóweczka słodziutko jęczy! – Zachwycił się Baryłka.
- Nie! Nie – Wystraszona, podnoszę larum.
Surowy zbliża komórkę w moją stronę, a Tomasz, jak na zawołanie przystępuje do szybszego i mocniejszej penetracji.
Odwracam głowę, żeby nie dać się sfilmować. Jednak mężczyźni absolutnie chcą uczynić mnie nieanonimową aktorką tej produkcji. Baryłka chwyta mnie za głowę i nakierowuje przed kamerkę.
- Niech się pani przedstawi widzom! – Z olbrzymim ubawieniem zachęca mnie urzędnik. – Niech pani powie, jak się nazywa i co robi?
Próbuję odkręcić głowę, ale bezskutecznie. Baryłka trzyma mnie jak w imadle. Jedyne co mogę, to zaciskać zęby. Pchnięcia Tomasza są coraz dotkliwsze.
- Nie chce się pani przedstawić? – Ciągnie Surowy. – To my panią przedstawimy. Oto pani Marta, szanowana pedagog, historyczka tutejszego liceum.
Tomasz napiera. Syczy mi do ucha:
- Jęcz suczko… jęcz… niech cię słyszą.
A kierownik kontynujue ten swoisty wywiad ze mną.
- Proszę pani. A jak to jest na podłodze? Nie bolą plecy? No i we wcześniejszym ujęciu zrobiliśmy zbliżenie na sam akt… widać jak rozciągnięta… zatem ciasna jest pani wagina… a penetrowana jest przez iście okazały organ… Czy na pewno nie boli panią intymna dziurka?
Czuję się potwornie upokorzona. Zaś Surowy tryumfuje.
- Jak słyszycie drodzy widzowie, nasza pani profesor nie odpowiada… a to dlatego, że tak bardzo jest oddana… oddawaniu się panu Tomkowi… A jeszcze wcześniej pani Marta ten sam zaszczyt również mi uczyniła… Ech, że też nie słyszeliście, jaka wtedy była głośna! Czyżby teraz już opadła z sił? Czyżby tak została wyeksploatowana przez Tomasza?
Jednocześnie z inicjatywą wychodzi pan Baryłka i wyciąga moją pierś ze stanika.
- A tu patrzajcie, jakie ona ma cyce!
Urzędnik zbliża kamerkę do mojego cycka.
- Winien jestem wam ważną uwagę. Biust pani historyczki nie dość, że jest tak duży, to jeszcze sprężysty i miły w dotyku. Palce lizać! Potwierdzasz kolego?
Baryłka ściska moją pierś przed kamerą. Maca.
- No pewno! Ale jędrny!
W tym momencie Tomasz przyspiesza. Staje się jasne, że finiszuje. Przed kamerą dopełnia aktu. Kończy w środku.
Mężczyzna wstaje ze mnie, wygląda na piekielnie zmęczonego ale jeszcze bardziej uradowanego. Dumnego.
- Wreszcie… – cieszy się – Wreszcie to zrobiłem.
Ja, zmaltretowana, szybko okrywam się kusą spódnicą. Ale nadal pozostaję na podłodze, siedząc i wtulając twarz w kolana.
Tomasz ciężko oddycha, napawający rozpierającą go dumą, chwali się.
- A wiecie, że nie tylko ją zaliczyłem, ale i matkę?
- Oooo! – Zaciekawiwszy się, mężczyźni dopytują. – Opowiadaj! Jak to było?
Wzdrygnęłam się. Tego kompletnie się nie spodziewałam, że moja matka z kimś takim mogła pójść do łóżka! Rozumiem, że jest samotną i wciąż atrakcyjną kobietą… Ale bez przesady.
Blagier snuł opowieść..
- Ano… poderwałem ją.
- Łatwa była?
- A no… właśnie nie. Z początku nawet bardzo niełatwa. Specjalnie zapraszałem ją na różne wyjazdy, żeby zaistniała potrzeba nocowania w hotelach. Ale… nie chciała mnie wpuścić do swojego pokoju. Nawet podczas jazdy autem, co ją łapałem za kolano, to odpychała rękę…
- Jak cię znam, to użyłeś jakiego podstępu… – Benek bacznie wpatrywał się w popisującego się chwalipiętę.
- A pewnie. Raz jej winko czymś tam wzmocniłem. Wtedy dała się pocałować i pościskać cycki.
