Arystokrata rozdz 7

Arystokrata rozdz 7Pierwszy wieczór przesilenia wiosennego od wielu lat należał do domu rodziny Rays.
Tego dnia odbywała się jedyna w roku licytacja niewolników organizowana na terenie posiadłości. Na specjalne zaproszenia przybywali tylko wybrani goście – głównie przedstawiciele liczących się rodów arystokratycznych, ważni i wpływowi politycy oraz kilkanaście innych ekscentrycznych i bogatych osób związanych z rodziną. Odkąd Marta pamiętała, sezon targów zawsze inaugurowała Aukcja Domu Rays. Podczas tej wyjątkowej licytacji, kiedy w pierwszej kolejności swój towar prezentował i wystawiał do konkursu ofert gospodarz uroczystości, swoje propozycje mogły przedstawić również domy handlowe innych arystokratycznych klanów. W tym czasie określano kierunki polityki handlowej, przeprowadzano rozmowy, zawierano wstępne umowy i spekulowano o cenach w nadchodzącym sezonie. Późniejsze przetargi przeważnie potwierdzały trafność tych prognoz.

Jednak święto w Radrays Valley to nie były tylko interesy, to także wydarzenie towarzyskie, podczas którego odnawiano lub zawierano znajomości, wyznaczano trendy, plotkowano, ale przede wszystkim kupowano. W dobrym tonie było wyjechać z nabytym za niemałe pieniądze, nietuzinkowym niewolnikiem, który tylko z tej okazji miał wytatuowany na lewym ramieniu i prawej łopatce monogram "R”. Tatuaż ten, wraz z certyfikatem, świadczył o miejscu pochodzenia i najwyższej jakości towaru. Holding Rays słynął co prawda z wydobycia rud cennego kruszywa, szczególnie wyjątkowej odmiany żółtozłotych szafirów, ale znakiem rozpoznawczym firmy była sprzedaż perfekcyjnie wyszkolonej służby. To nie byli zwykli niewolnicy, to byli ludzie specjalnie wybierani, szkoleni i trenowani nawet kilka lat. Selekcjonowanie najlepszych, zakwalifikowanych do sprzedaży, odznaczało się szczególną rygorystycznością. Na tym etapie niedopracowanie w jakimkolwiek szczególe nie miało prawa się zdarzyć. Stosowano dobór jednostkowy, oceniano możliwość adaptacji i eliminowano najmniejsze wady fizyczne i psychiczne. Miesiące szkoleń i cierpliwej pracy przynosiły efekty. Wbrew przyjętym normom i zwyczajom, w stosunku do tej garstki niewolnych do minimum ograniczano przemoc i tortury oraz nie łamano charakterów, dzięki czemu ciągle byli ludźmi z bogatym wnętrzem. Martin, jako główny szkoleniowiec, nigdy nie zezwolił na wprowadzenie popularnej metody programowania umysłu, powodującej często dysocjacje, tak niepożądane przez potencjalnych właścicieli. Taki system tresury otwierał szeroki wachlarz możliwości układania i wykwalifikowania niewolnych w wielu dziedzinach. W rezultacie szkoleni ludzie odznaczali się wysokim poziomem identyfikacji z funkcją niewolnika, co czyniło ich towarem luksusowym i pożądanym, szczególnie gdy te cechy szły w parze z jeszcze jednym istotnym dla nabywców elementem – atrakcyjnym wyglądem zewnętrznym. Ponadprzeciętna uroda, wdzięk, wyszkolenie i limit dwudziestu jeden sztuk niewolnych gwarantowały sukces i w głównej mierze reklamę dla dalszego obrotu żywym towarem.

Marta otaksowała wzrokiem olbrzymie pomieszczenie i stwierdziła, że pomysł zaadoptowania olbrzymiej zabytkowej stajni na potrzeby tego dnia był idealny. Koncepcja takiej oprawy pojawiła się w ostatniej chwili i do końca istniały obawy, że zabraknie czasu na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Efekt w pełni zrekompensował jednak napięcie i nerwowość panujące przed inauguracją. Wielki budynek, od lat nieużytkowany, przeżywał właśnie swoją drugą młodość. Z odremontowaną elewacją i nową stolarką wyglądał imponująco. Trafnym rozwiązaniem okazało się połączenie dawnej wozowni z pomieszczeniami stajennym dla wygody gości, którzy przemieszczali się wzdłuż szerokiego korytarza, oddzielającego dwa rzędy odrestaurowanych boksów dla koni, będących teraz stanowiskami prezentacji młodych mężczyzn. Sama licytacja miała odbywać się na specjalnie skonstruowanym podwyższeniu, utrzymanym w stylu dawnej drewnianej przegrody, ulokowanym w centralnej części pawilonu wozowni.

Gospodyni, zadowolona z dzieła, przechadzała się pomiędzy zaproszonymi klientami, witając nowo przybyłych, odpowiadając na ich uwagi i rozdając przyjazne, nie zawsze do końca szczere, uśmiechy. Ze szczególną uwagą przyglądała się służbie, której zadaniem było usługiwanie gościom oraz spełnianie wszelkich życzeń i zachcianek. Młodziutcy, delikatni chłopcy, przemykali dyskretnie z tacami pełnymi kieliszków szampana, wina lub mocniejszych trunków i dbali o suto zastawione stoły, tak aby niczego na nich nie brakowało.

– Nadzwyczajnie! – Usłyszała nagle czyjś głos za sobą, w momencie kiedy upewniała się, czy światło jest odpowiednio nakierowane na prezentowanych niewolników. – Jestem pod wrażeniem, panno Rays.

Odwróciła się z naturalną gracją i stanęła twarzą w twarz z postawnym, aczkolwiek mocno posuniętym w latach mężczyzną, wspartym na lasce.

– Witam pana, panie Sanders! – Umyślnie przeciągnęła słowa, obdarzając go promiennym uśmiechem. – Mam ogromny zaszczyt powitać w moich progach na dorocznej Aukcji Domu Rays. – Podała mu dłoń, którą ujął z namaszczeniem i złożył na niej pocałunek. Odwzajemniła delikatny, choć trochę przydługi uścisk kościstych, ciepłych palców. – Sprawił mi pan niezwykłą przyjemność swoim przybyciem.

W tym, co powiedziała, nie było żadnej kurtuazji. Julien Sanders, najstarszy członek arystokratycznego, potężnego i wpływowego rodu, cieszył się poważaniem i niekwestionowanym autorytetem w prestiżowych sferach życia politycznego. Wszędzie tam, gdzie się pojawiał, odnotowywano ten fakt jako swoiste wydarzenie i wyróżnienie. Wysyłając zaproszenie, nie liczyła na jego obecność. Od dobrych kilku lat nie przybywał na aukcje w Radrays Valley, pomimo wystosowywanych specjalnych zaproszeń.

– Nie mogłem sobie odmówić przyjemności ujrzenia cię, moja droga panno. – Mierzył ją wzrokiem z delikatnym uśmiechem na twarzy. – I to jeszcze w jakim charakterze… Pani domu i włości!

Rozbawił ją tym określeniem.

– Miłe to, co pan opowiada – czarowała go całą sobą. – Jestem jednak tylko gospodarzem dzisiejszego szczególnego dnia, a do pani na włościach bardzo mi daleko, zwłaszcza, że posiadają one prawowitego właściciela.

