Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

OLIWIA i FILIP cz. 3

KLASA II LO, LUTY

Oliwia


- Siostra, nadal lubisz pizzę?
- Jasne, a co?
- Twój koleś też lubi?

Rozzłościł mnie tym „kolesiem”.
- On ma imię, więc go używaj!
- No dobrze, więc czy Filip lubi pizzę?
- Uwielbia, nawet stworzył sonet o pizzy, kiedy polonista zadał nam napisanie wiersza jako pracę domową. A co?
- Bo dostałem premię i mam ochotę ją sensownie wydać. Nie poszlibyście ze mną na pizzę do „Sorrento”?
- Dostałeś premię, która wystarczy na pizzę dla trzech osób? Ale cię szef docenił!
- Nie no, premia znacznie większa, dłubaliśmy przy tej bryce do oporu i po godzinach, ale się udało, klient nas docenił. I dla pięciorga, bo może Irek i Iwona też by poszli? Wiem, że stanowicie komplet.
Ucieszyłam się, że pamiętał o pozostałej dwójce.
- Większość stopni na semestr już właściwie wystawiona, nie mamy dużo wkuwania… Bardzo chętnie!

Adam

Wybraliśmy się w środku tygodnia, licząc na więcej wolnych miejsc w popularnej pizzerii. Jednak była pełna, ale znaleźliśmy wolny większy stolik. Rozsiedliśmy się w piątkę i zaraz podeszła przemiła kelnerka z menu. Ja zamówiłem piwo, a wszyscy pozostali zgodnie poprosili o duże cole, po czym zabraliśmy się za menu. Potem spędzaliśmy miły wieczór na sposób włoski, czyli mniej jedząc, a więcej rozmawiając - o szkole, pracy, muzyce i innych duperelach. Irka znałem od dawna przez jego starszą siostrę, z którą chodziłem do klasy w ogólniaku, Iwonę głównie ze słyszenia; oni oboje mówili najwięcej. Obserwowałem głównie Filipa. Niewiele się odzywał, nie przeklinał, o sobie w ogóle nie mówił, był spokojny i wyraźnie zapatrzony w moją siostrę: nalewał jej colę, pozwalał podskubywać swoją pizzę (ja bym nikomu nie pozwolił!), nie obcałowywał jej za dużo, raczej tylko trzymali się za ręce.

Irek

Biesiada toczyła się miło, ale cały czas zastanawiałem się nad celem tego zaproszenia. Może Adam chciał po prostu „obejrzeć” naszą paczkę? A zwłaszcza Filipa? Oliwia mówiła często, że stosunki między nią a jej bratem bywały różne, ale i tak lepsze niż układy z jej rodzicami. Podobno kiedyś Filip przyszedł do niej w sprawach lekcyjnych ze słownikami i innymi takimi, i miał spięcie z jej matką.

- Wiecie, jaki to był wstyd? – mówiąc to prawie płakała w szatni przed lekcjami – przecież nie wkradł się jak jakiś złoczyńca, przyszedł normalnie z książkami, siedzieliśmy u mnie przy otwartych drzwiach, zresztą Adam też już był w domu, siedział jak jakaś przyzwoitka!
- To o co poszło?
- Matce zupełnie odbiło! „A co ten chłopak u ciebie robi?”. „Ty masz się uczyć, a nie romansować!”. „Kawalerze, proszę nie zawracać głowy mojej córce, ona musi mieć czas na naukę, wystarczy, że jeszcze biega do jakiegoś domu kultury na rysunki!”
- A co Filip na to?
- Był spokojny, ale widziałam, że w środku się gotował. Przedstawił się grzecznie, wyjaśniał, że przyszedł w sprawie lekcji, że przyniósł materiały do angielskiego, że mamy ważną klasówkę… Na matkę nic nie działało, w końcu Adam się wmieszał. Powiedział matce, i to dość głośno, że to właśnie dzięki Filipowi podciągnęłam się w angielskim i w ogóle lepiej się uczę, więc niech ona lepiej podziękuje za to gościowi zamiast wyskakiwać z przykrymi tekstami.
- To dlatego teraz Filip nie pokazuje się u ciebie?
- Dokładnie, i ostatnio nie tylko on. Na matkę wszyscy moi goście działają jak czerwona płachta na byka. A ojciec olewa wszystko, jest pracoholikiem, a cały dom z ulgą zrzuca na matkę.