- A jakie ma cycory? – Zaintrygował się Baryłka.
- No takie same wielkie, jak jej córa! Tyle że może nieco obwisłe. Ale tym lepiej się takie miętosi.
- To potem poszło łatwiej? – Dopytywał Surowy.
- Potem kolejny fortelik. Przekupiłem portiera… i wtedy okazało się, że nie było wolnych pokojów. Tylko taki z łóżkiem małżeńskim.
- I na tym łóżku małżeńskim ją wydupcyłeś?! – Barłce zaświeciły się świńskie oczka.
- Też jeszcze nie… Nadal mi nie chciała dać… Ale jak ja jej wtedy cipę wypalcowałem! Jęczała, jak marzenie. Ale to i tak nic w porównaniu z tym jak pięknie mi pociągnęła kutasa! Po prostu, ósmy cud świata! Mistrzyni. Bogini loda.
- To kiedy ją w końcu dmuchnąłeś? Pewno też jakimś podstępem?
- Po prostu kiedyś przyjechałem z kwiatami i nabajerowałem jej, że się w niej zakochałem. Wtedy już była całkiem łatwa. Bez problemu ją wtedy wyruchałem.
- Jaka była? Jaka była w łóżku?
- Miodzio. Mówię wam, miodzio. Kutasa ssała, klasa! Dała się wypieprzyć we wszystkich pozycjach. Boska była na pieska… bo tak jej cyce latały, jakby się miały urwać! Zresztą cyce – idealne do hiszpana! Tak je zacisnęła na wacku, że… klekajcie narody!
- Ale nie tylko raz ją przeleciałeś?
- Pewno, że nie. Miałem ją, kiedy chciałem. Dawała dupy na każde zawołanie. Raz od już progu czekała w szlafroczku, żeby tylko jak najszybciej dać się wykołatać.
- Ja pierdole! – Najwyraźniej zazdrościł Baryłka.
- Ja ją chyba widziałem. – Jakby szukał w pamięci Benek. – Taka szczupła czterdziestka?
- Dokładnie. – Włączył się Antoni. – Ma czterdzieści osiem wiosen, a wygląda na conajmniej dziesięć mniej.
W tym momencie zadzwonił mój telefon. Mama.
Kierownik popatrzył na wyświetlacz. – A co wy panowie na to, żeby ją też tu zwabić?
- Co nie, jak tak! – Ucieszył się Baryłka. – Tomeczek jest specem od podstępów.
Zanim odbierają telefon od mamy, Baryłka zsuwa z moich kostek majtki i próbuje mnie nimi skneblować. Okazują się zbyt skąpe do spełnienia celu, więc mężczyzna zatyka mi dłonią usta.
Niestety, podstęp się im udaje doskonale. Antoni wmawia mamie, że ja jej potrzebuję natychmiast i już wysyłają po nią kierowcę. Baryłka, mimo, że trochę alkoholu już wchłonął, bez wahania jedzie po moją rodzicielkę.
Gdy tu przyjeżdża, jakże jest zaskoczona obecnością Tomasza.
Jeszcze bardziej jest zaskoczona, gdy widzi mnie w pogniecionym stroju pokojówki. W kusej spódniczce, która nawet nie okrywa koronek pończoch.
- Boże! Co się tu dzieje! Obawiałam się, że krzywdzą ciebie!
Antoni podchodzi z szelmowskim uśmiechem:
- Ależ raczej panią Martę admirujemy… ale… ale… usłyszeliśmy tu wiele o pani wspaniałych umiejętnościach.
Marzena, moja matka, patrzy na Tomasza z pogardą i wyrzutem, lecz też obawą.
- Co ty im za bzdury naopowiadałeś?
- Samą prawdę, moja droga… samą prawdę. Po prostu wyznałem, że potrafisz mężczyznom sprawić wiele dobra…
Patrzę, jak matka nieruchomieje.
Surowy zbliża się do niej powoli.
- Sama pani widzi, czterech chłopów na schwał… i jedna dziewczyna… Szkoda jej… żeby miała zbyt ciężko… Dlatego właśnie, w trosce o nią, tutaj panią ściągnęliśmy by ulżyła córeczce, a że za pomocą drobnego forteliku…
Matka jest przerażona. A ja przepełniona wyrzutami winy, przecież to przeze mnie została narażona.