– Jaka skromna… – Starszy pan skinął głową w jej stronę i stuknął laską. – Jesteś uroczą gospodynią, Marto Rays, a co do prawowitości… to tylko kwestia czasu, moja droga. Kwestia czasu i to całkiem niedługiego – powtórzył już całkiem poważnie, a w momencie, kiedy nieco zdziwiona jego słowami chciała zaprzeczyć, podał jej ramę i rzekł: – Przejdźmy się, moja miła. Dajmy tym sępom jakąś pożywkę dla domysłów i plotek.

Rozejrzała się jakby od niechcenia. Dostrzegła wbite w nich, napięte i czujnie obserwujące spojrzenia gości. Jak się domyślała, stali się, a raczej pan Sanders okazał się sensacją dnia. Mocniej przywarła do mężczyzny, aby wyrazić szczególną zażyłość, a starszy pan, odgadując jej intencję, nachylał się do Marty z poufałością. Szepcząc do ucha jakiś żarcik, nie przestawał głaskać jej dłoni, spoczywającej na jego przedramieniu. Kiedy obeszli w ten sposób większą część budynku, zaspokajając ciekawość zebranych, zatrzymali się przy jednym ze szwedzkich stołów.

– Doskonały pomysł z tą stajnią – zatoczył dookoła laską w powietrzu – sceneria, mocno oryginalna… – Podał jej kieliszek szampana i sięgnął po drugi dla siebie. – Ten zapach świeżego drewna, te skórzane gadżety i rzemienie zamiast łańcuchów, no, no… – chwalił. – Przełamujesz konwenanse, moja piękna… Wreszcie miejsce, gdzie człowiek nie czuje się jak w średniowiecznym lochu… – Dostrzegłszy nagle jej skupioną minę, spytał zatroskany: – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, abym zwracał się do ciebie w ten sposób? – Jego uśmiechnięta twarz, ze szczególnym błyskiem flirtu w oczach, świadczyła o pewnej cesze charakteru przypisywanej wprawnym uwodzicielom.

– Oczywiście, że nie… – Stuknęła kieliszkiem w naczynie Sandersa, po czym oboje upili nieco trunku, przez chwilę rozkoszując się delikatnym bukietem. – A co do dzisiejszej aranżacji… nie będę skromna, też mi się bardzo podoba.

Mężczyzna klasnął w dłonie i roześmiał się w głos, podsycając uwagę zebranych wokół nich gości.

– Pani, przyjmując moje szczere zachwyty i nieudolne komplementy – przybrał zabawnie szelmowski ton – sprawiłaś wielką przyjemność staremu człowiekowi. A tak poważnie – bardzo dobrze, że nie jesteś skromna. W tym świecie nie ma miejsca na sentymenty.

Mężczyzna znów ujął ją pod ramię i poprowadził w kierunku hali.

– Widzisz tych wszystkich… obywateli? – Podążyła wzrokiem za jego gestem, kiedy wskazywał na zgromadzonych ludzi, swobodnie przechadzających się po obiekcie. Popijając drinki, wymieniali uwagi na temat wystawionego towaru, oceniając fachowym okiem jego walory. – Każdy z nich albo znakomita większość reprezentuje starożytną linię krwi swych rodów. Pod ich wpływem znajdują się obszary i urzędy istotne dla funkcjonowania naszego świata. – W jego głosie wyczuwała gwałtowną zmianę nastroju. – I co my tu widzimy?

Zatrzymali się koło jednego ze stanowisk, na którym przypięty rzemieniami do drewnianych słupów, z wysoko podciągniętymi w nadgarstkach dłońmi, w szerokim rozkroku stał nagi niewolnik.

– Potencjalnych kupców? – odpowiedziała ostrożnie pytaniem na pytanie.

– Dyplomatyczna odpowiedź! Ale powiedzmy to wprost – to w większości produkty zobojętniałego społeczeństwa. Sensem istnienia tych istot jest konsumpcja, trawienie wszelkich dóbr, których dorobili się ich ojcowie i dziadowie. Narkotyki, tortury, wszelakie okrucieństwo, to ich życiowy cel… – Słuchała uważnie, próbując podążać za jego tokiem myślenia. – Ten tutaj – odwrócił się w stronę niewolnika i przejechał laską po nagim torsie – piękny zresztą osobnik, jako własność swoich panów, pozbawiony zupełnie podmiotowości, będzie wykorzystywany do zaspokajania ich potrzeb, zdany na ich wolę i kaprysy. – Sanders nagle przeniósł wzrok na Martę; ostre spojrzenie szarych oczu, przewiercało ją na wskroś. – A tamci? – Z wyraźnym niesmakiem spojrzał w kierunku hali, gdzie zaczęto zajmować co lepsze miejsca przed zbliżającą się licytacją. – Arystokraci, którzy mieli fart, aby się nimi urodzić, są wybierani na najważniejsze urzędy i stanowiska poprzez ich ułomności, zdolność do szantażu i gotowość dostosowania się do czyjegoś planu. A dlaczego?!

Powoli docierał do niej sens słów wypowiadanych cicho, ale ze zdumiewającą pasją. Tylko w jakim celu jej to opowiadał? Przecież widzieli się może trzeci raz w życiu, prawie go nie znała… Coś ją tknęło, a przez głowę przebiegła pewna myśl…

– Bo są niewolnikami – przejęła jego ton – niewolnikami własnych żądz.

– Doskonale! – Ponownie stuknął laską w geście aprobaty. – A teraz kolejne pytanie: komu lub czemu i za co będą służyć? – Nie oczekując odpowiedzi, wyjaśnił: – Takim samym kreaturom, tylko jeszcze bardziej rządnym władzy, pozbawionym zasad i moralnego kręgosłupa, mającym za nic interes ogółu. Jeśli nikt temu się nie przeciwstawi, świat, jaki znamy, przestanie istnieć. Uwierz mi, panno Rays, przyjdzie czas, kiedy sami staniemy się niewolnikami systemu, który powstanie przez nasze tchórzostwo albo – co gorsze – przez zaniechanie.

– Nakreślił pan dość apokaliptyczny scenariusz – stwierdziła, czujnie obserwując reakcję swojego rozmówcy – bez najmniejszego choćby cienia nadziei.

– Zbyt długo żyję, aby nie dostrzegać pewnych prawidłowości – odrzekł. – Widzisz różnicę między nim – wskazał na niewolnika, a po chwili na grupkę osób zajętych rozmową – a tymi tam? Nie ma żadnej! Jedni i drudzy służą… tylko innym panom.

– Każdy ma swojego pana – pana, na miarę własnej wartości – zripostowała, ostrożnie dając do zrozumienia, że podziela jego opinię. – Teraz jesteśmy tylko statystami na szachownicy wydarzeń.

– Mądre słowa – przytaknął nieznacznym skinieniem głowy. – Jeden dobrze rozstawiony pionek, wspierany przez odpowiednią figurę, może dać mata samemu królowi. – Mężczyzna roześmiał się, położył ręce na jej ramionach, pocałował w czoło i dodał poważnie: – Nasz system, funkcjonujący od tak dawna, dający złudne poczucie bezpieczeństwa, zaślepił i rozleniwił nasze elity. Zapomniano, że nic nikomu nie jest dane na zawsze.