Tym bardziej dziwiłem się temu zaproszeniu. Przecież Adam nie miał powodu nie lubić Filipa, doceniał go za pomoc siostrze, więc po co go jeszcze „oglądał”? Może jako starszy o parę lat miał jakieś inne przemyślenia czy obawy? Postanowiłem, że potem zapytam go o to sam na sam, ale szybko wypadło mi to z głowy, bo kiedy po jakimś czasie Adam poszedł do toalety, przy naszym stoliku pojawili się nieoczekiwanie Kamil z naszej klasy i jego kuzyn Jacek. Chyba nie byli „pod wpływem”, ale wyraźnie szukali zaczepki.

- Ty, zobacz, kto tu siedzi – zawołał Kamil – poznajesz towarzystwo?
- Nie. To z twojej klasy?
- Tak jest. Dziewczyny, przyłączcie się do nas! Siedzimy przy tamtym stoliku.
- Co robicie w takiej taniej pizzerii? – zapytałem – Nie stać was już na „Napoli” przy rynku?
- Nie twój zapaćkany interes, bidoku – warknął Kamil. Jak zwykle czuł się silny, kiedy miał jakieś wsparcie, no i publiczność.
- Kamil, daj nam spokój, idźcie jeść swoją pizzę, my mamy swoją – Iwona odezwała się pojednawczym tonem.
- Właśnie, Kamilek, grzeczniej, panie tu siedzą. To jak, księżniczko, przenosisz się do nas? Zabierz tę drugą ze sobą, jestem pełnoletni więc i piwko będzie.

Podniosłem się, Filip też stanął obok.
- Nie jesteśmy zainteresowani. I to nie jest żadna „księżniczka”, tylko moja królowa. I nie ma ochoty zmieniać towarzystwa, więc po prostu wracajcie do swojego stolika.
W tym momencie Adam stanął za nieproszonym towarzystwem.

Adam

Wyszedłem z toalety i zza przepierzenia, które zasłaniało drzwi do niej, i już z tamtego miejsca zobaczyłem dwóch kolesiów stojących przy naszym stoliku. Przed nimi stali Irek i Filip odgradzając ich od dziewczyn, i nie wyglądało to na towarzyską pogawędkę. Podszedłem bliżej. Jeden z tych dwóch to był ten głupi bogaty dupek z klasy Oliwii, a drugi? Kurwa mać, to Jacek!

Stanąłem za ich plecami i dosłyszałem tylko odpowiedź Irka, chyba na jakąś zaczepkę:
- ...żadna „księżniczka”, tylko moja królowa. I nie ma ochoty zmieniać towarzystwa, więc po prostu wracajcie do swojego stolika.
- Niech ona sama to powie – zarechotał ten Kamil, czy jak mu tam.
- Cześć, Jacek – odezwałem się niegłośno, żeby nie robić afery na cały lokal.

Obaj odwrócili się momentalnie, na mój widok chyba trochę spękali.
- O, cześć Adaś, nie zauważyłem cię – to Jacek.
Nie było czasu na pogawędki.
- Mój kolega bardzo grzecznie powiedział wam, żebyście stąd spierdalali. Więc spierdalajcie.

Popatrzyli na siebie, Kamil obejrzał się na Irka i Filipa, wreszcie stuknął Jacka w ramię.
- Dobra, zostaw tych bidoków.
Odeszli do swojego stolika w drugim końcu lokalu. Odetchnąłem z ulgą i usiadłem na swoim miejscu.