- Pani Marzeno. – Kpi nieustannie Antoni. – Mamy tu dwóch tęgich kierowców, którzy aż się palą do poeksploatowania wymęczonej Martusi… istnieje jedyny sposób, by ich powstrzymać. Zatem, wszystko w pani rękach, pani Marzeno… O pardon… no może nie w rękach… ha, ha, ha.
- Dranie. – Matka jest oburzona.  
Obawiam się, żeby nie zrobiła czegoś glupiego.
- Mamo… – mówię cicho – nie powiedziałam ci, że pan Antoni jest gotów umorzyć tę nieszczęsną sprawę skarbową… to właśnie dlatego ja tutaj… – Szukam odpowiedniego sformułowania. Przecież nie powiem matce “dałam mu dupy”. – Dlatego się z nim tu spotkałam…
Matka jest wyraźnie rozdarta. Domyśla się mojego poświęcenia. Patrząc na mnie, domyśla się, że już im uległam.
- Córeczko… na co ty się zgodziłaś…?
- Mamo. Dlatego nie możemy tego zniweczyć.
Matka jest załamana. Nie opiera się, gdy tirowcy biorą ją za ręce.
Baryłka znalazł się w siódmym niebie. Stojąc za mamą, nagle od tyłu łapie ją za piersi.
- Co robisz! – Mama chce się wyrwać, ale Benek już w stalowym uchwycie trzyma ją za łokcie. Bidulka nie ma z nimi szans. Baryłka obmacuje jej biust i komentuje.
- A słyszeliśmy, że mamuśka ma cycki nie mniejsze niż córunia! Słyszeliśmy. Teraz i my se pooglądamy.
- Zostawcie ją… – Protestuję. – Ja zrobię wam to, czego chcecie.
Chcę oszczędzić upokorzenia matce, a ja sama przecież już to przeszłam.
Benek najwyraźniej się tym ucieszył, chyba miał większą chrapkę właśnie na mnie, bo w try miga znalazł się tuż obok.
Ledwie się spostrzegam, a już przy mojej twarzy ląduje kawał drąga.
Baryłka idzie w jego ślady. Zmusza mamę, żeby uklękła i niemal natychmiast brutalnie chwyta ją za głowę i pakuje do jej ust swego kutasa.
Ja sama, nie chcąc doświadczyć brutalnego aktu, ulegle obejmuję ustami czub Benka.
Obydwaj mężczyźni wydają odgłosy zadowolenia. Benek chrząka wpychając swą męskość do gardła, natomiast Baryłka po prostu pieprzy usta mojej rodzicielki, sapiąc przy tym głośno.
- Słyszelim, że ty pani Marzenko jesteś dobra w lodach…
To dla mnie niesamowity widok. W lustrze widzę nas obie – siebie i mamę, jak klęczymy przed dwoma tirowcami i obie trzymamy w ustach ich fajfusy… To potwornie upokarzające. Tym bardziej, gdy sobie uświadamiam, że gapią się na nas – największa menda, stąpająca po tej ziemi – Tomasz i kierownik Surowy – autor naszych skarbowych kłopotów. Gapią się?! Mało tego. Urzędas pstryka nam fotki a były wspólnik kręci filmik!
A ja w tym czasie ssę kutasa kierowcy Benkowi… Na jego polecenie, zasysam go i jednocześnie językiem pieszczę żołądź. Potem muszę przyjąć jego pchnięcia, które docierają aż do mojego gardła.
Jakże się myliłam, sądząc, że to już dno naszego upokorzenia.
Nagle Antoni żada, żebyśmy, jak to określa “poprzytulały się” z mamą.
Samo poprzytulanienie nie wydaje się być czymś zdrożnym, ale moja kobieca intuicja podpowiada, że na tym wcale nie musi się skończyć.
Ledwie objęłyśmy się z rodzicielką, Surowy żąda, żebyśmy się “głaskały”. Dziwne to, ale spełniamy polecenie. Każe byśmy głaskały się po… biustach!
Jesteśmy zaskoczone. Nie podejmujemy się takiego zadania. Ale po ponagleniu kierownika, przełamuję się, dotykam piersi mamy… Ku mojemu zaskoczeniu, odczuwam specyficzny rodzaj podniecenia. Kręci mnie to, że ona ma takie duże cycki…
Jeszcze bardziej zaczyna mnie podniecać, gdy Marzena dotyka mojego biustu…
