Skubnij tęczy cz. XII

Nie wiem czy takiego zakończenia się spodziewaliście, ale mam nadzieję że Was zaskoczy. Chociaż trochę. Za wszelkie błędy przepraszam, ale tekst jeszcze ciepły. Miłej lektury życzę ;)


12. Ściągnęłam buty, żeby nie hałasować, i wsadziłam je do torby. Mateusz w tym czasie uchylił drzwi, prowadzące na korytarz i wyjrzał, sprawdzając czy jest pusty. Znowu poprawiłam grzywkę, wpadającą do oczu. Mateusz machnął na mnie ręką, więc na palcach ruszyłam za nim do wielkiej Sali głównej.
     Zatrzymaliśmy się w połowie drogi, bo Mat czegoś bardzo intensywnie szukał w swojej torbie. Tym razem jedyne oświetlenie stanowiły wbudowane w podłogę niewielkie lampki. Stwarzało to niezwykle tajemniczy i, za razem, przytulny klimat.
- Akcję Skubnij tęczy uważam za otwartą. – szepnęłam, wypatrując Tygrysiego oka.
     Jak dwie godziny temu, spoczywał w szklanej gablocie ustawionej zapewne idealnie po środku olbrzymiej, owalnej sali. Wysoko, pod sufitem wisiał odwrócony dnem kadłub drewnianego statku. Dopiero teraz go dostrzegłam i zaczęłam się obawiać czy nie spadnie nam na głowy.  
-Zamknij się. – mruknął pod nosem Mat. W ręku trzymał coś co wyglądało zupełnie jak…
- Skąd to masz? – zapytałam cicho, wskazując palcem na podróbkę "naszego” bursztynu.
- Czy ja czegoś nie mówiłem? – westchnął i spojrzał wymownie w górę. Mogłabym się założyć, że w tym momencie wysłał do jakiś sił nadprzyrodzonych pytanie w stylu "z kim ja muszę pracować?”.  
     Chwilę potem jednocześnie ruszyliśmy w stronę TEJ gabloty. Bez większych przygód przemierzyliśmy te dwadzieścia metrów. Torby zrzucaliśmy na podłogę i szybko wzięliśmy się do właściwej pracy. Zostało nam najwyżej siedem minut na wszystko. Założyliśmy cienkie lateksowe rękawiczki i przystąpiliśmy do dzieła.  
     W moje ręce tymczasowo trafiła całkiem niezła atrapa Tygrysiego oka. Obracałam ją w palcach, myśląc o tym, że za moment zastąpi ją jakże cenny oryginał. W tak zwanym międzyczasie Mat otworzył szklaną przeszkodę, oddzielającą nas od bogactwa. Sześć minut. Dosłownie przez kilka sekund napawaliśmy się tą chwilą. Przyjaciel wyciągnął w moim kierunku dłoń, niewerbalnie dając mi tym do zrozumienia, że pora na małą wymianę. Oddałam w jego ręce podróbkę. Spojrzałam na złoty zegarek. Pięć minut. W miejscu, gdzie powinno być serce, zamieszkał mi chyba jakiś nawiedzony koliber, który za wszelką cenę chciał się wydostać na zewnątrz.
     Nagle w moich dłoniach wylądował niepozorny i niezbyt duży kamień. Tygrysie oko. Tym razem to prawdziwe! Spojrzałam na Mata, a on tylko ponaglił mnie, wymachując rękami jak to on miał w zwyczaju. Szybko zaczęłam zabezpieczać nasz skarb, tak jak zaplanowaliśmy. Wyciągnęłam z torby szkatułkę przygotowaną specjalnie na przyjęcie najcenniejszego bursztynu. Pasował idealnie. Właśnie zamykałam wieczko, gdy telefon Mateusza zawiadomił nas o przyjściu wiadomości SMS. Spanikowani popatrzyliśmy na siebie nawzajem. Sygnał może nie był głośny, ale w niemal niezmąconej ciszy sprawił wrażenie wybuchającej bomby.
- Nie wyciszyłeś go?! – miałam straszną ochotę krzyczeć, ale wiem, że w niczym by to nam nie pomogło, więc tylko oskarżycielsko na niego spojrzałam.
Nic nie odpowiedział tylko wyjął telefon z kieszeni, zaczął stukać w dotykowy ekran. Cztery minuty.
- Cholera. – zaklął mój przyjaciel. – Ochrona się zorientowała, że coś jest nie tak. Musimy uciekać, już!
     Zaczęłam szybko pakować wszystko do torby, nie zwracając uwagi czy czegoś nie potłukłam lub zniszczyłam. Mat zamknął gablotę, spryskał ją jakąś substancją i przetarł chusteczką. Też zgarnął swoje rupiecie do torby. Ruszyliśmy biegiem z powrotem w kierunku łazienek.
- Schodzimy do kanałów. Pamiętasz trasę? – zapytał Mateusz, gdy byliśmy już niemal u celu.
- Pierwsza w prawo, czwarta w lewo, potem cały czas prosto, a na rozwidleniu znowu w prawo. Zjazd w dół i druga w lewo, jeszcze raz w lewo i na górę. – wyrecytowałam z pamięci.
- Świetnie, pójdziesz przodem. – wyciągnął kratkę, otwierając mi drogę do kanałów, tworzących sieć pod całym miastem.
