Nocne Zwierciadło – Rozdział 2

Po chwili znalazł się w nowym miejscu, choć ciało pozostało w bezpiecznym spoczynku. Wprawdzie przed oczyma widział swój dom, to jednak wiedział, że w śnie nic nie jest takie, jakie być powinno. Otworzył z głośnym skrzypnięciem metalową furtkę, prowadzącą z zewnątrz na podwórze. Przeważnie zawsze zaczynał w tym samym miejscu, lecz za drzwiami znajdywał coś zupełnie innego. Dookoła świergotały ptaki i delikatnie szumiały drzewa, jeszcze nigdy nie usłyszał tu niczego więcej, również pogoda okazywała się nijaka, pozbawiona górującego słońca, czy też deszczowych chmur.
— Jesteś gotów podróżniku? — Tylko jedna postać mogła przemówić właśnie w tym miejscu. Na ganku siedział kot o posturze człowieka. Na głowie jawił się duży, kowbojski kapelusz, prócz niego nie miał nic. No może nie licząc długiej, rzeźbionej fajki trzymanej w ustach.
— Ty znów tutaj? — Zaczął go widzieć w każdym śnie tuż po ostatnim wypadku, gdy nietrzeźwy kierowca wtargnął na przystanek autobusowy i go potrącił. Przez miesiąc kurował się w szpitalu z ciężkim urazem głowy.
— A jak inaczej? Przecież ci mówiłem, że jestem twoim opiekunem, dbam o ciebie — odparł, wypuszczając kulisty obłok dymu. Jego sierść była całkowicie biała, z wyjątkiem czarnych uszu.
— To tylko sen, co może mi się stać? — Kot nic nie powiedział, tylko badawczo spojrzał na niego, poprawiając nakrycie głowy. — Zresztą nieważne. Co dzisiaj? — spytał z widocznym entuzjazmem.
— Wciąż to samo pytanie, sam zobacz, zamiast mnie pytać. — Uśmiechnął się pod długim wąsem.
Młodzieniec pokonał podjazd i minąwszy go, chwycił za złotą klamkę. Matka zawsze żartowała, że kiedyś ktoś ją ukradnie, chociaż był to tylko kawałek pomalowanego materiału. Pociągnął drzwi do siebie i znalazł się w pomieszczeniu pełnym ludzi. Wszędzie dominowała elektronika, wprawdzie nie na poziomie odległej naukowej fantastyki, ale znacznie przekraczająca możliwości zwykłego Kowalskiego. Na samym środku widniał ekran dotykowy z mnóstwem punkcików na mapie świata.
— Agencie Rydz, wreszcie jesteś. — Podeszła do niego ładna brunetka w okularach, podsuwając mu tablet z wyświetloną aplikacją. — Wybierz swój sprzęt i ruszaj do samolotu, szczegółu po drodze. Niemalże wepchnęła mu urządzenie w ręce i odeszła.
— O co my tu mamy? — Jak zwykle kot pojawił się nie wiadomo skąd. — Tym razem jakaś strzelanka? Czyżby gry już na tyle wpłynęły na ciebie, by przedostać się aż tu?
— Przecież nie tylko one opowiadają o tym. Pełno jest takich filmów akcji, czy też książek. — Wzrokiem lustrował dostępne wyposażenie. — Dobra to wezmę Colta z tłumikiem jako broń boczną.
— Nie wolisz kuszy? Znacznie cichsza i śmiercionośna.
— Wole siedem naboi w magazynku, zresztą przeładowanie tego draństwa jest zbyt czasochłonne. Bełt jest widoczny, nawet jak wystaje z ciała. — Przystanął na chwile, wpatrując się w swego rozmówce. Teraz do niego dotarło, że zamiast jak zwykle się przyglądać, dołączył do niego. — Nie wolisz wylegiwać się gdzieś blisko? I skąd ty wiesz o ekwipunku?
