Piękna i Bestia.

Piękna znów o coś miała pretensje. Zapewne o to samo co zwykle, czyli, że Bestia spędza za mało czasu w zamku. Niekoniecznie, że z nią w zamku. Raczej ze śrubokrętem i młotkiem, bo w zamku od dawna to i tamto błagało o naprawę. Czy aby na pewno Piękna miała o to pretensje Bestia nie wiedział, bo niekoniecznie słuchał. Jak zwykle na zarzut ciągłego wychodzenia zareagował… wyjściem.  
-Idę!  Na razie!
Piękna, rada nie rada, rozejrzała się dookoła. Nie wiedziała w co ręce włożyć, zwłaszcza, że widok powodował ich natychmiastowy opad.  
-Boszeee… - wycedziła i zaczęła od włączenia muzyki.  Powoli rozwijająca się aria Carmen zgrała się z kolekcjonowaniem skarpet z podłogi.  
„L’amour… Kurwa.” – pomyślała bardzo brzydko Piękna, bo jednak nie  miała pięknej duszy. Istniało nawet podejrzenie, że z Bestią wcale nie są  tym sławetnym przypadkiem przyciągających się  przeciwieństw. Raczej uzupełniających się podobieństw.
Po zapełnieniu pralki, Piękna nakarmiła oba smoki, z których mniejszy nigdy nie był głodny, a zawsze takiego udawał. Jednak upierdliwe miauczenie udawało się wysprzęglić tylko dosypaniem karmy. Tej lepszej. Duży, zawsze z miłością w żółtych ślepiach, był szczęśliwy z każdego żarcia. Nawet z resztek sałatki od teściowej.
Prawdziwą zagwozdką tak naprawdę był obiad. Piękna kilkanaście minut wisiała nad kurzym cyckiem. Najchętniej zrobiłaby z tego coś lekkostrawnego, ale po raz kolejny usłyszeć „Znowu zepsułaś mięso! Jak masz robić takie gówno, to już lepiej nie gotuj!”  nie było czymś na co koniecznie miała ochotę. W końcu stanęło na bitkach. Bezpiecznie.
Sprawy finansowo-księgowo-firmowe zabrały prawie całe popołudnie. Relatywnie spokojny wieczór zakończył się równo z przecinającymi noc światłami pojazdu, wtaczającego się powoli, acz nieuchronnie na podjazd zamku.  
W uszach pięknej zabrzmiało „O Fortuna” Carmina Burana, choć nie przypominała sobie, by włączała ten kawałek. Po prostu zawsze w tej chwili odpalał się w jej głowie.
„Jaki będzie? Zły? Wkurwiony? A może tylko zmęczony?” – odpowiedź na pytania nadchodziła ciężkimi buciorami.  
3…
2…
1…
Kurtyna!
Piękna wiedziała. Znała procedurę. Należało wstać, podejść i się przytulić. Czasem futro Bestii zachęcało do obrania przeciwnego zwrotu w wektorze, ale prosta matematyka magicznie zmieniała się wtedy w kombinację fizyki z chemią: co się stanie gdy próbkę 200 ml z nitrogliceryną przerzucimy z punktu A do B z prędkością kurwa jakąkolwiek.
Piękna, mimo braku uzdolnień typowych dla żeńskiej linii Curie-Skłodowskich, wiedziała. Lekcja pouczająca, bo „robiliśmy doświadczenia”. Chociaż nie w laboratorium. Piękna wiedziała z życia.
Piękna w ogóle sporo wiedziała o życiu. Zwłaszcza o życiu z Bestią. Spokojnie robiąc bitki mogłaby lewą ręką napisać poradnik dla innych idiotek: „Jak kochać, rozumieć i pociąć się przy Bestii. Milion pięćset praktycznych wskazówek na każdy pierdolony dzień’. Jednak nie była pewna, czy oprócz niej istnieje jeszcze jakaś inna Piękna, która zechciałaby to dzieło zakupić. Target – unknown.
O, tak! Piękna rozumiała. Kiedyś tylko kochała, potem kochała i rozumiała, a teraz … no ten…  
A więc: rozumiała, potrafiła nazwać, pewnie mając wykształcenie psychologiczne może by i nadała numer jednostki chorobowej. Ale nie. Piękna znała się na kasie. W teorii, rzecz jasna. Na papierze.  
-Byłaś przy piecu? – Bestia raczył postawić swe szanowne buciory na świeżo upranym dywaniku.
Może w którymś z dorzeczy suahili po przetłumaczeniu wyszłoby „Kocham cię, skarbie. Jestes dla mnie wszystkim. Mógłbym dla ciebie zabić a nawet podzielić się ostatnim skrzydełkiem KFC”, ale Piękna nie znała suahili. Znała za to procedury.
