Hipek i Stefek cz. 4

Temat przyjaciela na powrót pojawił się w głowie Hipolita, ponieważ zauważył go stojącego przy drzewie, rozmawiał z kimś.
  
Młodzieniec podszedł bliżej i chowając się za pniem dojrzał, że rozmówcą Stefana była Barbara.
  
Nie słyszał ich rozmowy. Ze sceny, która rozgrywała się przed nim wnioskował, że się kłócili.
  
Stali blisko siebie, a Basia zrobiła jeszcze krok w stronę Stefka, tak że ich twarze dzieliły ledwie centymetry, ale chłopak zareagował od razu i cofnął się.
  
Zaczął tłumaczyć coś dziewczynie, a ta nawet nie czekając aż skończy, znowu się do niego zbliżyła. Młodzieniec przestał mówić, a gdy chciała zrobić kolejny krok, Stefek wyciągnął ręce przed siebie i przytrzymał ją za barki.
  
Przez cienką bluzkę, którą miała na sobie, poczuła ciepło jego skóry. Zrobiła zalotną minę.
  
Delikatnie chwyciła jego ramiona i pocałowała wierzch prawej dłoni.
  
Stefek cofnął ręce, następnie pokiwał głową z dezaprobatą. Chciał coś powiedzieć, ale Basia podskoczyła do niego i pocałowała znienacka.
  
Młodzieniec odepchnął ją, wyraźnie niezadowolony.
  
- Co ty wyprawiasz dziewucho?
  
- Nie udawaj, że nie chcesz. – Dziewczyna oblizała wargi. – Jeszcze nie robiłam tego z Żydem.
  
Hipolit wyszedł na ścieżkę.
  
- Taki z ciebie przyjaciel! – wykrzyczał.
  
Stefek obrócił się natychmiast. Był kompletnie zaskoczony, nie wiedział, jak zachować się w takiej sytuacji.
  
- To nie tak, przecież…
  
- Były przyjaciel. – Dokończył Hipek, wchodząc Stefanowi w słowo. Odwrócił się i pobiegł przed siebie.
  
- Hipolit! Hipolit! Widzisz dziewczyno co narobiłaś? – Odparł Stefek pełen pretensji.
  
- Mogę ci to wynagrodzić. – odezwała się Basia, podchodząc do młodzieńca.
  
- Nie zbliżaj się do mnie. – odpowiedział wrogim tonem, po czym pospiesznie ruszył za przyjacielem.
  
Hipolit pogrążony biegiem, zostawił park za sobą. Minął przydrożne drzewka i wbiegł na brukowaną jezdnię, prawie wpadając pod koła furmanki. Poczuł chłód przy policzku bijący od kamieni, którymi wyłożona była ulica.
  
- Hipolit! – Krzyknął wystraszony Stefek, chłopak dopiero co wybiegł z parku.
  
Hipek niewzruszony upadkiem, prędko wstał z bruku. Ominął wóz i zbiegł z drogi na chodnik.
  
Oddychał szybko, lecz nie odczuwał zmęczenia. Emocje pompowały mnóstwo energii w jego ciało.
  
Biegł obok szpitala, następnie skręcił w kolejną uliczkę. Był już na obrzeżach miasta.
  
Spojrzał za siebie. Stefek nadal podążał za nim.
  
- Zostaw mnie!
  
- Nic nie rozumiesz Hipolit, zatrzymaj się!
  
Ale on wciąż biegł. W końcu oboje byli poza granicami miasta. A po przebiegnięciu kolejnych metrów znaleźli się w lesie.
  
Młodzieńców przywitało sosnowe powietrze, a małe gałązki pękały pod ich gwałtownymi krokami.
  
Emocje przestały zagłuszać zmęczenie, a Hipek w pełni poczuł jego skutki. Zatrzymał się. Zgiął ciało w pół, dłonie położył na kolanach i oddychał z oporem. Jego serce biło w przyśpieszonym tempie. Ręce i nogi miał cięższe niż zwykle.  
  
Przyjaciel Hipolita wykazywał podobne objawy, a kiedy oddechy obydwu uspokoiły się, Stefek zaczął:
  
- Posłuchaj, to nie tak, jak myślisz. To ona mnie pocałowała, ja tego nie chciałem.
  
Jego słowa były prawdą, ale Hipek nie myślał teraz o sytuacji w parku. Nie zamierzał wybaczyć Stefanowi.  
  
Nie zamierzał wybaczyć mu tego, że wkrótce ich więź, zbudowana na wspólnych przygodach i przeżyciach zerwie się. Gdy Stefka pochłonie praca, nie będzie miejsca na ich przyjaźń, która najzwyczajniej zniknie.
  
Hipolit nie był gotów na taką zmianę. Poza nim i ojcem nie miał nikogo. Nie posiadał rodzeństwa, jego matka odeszła.
  
Z ojcem nie rozmawiał na tematy, które poruszał ze Stefanem. Przyjaciel zapewniał jego życiu równowagę, więc gdy on zniknie, wszystko zachwieje się.
  
Bezradność niemożności wpłynięcia na własne życie zmieniła się w gniew.
  