— Jestem częścią ciebie to, co ty wiesz, wiem i ja. Nudno tak ciągle siedzieć i tylko patrzeć, ale jednak wole słodkie lenistwo. Powodzenia! — To powiedziawszy, ułożył się na podłodze samolotu. Janek pokręcił w odpowiedzi głową i wrócił do wyposażenia. Wybrał karabin snajperski powtarzalny, nie lubił automatów, były zbyt niecelne. Dodatkowo w dwa sloty wziął noże do miotania i garotę. Granaty były dobrą opcją, ale ich unikał. Robiły zbyt dużo hałasu. Zaakceptował wybór i wszedł na pokład maszyny, momentalnie jego strój z bielizny i koszulki na krótki rękaw zmienił się w kombinezon bojowy z noktowizorem na głowie. To uwielbiał w snach, brak tracenia czasu na takie bzdury. Złapał się uchwytu u góry i czekał.
     Samolot powoli ruszył z hangaru i zaczął kołować na pas startowy. Nie cierpiał skakać ze spadochronem, nogi powinny być na ziemi, a nie w powietrzu. Wreszcie pojazd wzleciał w przestworza, wyrywając w pobliżu małe krzaki.
— Dobrze agencie Rydz, słuchaj uważnie! — Z monitora przed kabiną pilotów odezwała się ta sama brunetka, co wcześniej. — Oddział najemników przejął ważny budynek rządowy w jednym z krajów bałkańskich. Twoje zadanie to zlikwidować wszystkich nieprzyjaciół, ograniczyć straty w cywilach. To wszystko, ekwipunek znajdziesz w srebrnej skrzyni. Powodzenia agencie. — Monitor zgasł i znów spowił się mrokiem.
— Co my tu mamy... — Podszedł do i uchylił wieko. Jego oczom ukazało się wszystko, co wcześniej zamawiał. Już miał chwycić karabin, gdy ktoś od zewnątrz otworzył drzwi "latającego autobusu".
— O tu jesteś młody, wszędzie cię szukałam — rzekła Ania, jego siostra, ziewając. Odziana w zbyt wielki T-shirt niewiadomego koloru, można by rzec, że szarego i czarne spodenki przekroczyła próg pojazdu, jak gdy nic. — Miałeś wyrzucić śmieci. Przyjechałam, by odpocząć, a nie robić za ciebie obowiązki domowe. Trzymaj. — Rzuciła czarny worek i odeszła, trzaskając drzwi.
— Masz wariacką głowę, chłopcze. — Kot podszedł blisko niego, patrząc w stronę ciemnego przedmiotu. Jak tylko go rozwiązał, wypadły łuski, zakrwawione dłonie, palce, można było dostrzec również podłużne kształty, wiadomo czego.
— No... Znam swoją matkę i wiem, jak twarda potrafi być, nie moja wina, że wyobraźnia połączy to z funkcją przez nią pełnioną, po czym stworzy takie coś...
— Za dużo fikcji, Janie, za dużo. — Zabezpieczył worek, unikając kontaktu z rzeczami wcześniej wrzuconymi do niego. — Co z tym zrobisz?
— Przecież to sen. Nie muszę się nad tym martwić. — Skupił chwile swe myśli, otwierając pod zawiniątkiem dziurę.
— Myślisz, że to jest dobre rozwiązanie? — spytał kot, spoglądając w raz nim, jak śmieci coraz bardziej oddalają się od samolotu.
— Jakieś na pewno. — Worek wpadł prosto do domu, gdzie terroryści składali małą bombę atomową. Uderzył jednego z chemików i... reszty można się domyślić. Wielki grzyb wykwitł nad okolicą.
— Zadowolony? — Kocur pokręcił głową.
— Nic nie widziałem. — Jedną myślą zakrył wyrwę.
— To nie pozostanie bez odpowiedzi, chłopcze.
— Przecież to sen, świat stworzony przez moją głowę.
— Wszystko ma swoje konsekwencje, Przez cienką granicę przedostają się skutki zdarzeń. — Nasunął głębiej kapelusz na oczy.
— O czym ty mówisz? — spytał chłopak, niczego nie pojmując.
— Wszystko w swoim czasie, a teraz czy nie powinieneś się czymś innym martwić? — Wskazał ręką na jego stopy.
— Co znow... — Spojrzał na dół. — Ja pierdzieleeeeee. Nieeenawidze tegooo. — Spadał jak kamień już w pełnym rynsztunku.
