Przeciążenia, cz. 1

***
Za każdym razem, kiedy jest już po wszystkim, on milczy. Nie patrzy na mnie. Bardzo długo zakłada spodnie albo wpatruje się w telefon, a ja prawie słyszę jego myśli: „Wyjdź już”. W kilka chwil z kogoś, z kim byłam bardzo blisko, staje się niedostępny. Zupełnie jakbym była powietrzem. Takim zepsutym, śmierdzącym. Nie słyszy mnie albo udaje, że nie słyszy, dlatego przestałam mówić „cześć” na pożegnanie. Po prostu wychodzę czując jego napięcie za plecami.
Za każdym razem obiecuję sobie, że to ostatni raz, że jestem wyjątkowa i powinnam spotykać się z kimś, kto mnie przytuli i czasem tylko przytuli. Aż przytuli. Obiecuję sobie, że poznam kogoś, z kim znajomość nie będzie tak przesycona seksem, cielesnością, kogoś, z kim będę mogła pogadać o codzienności bez strachu, że to zbagatelizuje.
I za każdym razem do niego wracam. Z nadzieją, z myślą, że on nic dla mnie nie znaczy, po prostu brak mi dotyku. Wracam karmiona czułymi słówkami, bo, kiedy jemu brakuje dotyku, potrafi być bardzo czarujący, przekonujący. Kilka chwil jest dobrze, a potem scenariusz się powtarza. Słyszę za sobą cichy odgłos zamykanych drzwi i mam wrażenie, że obudziłam się ze snu. Otępiała schodzę po schodach. Kiedyś z piętra niżej ktoś wołał psa ze spaceru do mieszkania. Na początku umysł mnie zmylił i stanęłam na półpiętrze w oczekiwaniu. Nasłuchiwałam. On mnie chyba woła… Rozczarowanie przyszło bardzo szybko, kiedy zobaczyłam końcówkę merdającego ogna wchodzącą za całą resztą do mieszkania niżej.
Czasem zastanawiam się, dlaczego sobie to robię. Bo jestem zapracowana i nie mam czasu na randki przy świecach i winie? Bo życie nieźle dało mi w kość i nie chcę się angażować, zaufać? Nie do końca. Czekam aż on mnie zauważy. I to najszczersza odpowiedź, na jaką mnie stać. Na co dzień walczę z tą prawdą. Robię uniki, oszukuję się, ale doskonale wiem, że do tego się to sprowadza.
Czekam. Jeszcze.
***
Siedziałam na kawie w mojej ulubionej kawiarni w porze lunchu. Czytałam jakąś książkę fachową. Lubiłam to miejsce. Małe, miało kilka stolików i bar. Było przytulne, choć jasne z powodu wielkich okien wychodzących na zatłoczoną o tej porze uliczkę. Dzisiaj nie przeszkadzał mi nadmiar światła, bo niebo było zachmurzone i okropnie lało, dlatego usiadłam obok okna. Ludzie spieszyli się pod morzem parasolek. W takie dni jak ten, rzadko zwraca się uwagę na otoczenie. Cel jest jeden – dostać się jak najszybciej do jakiegoś pomieszczenia i nie zmoknąć bardziej niż to konieczne. Chociaż za oknem wszystko było ogarnięte pośpiechem, miałam wrażenie, że czas płynie dla mnie wolnej. W zwolnionym tempie obserwowałam tętniącą życiem i przyspieszeniem ulicę. Słońce od czasu do czasu przedzierało się promieniem przez szare chmury, ale deszcz nie ustępował. Lubię deszcz. Czułam się dobrze, błogo w tej ciepłej kafejce z białymi kredensami, które miały nasze babcie, firankami związanymi po bokach kokardkami w kratkę i starszą panią czytającą jakieś pismo w stylu „1000 prawdziwych opowieści o miłości opisują nasze wierne czytelniczki”. To miejsce było tak różne od mojego chłodnego biura… „Może czas zainwestować w jakiegoś storczyka na parapet? Miałabym coś żywego” – pomyślałam.  
Wróciłam do czytania. Pogrążona w lekturze nie zwróciłam uwagi na kogoś, kto uruchomił dzwonek otwierając drzwi i wpuszczając do pomieszczenia zimne powietrze. Nie zwróciłam uwagi , że zamawia kawę, że był przemoknięty do suchej nitki. Książka była naprawdę wciągająca. Ocknęłam się dopiero, kiedy ten ktoś stanął nade mną, był bardzo wysoki.
- Można się dosiąść? – zapytał lekko schrypniętym głosem.
Rozejrzałam się po kawiarni. Wszystkie stoliki były wolne, w lokalu nie było nikogo oprócz mnie, starszej pani i tego gościa. Zauważył jak lustruje rzeczywistość wokół.
- Nie lubię pić kawy sam – powiedział jakby na usprawiedliwienie.
- Nie musi mi pan tego tłumaczyć, ale będę złym kompanem do rozmowy – podniosłam wymownie do góry książkę. Nie miałam ochoty na zawieranie znajomości, miłe pogawędki. Przeciwnie, potraktowałam go jak intruza, który zburzył nastrój.
- Nie szkodzi, może pani czytać, chodzi bardziej o czyjąś obecność – nie zraził się moim obcesowym zachowaniem.
- Dziękuję za pozwolenie – nie umiałam powstrzymać się od tej złośliwości – W takim razie proszę usiąść.
Wróciłam do przerwanego momentu, a on rozsiadł się wygodnie. Pachniał deszczem.  
- Ciekawa książka? – zapytał.