– Niebezpieczna gra… – zaakcentowała ostrożnie, nie będąc jeszcze do końca pewną, czy dobrze zrozumiała przekaz.

– Bo to gra królów – odparł szybko.

– Wygrany może być tylko jeden… – dodała bez wahania.

– Nie inaczej! – przyznał na pozór spokojnie, jednak kurczowo zaciskająca się dłoń na srebrnej rączce laski świadczyła o czymś przeciwnym.

– …i bierze wszystko. – Ze strony Marty było to wyzwanie.

– Ma prawo rozstawienia figur na nowej szachownicy, ale reguły są nienaruszalne… – oświadczył twardo.

– Reguły ustanawiają zwycięzcy – bezceremonialnie wtrąciła się starszemu panu w zdanie, z trudem ukrywając zdumienie. O ile dobrze zrozumiała, właśnie zadeklarował nieoczekiwany sojusz. Jeśli nie myliła się, mogła sobie pogratulować takiego sprzymierzeńca. Bez wątpienia byłby mocną figurą na rozstawionej przez nią szachownicy. Tylko za jaką cenę?

– Spodziewałem się, że mnie nie zawiedziesz, panno Rays. Obserwuję cię od bardzo dawna. Stworzyłaś własne imperium i przetrwałaś. W tych trudnych czasach to wielka sztuka. Nie musiałaś tu wracać, a jednak poczucie obowiązku okazało się silniejsze. Jesteś jak twój dziad, dla niego rodzina, dom i honor to były wartości największe. Wielka szkoda, że Robert nie ma charakteru Raysów, razem bylibyście niezniszczalni.

– Ale mój… – próbowała wtrącić coś na obronę brata, ale tym razem starzec nie dopuścił jej do głosu.

– Twój brat żyje przeszłością! Czyni to, co sam uzna za dobre dla siebie, lub tyle, ile wymaga od niego sytuacja, i nic ponadto. Dawno temu stracił cel i pozwolił, aby zawładnęły nim demony zemsty. Złe emocje, hołubione, niewybaczone, do niczego dobrego nie prowadzą. – Po chwili przerwy dodał z grymasem prawdziwego zatroskania na twarzy: – A przede wszystkim popełnił błąd, którego ja osobiście nie mogę mu wybaczyć i – co gorsza – on sam sobie nie wybaczy nigdy.

Skupiona na swoim rozmówcy nie dostrzegła, jakim zainteresowaniem cieszył się niewolnik, przy którym prowadzili tę intrygującą rozmowę. Goście mylnie zinterpretowali dłuższą obecność przy stanowisku. Kilka osób studiowało dane wyświetlane na displayu i notowało sobie numer aukcyjny.

– Chyba należy się panu procent od sprzedaży tego… osobnika – stwierdziła rozbawiona sytuacją.

– Zadowolę się lampką dobrego trunku, wypitego w twoim towarzystwie. – Ująwszy Martę jedną ręką delikatnie w pasie, poprowadził ją korytarzem w stronę pawilonu aukcyjnego. – Jeśli pozwolisz, – jeszcze tego wieczoru.

– Z największą przyjemnością…

W tym samym momencie w drzwiach wejściowych ujrzała przewodniczącego rady Trybunału Maksa Kantera, w towarzystwie żony i mężczyzny, który jeszcze całkiem niedawno, zajmował stanowisko szefa marketingu firmy Radvan, należącej do Marty.

– W temacie przyjemności – to byłoby na tyle, moja droga. Zapewniam, że jestem po twojej stronie, ja i moja rodzina. Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała pomocy lub rady, zawsze ją u mnie otrzymasz. – Uścisnął jej dłoń, a wymowne spojrzenie skierowane ku Kanterowi oznaczało, że oboje myśleli podobnie.

– Dziękuję – odrzekła. – Dziadek zawsze cenił przyjaźń. Cieszę się, że jedna z nich nie odeszła wraz z nim…

– Biegnij więc, moja piękna przyjaciółko, do swoich obowiązków. – Sanders na chwilę spuścił wzrok i westchnął. – Przejdę się, aby wylicytować jakąś perełkę z twojej stajni.

– A więc jesteśmy umówieni, u mnie w saloniku! – dodała jeszcze na odchodne, a w zamian otrzymała ciepłe spojrzenie szarych, uważnych oczu.

Rozległ się gong informujący, że do rozpoczęcia licytacji pozostał kwadrans. Minęła ją straż prowadząca pierwszego niewolnika. Obejrzała się za odchodzącymi i pomyślała o Kaju. Niewolniku, który pojawił się pewnej nocy, kiedy po wielkim balu potrzebowała rozpaczliwie bliskości drugiego człowieka, i który nieświadomie wprowadził w życie Marty odrobinę spontaniczności i ciepła. Odruchowo zerknęła na oszkloną galerię.

Gdy weszła na górę, stał odwrócony w stronę szklanej tafli, przyglądając się przetargowi trwającemu w hali na dole. Lustrzana szyba pozwalała na swobodną obserwację i prywatność osoby znajdującej się w pomieszczeniu. Drzwi zamknęły się bezgłośnie, ale niewolnik usłyszał, że weszła. Poznała to po tym, jak napiął mięśnie pleców. Nie odwrócił się, pomimo obecności swojej pani. Ten niewolnik, dotąd niezłamany, potrafił jak żaden inny ignorować granice pomiędzy uległością i niesfornością, będąc świadomy ułomności uczuć ludzi w świecie, w którym przyszło mu służyć. Wiedziała, co się teraz działo w jego duszy; odkrył się przed nią. Zaryzykował i przegrał… Czy powinna mieć skrupuły? Nie… Tak… Miała… Czy to na pewno były skrupuły? A może egoizm?

Na jego widok zareagowała szybko narastającym pożądaniem. Przypomniała sobie tamtą noc, kiedy pierwszy raz ujrzała Kaja w blasku świec i ognia z kominka. Sięgnęła pamięcią do wszystkich innych wieczorów i dni. Był jej i tylko jej. Oddał jej nie tylko ciało…

– Kaj! – niemalże krzyknęła, głosem drżącym z podniecenia.

Zwrócił się ku niej w niemym wyzwaniu, po czym ruszył miękkim, kocim krokiem, z arogancką pewnością siebie, zupełnie jak nie niewolnik. Obejmowała spojrzeniem jego ciało: piękne, gładkie, bez blizn; ciało, które nie doświadczyło jeszcze chłosty. To była rozterka uczuć czy pożądliwy egoizm? Złamała zasady, drugi raz zrobiła to samo! Poznała jego marzenia i lęki. Znała słabe i mocne strony, przeniknęła myśli i dała nadzieję. Przywiązała się do niego. Nie widziała w nim niewolnika, tylko młodego mężczyznę, który miał pecha znaleźć się w nieodpowiednim czasie i w nie właściwym miejscu. Zatrzymał się przed nią… blisko… zbyt blisko. Zmierzył Martę pożądliwym wzrokiem. Jego spojrzenie było mieszaniną pewności siebie, głodu żądz i oddania.