     Tuż obok dostrzegł spadochron, jakimś cudem ignorujący zasady grawitacji, ciągle przebywający obok chłopaka. Powoli wyciągnął dłoń, próbując przezwyciężyć napierające ciśnienie powietrza. Nienawidził w tym momencie swego mózgu, akurat w tym momencie zachciało mu się realizmu. Końcówki palców niemalże muskały zbawienny plecak. Jeszcze trochę, jeszcze trochę. Kątem oka dostrzegł zbliżającą się ziemię. „No pięknie”, pomyślał, gotując się na uderzenie.
     Zamiast tego otworzył oczy, biały sufit i miękkie łóżko pod sobą. Delikatnie odwrócił głowę w stronę cyfrowego wyświetlacza budzika. Szósta trzydzieści. Pora wstać. Zaspany dźwignął się z posłania, po śnie zawsze czuł się zmęczony i obolały, ale jednak szczęśliwy. Ziewając, ruszył do łazienki.
     Przed oczyma w lustrze, otoczonym białą ramą, widniała jego twarz. Dużo brakowało mu do przystojniaka, jednak akceptował siebie, nie zmieni tego, jakim się urodził. Odkręcił kran i przemył twarz oraz wyszorował zęby. Zmienił bluzkę i psiknął parę razy dezodorantem. Naprawdę nie widział sensu kąpać się rano. Otworzył drzwi do pokoju. Spał zawsze przy zamkniętych, inaczej miał dziwne wrażenie, jakby ktoś w nich stał. Wyobraźnia to jednocześnie wspaniała rzecz i klątwa złudzeń.
     Zszedł po schodach, jak zwykle już nikogo nie było. Przynajmniej tak myślał, póki nie zauważył włączonego telewizora i rozłożonej na kanapie siostry. Jak zwykle w domu nie przedstawiała dumnej studentki któregoś tam roku prawa, prymuski. Niedbałe ciuchy, brak nawet odrobiny makijażu i zachowanie, niczym mężczyzny po pięćdziesiątce, puszka piwa przy ulubionym filmie. Na stoliku zauważył więcej niż jedną sztukę złocistego trunku oraz liczne pety w popielniczce. No tak, wspominała, że miała jakieś ważne egzaminy, czy coś. Zwykle miarkowała w piciu i nie paliła.
Wyłączył telewizor i kocem przykrył dziewczynę. Irytowała go, jednak o wiele więcej razu pomagała, poświęcając swój napięty czas. W tym była bardzo podobna do matki.
     Lekko uchylił okno, by przewietrzyć pomieszczenie. Obok na ladzie stał niebieski termos oraz zabezpieczone folią kanapki z karteczką: Smacznego . Nawet nie próbował zgadywać, o której musiała wstać, by to zrobić. Zupełnie nie rozumiał, jak ten durny ojciec mógł opuścić tak wspaniałą kobietę? Zdusił myśli o nim, nie chciał psuć sobie humoru. Usiadł przy stole i zaczął spożywać śniadanie. W międzyczasie rzucając okiem na pogodę za oknem, ocenił, że nie warto ubierać się cieplej. Może mógłby zrezygnować z kurtki? Wszak świeciło słońce i chyba było ciepło.
— Apsik. — Kichnął głośno, jednak wciąż za cicho, by obudzić Anie. Szybko odrzucił wcześniejszy pomysł, sny w czasie choroby są bardziej pogmatwane niż zwykle. Wyczyścił obłocone buty, wstawiając wcześniej brudne naczynia do zmywarki. Sprawdził kolejny raz, czy wszystko spakował, nigdy nie ufał samemu sobie i wolał sprawdzić wszystko kilkakrotnie. Ubrawszy się, nałożył czarny plecak na plecy. Wtedy to dopiero do niego dotarło, że dziś jest sobota. Zaczerwienił się, patrząc, czy siostra nadal śpi. Zapewne miałaby ubaw przez długi, długi czas. Szczęście nadal było z nim, wciąż spała. Ściągnął całe oporządzenie, po czym wrócił do pokoju. Legł z powrotem na łóżko, wkładając ulubione słuchawki do uszów, wystarczyło parę kliknięć palcem, by muzyka zawładnęła jego duszom. Zapadł w stan podobny do snu.

1 komentarz

 
  • shakadap

    shakadap · 7 października

    Dobre, brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia