Marta i ksiądz. cz II Kolędowanie (rework)

Marta i ksiądz. cz II Kolędowanie (rework)Duchowny wodził już ustami po całych piersiach.

– Ach! Achhh! – cichutko egzaltowała się dziewczyna. – Znakiem tego, jestem pozytywnie przez księdza oceniana... Jakie to miłe... Bardzo miłe. Acchhhh!

Rozochocony Baltazar, w tym momencie ukąsił nauczycielkę w sutek.

- Ojej! Aaaaaaa!

Marta odpływała. "Ależ on musi być podniecony! Chyba już nic nie odwiedzie go, od obranej drogi! Drogi prosto do mojego wyrka!"

Tymczasem ministranci za oknem mieli świetny widok.

– Patrz! Nie wierzę! Nasz wielce świątobliwy pleban i arcycnotliwa pani nauczycielka. Uwierzyłbyś?! - niemal wykrzykiwał rozentuzjazmowany Kacper.

– W życiu! Ale podsuwa mu cyce! A jak on ją liże! Do czego jeszcze się posunie?

– Oj… posunie… Posunie!

Podniecona Marta faktycznie wyginała się i prężyła niczym kotka. Jej sutki sterczały na baczność. Pragnęła tylko jednego. Zrealizować swe odwieczne marzenie. Ulec mu. Oddać się plebanowi. Poczuć w sobie jego twarde kropidło. "Chyba mogę już iść na całość, chyba on też tego pragnie?"

– Proszę księdza proboszcza, czy mogę o coś zapytać?

- Córko... pytaj... pytaj o wszystko - wysapał gruby pleban.

- Kiedy się wstydzę... - przeciągała, by się ośmielić, ale też zaintrygować Baltazego.

- A czy... Ach, krępuję się... czy... moje łono też może nadawać się do macierzyństwa?

Klechę zamurowało. Zwłaszcza, gdy kobieta jakby nieco rozszerzyła uda a jednocześnie spódniczka delikatnie podwinęła się do góry.

– Czy mam sprawdzić? – przełykając ślinę, nieśmiało wyszeptał.

– Jedynie pod warunkiem, że uzna to ksiądz za konieczne… – prowokowała, chcąc odbić piłeczkę w jego stronę.

Wierzyła, że tak uzna, ale nie miała stuprocentowej pewności, więc czekała z niecierpliwością.

Tymczasem duchowny położył rękę na jej udzie. Zadrżał, gdy przesunął ją wyżej, na koronkę pończoch. Marta już wiedziała, że plan realizuje się znakomicie. Przymknęła oczy i jeszcze szerzej rozchyliła uda.

Baltazar, zrazu nieśmiało, gładził ciało powyżej koronkowej manszety. Z lubością wsłuchiwał się w głębokie westchnięcia. Ośmielał się. Masował jakby z namaszczeniem, przesuwając dłoń coraz wyżej.

– Ochhhh – Znów westchnęła przeciągle, gdy dotarł do majtek. – Nigdy na coś podobnego nie pozwoliłabym obcemu mężczyźnie… ale ksiądz to co innego. Wiem, że mogę zaufać…

"Inny mężczyzna inaczej zabierałby się za mnie. Moja spódnica już byłaby zadarta do oporu... a moje majtki... już nie miałabym majtek... Ale, czyż taka sytuacja z klechą, któremu nie wolno, który ma religijne tabu, nie jest po stokroć bardziej podniecająca?"

Proboszcz wahał się. Wiedział, że właśnie może przekroczyć Rubikon, dlatego miotały się w nim sprzeczne tendencje. Z jednej strony głos wewnętrzny grzmiał: "Nie ulegaj sile nieczystej! Przecież ta niewiasta zachowuje się jak wszeteczna ladacznica... jak pospolita dziwka!"

A z drugiej:

"Ależ mi się trafiło! Ta cud-nauczycielka ta elegancka damulka... zgrabna i cycata, sama się przede mną rozkłada! Ależ byłby ciężkim frajerem, gdybym tego nie wykorzystał!"

Instynkt, nie bez walki, jednak zwyciężył. Bez słowa położył rękę na jej kroczu, trzymając je przez majtki z cienkiej, delikatnej koronki.

"Łono samiczki. Samiczki gotowej i uległej! Czyżbym miał odpuścić? Nie przebadać go? Gdy sama się o to prosi? Muszę je przebadać. Muszę! I to gruntownie..."

Muskał waginę przez materiał skąpych majteczek.

– Durniu! Na co czekasz! Profesorka rozłożona jak książka do czytania! – Zniecierpliwieni chłopcy gapili się na rozgrywającą się przed nimi scenkę.

Ksiądz jakby usłyszał ich ponaglania, bo wsunął palce pod materiał stringów.

– Ojej… ksiądz jest jednak na tyle odważny, żeby badać moje łono… – mówiła Marta przez zaciśnięte zęby, głosem zdradzającym podniecenie. Czerpała olbrzymią przyjemność z bycia dotykaną w tak intymnym i wrażliwym miejscu.

"Jeszcze dzisiaj w nocy śnił mi się proboszcz… był taki napastliwy. Dobierał się do mnie tak nachalnie…. i proszę! Oto trzyma rękę pod moją spódnicą… trzyma dłoń na mojej cipce!"

Jeszcze większe podniecenie odczuwał pleban. Wahał się przez chwilę, a ręce mu się trzęsły jak osika. Wreszcie... Pomyślał: "A niech się dzieje wola nieba..." I... Wsunął dwa drżące palce do pochwy Marty.

– To łono niechybnie stworzone jest do macierzyństwa… – wyrażał opinię, choć głos mu się łamał. Był jednak tak rozogniony, że wsunął palce głębiej. Potem wysunął je. Chwilę się znów zawahał i znowu wsunął, jeszcze bardziej głęboko.

– Aaaa… aaaa… dziękuję księdzu… aaaa… aaaa… za te aaa… słowa…

Nauczycielka pojękiwała intensywniej, niż wcześniej. Było jej tak błogo. Osiągnęła tak wiele… Czuła w sobie cząstkę świątobliwego męża.

"We śnie pleban mnie zgwałcił. Robił ze mną, co chciał… a teraz… urządza mi regularną palcówkę. Czy jego palce zastąpi dostojny pastorał?"

Proboszcz, jakby wsłuchiwał się w myśli Marty. Chuć wzbierała w nim, niczym woda w górskim potoku. Był rozpalony do granic możliwości.

"Nie zdzierżę! Dobry Boże! Nie zdzierżę! W końcu wezmę ją w obroty. Wezmę ją w obroty jak... jak dziwę!"

Nauczycielka, chcąc zachęcić plebana do jeszcze odważniejszego działania, wyszeptała:

- A może... do dokładniejszego badania... rozłożę się na łóżku?

Tego mu było za wiele, rozdygotany proboszcz popchnął dziewczyną na łóżko. Sapiąc nerwowo, wycedził:

- O tak... Zdecydowanie tak!

"Rozkładasz mi się dzierlatko... rozkładasz w jednym celu... ależ ty się prosisz, żebym cię wychędożył!"

Przez moment jeszcze urządzał jej niezwykle intensywną palcówkę, jednak już nie mógł się powstrzymać.

– Sprawdzę to łono jeszcze innym instrumentem…

Zaskoczył Martę tak błyskawiczną reakcją. Uniósł sutannę i rozpiął spodnie. W jednej chwili był na niej i przygniatał swym wielkim brzuchem. Poczuła się unieruchomiona sporym ciężarem mężczyzny. Podniecało ją to do granic.

Ministranci oniemieli.

– Widzisz to, co ja?! Nasz cny i bogobojny katabas wgramolił się na naszą nieskazitelną i cnotliwą belferkę! Leży bidulka pod nim z podciągniętą spódniczką i rozłożonymi nogami. Teraz widać jak praktyczne są pończoszki!

– Czy aby nie wyzionie ducha pod takim brzuchatym tucznikiem?

– Czuję coś przez skórę, że niedługo i ona może być brzuchata! Ha ha ha!

Marta przygnieciona okazałym bębnem, ledwie zipała. "Jeszcze nigdy nie czułam na sobie tak wielkiego ciężaru mężczyzny... Ale też nigdy nie dosiadał mnie ksiądz... Jak to będzie? Jak to będzie poczuć w sobie męskość osoby duchownej?! Przecież... przecież to zakazane! Przecież tak nie wolno!"