Skupiła się na niewolniku. Podsycona bliskością mężczyzny wyobraźnia wyostrzyła zmysły. Drżenie jego mięśni i szybkie unoszenie się klatki piersiowej, nie pomagało zapanować nad wszechogarniającym podnieceniem. Kaj powoli osuwał się na kolana, do końca bezczelnie nie spuszczając z niej oczu. Dopiero gdy przyjął pozycję uległego tuż u jej stóp, gdy zerwał kontakt wzrokowy, mogła złapać głębszy oddech. Przytłumiony odgłos drugiego gongu, oznaczającego rozpoczęcie licytacji, na krótki czas przywrócił ją do rzeczywistości. Powinna być na dole wśród zaproszonych gości, to był jej dzień… Jednak pragnienie dotyku, potrzeba spełnienia, nakazała spojrzeć na klęczącego u jej stóp mężczyznę, włożyć rozpalone dłonie pod koszulę, aby poczuć z trudem powstrzymywane zmysły i wybrać…

Tylko przez moment się wahała.

Zmrużyła oczy i zanurzyła palce w gęstych włosach mężczyzny, przycisnęła głowę do swojego łona. Ośmielony wsunął ręce pod spódnicę, poczuła ich żar. Dała się ponieść popędowi, nieokiełznana chuć zepchnęła wszystko inne na dalszy plan. Nic już nie było ważniejsze, nie miała siły walczyć z czymś, z czym wygrać nie mogła. Kaj sprężyście zaczął się podnosić tak samo wolno, jak przed nią klękał. Jego dłonie wędrowały wraz z nim, unosząc do góry materiał, palce penetrowały okolicę ud, niebezpiecznie zbliżając się do wilgotnych już stringów… za wolno…

Jęknęła raz i drugi, oddech się urywał, brakowało tchu…

– Kaj… och, Kaj… – wyszeptała, wbijając paznokcie w jego kark, zupełnie nie zważając na to że sprawia mu ból.

Podniósł się gwałtownie i przez sekundę patrzył z niedowierzaniem. Tak, nigdy dotąd w chwili uniesienia nie przywołała niewolnika po imieniu.

– Pani, jestem tu by sprawić ci radość i dać rozkosz… – Dotarł do niej pulsujący seksem głos.

Ta formułka miała dziś zupełnie inny sens; słowa brzmiały tak samo, ale wydźwięk był zupełnie inny. Przyciągnął ją do siebie, złapał za głowę i wbił się chciwie językiem w jej wargi. Odpowiedziała równie zachłannie. Stęsknione dotyku, chaotyczne i niecierpliwe ręce w niekontrolowanych gestach szukały czułości i spełnienia. Marta zatracała się w mężczyźnie w rytm przesuwających się w górę i w dół dłoni i jego coraz głośniejszych jęków. Nawet nie zauważyła, kiedy znaleźli się na podłodze. On nieporadnie rozpinał guziczki bluzki, ona niezdarnie walczyła z rozporkiem spodni.

W końcu poczuła jego usta na swoich piersiach, całkowicie poddała się pieszczocie. Świeżo rozbudzona namiętność spowodowała, że gdy zjechał ustami do wzgórka łonowego i zsunął z krągłych bioder stringi, instynktownie rozchyliła nogi, oczekując zaspokojenia. Zadrżała i wygięła się w łuk, kiedy poczuła subtelny dotyk – to język zanurzył się w jej delikatnych, wilgotnych płatkach, szukając źródła przyjemności. Wdzierał się głęboko i coraz głębiej, nienasycony i pożądliwy. Doprowadzał kobietę do szaleństwa. Wbijała w jego ramiona paznokcie, palce wplatała we włosy, jęki stawały się coraz głośniejsze i dłuższe… Znalazła się na granicy bólu i błogości, a niewolnik bezbłędnie wyczuł ten moment; uniósł się szybko i wślizgnął w nią zdecydowanym, mocnym ruchem. Krzyknęła. On też. Przyciskał ją mocno do siebie, przytrzymywał biodra i napierał lędźwiami. Z każdym pchnięciem z ust chłopaka wydobywał się skowyt rozkoszy. Wypełniał ją szczelnie, ruchy niewolnego były pewne i silne. W pełni kontrolował rozkwit jej ekstazy. Wyczuła ten perwersyjny rytm, to fascynujące doznanie zniewolenia. Widok wyciągniętego nad sobą ciała mężczyzny był zbyt silnym bodźcem… Zatopiła boleśnie zęby w jego ramieniu. Pragnęła, aby otoczył ją ciepłem swojej wielkiej, nagiej bliskości, by dał jej spełnienie. Była żądna natychmiastowego zaspokojenia. Wyprężony do granic możliwości penis cofał się i wchodził w nią z coraz większym impetem, w odpowiedzi uniosła wyżej biodra. Ruchy Kaja stały się mocniejsze, dyszał, poddając się pierwotnym instynktom, tak jakby stracił nad sobą kontrolę; jakby tym razem chciał uszczknąć coś dla siebie. Zatracał się w niej, doprowadzając Martę do szaleństwa. Nie chciał być niewolnikiem czyichś przyjemności, żądał i brał, ten jeden jedyny raz, jakby zaraz świat miał się skończyć…

Nagle, po kolejnym pchnięciu na granicy bólu i satysfakcji, poczuła, że zaczyna brakować jej powietrza, nie mogła złapać oddechu… Jej umysł zaczynał eksplodować, rozpadała się na tysiące kawałeczków. Zdążyła usłyszeć jeszcze tylko swoje imię… Doszedł w tym samym momencie, opadł na nią wyczerpany, z pragnieniem pozostania w niej na zawsze.

Kaj tulił Martę do siebie w taki sposób, jakby chciał zapamiętać dotyk rozgrzanego ciała; chłonął zapach, smakował skórę… Tworzył w umyśle jej obraz, mapę ciała; coś, co będzie należało tylko do niego i czego nikt nigdy mu nie odbierze. Świadomość, dlaczego to robił, była nie do wytrzymania.

– Muszę iść – wykrztusiła, podnosząc się z podłogi. Ciągle jeszcze była oszołomiona, a na dodatek czuła się podle. Właśnie dotarło do niej, co za chwilę się wydarzy. Dlaczego do tego dopuściła?
Zapomniała o najważniejszej zasadzie – nie przyzwyczajaj…

Przytrzymał ją za rękę, którą przyłożył do policzka, a po chwili do ust. Zdziwiona, lecz nie zaskoczona, spoglądała na niego, czując, jak pęka jej serce… Boże… Za dużo sobie pozwalał! Jak zwykle… Żaden inny niewolnik nie zdobyłby się na coś takiego. Ale Kaj od początku był niepokorny… tak cudownie niepokorny.

Patrzył na nią uważnym spojrzeniem kogoś, kto nie ma odwagi wypowiedzieć słowami tego, co czuje. Widziała żal, ale nie znalazła w brązowych źrenicach swojego niewolnika najmniejszego cienia wyrzutu… Złapał ją mocno za nadgarstki i przyciągnął do siebie, zmuszając, aby uklękła obok niego. Usta mężczyzny ponownie zaczęły błądziły po szyi kobiety, wywołując dreszcz na całym ciele, a gdy wargi rozpoczęły zabawę z jej ustami, zamknęła oczy i pomyślała, że byłby w stanie rozpalić nawet kamień. Zesztywniała natychmiast, znów była gotowa dać się ponieść… i w jednej chwili wszystko się skończyło. Złożył na jej ustach delikatny, chłodny pocałunek, bez wątpienia ostatni. Cofnął się o trzy kroki, oderwał od niej wzrok, spoglądając gdzieś w bok, nabierał głęboko do płuc powietrza. Jeszcze raz spojrzał na Martę i padł przed nią na kolana, aby pozostać już w pozycji uległego. Obserwowała tę sytuację i nic do niej nie docierało. Ze wszystkich sił starała się zapanować nad targającymi nią bezlitośnie emocjami, nie mogła się przecież poddać, nie teraz… Z tego zawieszenia wyrwało ją pukanie do drzwi.