Szlag trafił dalsze czytanie. Zdałam sobie sprawę, nie bez złości, że to osobnik z tych, co mówią: „Nie, nie będę przeszkadzał, ja tylko na minutkę”, a siedzą godzinami i ględzą niemiłosiernie. Z impetem zamknęłam książkę.
- Tak, była ciekawa – powiedziałam z naciskiem na słowo „była”.
- O czym? – kontynuował przesłuchanie niezrażony.
„Boże, czy tacy ludzie nie umieją wychwycić aluzji?” – pomyślałam z lekkim zdenerwowaniem.
Dopiero teraz przyjrzałam mu się bliżej. Był mokry, chudy i ledwo mieścił nogi pod stołem. Rozkraczył je w trójkąt, żeby zrobić miejsce moim. Miał na sobie kurtkę w kolorze moro, trochę za lekką na tę porę roku i pogodę. Gorąca kawa to najlepsze, co mógł zrobić w takim stanie, ale i tak byłam pewna, że się rozchoruje.
- Literatura fachowa, nic ciekawego – odpowiedziałam zdawkowo, bo nie chciałam wchodzić w dyskusję z tym obcym.
- Zimno dzisiaj – nie poddawał się – z reguły nie noszę parasola, bo znacznie częściej przemieszczam się autem, ale dzisiaj zrobiłem wyjątek i proszę, ulewa jak za czasów Noego.
Moje łopatki dotykały całkowicie oparcia krzesła, byłam wyprostowana, ale nie siedziałam sztywno niczym na rozmowie kwalifikacyjnej. Było mi wygodnie. Znalazłam taki punkt styczny między plecami a krzesłem, że nie chciałam psuć tego dobrostanu. Jakby było do mnie przyklejone. Patrzyłam temu facetowi w oczy i poczułam, że chce mi się śmiać. Powstrzymałam się, choć widziałam, że na jego ustach pojawia się lekki uśmiech.
- Będzie pan chory – zawyrokowałam.
- Skąd wniosek? – zapytał, a ja po raz kolejny zastanawiałam się nad tym czy rzeczywiście nie istnieją głupie pytania.
- Widzę. Jest pan totalnie przemoczony. Ma pan na sobie kurtkę dobrą na jesienne, ale w miarę ciepłe, wieczory. A ten kwadrat, który odznacza się w pana kieszeni na piersi, to pewnie papierosy, czyli dodatkowo obciąża pan płuca. Jest pan chudy jak patyk i ma zachrypnięty głos – mówiłam spokojnie, jakbym dyktowała pismo urzędowe  – Kawa nie załatwi wiele, jeśli pan za chwilę tego wszystkiego z siebie nie zdejmie.
Coś błysnęło w jego oku.
- Miałam na myśli to, że trzeba się przebrać  - „zboczony głupku” – dodałam w myślach – ogrzać i wziąć coś na wzmocnienie. I mam tu na myśli witaminę C, nie alkohol.
- Dzięki za dopowiedzenie, jeszcze bym przedobrzył z jakimś trunkiem w szczytnym celu – żeby zdrowie zachować – był uszczypliwy, ale było też widać, że ta rozmowa coraz bardziej go bawiła.
- Proszę pana – traciłam już naprawdę nerwy – widziałam pana wzrok, kiedy mówiłam o rozbieraniu się, to znaczy przebieraniu w suche rzeczy – sprecyzowałam szybko, bo już podnosił do góry wskazujący palec, żeby mi przerwać i coś powiedzieć. Nie dałam mu szansy – Stwierdziłam fakty. Dobry humor wyparuje panu z głowy dzisiaj wieczorem, kiedy będzie pan mierzył temperaturę.
- Pipa – wypalił.
Spojrzałam na niego zszokowana.
- Pipa, która myśli, że pozjadała wszystkie rozumy – dopełnił. Nie wycofał się z tego, nie przeprosił, czekał na moją reakcję z rozbawionym spojrzeniem.
Nabrałam powietrza, otworzyłam buzię i zaraz ją zamknęłam, ponownie otworzyłam i znowu zamknęłam.
- Może i pipa, ale z parasolem, bez popielniczki w ustach i odrobiną taktu, kiedy widzę, że ktoś mnie przy swoim stoliku nie chce – przemówiłam w końcu.
Wstałam zapłacić rachunek. Terminal do płacenia był bardzo powolny, wiec wróciłam po kilku minutach i zgarnęłam ze stolika swoje rzeczy.
- Do niewidzenia – powiedziałam cicho i szybko opuściłam kawiarnię.
Nie słyszałam jak pod nosem on mówi do siebie – „Mnie poucza, a sama palta nie zapięła. Pipa”.
***
Wieczorem w domu mierzyłam się ze wzrastającą temperaturą. Przez tego bałwana nie zapięłam palta i mnie przewiało. Kiedy szłam do łóżka, na podłogę upadła książka, którą czytałam w kawiarni. Podniosłam ją, ale na podłodze zostało jeszcze coś – kawałek serwetki. Wyrzuciłabym ją, gdyby nie nabazgrane na niej litery. Pomyślałam, że to może ja coś zanotowałam w pośpiechu i zapomniałam o istnieniu tego świstka. Moje oczy zrobiły się okrągłe niczym spodki, kiedy przeczytałam tekst:
„Jesteś Pipą, ale da się coś z tym zrobić. Lubię wyzwania”.
Pod spodem był numer telefonu. „Co za bałwan!” – pomyślałam, że złością, ale serwetki nie wyrzuciłam, zamierzałam się odegrać. „Dam mu nauczkę, ale jutro” – powiedziałam do siebie zanim padłam na łóżko.

C. D. N.



Pozdrawiam,  
Kamyk

JakKamyk

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 1641 słów i 9412 znaków.

2 komentarze

 
  • Julka89

    Super pomysł, fajne wykonanie. Liczę na choć odrobinę romantyczności!

  • Aniolek0308

    Jak dla mnie bardzo fajna i czekam na kolejną część :)