Im bardziej nauczycielka zdawała sobie, że łamane jest pewne tabu, tym bardziej była podniecona, tym usilniej tego pragnęła.

Pomiarkowała, że księżulek niezdarnie próbuje nakierować swój wzwiedziony pastorał na jej szparkę, jednak czyni to wielce nieudolnie. Mocno przy tym sapiąc.

"Trzeba ci chyba jakoś pomóc księżulku... chyba niezwyczajnyś do takich czynności...? Pewnie to tylko wsiowe ploty, żeć co raz jakąś wdówkę wyobracał..."

Nauczycielka starała się jeszcze szerzej rozewrzeć uda. Wreszcie nabrzmiałe berło trafiło do wyznaczonej kwatery. Była wniebowzięta.

– Ależ ksiądz się dla mnie poświęca… – szeptała rozmarzona.

– Takie moje posłannictwo… – sapał pleban, pakując swą męskość w kobietę.

– Achh… ach… jaki on twardy… aaa… aaa… jak kolumna przed kościołem.

Chciała go zachwalać, jak tylko mogła, byle tylko jeszcze bardziej pobudzić do działania. Z tych samych względów jęczała donośnie:

- Aaaaaa! Aaaaaa! Aaaaaaa!

Kobiece jęki podniecały go niemożebnie. Z tym większą energią wykonywał płytkie pchnięcia. Opasły bandzioch nie ułatwiał mu zadania. Dyszał okrutnie.

"Boże... daruj mi... ale wejście w tę niewiastę sprawiło mi największą, ziemską rozkosz, jakiej zaznałem... Wyspowiadam się z tego... wyspowiadam szczerze samemu naszemu dziekanowi... ale to nieważne... trwaj chwilo! Jesteś piękna!"

Nie przestawał ciężko mozolił się między udami kobiety.

Marta reagowała z nadmierną egzaltacją, jakby te sztychy przebijały ją na wylot.

–Aaaa… aaaaa… Ależ jestem badana… aaaa… aaaa… dogłębnie!

Klecha pocił się, wytężał siły, żeby pracować maksymalnie energicznie. Dopingowało go uniesienie kobiety.

"Panie… grzeszę. Ty to widzisz... Srodze grzeszę. Ale… chcę grzeszyć srodze! I ją chcę srodze przekropić!"

Zdwoił wysiłki, pchnięcia stały się głębsze.

Marta również stękała i jęczała ze zdwojoną siłą.

– Aaaa… Czy jestem zatem białogłową, aaaa… która jest predestynowana do… aaaaa… macierzyństwa?

– Nieza… – sapał zmęczony duchowny – prze… czalnie…

– Aaaa… tylko, że ja jestem… aaaa… samotną kobietką… nie ma mi… aaaaaa… kto zrobić dzieciątko… aaaaa…

Wiedziała dobrze, jak takie słowa działają na księżulka, domyślała się, że wywołują w nim męskie instynkty.

– Ufaj… w swą parafię… i opiekuna duchowego…

"O ty, podstępna suczko! Już ja bym cię poratował! Zmajstrowałbym ci chętnie całą gromadkę małych plebanków!" – Zwizualizował sobie tę fantazję, wyobraził pląsającą po domku Marty czeredę szkrabów w małych, czarnych sutannach.

– Och… jestem ufna wobec mojego proboszcza w każdej materii… i wierzę w jego misję niesienia pomocy…

Nauczycielka przymknęła oczy, wspominając ostatni sen. Wzięta w nim ostro przez katabasa, wkrótce potem dumnie paradowała po wsi z potężnym brzuchem, co wszystkie wsiowe plotkary komentowały szeroko.

"Czyżby ten sen miał się ziścić? Czyżby to sam proboszcz miał mi zmajstrować dzidziusia?"

Marta oczytała się w doktrynie kościelnej, w sferze dotyczących relacji między mężczyzną a niewiastą. Pamiętała doskonale, że akt zbliżenia może się kończyć tylko w jeden sposób, przez złożenie nasienia męża w pochwie kobiety.

Teraz, gdy słyszała nad uchem ziejącego plebana, sapiącego niczym miech kowalski, coraz bardziej ekscytowała ją zakazana wizja.

"Boże... dlaczego to mnie tak podnieca?! Dlaczego czuję tak mocne pragnienie, żeby on wytrysnął we mnie... w mojej cipce!"