-Oczywiście, ale coś słabo się pali. – skłamała gładko.  
-Kurwa, zaś trzeba będzie przeczyścić. – warknął Bestia, który obowiązki zamkowe wykonywał z taką miłością i zaangażowaniem jak małżeńskie. Zwłaszcza, że z Piękną nie byli małżeństwem.
-Zjesz coś? – Piękna odpaliła rakietę „peacemaker” typu ziemia – ziemia.
- A co masz? Dobrze, ale bez sałatki.
„Bez sałatki. Oczywiście.” – Piękna przyjęła zlecenie, starając się przypomnieć czy opłaciła składkę ubezpieczenia Bestii na życie. Ignorowana przez lata zielenina prędzej czy później zemści się zawałem. Piękna wiedziała, że bez ubezpieczenia, które zresztą sama opłacała dla Bestii, będzie musiała sprzedać zamek.
W sali balowej Bestia zajadał się czystym mięsem, obserwując zmieniające się obrazki.  
-Kochanie, oglądasz reklamy. – Piękna spojrzała z niepokojem. Wiedziała, że to kwestia zmęczenia. Tak, tak. Piękna rozumiała.  
-Musisz odpocząć. Zrób sobie przerwę. Wracaj wcześniej do zamku.- Piękna też namawiała. A przynajmniej próbowała. Wtedy jednak okazywało się, że według Bestii Piękna gówno rozumiała.
-Jak ty sobie to wyobrażasz? Że zostawię samych ludzi? Niedokończoną robotę? Jutro przychodzą płytki.
Początkowy ryk zmieniał się w głośne tłumaczenie (wersja dla debila), gdy tylko padło choć jedno z magicznych słów. A tych na szczęście dla Pięknej było sporo. Płytki, GK, wylewka, stelaże, zawody CO…   Na szczęście Piękna znała większość z nich i używała jako tarczy obronnej.  
-A wyschła wam ta wylewka? – Piękna mogła eksternistycznie skończyć budowlankę.
Zaklęcie przemieniało Bestię. Choć wciąż z surowym wzrokiem i grymasem zadowolenia ( wprost proporcjonalnym do przewidywanego czasu schnięcia wylewki razy metry kwadratowe budowy podzielić przez dzień tygodnia) skupił się ma monodramacie inwestorskim. Piękna słuchała, potakiwała, zadawała pytania, oburzała się na kominiarzy i dopingowała schnięcie gipsu. Tym razem gipsu.  Żyła i czuła całym sercem. Bo wiedziała. To jest choroba. Jakiś tam holizm. Bestia był sobą gdy był w pracy lub przynajmniej, gdy ciało odmawiało już posłuszeństwa, mówił o pracy. Ożywał. Szara jak cement skora nabierała krwistości Unigrutu. Ślepia rozgrzewały mu się w pożądaniu, aż wreszcie w okolicach dziesiątej patrzył na Piękną i mówił..
-Chodź. Zrobimy kosztorys.  
Tak, Piękna zdecydowanie była potrzebna Bestii, którego grube palce uderzające w klawiaturę niemiłosiernie przestawiały tabelki Excela.  
-A wysłałaś tego maila, co ci mówiłem? Nie? No kurwa tak mnie słuchasz!  Nic  nie pamiętasz! Nic mi nie pomagasz!  
Mail nie zdążył polecieć nawet światłowodem.  
-Zostaw, sam se napiszę.
Więc Piękna zostawiała. Szła spać do wielkiej sypialni z baldachimami, słuchając arii z „La double vie de Véronique”.  

418 czyt.
100%46
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i obyczajowe, użyła 1200 słów i 6877 znaków, zaktualizowała 10 lut o 9:53.

6 komentarzy

 
  • AnonimS

    AnonimS · 27 marca

    Jeszcze raz przeczytałem.  I dostrzegłem więcej niż za pierwszym  razem.  Ile jest tych pieknych które żyją z Bestią?  😜

  • joy

    joy · 11 lutego · 201425555

    piszesz na Pesia?

  • Somebody

    Somebody · 10 lutego

    Sam koncept bardzo ciekawy, a muzyka dobrana doskonale. Świetnie uzupełnia tekst.

  • agnes1709

    agnes1709 · 10 lutego

    Suche to jakieś. Fakt, słownictwo jest fajne, bo inne, ale zabrakło dreszczyku

  • AnonimS

    AnonimS · 10 lutego

    Przeczytałem... zestaw na tak.  Pozdrawiam

  • Speker

    Speker · 9 lutego

    Skomentuję prywatnie "piękna"..