– Marta, co ty robisz? Powinnaś być na licytacji! – Podekscytowany Martin wyrzucał siebie słowa jednym tchem. – Dlaczego się tutaj ukrywasz? Ty wiesz, co się dzieje? – Niezrażony brakiem reakcji kontynuował: – Nawet stary Sanders coś kupił, chociaż diabli go wiedzą, po co, skoro ma swoich niewolników. Musisz mi koniecznie opowiedzieć, co zrobiłaś, że się zjawił? Gratulacje! Robertowi od lat nie udało się go skłonić do przybycia na naszą aukcję… Coś się stało? – zapytał, gdy zorientował się że nie podziela jego entuzjazmu nowinami z dołu. Zerknął na Kaja, potem na nią i domyślił się, co zaszło.

– Nic, zupełnie nic. Słucham cię – odpowiedziała z nieszczerą łagodnością.

Zbliżył się do niej i spytał z troską:

– Dobrze się czujesz?

– Wyśmienicie. – Kiedy zwróciła się do zarządcy, na jej twarzy gościł już przyklejony, sztuczny uśmiech. – Powiadasz, że licytacja jest udana? – Próbowała zapanować nad rozbieganymi myślami, za wszelką cenę starała się nie rozpaść na kawałki.

– Nie uwierzysz! Kwoty, jakie są dzisiaj licytowane, od lat nie były na tak wysokim poziomie. Powinnaś tam zejść, zwyczaj nakazuje, abyś była wśród kupujących, zresztą twoja obecność podgrzałaby atmosferę… Marta, na pewno wszystko w porządku?

– No, więc zbierajmy się! – Energicznie ruszyła w kierunku drzwi, aby nagle zatrzymać się na chwilę przy klęczącym niewolniku.

– A jeśli idzie o podgrzanie atmosfery – wystaw jego na licytację… jako clou programu.

Nie czekając na reakcję zarządcy, skierowała się do wyjścia. Kompletnie zaskoczony dogonił ją dopiero na schodach.

– Chcesz wystawić Kaja? Dlaczego? – Wyraźnie nie wierzył w to, co usłyszał.

– Nie muszę nikomu tłumaczyć się ze swoich decyzji – odparła oschle.

– Ale za co? Nie sprawdził się? Zrobił coś nie tak? – podniósł głos, był zdecydowany ją powstrzymać, tym samym utrudniając jej i tak niełatwą decyzję. – Marto, nie sprzedaje się takich niewolników od tak!

Zatrzymała się w połowie schodów i wolno odwróciła. Patrząc gdzieś przed siebie i zupełnie nie odzywając, stworzyła pomiędzy nimi psychiczny dystans.

– Myślałem, że jesteś z niego zadowolona… – Jego głos cichł pod naporem ciężkiego, sennego i niebezpiecznego spojrzenia. – Sądziłem… to bardzo dobry niewolnik… ja…

– Dosyć! – zignorowała jego słowa. – To tylko niewolnik. Przygotuj go do wystawienia. – Spięła się chcąc ukryć wysiłek, jaki włożyła w opanowanie drżenia w głosie. – Ma być nieprzypięty do słupów i pozostać w ubraniu. – Tylko tyle mogła teraz zrobić dla Kaja, aby zaoszczędzić mu dodatkowego upokorzenia.

– Panno Rays… – zawołał jeszcze za nią, ale jej całkowicie pozbawiona emocji twarz, zimne oczy i stanowczy głos dały Martinowi do zrozumienia, że zakończyła dyskusję i jedyne, co mógł teraz uczynić, to wypełnić rozkaz.

Odwróciła się i zeszła po schodach, uważając, aby się nie potknąć. Wszystko w niej wrzało, była rozdygotana do granic ostateczności. Seks z Kajem, do którego nie powinna była dopuścić; decyzja o sprzedaży człowieka, który przyszedł do jej łóżka i pokazał, co może niewolnik dla przyjemności, oraz świadomość tego, jak potraktowała Martina…

Dość! Dość! Musi wziąć się w garść! Rozpoczęła coś i nie może się wycofać z jakichś nieistotnych powodów. Ma cel, do którego będzie dążyć bez względu na ofiary… Skierowała się do baru, potrzebowała napić się alkoholu. Jeśli miała przetrwać dzisiejsze popołudnie i wieczór, to zdecydowanie musiała się znieczulić… No, nie! Co się z nią działo?!

– Do kurwy nędzy! – skarciła sama siebie. Jest przecież Martą Rays! Wyniosłą, dumną arystokratką, pewną swej wartości i siły, dla której nie liczy się nic, co nie jest dobre dla domu i rodziny. Ma świat u stóp i… obowiązki. Poświęci wszystko, aby osiągnąć cel! Dosyć użalania się nad sobą. Pozostało tylko wejść w swoją rolę…

Sięgnęła po kolejny kieliszek i wypiła duszkiem jego zawartość. Zerknęła w lustra ustawione na łączeniu budynków. Na szczęście, po ubraniu nie było znać niedawnego zbliżenia. Jedynie parę kosmyków wymknęło się z misternie zaplecionego warkocza, ale te luźne pasma dodawały akurat uroku… twarzy stężałej w zimną maskę zadowolonej z siebie kobiety.

Upiła kolejny łyk i dostrzegła zbliżającego się Kantera w towarzystwie jej byłego pracownika. Widok zwalistej sylwetki sprawił, że momentalnie stała się zła; oczami wyobraźni widziała, jak pulchne wielkie łapska obmacują pożądliwie Kaja, jak… Stłumiła w sobie przekleństwo, stając się czujną i ostrożną, aby w chwili, kiedy podszedł do niej, przyoblec na twarz swój najbardziej czarujący uśmiech.

– Maks! Kochany, jak dobrze cię widzieć! – Nienawidziła w tym momencie samej siebie.

– Witaj, Piękna! – Objął ją w pasie i cmoknął w policzek wilgotnymi wargami. Z najwyższym trudem powstrzymała się, aby nie wytrzeć ręką tego miejsca. – Jesteś nieuchwytna dzisiaj – wysapał z udawanym wyrzutem. – Powoli traciłem nadzieję na spotkanie z tobą.

– Obowiązki, sam rozumiesz. Mam nadzieję, że dobrze się bawisz? – odparła rozbawiona, wspinając się na wyżyny własnych możliwości, aby zachować zimną krew. – W ten szczególny dla mnie dzień masz obowiązek dać mi zarobić – zaszczebiotała obłudnie.

– Kochanie, o wydawanie pieniędzy zadbała już moja małżonka, ja chętnie spełniłbym inne życzenia – znacząco zawiesił głos, a Marta z trudem zapanowała nad chęcią dania mu w twarz. – A propos powinności: domyślam się, że znasz mojego młodego przyjaciela – wskazał z nieukrywaną satysfakcją na towarzyszącego mu mężczyznę. – Paul Stern moja prawa ręka.