- No i popsuli nam nastrój.
- Tego starszego nie znam, ale Kamil robi to samą swoją obecnością, a jego rechot doprowadza każdego do szału – mruknął Filip. – Wygląda na to, że się znacie?
Postanowiłem nie owijać w bawełnę.
- Owszem. To cioteczny brat Kamila, to z nim tak się pobiłem na początku liceum, że musiałem się stamtąd ewakuować.
- Kurde, że też nie skojarzyłem od razu! Przecież wspominali mi w klasie, że Kamil ma jakiegoś Jacka w rodzinie, brata czy kuzyna. Można wiedzieć, o co wtedy poszło, czy to jakaś tajemnica?
- Żadna tajemnica. Bardzo dokuczali dziewczynie, która mi się podobała, któregoś dnia Jacek chamsko przegiął pałę, dostał za to ode mnie po ryju i postanowił oddać. Dzięki wstawiennictwu Prusa pozwolili nam odejść ze szkoły, a nie wyrzucili. A dziewczyna nawet mi nie podziękowała.
- Naszego Prusa?!
- Tak jest, tego samego.
- To jeszcze dodaj, braciszku, że mogłeś przejść do I LO.
- Poprawka: mogłem spróbować przejść, ale rodzice nie zgodzili się się na to, bo stwierdzili, że przyniosę im tam wstyd. Nagle przestało im zależeć na moim wykształceniu. Chciałem przejść do technikum i potem zdawać maturę, ale wybrali mi zawodówkę. Teraz rozumiesz, dlaczego źle mi się z nimi układa.

Filip machnął ręką
- Dobrze, zapomnijmy już o sprawie; dupki odpuściły, bo było nas dwóch na Kamila i ty za plecami tego drugiego.
- Zawsze myślisz tak taktycznie? – zapytałem go, kiedy dziewczyny poszły do toalety.
- W takich sytuacjach zawsze – odpowiedział poważnie. – Właściwie nie podejrzewam, że zaczęliby awanturę w lokalu pełnym ludzi, ale nigdy nie wiadomo.
- Taki dobry jesteś? Jak ojciec?
- Teraz to sobie kpisz. Nie jestem wyszkolony jak spadochroniarz, absolutnie nie jestem mistrzem walki wręcz czy coś takiego, za młody na to jestem. Po prostu… trochę umiem się bronić.

- Biłeś się kiedyś tak na poważnie? – zapytałem wprost.
- Raz, w poprzedniej szkole. Był tam taki jeden gnojek, wyskoczył do mnie z użyciem niebezpiecznego narzędzia, jak to się ładnie mówi. Położyłem go skutecznie i trochę krwawo, jego rodzina chciała rozkręcić aferę i mnie wrobić, ale idiota zrobił to centralnie pod kilkoma kamerami monitoringu szkolnego. Kiedy mój tata i żandarmeria wmieszali się i poprosili, a właściwie „poprosili” – tu zrobił znak cudzysłowu – o nagrania, dyrektorka nie mogła się wymigać. Gnojek narobił sobie kłopotów, a ja nowych wrogów - całą jego rodzinę. Od tamtego razu jestem, jakby to powiedzieć? Czujny.
- W stosunku do Oliwii też? Zasłoniłeś ją od razu, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, na ulicy.
- W stosunku do Oliwii… To proste: jeżeli ktoś spróbuje ją skrzywdzić, zajebię go. Jeśli chodzi o Iwonę i Irka - też.
Powiedział to takim tonem, że nie miałem powodu nie uwierzyć mu.

- Już jesteśmy – zameldowała się Iwona – O czym gadaliście, gdy nas nie było?
- O pogodzie.
- Tak, o pogodzie.
- Iwonka, to u nich normalne, kiedy mnie nie ma, też zawsze rozmawiają o pogodzie. Tylko nie wiem, dlaczego zawsze są przy tym tacy poważni.
- Bo pogoda to poważna sprawa, siostrzyczko. Wiesz, ocieplenie klimatu, susze, powodzie, te rzeczy…
Nic nie odpowiedziała, pokiwała tylko głową, usiadła obok Filipa i wzięła go za rękę.