- Pięknie! – Delektuje się Antoni. – Pościskajcie mocniej swoje piersi.
To niebywałe! Podniecam się tym, że trzymam w dłoniach balony mojej mamusi… I tym, że ona dzierży moje. Wręcz nabieram ochoty, żeby pocałować rodzicielkę… ale… nie zdobywam się na to.
- Bardzo ładnie. A teraz wyciągnijcie sobie nawzajem cycuszki ze staników. – Zaskakuje nas poleceniem Surowy.
Nie! To niemożliwe! – Niemal krzyczę w duchu. A jednak natura wręcz mnie kusi. Tak. Chciałabym wysupłać cyce Marzeny z tych jej koronkowych miseczek… I chciałabym, żeby ona to samo zrobiła z moimi…
W życiu codziennym obie unikałyśmy pokazywania siebie nawzajem nago. Nawet, gdy jesteśmy w samych biustonoszach. Czasami, w wyjątkowym pośpiechu, mignęła jedna drugiej gołymi cyckami. Zawsze jednak wtedy ta druga odwracała wzrok. Zdawałam sobie sprawę, że jesteśmy bardziej pruderyjne niż inne kobiety.
Tymczasem teraz doszło do tego, że mamy same siebie nawzajem obnażać.
Jednak byłam już do tego “urobiona”. Po tym, jak oddałam się Surowemu, po tym jak wkrótce siłą posiadł mnie Tomasz, po tym jak ssałam fiuta tirowcowi, byłam gotowa na wiele.
Drżącymi rękami wyłuskiwałam cyce mamy ze stanika. Wielkie, istotnie nieco obwisłe. Patrzę jak ona się wstydzi, ale… jednocześnie chyba też podnieca. Tak. Widzę to w jej oczach. Ona chce, żebym dotykała jej nagich “bimbałów”… Chce, żeby je widzieli obecni tu mężczyźni.
Chwytam jej piersi. Przecież to te piersi kiedyś ssałam. Ona tymczasem bierze moje. Całuje mnie w brodawkę. Boże! Jakie to podniecające. Odwzajemniam pocałunek. Biorę w usta jej sutek. Ona bierze mój… Jakże się role odwróciły. Moja rodzicielka ssie mój cycek!
- Aaaachhh! – Wzdycham bardzo głośno.
Mężczyźni nam kibicują.
- A teraz, cycki do cycków! – Komenderuje Surowy.
Dlaczego to mnie tak ekscytuje? Nigdy, przenigdy nie kochałam się z kobietą. A teraz nie dość, że robię to na ich oczach, to jeszcze z moją własną matką. Polecenia naszych “kibiców” nakręcają mnie jeszcze bardziej.
Obie jednocześnie chwytamy dłońmi swe piersi. Patrzymy sobie nawzajem w oczy. Zbliżamy się do siebie i ocieramy biust o biust. Jezu! Jak to mnie rozpala. Rozpala jak cholera. Czuję jak mój sutek zaczepia o brodawkę mamy. Dociskamy piersi do siebie. I mocniej. Coraz mocniej. Ależ sterczą moje sutki. Podobnie ma Marzena.
Mężczyzn najwyraźniej nie mniej to rozognia. Kierownik się rozkręca.
- Pięknie! Na prawdę pięknie! A teraz, uwaga. Cipa o cipę!
Chyba obie tak samo jesteśmy zaskoczone, co podniecone. Myśl, że miałabym się ocierać swoją piczką o cipkę mojej matki, wręcz mnie paraliżuje. Czuję, jak przechodzi przeze mnie fala gorąca.
Mężczyźni dopingują nas:
- No panie… nie ociągajcie się.  – Ponagla Surowy.
- Tak jest. Psitą o psitę! – Emocjonuje się Baryłka.
Patrzę w oczy mamy, jest oszołomiona. A jednak, powoli podciąga spódnicę do góry, widzę, że wręcz płonie z pożądania. Obie rozchylamy uda, obserwuję to jednocześnie w lustrze. Przysuwamy się do siebie.
- Dalej dziewczyny! – Nawet Benek nie może powstrzymać emocji.
Marzena ma na sobie koronkowe majtki. Nie zdejmuje ich, ale szerzej rozwiera nogi. Ja również szerzej je rozkładam, dając dostęp do mojej muszelki.
Wreszcie stało się. Poczułam dotyk gorącego łona i szorstkiej koronki majtek mojej rodzicielki.