- Prosze księdza... aaa... aaa... muszę księdzu coś... aaaa... aaaa... wyjawić.

Baltazar, zaintrygowany takim wstępem, przerwał swe męskie ruchy.

- Otóż, jak na bogobojną katoliczkę przystało... nie jestem zabezpieczona...

Takie wyznanie podziałało na duchownego, jak płachta na byka.

"No tak... przecie mogę jej przyprawić brzucha... Ale, czy czasem nie tego ona chce? Nie tego ta samotna kobietka, jak to ciągle podkreśla, tego chce, żeby jej zmajstrować dziecię?! Mój Boże! A czy nie to mnie najsilniej pociąga?! Wyryćkać zdrowo tę powabną nauczycielkę, a na koniec to w niej się spuścić?!"

Baltazar, jakby puścił mimo uszu słowa kobiety. Mruknął tylko niewyraźnie, jakby:

- To dobrze, moja panno, że bierzesz sobie do serca naukę kościoła...

Po czym jął znowu ładować się w nią bezpardonowo. Wprawił się nieco, podczas tych krótkich chwil i potrafił już znacznie głębiej wbijać się w nauczycielkę. Nawet, jakby mniej posapywał, podczas wykonywania pchnięć.

Martę zrazu poruszyło, że proboszcz ją zbył, że za nic miał jej obawy. Lecz zaraz wprawiło ją to w jeszcze większą ekstazę.

"A to ci klecha! Typowy chłop! Samiec, który traktuje kobietę tylko jako obiekt do zaspokojenie swych zwierzęcych chuci, nie troszcząc się o to, że może pannie zmajstrować brzucha!"

Pod wpływem tego uniesienia, zaczęła jeszcze głośniej stękać. Usłyszeli to nawet chłopcy za oknem.

Mikołaj spostrzegł, że jego kolega nagle wydobył z kieszeni telefon i... zaczął nagrywać całe zajście.

- Co ty robisz?!

- A co? Myślisz, że ktoś by nam uwierzył, jakbyśmy komuś powiedzieli, że zobaczyliśmy taką scenę? W której nasz świątobliwy gniecie naszą cnotliwą panią profesor? Dmucha ją tak, że ta drze się, jak opętana?!

Istotnie, Marta wpadła w euforię. Wykrzykiwała:

- Ach! Ach! Księże... Ależ ksiądz mi to robi! Ależ ksiądz ma krzepę!

"A niech się księżulo cieszy! Niech się rozpala do białości!"

W istocie, Baltazar był rozogniony. Przyspieszył. Dźgał nauczycielkę, jakby chciał przebić ją na wylot. Sutanna powodowała, że spocił się niepomiernie. Natomiast teraz, gdy atakował z większą werwą sutanna zsunęła się w dół i pokrzyżowała szyki plebanowi, niwecząc jego natarcie.

Rozstrojony, zerwał się z kobiety, żeby zerwać z siebie ubranie. Przerwana akcja przyniosła jednak niepożądany skutek. Męskość Baltiego opadła.

Klecha stał teraz przed Martą nagi, rozdygotany, ze sflaczałym członkiem, ziejąc głęboko.

"Pewnie to pan dał mi znak, abym się opamiętał... Przecie ja popełniłem grzech ciężki!"

Otrzeźwienie spowodowało, że zawstydzony Baltazar gotów był czym prędzej pożegnać się z kobietą.

Jednak Marta, pozostając w najwyższym stopniu rozbudzenia, pragnęła tylko jednego - znów poczuć w sobie mężczyznę, znów zaznać jego krzepkich ruchów.

Wstała z łóżka, poprawiła spódniczkę i uśmiechając się szeroko, podeszła do proboszcza.

- Księże Baltazarze... po tym co ksiądz ze mną wyczyniał, nic dziwnego, że potrzebuje teraz chwili spokoju... relaksu... A może... może ja taki relaks mogłabym księdzu zapewnić?

Pleban patrzył się na nią pytająco.

- Mogłabym zrelaksować księdza, w miły sposób. - Uśmiechała się i mrugała porozumiewawczo. - W bardzo miły sposób... ustami...

Baltazar stał zamurowany.

- Takkk?

- Tak. Ustami. Tylko nie wiem dokładnie, co mówi doktryna kościelna, na takie poczynania...?