     Gdzieś za nami było słychać męskie głosy, to zapewne strażnicy szukający "czegoś” co tak bardzo ich zaniepokoiło. Ściągnęłam żakiet i spodnie. Zwinęłam je w kulkę i również wcisnęłam do torby. Wzięłam głęboki wdech i zsunęłam w ciemny, ziejący zimnem otwór. Zachłysnęłam się powietrzem, gdy moje bose stopy zetknęły się z lodowatą powierzchnią. Kurdekurdekurde. Jak zimno! Przestępując z nogi na nogę, wyciągnęłam telefon, włączyłam latarkę i rozświetliłam sobie drogę. Ruszyłam powoli przed siebie, wypatrując skrętu wprawo, który widniał na planach podziemi Łodzi. Po chwili poczułam, że body zaprojektowane przez Mateusza jednak działa. Po moim ciele rozlała się fala przyjemnego ciepła, docierając nawet do stóp. Swoją drogą, ciekawe jak to zrobił… Gdybym w tym momencie nie przerwała moich rozmyślań, to pewnie ominęłabym "pierwszą w prawo”. Skręciłam.
     Mniej więcej po piętnastu minutach, które trwały całą wieczność, wyszłam z powrotem na powierzchnię. Czekałam chwilę na Mata, który wkrótce się pojawił i stanął obok mnie, cały brudny. Pewnie prezentowałam się podobnie, ale nie to było najważniejsze.  
- Masz go? – zapytał, gdy już otrzepał się z kurzu.
-Jasne, że tak. – ale jednak dla pewności zajrzałam do torby w poszukiwaniu szkatułki. Wyciągnęłam ją i triumfalnie podstawiłam Mateuszowi pod sam nos.
- Jesteśmy wielcy! – wykrzyknął i zaczął się śmiać. – No… przynajmniej ja jestem.
-Niby dlaczego tylko ty?! – znowu musiałam poprawić tę cholerną grzywkę.
- Bo ty jesteś całkiem niziutka. – powiedział między napadami paranoicznego śmiechu.
- Tsa… - mruknęłam pod nosem. – Rzeczywiście, boki zrywać. Chodź już panie tęczowy, pocieszymy się jak już szczęśliwie wylądujemy w Victorii.
     Odkąd pamiętam straszliwie bałam się latać. Dlatego, kiedy tylko było taka możliwość, wybierałam jazdę pociągiem lub samochodem. Niestety tym razem jedyną alternatywą był statek. Za dużo razy obejrzałam "Titanic’a” żeby wsiąść na jakąkolwiek większą łódkę. Być może moje lęki były bezsensowne i bezpodstawne, ale mój mózg nie chciał tego przyjąć do wiadomości.
     Mateusz w końcu się uspokoił na tyle, że mogliśmy ruszyć w stronę parkingu, na którym miał na nas czekać Nikodem, co prawda chichotał jeszcze pod nosem co jakiś czas, ale było to do zniesienia.
Na miejscu byliśmy już po kilku minutach intensywnego marszu. Nikodem, gdy tylko nas zobaczył, wyskoczył z samochodu i szybko podbiegł do nas.
- Udało się? – zapytał z przejęciem malującym się na twarzy.
     Z Matem tylko potakująco kiwnęliśmy głowami. Podeszliśmy do samochodu, wpakowałam się na tylne siedzenia, rozwalając się po całej długości. Byłam wyczerpana. Moi panowie rozsiedli z przodu i ruszyliśmy do najnowszej stolicy - Warszawy.
     Półtoragodzinna podróż minęła mi zaskakująco szybko, bo… zasnęłam. Złożyły się pewnie na to stres, zmęczenie i burza emocjonalna, które targały mną od późnego popołudnia. W każdym razie, gdy się obudziłam, a właściwie gdy Nikodem mnie obudził słodkim całusem w nos, byliśmy już w Warszawie, na lotnisku Fryderyka Chopin’ a powszechniej znanym jako Okęcie.  
     Jakimś cudem wylazłam z samochodu i od razu się zorientowałam, że wciąż jestem tylko w skąpym body, na dodatek dotarło do mnie, że paradowałam tak przez połowę Łodzi. Jęknęłam przeciągle zażenowana samą sobą i wczołgałam się z powrotem do szarego Land Rovera. Z torebki wyciągnęłam pomięte ubrania wraz z butami i, wyczyniając niesamowitej urody akrobacje, założyłam je na siebie. Gdzieś za plecami usłyszałam tłumiony śmiech. Znowu… Przewróciłam oczami, zarzuciłam torbę na ramię i, z dumnie podniesionym podbródkiem, wysiadłam. Moi towarzysze wciąż mieli podejrzanie wykrzywione twarze, jakby ich coś uwierało.
- Czy już możemy iść? – zapytałam po chwili niezręcznego milczenia. W odpowiedzi tylko kiwnęli głowami. Łaskawcy! Każdy wziął swoją walizkę i skierowaliśmy się w stronę wejścia.  