- Żydek. – Wycedził przez zaciśnięte zęby Hipolit.
  
- Proszę, nie mów tak. – Stefek zachowywał spokój.

- I tak nim jesteś, nie muszę mówić.
  
Hipolit przeniósł wzrok z przyjaciela na ziemię. Palce ręki zacisnął w pięść, którą następnie uderzył Stefana. Zrobił to dość niezgrabnie i o mało co się nie wywalił.  
  
Nigdy jeszcze się nie bił. Uderzenie nie było czyste, a jego siła duża, ale wystarczająca aby Stefek zatoczył się do tyłu. A w plątaninie kroków, potknął się i przewrócił, uderzając głową o powalony pień.
  
Leżał bez ruchu wśród trawy i mchu. Hipek czekał, aż w końcu wstanie, by mógł zdobyć się na kolejne kalumnie.
  
- No już wstawaj.
  
Sekundy mijały, Stefek nie podnosił się. Wściekłość Hipolita zmalała, a w wolne miejsce wkradła się obawa.
  
Chłopak podbiegł do przyjaciela. Ukucnął i poklepał go po policzku.
  
- Stefan nie wygłupiaj się. – rzekł, nawet z lekkim uśmiechem.
  
Nie reagował. Obawa przeszła w strach. A Hipek chwytając przyjaciela za barki, zaczął nim szarpać.
  
- Stefan! Stefan!
  
Nie odpowiadał. Hipolit pomyślał o oczywistym.
  
- Stefek! Nie.. Nie, Stefek.
  
Myśli rozszalały się w głowie młodzieńca.
  
- Jezu, co ja zrobiłem, zabiłem go.
  
Hipek będąc ciągle w pozycji kucającej zaczął się cofać. W końcu upadł na pośladki i odpychając się rękoma od ziemi, oddalał się od Stefana. Zupełnie, jakby był czymś złym, a Hipolit chciał znaleźć się jak najdalej od niego.
  
Jakoś wygramolił się z ziemi, wciąż trzymając prawą rękę przed sobą, jakby się wzbraniał, wzbraniał przed skutkami własnego czynu.
  
Zaczął biec. Z początku robił to dosyć nieznośnie, ponieważ nogi miał zupełnie zesztywniałe. Ale gdy zdrętwienie minęło, biegł normalnie. Chciał znaleźć się możliwie najdalej od tego miejsca.
  
Już był w mieście. Niebo rzucało szarawą poświatę na otocznie, ulice były dziwnie opustoszałe.
  
Chłopak biegł ile sił w nogach, skręcając w kolejną uliczkę. Minął plac targowy, przebiegł jeszcze kilka metrów, w końcu znalazł się pod swoim domem.
  
Zaczął dudnić w drzwi. Mimo, iż nikt na niego nie patrzył, chciał być już w środku, by móc za ścianami swego domu schować się przed odpowiedzialnością.
  
- Tato! Tato! Otwórz!
  
Jednak nikt nie uchylał drzwi, a budynek pozostał zamknięty, nie dając Hipolitowi schronienia. Zupełnie, jakby wystawiając go na pastwę otoczenia, chciał aby wziął winę za swoje czyny.
  
Ojciec młodzieńca najwyraźniej zmęczony po ciężkiej pracy musiał po prostu przysnąć. I nawet walenie w drzwi przez syna nie zmąciło twardego snu mężczyzny.
  
Zrezygnowany Hipolit, odszedł od drzwi i wchodząc po schodach sąsiedniego budynku, usiadł przy wejściu, które znajdowało się we wnęce, tak że od ulicy widać było tylko jego nogi.
  
Poczuł ból. Cierpienie zawładnęło umysłem. Nie mógł uwierzyć w to co zrobił. Był bezsilny. Z jego oczu popłynęły łzy. Ciepłe, słone poleciały po policzkach. Wylądowały na koszuli w kratę i wchłonęły się w ciemną tkaninę.
  
„Zabiłem swojego jedynego przyjaciela. Co z tego, że nie chciałem, ale to zrobiłem.” - pomyślał, a jego szloch niósł się po pustej ulicy.
  
Łzy przestały lecieć, Hipek jakby się wypłakał. Nadmiar emocji i poczucie winy gdzieś uleciały. Powieki chłopaka lekko nakryły oczy, jego ciało rozluźniło się. Z otwartą buzią siedział oparty o drzwi.
  
Pochłonęło go osłupienie. Oddychał bardzo wolno. Patrzył w jeden punk. Wyglądał jakby miał zaraz zasnąć.
  
W otoczeniu rozległy się kroki, ale letarg nie pozwolił młodzieńcowi zwrócić na nie uwagi. Odgłosy chodu były coraz głośniejsze.

1 komentarz

 
  • Iga21

    Więcej opisu matki Hipka. Kiedy i dlaczego odeszła?  
    Jeśli chłopak nie wie, to choćby wspomnienia o niej.
    Co dalej się dzieje w lesie ze starszym chłopakiem ?
    Tego prawdopodobnie dowiemy się w następnym rozdziale.

  • Nieodgadniony

    @Iga21 Się okaże ;)
    Dzięki za konstruktywną krytykę :)