Oliwia  

W zimową sobotę siedziałam od rana u Filipa i wkuwałam angielski, on matmę, a oboje fizykę. Fizyka bez Irka szła nam jednak średnio i Filip postanowił wesprzeć się jakimiś starymi notatkami z poprzedniego roku szkolnego. Przekopywał biurko w poszukiwaniu zeszytu, przy okazji wyciągając najdziwniejsze stare szpargały.
- Po co jeszcze trzymasz to wszystko?
- Bo czasem się przydają. Jak widzisz, badania serca sprzed lat przydały się nawet teraz, mam też kilka starych zeszytów z matmy. Zachowuję zeszyty z tych przedmiotów, z których idzie mi źle, żeby w razie czego móc coś powtórzyć. Niech to szlag, mam wszystko z wyjątkiem fizyki! Przejrzyj jeszcze tę szufladę, ja dorobię herbaty.

Poszedł do kuchni, a ja zabrałam się do drugiej szuflady. Na samym wierzchu leżała znana mi niebieska teczka z wynikami badań; uśmiechnęłam się na wspomnienie historii z wchodzeniem do jego mieszkania i pierwszym spotkaniem z jego ojcem. Głębiej znalazłam wydruki jakichś testów angielskiego, odłożyłam je na bok na wszelki wypadek, i grzebałam dalej.

Filip

Kiedy wróciłem z herbatami, Oliwia siedziała na moim łóżku i bezgłośnie płakała.
- Skarbie, co ci jest? Co się stało?!
- Kiedy zamierzałeś mi to pokazać?! A może w ogóle nie zamierzałeś?!

Ściskała w ręce pojedynczą kartkę, kiedyś zgniecioną, a potem rozprostowaną, na niej… czternaście linijek napisanych ręcznie. Kurwa mać… Przypomniałem sobie, jak po powrocie ze szkoły zgniotłem kartkę z wierszem o Oliwii stojąc nad koszem na śmieci, a potem jakiś diabeł mnie podkusił, żeby ją rozprostować i wsadzić do szuflady, nie na wierzch, żeby nie rzucała się w oczy, tylko głębiej, pod stare papiery, Żeby znaleźć ją dopiero za ileś lat, przy okazji jakiejś przeprowadzki.

Usiadłem przy niej i objąłem ją ramieniem. Czytała wiersz któryś raz z kolei. Nie miałem wyjścia, opowiedziałem jej całą historię z listopadowej lekcji polskiego.
- Skłamałeś wtedy? Miałeś go ze sobą i nie przeczytałeś?!
- Zgadza się.
- A ten sonet o pizzy był dla picu?
- Napisałem go za sugestią Prusa jako „zastępczy”, żeby rzucić go klasie na pożarcie.
- I naprawdę tak mnie wtedy widziałeś? Moje oczy, moje włosy?
- Nadal tak cię widzę.
- Moją twarz też?
- Masz najpiękniejszą twarz na świecie. Jak myślisz, dlaczego wiersz mówi o „promieniejącej królowej”? Dla Irka to Iwona jest królową, a dla mnie królową jesteś ty.
- No dobrze, ale dlaczego nie pokazałeś mi tego wiersza potem po szkole, sam na sam?
- Bo wstydziłem się, i bałem, i w ogóle. Nie wiedziałem, czy coś do mnie czujesz; mogłaś odpowiedzieć „Fajny, przepisz mi go, to pokażę go mojemu chłopakowi” czy coś takiego.
- A później?
- Zwyczajnie zapomniałem o nim.
- Jasne, zapomniałeś… Jeżeli nie masz drugiego egzemplarza to przepisz sobie albo sfotografuj kartkę, bo ja ją zabieram, i nie próbuj protestować.

Pstryknąłem fotkę kartki z wierszem, Oliwia też to zrobiła, a potem starannie ją rozprostowała i włożyła do dużego zeszytu z notatkami.
- Nikt go nie zobaczy, bo jest tylko dla mnie. Schowam u siebie głęboko, a kiedy będę miała ochotę, to zajrzę do telefonu, a będę miała często; oryginał będzie bezpieczny.
- Taaa… Tutaj też miał być bezpieczny i nikt nie miał go zobaczyć.

- Przeczytaj mi go, zanim schowam. Chcę usłyszeć wiersz napisany przez ciebie i mówiony przez ciebie. Proszę cię.
Nie mogłem odmówić, byłem bezradny wobec jej zielonych oczu, jej uśmiechu, który mnie roztapiał jak lody w gorący dzień, i był tak samo słodki.