     Szybka odprawa, nadanie bagażu, reszta tych wszystkich formalności i już mogliśmy sobie spokojnie czekać na podstawienie samolotu. W sklepie bezcłowym kupiłam kilka kolorowych magazynów, tak dla zabicia czasu. Swoją drogą co za głupi zwrot "zabić czas” jakby czas był jakąś żywą istotą którą można kontrolować już sam fakt, że człowiek postanowił odmierzać czas jest nieco idiotyczny, ale przynajmniej ułatwia życie.
     Zerknęłam na zegarek, jeszcze ponad godzina czekania. Wstałam z średnio wygodnego plastikowego krzesełka i zaczęłam się przechadzać. Niebo nad stolicą było szczelnie pokryte chmurami, zasłaniającymi gwiazdy. Jeszcze nie byliśmy bezpieczni. W zasadzie pewnie nigdy nie będziemy, ale muszę przyznać, że warto było.
     W końcu po godzinie czekania i ponad dwudziestu godzinach lotu z dwoma przesiadkami wylądowaliśmy w Victorii, stolicy Seszeli. Lotnisko było maleńkie. Niejedno centrum handlowe okazałoby się większe, gdyby ktoś postanowił kiedyś je porównać. Co do samego lotu, to obyło się bez większych przygód. Żadnych turbulencji, ani nic.  
W ogóle wszystko szło aż nazbyt pomyślnie. Jakby los tylko czekał na nasze potknięcie. Co to to nie. Za długo to planowaliśmy, za dużo czasu i serca włożyliśmy, żeby teraz coś miało się zepsuć.
Dominikę wypatrzyłam jako pierwsza. Czekała na nas przy wyjściu ubrana w długą, zwiewną, kwiecistą sukienkę. Wyglądała zjawiskowo, świeżo i na niezwykle szczęśliwą. Porzuciłam swoją walizkę na kółkach i rzuciłam się jej w ramiona.
- Moje dzieciaki, takie dzielne. Jestem z was dumna. – powiedziała, przykładając dłoń do serca i wycierając spod oka nieistniejącą łzę.
     Trzeba przyznać, że wszyscy prezentowaliśmy się nieźle. Przebraliśmy się podczas czekania między przesiadkami. Panowie w jasnych koszulach z podwiniętymi rękawami, granatowych spodniach i szpanerskich okularach przeciwsłonecznych Ray-Ban. Zupełnie jak bracia. Całkiem przystojni bracia. Ja natomiast w różowej koszuli bez rękawów, białych spodniach cygaretkach i słomkowym kapeluszu z szerokim rondem.
     Postaliśmy tak przez chwilę i pogadaliśmy o tym jak minął nam lot bla bla bla. Nic ciekawego, ale jakoś przetrwałam te towarzyskie niuanse. W końcu postanowiliśmy, że weźmiemy taksówkę i podjedziemy do portu, gdzie mamy wynajętą łódkę, a w zasadzie mały jacht. Mamy nim dopłynąć do wysepki, na której stoi wymarzona drewniana chatka na palach, w której mieliśmy zamieszkać.  
     Gdy już siedzieliśmy na tym luksusowym maleństwie, prując przez wody oceanu, zastanawiałam się jak w tych okolicznościach rozwinie się mój związek z Nikodemem. Czy rozkwitnie czy wręcz przeciwnie? A co jeśli pozna jakąś miejscową piękność o egzotycznych rysach i pięknych kobiecych kształtach? Te jakże głębokie przemyślenia przerwał mi ich przedmiot czyli Nikodem, oznajmiając, że jesteśmy już na miejscu. I znowu żadnych problemów. Nawet choroba morska nie dała o sobie znać, więc albo zaraz wydarzy się coś strasznego albo nastąpi banalny, ale upragniony happy end.
     Wysiedliśmy i naszym oczom ukazał się idealny, jakby żywcem wyjęty z jakiegoś czasopisma o podróżach, widok. Lazurowa woda, biały, drobny piasek i wysokie palmy o intensywnie zielonych liściach. Raj na Ziemi? Zdecydowanie tak! Jak jakaś niespełna rozumu dziewczynka zaczęłam piszczeć i śmiać się zarazem. Udało się nam! Naprawdę tego dokonaliśmy! Jesteśmy lepsi niż Ocean’s Eleven! Myślałam, że zaraz eksploduję. Na swoją obronę mam tylko to, że moi towarzysze zachowywali się podobnie.
-No dobra skarbie, chce go w końcu zobaczyć. – powiedziała Dominika, gdy nasza euforia już nieco osłabła.
- Patrz i podziwiaj. – powiedziałam tajemniczym głosem, szukając w torbie szkatułki. Wyjęłam ją i triumfalnie otworzyłam wieczko.
- Em… Marcelina? – w głosie mojej przyjaciółki można było wyczuć napięcie, od razu zrozumiałam, że coś jest nie tak. Spojrzałam do środka wyłożonego czerwonym zamszem i moje serce prawdopodobnie przestało w tym momencie pompować krew. Nie chciałam uwierzyć własnym oczom, bo one po prostu musiały kłamać. Tygrysie oko zniknął.