Proboszcz, nadal osłupiały, machinalnie wydukał, jakby recytował jakiś traktat:

- Każdy członek i każdy przewód naszego ciała ma swój, wyznaczony przez naturę i jej Twórcę, cel. Tak też usta służą, aby jeść, pić, rozmawiać, przyjmować komunie świętą...

- I... całować?

- No tak...

Marta bez słowa podeszła do proboszcza, po czym uklękła przed nim. Przyrodzenie Baltazara znalazło się dokładnie przy jej twarzy. Ujęła je w dłoń, po czym ucałowała i objęła wargami.

Ksiądz głośno oddychał. W duchu myślał o tym co mówi doktryna Kościoła na temat seksu oralnego: "Dopuszcza całowanie, czy pieszczoty, nie pozwala na substytucję, czyli zastąpienie w ten sposób aktu miłosnego... Ale... jakie to ma teraz znaczenie?! Te pieszczoty są tak rozkoszne!"

Rzeczywiście Marta dołożyła starań. Zrazu ustami bawiła się żołędzią, po czym połykała głębiej, ujmjąc trzon swego plebana.

Kacper rozdziawił usta ze zdumienia.

- Ach! Pani Marta robi mu laskę!

- A jak! Patrz, kuźwa patrz! - Mikołaj wychodził z siebie. - Nasza profesorka opierdala księżulowi kiełbasę!

Istotnie, głowa nauczycielki pracowała z dużym zaangażowaniem.

Kobieta starannie ssała męskość Baltazaro.

"Ech ty mój klecho! Pewnie wariujesz z radości! Widzę to po twoim licu! Wyglądasz na wniebowziętego, gdy tak ci ssę i do tego poruszam ręką."

Marta na przemian ssała, to lizała księżowego penisa. Pieściła też jego jądra, co, miała wrażenie, szczególnie spodobało się proboszczowi, bo wówczas głośno wzdychał.

Wreszcie kobieta zaczęła lizać kutasa po całej jego długości, dostrzegła wówczas, że zaczyna on wracać do życia. Wtedy kolistymi ruchami zaczęła lizać jego czubek.

Baltazar jęknął.

"Panie... daruj mi, nie mogę się powstrzymać... a ta dziewucha robi to perfekcyjnie... oj... chyba nie jest oan taką, jaką postrzegają ją w szkole, gdy nazywają ją, jak choćby ten stary fizyk - cnotką-niewydymką - pewnie mu po prostu nie chciała dać... Za to, gdzieś się tego obciągania musiała nauczyć... i to porządnie nauczyć. Pewnie niejednemu ciągnęła druta!"

Nauczycielka wykonywała swe zajęcie iście profesjonalnie. Próbowała jednocześnie lizać i ssać baltazarowy pastorał. Zrazu szło jej to trudno, ale wkrótce wychodziło perfekcyjnie i ten już stał na baczność, niczym maszt.

Proboszcz był gotów do działania. Chciał znów zatopić się w Marcie. Pociągnął ją za rękę, sugerując by wstała z kolan, następnie obrócił ją tyłem do siebie i delikatnie popchął w kierunku stołu, tego na którym stały świece, święcona woda i leżał opłatek. Kobieta w lot zrozumiała sugestię. Oparła się o blat, mocno wypinając tyłek. Aby ułatwić zadanie Baltazarowi, sama podciągnęła spódniczkę.

Widok wypiętej, nagiej pupy nauczycielki tak podziałał na proboszcza, że ten bez chwili wahania, odruchowo wymierzył klapsa w pośladek Marty.

- Auuaaaa! - zakrzyknęła - ależ proszę księdza... - udawała oburzenie, ale wielce nieudolnie, niby w zamierzeniu miało to zabrzmieć jak skarga, a zabrzmiało, jak zachęta. Zwłaszcza, że kobieta jednocześnie pomerdała swym siedzeniem, jakby chciała sprowokować kolejnego klapsa.

Co, rzecz jasna, osiągnęła. Uderzenie w kolejny pośladek było znacznie tęższe.

Marta znów zatrzęsła kuperkiem.

"O... tak... mój zwierzchniku duchowy... trzaskaj w mój zadek, ile tylko zapragniesz... pokaż, kto tu rządzi! Mój ty władco... wskaż mi moją rolę..."