Partner Kantera wyciągnął do niej dłoń w geście powitania, lecz Marta, chcąc zamanifestować swoją niechęć do pełnego buty mężczyzny, odwróciła się w stronę korytarza, którym właśnie w tym momencie był prowadzony przez dwóch strażników Kaj. Szedł ze spuszczoną głową, boso, ubrany jedynie w czarne obcisłe jeansy, ze skutymi z tyłu rękoma i szeroką skórzaną obrożą na szyi. Gwałtownie wypuściła powietrze, poczuła, jakby ktoś ją uderzył w głowę. Paul, widząc jej reakcję, rzucił okiem na niewolnika, a potem na Martę. Wymienili się szybkim porozumiewawczym spojrzeniem.

– Chyba nie masz do mnie pretensji, że zatrudniłem twojego dyrektora?! – Kanter wyglądał na przejętego, źle interpretując jej zachowanie.

– To nie jest już mój dyrektor – zaakcentowała ostatnie słowa, siląc się na beztroskę w głosie.– Zapomniałeś? Wcześniej go zwolniłam…

Na hali przez chwilę rozległa się wrzawa. Nie trudno było się domyśleć, że spowodowało ją wprowadzenie na podium Kaja oraz słowa Martina, nie wiedzieć czemu osobiście rozpoczynającego prezentację.

– Mam zaszczyt zaprosić państwa do licytacji ostatniego, dwudziestego drugiego niewolnika. – Zarządca odnalazł ją wzrokiem. – Z uwagi na podniosłą atmosferę dzisiejszego popołudnia, a także w podziękowaniu za tak liczne przybycie na inaugurację sezonu, panna Marta Rays, debiutująca w roli gospodyni na tak ważnej dla nas wszystkich imprezie, postanowiła dodatkowo wystawić własnego niewolnika!

Jeden rzut oka na Martina, wskazującego dłonią Martę, wystarczył, żeby zorientowała się, że celowo skierował uwagę wszystkich zebranych na nią. Nie spuszczając z niego oczu emanujących zimną wściekłością, podziękowała za owacje na stojąco, wznosząc toast kieliszkiem szampana podanym przez Paula Sterna. Kiedy gwar ucichł, ponownie dotarł do niej drżący głos Martina.

– …niewolnik dla przyjemności, wykształcony, o niebagatelnej urodzie i rzadko spotykanych u ludzi z południa starego kontynentu jasnych włosach… – w chaosie kłębiących się w głowie myśli, docierały do niej urywki słów zarządcy – … trenowany jako niewolnik… z bogatym wnętrzem… dla przyjemności i… – ta prezentacja trwała wieczność, mówił to wszystko specjalnie, aby ją ukarać – …inteligentny i wierny… oddany właścicielowi duszą i ciałem… Proszę państwa najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, komu służył do tej pory!

– Polecasz go? – zapytał Maks, wyrywając ją z otępienia. Zignorowała pytanie. Widziała, jak wlepiał ślepia w Kaja, odkąd tylko go ujrzał; prawie że zaczął się ślinić na sam widok niewolnego.

– Oczywiście, że poleca, to jej najlepszy niewolnik – szybko odpowiedział za nią Paul, poufale klepiąc po ramieniu swego nowego pracodawcę. – I to bardzo osobistej przyjemności!

Ochłonęła na tyle, aby posłać mężczyźnie mordercze spojrzenie, które zgodnie z oczekiwaniem wychwycił Kanter. Jednocześnie była pełna podziwu dla Paula, nawet ona nie umiałaby lepiej kłamać.

– Panno Rays, posiadam już twojego dyrektora i tak sobie pomyślałem, dlaczego nie sprawić sobie jeszcze twojego osobistego niewolnika? – Chciał być zabawny, więc wbrew sobie roześmiała się.

– Z największą przyjemnością będę obserwowała twoje zmagania. – Siliła się na opanowanie i rozbawiony ton. – Niezwykle ciekawa jestem, czyj portfel podoła dzisiaj memu wyzwaniu.

Usłyszeli sygnał informujący o rozpoczęciu licytacji i podaniu minimalnej kwoty wywoławczej.

– Mocne wejście – zwrócił uwagę Paul. – Dom Rays potrafi się cenić.

Ogłoszona cena wyjściowa za niewolnika była kwotą zaporową, w normalnych warunkach nie do przebicia. Czyżby Martin liczył, że nikt nie kupi Kaja?

– Pozwolisz, że oddalę się, aby z bliska popatrzeć na to szaleństwo, bo coś mi się zdaje, że długo to targowanie nie potrwa. – Kanter myślami błądził zupełnie wokół czegoś innego, a raczej wokół kogoś i wolała nawet o tym nie myśleć. Skłonił się i zwrócił do mężczyzny: – Tobie, młody człowieku radzę, udać się ze mną, chyba że chcesz pozostać z Martą sam na sam, a to absolutnie nie jest dobrym pomysłem.

Kiedy odeszli obaj, oparła się bezsilnie o stół, samotnie spoglądając na rozgrywające się wokół niej szaleństwo. Kwoty szybko szły w górę. Wśród licytujących dostrzegła wiele kobiet, skuszonych atrakcyjnością niewolnika. Stojący w lekkim rozkroku, półnagi młody mężczyzna prezentował się doskonale. Wysoki i smukły nie musiał być podpięty do słupów, aby wyeksponować rozbudowane wielogodzinnymi treningami mięśnie torsu. Twarz o nietypowych rysach, okolona jasnymi włosami, sięgającymi karku, z kosmykami spadającymi na szczególnie piękną oprawę oczu, w których nietrudno było zauważyć bystrość i inteligencję, przyciągała uwagę również mężczyzn. Istotną rzeczą, obok niewątpliwego uroku wystawionego do przetargu chłopaka, był fakt, do kogo należał. Przypadek, kiedy wystawiano osobistego niewolnika, będącego własnością członka rodziny, był ewenementem. Z pewnych względów, między innymi bezpieczeństwa, takie sytuacje nie miały miejsca, a już na pewno wystrzegano się takich precedensów w Radrays Valley. Marta łamała nie tylko zasady, ale i konwenanse.

– Wy, Raysowie, to potraficie zaskakiwać, jak mało kto! – Nie wiadomo skąd, pojawiła się koło niej Wiktoria, z wypiekami na twarzy i z małą zadyszką. – O mały figiel, a taka zabaweczka umknęłaby mi sprzed nosa!

Rudowłosa kobieta próbowała odgrywać rolę dobrej przyjaciółki, cmokając w policzek i głaszcząc poufale po ramieniu. Marta była tak zdumiona jej widokiem i zachowaniem, że pozwoliła się nawet podprowadzić pod samo podium. Patrząc, jak włącza się do licytacji, gorączkowo zastanawiała się, jak doszło do tego, że Wiktoria się tu znalazła. Osobiście przecież wykluczyła ją z listy zaproszonych, przewidując ewentualne kłopoty.

– Życz mi, kochana, powodzenia! – zwróciła się do oniemiałej Marty niskim, chropowatym głosem, posyłając pełen triumfu, wredny uśmiech.

Jak to się stało?! Nie powinno jej tu być, nie dziś… No tak! Nagle przyszło olśnienie: to sprawka Suzann. To ta mała suka dała jej zaproszenie! Bezwarunkowo powinna była zrobić z nią porządek. Cholera, teraz była zmuszona ratować sytuację. Sprawy zaczynały się toczyć nie po jej myśli. Nie miała wątpliwości, że Wiktoria za wszelką cenę będzie chciała kupić jej osobistego, a to byłoby porażką nie tylko misternie ułożonego planu, ale przede wszystkim osobistą. Rozejrzała się po sali. W grze pozostały już tylko cztery osoby: Kanter, jakiś biznesmen, którego nazwiska nie pamiętała, Luis Legrand, ostatni z wielkiego rodu wschodniej arystokracji, dziwak i kolekcjoner niewolników różnych ras, oraz Wiktoria. U wszystkich czworga widziała obłęd w oczach.

Marta z trudem przełknęła ślinę, ogarniała ją panika, miała pustkę w głowie. Cena za Kaja była już ogromna, zdała sobie sprawę, że w rozgrywce będą się liczyć tylko Maks i Wiktoria. Nie spodziewała się, aby pozostałych stać było na dalsze podbijanie stawki. Niepokoił ją Kanter, jego twarz z dawno zastygłym uśmiechem była oblana potem. Zaczynał myśleć, a to był zły znak. Jeszcze rządziły nim emocje napędzane adrenaliną, ale w każdej chwili mogło przyjść opamiętanie. Kwota osiągnęła już nieprawdopodobnie wysoki pułap. A Wiktoria? Była w stanie zrobić wszystko, aby dostać to, co należało do któregoś z rodzeństwa Raysów. Pytanie tylko, ile był w stanie poświęcić dla nie mąż?

Nie mogła ryzykować. Odszukała wzrokiem Paula. Stał z dala od reszty, całkowicie pochłonięty rozgrywką, w której właśnie Legrand spasował.

– Ona nie może go kupić. – Oświadczyła, stając obok mężczyzny.

Paul zaskoczony przez chwilę jej obecnością, nie odpowiadał, dopiero po chwili zwrócił uwagę:

– Miało jej tu nie być.

– Miało… Stać go na to, żeby przelicytować tę dziwkę?

Mężczyzna nie odwracając się, odpowiedział skinieniem głowy.

– Dobre pytanie. Na swoich przyjemnościach nie oszczędza, ale czy teraz będzie chciał tyle wydać?

– Więc co mam teraz zrobić? – Marta, zdenerwowana, bezwiednie potarła drżącą dłonią policzek.

– Wycofaj go z licytacji – poradził Paul – Maks jest niepewny.

Marta pokręciła głową w bezsilnej rezygnacji, bezwiednie obracając pierścionek na palcu.

– Nie mogę, Paul! – Czuła jak zasycha jej w gardle. Zabije Suzann, nie daruje jej tego! – Nie mogę przerwać, to licytacja bez protestu…

Odetchnęła głęboko, kiedy dopiero po drugim wywołaniu usłyszała, jak przewodniczący Kanter przebija ofertę Wiktorii. Musiała coś zrobić, naprawdę zaczynał się łamać.

– Ona nie może go dostać w swoje łapy… – szepnęła z paniką w głosie. Nerwy miała napięte niczym postronki; jeszcze chwila, a ze złości się chyba rozpłacze. Na twarzy Marty Rays można było wyczytać wszystko: bezsilność, gniew, frustrację, a przede wszystkim strach. To było do niej niepodobne.

Niespodziewanie Paul odwrócił się do niej i bez uprzedzenia pocałował w usta.

– Jesteś mi winna przysługę – oznajmił i bardzo spokojnie, pewnym krokiem oddalił się w kierunku podium. Zaskoczona, prawie bez sił podążyła za nim. Stern w samą porę wszedł do licytacji, w ostatniej chwili przebijając ofertę rudowłosej kobiety i podgrzewając atmosferę wśród obserwującej publiczności. A mina osłupiałej Wiktorii? Bezcenna. Marta zbliżyła się do potężnego mężczyzny, wspięła na palce i musnęła zewnętrzną stroną dłoni gładki, tłusty policzek.

– Czy mi się zdaje? Czy mój były dyrektor posiądzie mojego byłego niewolnika? – szepnęła zmysłowym, jedwabistym głosem. – Kto by pomyślał?

Odwracając się w kierunku wyjścia, posłała Wiktorii leniwy i arogancki uśmiech.

  

* * *

  

Dotarła do saloniku, w którym siedziała Suzann i małomówny, zawsze znudzony mąż Wiktorii. Oboje śledzili przebieg licytacji na dużym monitorze. Byli tak pochłonięci rozwojem sytuacji, że nie zauważyli jej wejścia. Usiadła wyczerpana w głębokim fotelu. Natychmiast pojawił się niewolnik z obsługi. Zanim jednak zdążył cokolwiek zaproponować, odesłała go gestem dłoni. Zaczęło schodzić z niej napięcie, Przymknęła na chwilę oczy i położyła głowę na oparciu. Wrażenia, adrenalina i wypity alkohol… Ocknęła się nagle, gdy z niepohamowaną furią do pomieszczenia wkroczyła Wiktoria.

– Jak mogłeś mi to zrobić! – krzyczała do męża już od samego wejścia. – Jeszcze moment i bym przelicytowała tę górę bezużytecznego mięsa! Co ty sobie myślisz, że możesz tak ze mną pogrywać?!

Pasja i wściekłość, z jakimi wykrzykiwała poszczególne słowa, ze wszech miar były godne uwagi.

– Zrobiłeś ze mnie kretynkę i ośmieszyłeś na oczach tylu ludzi! Jesteś skończonym, nędznym fiutem! – Miotając się po pomieszczeniu zauważyła Martę. Jej widok nie tylko nie powstrzymał rozsierdzonej kobiety, ale wręcz rozbudził jeszcze większą furię. – Będziesz się ruchał ze swoją kochanką forsą, bo na pewno nie ze mną! – Rzuciła w mężczyznę torebką, którą z właściwym sobie stoickim spokojem złapał i odrzucił w kąt; jak widać był już przyzwyczajony do takich wybuchów swojej dużo młodszej żony i napady agresji specjalnego wrażenia na nim już nie wywierały.

– Kretynem to byłbym ja, gdybym zapłacił za jakiegoś bezużytecznego darmozjada taką furę pieniędzy – odciął się.

Po minie widziała, że to było chyba wszystko, co miał do powiedzenia w tej sprawie. Na moment zapanowała cisza. Rozzłoszczona kobieta wzrokiem pełnym ironicznej dezaprobaty ogarnęła obecnych, jakby szukając poparcia dla swoich słów.

– I co ten spasiony wieprz będzie z nim robił?!

– Dokładnie to samo, co ty. – Mężczyzna, nie przepuścił okazji aby dopiec swojej zirytowanej małżonce.

Suzann parsknęła śmiechem. Marta, gdyby nie chodziło o Kaja i nie była tak zmęczona, zrobiłaby to samo. Nie wiadomo, jak skończyłaby się ta słowna potyczka pomiędzy małżonkami, ponieważ Wiktoria już otwierała usta, zapewne z ciętą ripostą, gdyby nie wejście do saloniku starszego pana miarowo stukającego laską. Julien Sanders pojawił się w towarzystwie Martina i niewolnika niosącego na tacy dwa kieliszki czerwonego wina. Emanujący dostojeństwem starszy mężczyzna ignorując towarzystwo, podążył wprost do wtulonej w głęboki fotel dziewczyny.