                         The end?

LittleScarlet

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 2197 słów i 12817 znaków.

13 komentarze

 
  • Misia

    Cudowne i ten niedosyt który został na końcu, geniusz po prostu! :)
    Ja bym dała opowiadanie do kryminalnych jednak. ;)

  • Ally

    Genialnee !! *o* <3 ciekawe co sie z nim stało ;p

  • Clary

    To " The end?" mnie zaintrygowało. Dobry pomysł na kontynuację, jeśli oczywiście masz taką w planie :)

  • Lils

    To była świetna historia! az zal ze nadszedł koniec ;<. Opowiadanie nie było tak banalne jak cala reszta na tej stronie, a bynajmniej zdecydowana większość na tej stronie

  • Avenra

    Najlepsze <3 Będę czytać wszystko cokolwiek napiszesz <3

  • Lidka

    Kiedy introwertyczka?

  • Maddy

    Świetne i trzyma w napięciu ... Pisz dalej ;) To jest świetne ;)

  • autodestrukcja

    Ej ale myk :-D

  • Misia

    Zawsze można zmienić kategorię na przygodową. :)

  • LittleScarlet

    Kate muszę się z tobą zgodzić i gdybym już na samym początku miała świadomość tego jak chcę pociągnąć całą historię to umieściłabym ją w przygodowych właśnie. ;) Endajs, A. Bardzo dziękuję za tak miłe komentarze, bo one dają niezłego kopa do dalszego pisania. Niedługo wracam z Introwertyczką, także nie zatęsknicie. :3

  • Endajs

    Zazdroszczę Ci wyobraźni, Pani Tygrysie Oko.  :cool: Jedno z najlepszych opowiadań na stronie, bądź tego świadoma. ;>

  • Kate

    Mimo wszystko przydzieliłabym kategorię przygodówek albo kryminału. Dla mnie Skubnij tęczy wychodziła przed szereg Nikodema i Marceliny.

  • A

    No nieźle, nieźle. Lubię się czepiać, ale w tym wypadku to jest akurat nie do wykonania. 12 naprawdę wartych poświęcenia czasu części. Gratuluję i zachęcam byś nie przestała pisać i nas wszystkich obdarowywać tak niebalalnymi i dobrze napisanymi powieściami. Pozdrawiam, A. :)