- O tak! Pizda po piździe! – Krzyczy Baryłka.
Obie wzdychamy jedna po drugiej.
Ocieramy się cipkami bardzo starannie. Podnieca mnie to, że po moich wargach sromowych szoruje pipa mojej mamy. Ona robi to z takim zaangażowaniem, że aż majtki zsuwają się z jej szparki. Teraz mamy możliwość dotykać się bezpośrednio wargami sromowymi. Korzystamy z tego skwapliwie. Co za wrażenie – czuć gorącą cipę rodzicielki na swojej własnej. Obie jesteśmy mokre… Obie wzdychamy coraz głośniej.
Wreszcie, obie zdajemy sobie sprawę z tego, jaki dajemy pokaz.
Mężczyźni zbyt mocno się tym jarają. Teraz chcą sami.
Benek nie może się doczekać.
- To co, ich dwie. Wypada po jednej na dwóch. Jak się dzielimy?
Przypadam w udziale tirowcom. Marzena – Surowemu i byłemu wspólnikowi.
Obie wiemy, że nasz opór jest nadaremny, dlatego, żadna z nas nie stawia oporu. Wkrótce czuję na sobie olbrzymie cielsko Baryłki. Kątem oka widzę, że na mamę gramoli się Antoni.
Czuję jak penis zdobywcy szuka drogi do mej norki. I dość łatwo ją znajduje. Gdy wydaję z siebie pierwszy jęk, moja matka stęka już przeciągle. Widzę, że Tomasz chce podać jej swego fajfusa do ust, ale ta go odpycha. Tego samego chce ode mnie Benek. Wiem, że i tak dopnie swego, niezależnie od mojej zgody, wobec czego pozwalam mu wylądować w buzi.
Pierwszy raz w życiu mam sobie dwóch mężczyzn na raz. Moje mysli są jednoznaczne: – oddaję się, jak na jakimś pornolu… oddaję się jak dziwka.
Kierowca władczo trzyma mnie za włosy, zdaje się komenderować – Ssij, suczko… ssij.
Nie przestaję kątem oka obserwować Marzeny. Odrzucony Blagier  znajduje sobie inne miejsce. Prosi kierownika by przytrzymał mamę nabitą już przez niego, by on sam mógł wziąć ją… w pupę!
Obserwowanie mojej własnej rodzicielki, jak jest posuwana, już samo w sobie jest czymś co najmniej mocno odjechanym, zaś przyglądanie się, jak dobiera się do niej ten nikczemnik i do tego ładuje ją w zadek, to prawdziwa perwersja…
Natychmiast potem widzę, jak dwaj mężczyźni pracują przy mojej mamie jak dwaj kowale kujący na przemian żelazo… Nawet sapią jak miechy kowalskie… A mama? Jest rozpalona, jak kute żelazo… Jej jęki nie pozostawiają wątpliwości, że jest jej dobrze… że jest jej rozkosznie.
Tymczasem tirowcy, rozkoszujący się moimi wdziękami, jakby im pozazdrościli. Postanawiają brać mnie w nieco inny sposób. Chcą posiąść mnie jednocześnie wchodząc w moją cipkę. Przestraszona protestuję. Przecież mogą mnie rozerwać! Jednak oni nie zważają na moje protesty, mało tego, zachowują się tak, jakby była to dla niech nie pierwszyzna.
- Pamiętasz tę rudą Ukrainkę Olgę w Radomiu, tę wysoką trajkotkę – przypominał Benek kompanowi – jak żeśmy ją wtedy posunęli?
- Co mam nie pamiętać! Ale była jazda! Trochę żeśmy jej cipulkę rozepchali. Ale jazgotała!
Przerażona, próbuję ich powstrzymywać:
- Nie… nie róbcie mi tego…
Jednak czuję, jak do wacka “Baryłkowego” dołącza drugi twardy walec. Gdy ten pierwszy się wysuwa, drugi zajmuje jego miejsce.
Jęczę jak oszalała.
- Jak możecie jej to robić! – To moja matula włącza się w obronę córki. Surowy zatyka jej usta, ale Tomasz, śmiejąc się, odwodzi go.
- Ależ pozwól wypowiedzieć się pani Marzenie. To jej matczyne prawo, bronić córuchny.
Jednak, wypowiadając te słowa, ładuje się jej w tyłek z całej siły.
- Aaaaaach… jak wy nas traktujecie… achhh! – Mama najwyraźniej czuje zarówno upokorzenie, jak i rozkosz.
Mężczyźni nie tylko się tym nie przejmują, ale wręcz tym chętniej podejmują próbę wbicia się we mnie jednocześnie.
- Auuuaaa! – krzyczę.
Ich ręce trzymają mnie za biodra potężnie, równocześnie tirowcy wpychają we mnie swe twarde maszty.
- Nie… aaa… nie… – jęczę nieprzerwanie. Wreszcie czuję, jak me ciało im ulega. Zdobywają mnie tak, jak chcieli.
Czuję tam ból, ale o wiele bardziej czuję coś na kształt spełnienia. Olbrzymiego spełnienia.
Mężczyźni zrazu działają, jakby na przemian, jak tłoki. Raz jeden się wsuwa, raz drugi. Jeden się wsuwa po drugim. Raz czuję “żołnierza” Benka, raz Baryłki.
Po pewnym czasie kierowcy postanawiają zjednoczyć siły i synchronizują ruchy. Pracują równomiernie, teraz dopiero czuję ból, mając na raz oba tarany w sobie. Twarde, bezlitosne, gotowe długo pastwić się nad moją biedną, ciasną jamką.
Sygnalizuję to. Jęczę żałośliwie, jakbym przeżywała istne katusze.
- Aaaaaa! Aaaaaa! Auuuuu!
Mama, słysząc to, pełna obawy o mnie, protestuje:
- Dajcie jej spokój! Jak możecie ją tak traktować?!
Sama jednak też, jak słyszę i widzę, nie ma łatwo. Wzięta w kleszcze między kierwonika i Blagiera, także stęka jak na mękach.
Po pewnym czasie, w tym samym tempie, tirowcy przyspieszają. Robią to jakby starając zachować niezwykłą staranność, aby jeden nie wyprzedził drugiego.
Odczuwam to dotkliwie, więc jęczę jeszcze głośniej.
- Aaaaaa! Aaaaaa!
Odnoszę wrażenie, że zaraz te dwa pale wbiją mi się głęboko w brzuch.
Najwyraźniej ubu kierowców to cholernie rajcuje. Wydają z siebie gardłowe odgłosy. Zwłaszcza Baryłka. Mimo to, jak na komendę, jeszcze bardziej przyspieszają.
Teraz dopiero jestem głośna. Stękam w niebogłosy.
- Aaaa… oooo!
Wiem, że długo tego tempa nie wytrzymają, wiem, że zaraz dojdą… I tego właśnie chcę. Niech już kończą…
Dochodzą. Jak na zawołanie, jak jeden mąż, obaj równocześnie. Czuję w swojej norce dwa wystrzały, jeden po drugim. Pierwszy Baryłka, który ledwo zipał, teraz niemal wyje dziko, po nim Benek ziejący na potęgę.
Jak tego jest dużo! Nigdy w życiu nie miałam w sobie tyle białej, kleistej substancji…
Mężczyźni puszczają mnie.
Opuszczając spódnicę i fartuszek, obserwuję mamę, obskakiwaną od przodu i od tyłu. Stękającą na potęgę. Ci dwaj też przyspieszyli, dźgają Marzenę tak ostro, że aż mi jej szkoda.
Wreszcie też finiszują. Boże! Moja rodzicielka ledwie oddycha!
- No dziewczynki! To daliśmy wam popalić! – Urzędniczyna jest dumny z siebie, mimo, że sapie jak parowóz.
Uwolniona mama podchodzi do mnie, obejmując opiekuńczo.
- Nic ci nie jest? – pyta ckliwie.
- Nie, nie… – uspakajam ją. Choć wiem, że przeszłyśmy swoje. I fizycznie, i psychicznie. Domyślam się, że obie czujemy się mocno upokorzone. W duchu myślę, że przynajmniej problemy skarbowe mamy z głowy.
Z hotelu wychodzę ze spuszczoną głową. Odwracam ją tylko na chwilę. Żeby spojrzeć na starego portiera, który wpatruje się na mnie lubieżnie, z uśmiechem pełnym kpiny.
***
Mijają trzy dni.
Z bijącym sercem pędzę do listonosza i na jego oczach rozrywam kopertę.
Z szybkością błyskawicy przebiegam wzrokiem po piśmie. Wyławiam strzępy zdań:
“Pani prośba została odrzucona”… “ale istnieje możliwość odwołania się do kierownika Antoniego Surowego.”

Historyczka

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 27714 słów i 161088 znaków. Tagi: #pończochy #szantaż #pokojówka #gang #bang

5 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Margerita

    Łapka w górę czasami trzeba się poświęcić

  • TakiJeden

    Wg mnie, ujęcie treści dzieła w jedną całość jest zabiegiem korzystnym, bo można je wtedy przeczytać (i zachwycić) bez oczekiwania na kolejne fragmenty. Można oczywiście, jeśli ma ktoś silną wolę (ja nie mam) czekać z czytaniem aż się ukaże ostatni odcinek i dopiero wtedy zapoznać się z całością. To już kwestia osobistych preferencji.
    Proponuję, celem podniesienia i tak już wysokiej temperatury, rozbudować sceny z Marzeną. Np. dokładniejszy opis szczegółów jej budowy i ubrania. Można by też wzbogacić o jeszcze inne elementy wzajemne pieszczoty córki z mamą.

  • Historyczka

    @TakiJeden jakiego typu pieszczoty mogłyby się dla panów okazać podniecające?

  • TakiJeden

    @Historyczka  Mogłyby użyć w jeszcze większym zakresie palców i języków, a może nawet i doraźnych akcesoriów, do sprawiania sobie rozkosznych doznań. Ale co ja będę pouczać tak wytrawną Autorkę niezliczonych, zawsze świetnych, erotycznych opowiadań.

  • Goscd

    Jest super ale w częściach bardziej mi się podobało.  Rozbuduj wątek z mama

  • Historyczka

    @Goscd dzięki! dlaczego w częściach podobało się bardziej?

  • Historyczka

    Bardzo proszę o wszelkie możliwe sugestie. Co dopisać, co rozbudować, a co wyrzucić z tekstu... Co Was podnieca? A co wcale...?

  • darjim

    Miałem już przyjemność zapoznać się z treścią tego opowiadania w częściach. Bardzo mi się podoba. Daję lajka i głosuję za opuszczeniem poczekalni.