Tymczasem za oknem, chłopcy wychodzili z siebie.

- Czy ty widziałeś to samo co ja? - Mikołaj aż musiał się powstrzymywać, żeby nie zabrzmiało to zbyt głośno.

- No tak... pani Marta dostała klapsa...

- Klapsa?! Przyrżnął jej w zad, aż zafurgotało! Ta nasza pani Marta, to niezła suczka! Widziałeś jak porządnie wcześniej tyrała lachę?!

- Nooo... na pewno wszystko ci się nagrywa?

- A jak?! Muszę to pokazać chłopakom! Zwłaszcza, jak teraz się wypina! Rozchyliła mu kalafiora. Zaraz jej nasz ksiądz proboszcz znowu zasadzi fasolę! Znowu będzie kutane! Trzeba nagrać naszą belferkę, jak jej klecha zrobi przegazówkę!

Rzeczywiście, pleban natychmiast znalazł się za nauczycielką. Bardzo podobał mu się widok kobiety trzymającej spódnicę w górze, byle tylko dać mu lepszy dostęp.

"Ech ty moja łanio! Zaraz ci zasadzę mojego hycla! Zdaje się, żeś chętna na niego! Tak ochoczo wypinasz kuper! Jak lafirynda! Zobaczysz jak cię wytrykam! Znowu zajęczysz głośno!"

Nie certolił się z dziewczyną. Wszedł w nią mocno, bezpardonowo, jakby tym wtargnięciem ponownie dowieść, kto tu rządzi.

- Aaaaa! Aaaaaaaa... - krzyknęła - ależ ksiądz proboszcz ma wigor!

"O tak, mój plebanku! Przeleć mnie! Przeleć ostro! Daj mi popalić! Niech porządnie poczuję twego ding-donga!"

Baltazar, jakby dostosował się do próśb nauczycielki, które ta kierowała do niego w myślach. Nacierał swym pytonem na ciasną norkę, jednocześnie mocno trzymając kobietę za biodra. Dzierżył ją mocno, niczym w kleszczach. Był to kolejny akt jego dominacji. Był już tak napalony, że przestał zastanawiać się nad wagą tego grzechu. Jakby zapomniał o Najwyższym. Chciał tylko jednego. Być w niej. Być w jej słodkiej dziupli.

Podczas solidnych pchnięć, sapał jak miech kowalski. Jedną rękę zaciskał na biodrze, a drugą przesuną w stronę biustu Marty. W tej pozycji jej piersi wydały mu się znacznie bardziej kuszące, gdyż zwisając, majtały się potężnie pod wpływem jego sztosów.

- Cudna cycatka z ciebie, moja panno!

"Masz cyce jak donice! Chętnie bym je podoił! Zwłaszcza, gdy tak pięknie podskakują i to napędzane w ruch przeze mnie! Przez to, że cię ryćkam!"

Zacisnął palce na jej buforach, oba je schwycił oburącz, nie przerywając ostrego młócenia jej.

Świece i naczynko na święconą wodę podrygiwały w rytm tego łomocenia.

- Aaaaaa! Aaaaaa! - Marta jęczała w niebogłosy.

Odczuwała tyle bodźców. Zarówno proboszczową lancę w cipce, jak i jego dłonie na piersiach. Wydawało jej się, że odlatuje.

"On przebije mnie na wylot! Wygrzmoci mnie, jak chyba nikt wcześniej. No, może poza tym hydraulikiem... W sumie... dlaczego by go nie pochwalić... niech wbija się w dumę."

- Aaaaaaa... aaaaaa... księże proboszczu... ależ ksiądz mnie młóci! Aaaaa... aaaaa... Tak mocno czuję go w sobie... Mam wrażenie, że ksiądz mnie tak dźga, że przeszyje na wskroś! Aaaaa! Aaaaaaaa!

Takie wyznania, przemieszane z kobiecymi jękami, dodawały Baltazarowi jeszcze większego wigoru. Dlatego począł świdrować nauczycielkę jeszcze silniej i szybciej, aż ta nie była w stanie utrzymać się na nogach, musiała uchwyciś się stołu. Wówczas świece razem ze świecznikami i pojemnik na święconą wodę nie tylko podrygiwały, lecz mocno podskakiwały, stwarzając ryzyko, że zsuną się na podłogę.