– Panno Rays, jestem absolutnie pod wrażeniem! – Oddał laskę Martinowi i sięgnął do tacy po kieliszki. Podał jej jeden z nich i wzniósł toast. – Gratulacje! Wypijmy za ten spektakl ludzkiej próżności! To był prawdziwy majstersztyk. – Usiadł obok niej podekscytowany. – Twój dziad byłby z ciebie dumny.

– Dziękuję. – Ten człowiek podobał jej się coraz bardziej. – Jednak uważam, że jest pan dla mnie zbyt łaskawy.

– Moje drogie dziecko, możesz sobie uważać co chcesz, a ja swoje wiem. – Rozparł się wygodnie w fotelu i znudzonym wzrokiem przebiegł po twarzach obecnych. – Nie da się nie zauważyć, że pieniądze potrafisz robić jak mało kto, ale wirtuozeria, z jaką grasz zarówno na ludzkich emocjach, jak i cudzych portfelach, jest nieprawdopodobna.

Dawno nie otrzymała tylu komplementów, co dzisiejszego wieczora, i mile podrażniło to jej kobiecą próżność.

– To prawda, fascynujący wieczór… – wtrąciła ni stąd, ni zowąd Wiktoria, która trochę ochłonęła, chociaż w jej oczach ciągle gościł trudny do określenia błysk – coś pomiędzy zaskoczeniem i gniewną złośliwością. – Wejście z tym niewolnikiem na sam koniec… Po prostu przeszłaś samą siebie. – Wszystkie oczy zwróciły się ku niej, gdy usiadła nonszalancko na krześle podstawionym przez niewolnika i założyła nogę na nogę. – Wyobraź sobie teraz, kochanie, co by się działo, gdybyś wystawiła zupełnie innego niewolnika…

Po tych słowach zapadła dziwna, pełna napięcia i wyczekiwania cisza. Marta ożywiła się i zwróciła na rudowłosą pytający wzrok. Nie miała pojęcia, co ma na myśli, ale ton, jakim wypowiedziała to zdanie, wystarczył, aby skupiła na niej uwagę, na czym prawdopodobnie zależało kobiecie. Nie inaczej zareagowała Suzann i mąż Wiktorii, który jakby zbudził się z jakiegoś letargu. Natomiast reakcja Martina nerwowo przeczesującego włosy i napięte wyczekiwanie Sandersa, który zastygł z filiżanką w ręce, była co nieco zastanawiająca…

– Masz na myśli Drugiego? – spytała z ostrożną uwagą. Odniosła wrażenie, że właśnie dotknęła czegoś szczególnego.

Kobieta uśmiechnęła się wrednie.

– Bystra dziewczynka – pochwaliła. – Teraz pomyśl, kto nie chciałby zawalczyć o takiego niewolnika.

– Możesz jaśniej? Nie wiem, co masz na myśli – odparła zgodnie z prawdą. – Jakiego niewolnika?

– No właśnie! Jakiego?!

Jak na komendę, wszyscy odwrócili się w kierunku wejścia. Marta, zdążyła jeszcze ujrzeć, jak z twarzy Wiktorii odpływa wszystka krew i kobieta robi się momentalnie śmiertelnie blada.

Stał w drzwiach, niedbale oparty o framugę, ze zmierzwionymi włosami, kilkudniowym zarostem na ogorzałej twarzy i na wpół rozpiętej wojskowej kurtce. Morderczy, leniwy uśmiech i senne, szkliste spojrzenie złotych oczu skierowane było na jedną osobę…

– Cześć, braciszku!

violet

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 7976 słów i 48039 znaków, zaktualizowała 6 wrz 2017.

9 komentarzy

 
  • kaszmir

    Ostro szefowa zabrała się do pracy. Na pierwszy plan wysuwa się wymiana Trybunału i wprowadzenie świeżości.  
    Standfordy to cel numer jeden. I dalej wstrząsnęła mną kwestia niewolnictwa. Bratowa, przyjaciółka i brat zaspokajają swoje rządze tym samym niewolnikiem. Znając temperament brata to dziwię się, że blondyn wytrzymał tak długo, aż cztery lata. Dreszcze i ból wstrząsnęły mną. Pozdrawiam

  • Margerita

    łapka w górę aż dziw, że mnie tu nie było

  • agnes1709

    Pojechałaś z tą wystawką, nie ma co! W życiu bym się nie spodziewała! Pięknie!

  • jasnacholera

    Odnalazłbym się tu, oczywiście jako arystokrata :P

  • Olesia

    Fajne, strasznie dziwne, ale bardzo intrygujące.

  • nefer

    To wystawienie niewolnika na aukcję wydaje sie jednak pasować i do tego świata i do samej bohaterki, podobnie jak jej późniejsze działania. Przeczytałem z opóźnieniem, ale warto było poczekać.

  • violet

    @nefer Dziękuję! :)

  • Micra21

    Jak każda część, ta jest świetna, powiedziałbym, że najlepsza. Tak plastyczne przedstawienie tej aukcji, że można sobie stworzyć obraz w głowie. Zaskoczenie, to wystawienia Kaja na sprzedaż, Pewnie będzie jeszcze niejedno... Pozdrawiam i czekam na następną :)

  • violet

    @Micra21 bardzo dziękuję za komentarz, traktuję go jako największy komplement. Cieszę się  ,że udało mi się znów zaskoczyć i myślę, że jeszcze nie raz  Cię zaskoczę ;)  
    p.s. rozumiem,  że machnąłeś już ręką na przecinki   :) Pozdrawiam

  • czarnyrafal

    Przepięknie napisany rozdział innego niż setki tu na LOLu napisanych opowiadan. Ciekawa sceneria ,zupełnie inne zagadnienia- egzotyczne tutaj.Zastanawia tylko postawa panny Rays , choć zapewne podporządkowana epoce i zwyczajom w niej panującym oraz zwyczajom "sępów" zjej otoczenia i nie tylko. Zobaczymy co z tego wyniknie. Violet zaciekawiasz jak jeszcze nigdy i nikt dotą. :kiss:  <3

  • violet

    @czarnyrafal  czuję się zaszczycona, że kolejny raz złamałeś dla mnie swoje zasady i postanowienie. Bardzo dziękuję, w imieniu swoim i rodziny Rays ;)

  • radadu

    Długie oczekiwanie na kontynuację w pełni wynagrodzone. Świat opowiadania trochę egzotyczny, trochę tajemniczy i bardzo wciągający. Zastanawia mnie Marta Rays, bo ciągle coś się nowego z tej postaci wyłania. Rozbiła mnie jej decyzja wystawienia na licytację Kaja. Ogólnie mam wrażenie, że w świecie, który przedstawiasz, wszelkie dobre uczucia są postrzegane jako słabość i panna Rays właśnie takiej słabości się boi...

  • violet

    @radadu  
    dokladnie tak, to świat w którym jeśli się w porę nie odgryziesz, to cię zagryzą.  
    Cel uświeca środki, a Marta rzeczywiście jest rozdarta wewnętrznie, nie do kóńca utożsamia się ze światem, którego jest przedstawicielką. ;)