Marta darła się:

- Aaaaa... aaaaa! Mój Boże! Aaaaaa! O matko!

Krzyczała na tyle silnie, że jej głos dobiegał do obydwóch ministrantów.

- Słyszysz Kacper, jak ona wrzeszczy. Ale musi jej dogadzać nasz proboszczunio! Ależ ją tarabani! Wali, jak w kaczy kuper!

- Może, jakby co, nagrywajmy to na dwa telefony.

- Zdecydowanie! Pani Marta na to bezapelacyjnie zasługuje!

Nauczycielka, wypinając się i przyjmując pchnięcia, czując po ich intensywności, że zbliża się finał, w duchu myślała wciąż o tym, że nie jest zabezpieczona. Walczyły w niej dwie siły. Jedna, racjonalna, nakazywała przestrzec księdza i nie dopuścić, by skończył w niej. Druga, jakaś atawistyczna, pożądała wręcz tego, żeby mężczyzna finiszował w środku, żeby spuścił się w jej pochwie. Mimo, że najpierw zdecydowanie dominowała ta pierwsza siła, to gdy kobieta była już w ekstazie, przewagę zdobywała ta druga.

Nie inaczej działo się u Baltazara. Także ogarnęła go euforia. Także kierowały nim pierwotne instynkty. Mimo, a może zwłaszcza, że w jego głowie pobrzmiewały słowa Marty - Jestem niezabezpieczona - to nasuwały mu się zwierzęce myśli: "Dojść w niej! Spuścić się w jej piczy! Zostawić tam swe nasienie!"

Nic dziwnego, że nie powstrzymał się. Z jego ust wydobył się charkotliwy jęk, po czym wystrzelił lawą spermy w norkę nauczycielki.

Ta krzyknęła głośno:

- Achh! Ojej! Mój Boże! Co ksiądz mi robi?! Jestem niezabezpieczona... Mogę zajść w ciążę!

Lecz Baltazar robił swoje. Dzierżąc kobietę za biodra, pompował w nią jeszcze swe nasienie, jakby wizja zrobienia jej dziecka, tylko go nakręcała.

Kiedy skończył, oklapł na niej, nie wysuwając się jeszcze z jej cipki. Przygniatając ją do stołu swoim ciężarem, jakby nadal demonstrował - "Jesteś moja! Twoje łono też należy do mnie!"

Kiedy, po chwili, wreszcie ją puścił, Marta, naciągając majtki, jeszcze biadoliła, jakby to dawało jej szczególny rodzaj przyjemności:

- Ach... ja biedna... jak nic, zajdę... chciał ksiądz zrobić ze mnie mamusię? Zmajstrować mi dziecko?

Proboszcz nic nie odpowiedział, jedynie ją przytulił.

Nauczycielka nie odepchnęła go, ale zajęła się poprawianiem spódniczki.

- Proszę księdza... a to co ja zrobiłam... oddając się... czy ja nie mam przez to grzechu ciężkiego?

Baltazar pogładził ją po głowie.

- Moja panno... wystarczy przyjąć sakrament pokuty i pojednania. Będziesz musiała - tu uśmiechnął się lubieżnie - przyjść do mnie, to jest na plebanię i wyspowiadać się...

Marta, poprawiając bluzkę na biuście, odwzajemniła uśmiech.

- O tak. Przyjdę na pewno... na plebanię... to jest do księdza...

"Boże! Jestem gotowa tam polecieć choćby jutro! Polecieć jak ćma do świecy..."

- Proszę księdza proboszcza... tylko błagam o jedno. Niech ksiądz nie mówi nikomu, że mnie... że oddałam się księdzu. Przecież miejscowe plotkary wzięłyby mnie na języki, rozpowiadając jak to się puszczam. Nie miałabym życia w tej wiosce!

"Gadaliby tylko o tym, że proboszczowi dałam dupy! Nazwaliby mnie niechybnie plebanówką... księżą dziwką..."

- Moja panno... gdzież ja mógłbym o tym powiedzieć... Zapewniam cię, że to co się tu stało, nigdy nie wyjdzie poza ściany tego pokoju.

Historyczka

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 4210 słów i 24799 znaków.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • alexxx87

    Przydałaby się kontynuacja z ministrantami

  • AlexAthame

    Powinnaś dedykować ojcu Rydzykowi.