Oliwia

Wkuwanie w tej sytuacji poszło w kąt, podziękowania za wiersz jakoś tak naturalnie przeszły w przytulasy, przytulasy w pieszczoty i tak dalej… Jak pisał Sapkowski w „Wiedźminie”: jak zwykle było niezwykle. A potem odprężenie po kochaniu jak zwykle przeszło w nasze rozmowy o wszystkim. Tym razem zeszliśmy na wiek i na dojrzałość. Filip kolejny raz przywoływał awanturę z rodzicami i wychwalał opiekuńczość Adama wobec mnie. Ja korygowałam te pochwały i nazywałam to „nadopiekuńczością”.  

- I co w tym dziwnego, że jest może nawet nadopiekuńczy? To naturalne, że starszy brat opiekuje się młodszą siostrą.
- Gdybyś miał młodszą siostrę, też byś ją tak kontrolował?
- Kontrolował? Nie. Opiekował się i troszczył o nią? Tak, „zawsze i wszędzie, i o każdej porze”.
- Właściwie to szkoda, że nie masz, pewnie byłaby tak samo fajna jak ty – zamyśliłam się. – A twoi rodzice nie chcieli mieć więcej dzieci?
- Nieważne – prawie warknął na mnie!

Oparłam się na łokciu i popatrzyłam na niego zdziwiona, bo jeszcze nigdy nie odpowiedział mi takim tonem.
- Kochanie, jeśli uważasz, że to nie moja sprawa, to mi to powiedz, ale normalnie; ten ton mi się nie podoba, więc go zmień. Nie chcesz odpowiedzieć, to nie, ale dotychczas rozmawialiśmy szczerze o wszystkim, więc...
- O wszystkim, co musisz wiedzieć i o co zapytałaś.
- W tłumaczeniu z polskiego na nasze: ukrywasz coś przede mną?
- Nie ukrywam, po prostu… Trudno mi mówić o czymś, o czym nie wiesz, rozumiesz?

Nagle odniosłam wrażenie, że „plącze się w zeznaniach”.
- Nie rozumiem, przecież właśnie pytam! Zapytałam tylko o rodzinę, a nie na przykład o tajemnice wojskowe twojego taty.
- I tak ich nie znam, więc wypytuj ile chcesz.
- Dobrze, sam tego chciałeś… Masz jakąś dziewczynę na boku? Zdradzasz mnie?
- No coś ty!
- Jesteś ukrywającym się przestępcą? Okradałeś staruszki, wynosiłeś zakupy ze sklepów nie płacąc?
- Oliwia, to nie jest śmieszne.
- Pewnie, że nie jest, skoro nie wiem jakichś tajemniczych rzeczy o moim chłopaku i to niby moja wina, bo o nie nie zapytałam?! Piszesz dla mnie wiersze, ale prawie nic nie mówisz ani o rodzinie ani o dzieciństwie? Dlaczego?
- Daj spokój, źle mnie zrozumiałaś!

Wkurzyłam się nie na żarty.
- To może mi chociaż powiesz czemu policjantka z wydziału do spraw nieletnich was odwiedzała? Przecież ty nie masz kłopotów z prawem, a u taty w jednostce same dorosłe chłopy, więc to trochę dziwne.
Nie zaprzeczył, nie sprostował, że przyszła do kogoś innego w tym domu, milczał.

- Ona przyszła w twojej sprawie? Ale nie, to było jeszcze przed wypadkiem, więc nie o to chodziło. Narozrabiałeś coś? To o tym czegoś mi nie mówisz? Filipku, martwię się o ciebie, więc mam prawo wiedzieć!
- No niby masz…
- Łaskawca się znalazł! Masz jakiś wyrok w zawieszeniu? Albo nie w zawieszeniu?  
- Nie, aż tak źle to nie. Ale…  

Nabrał głęboko tchu, jakby zbierał się na odwagę, i wreszcie popłynęła opowieść.
- Co do dzieciństwa to miałem problemy z sercem, przecież wiesz, widziałaś papiery. Długo przeleżałem w szpitalu. Na szczęście wyzdrowiałem, inaczej nie grałbym teraz w piłkę czy kosza. A w tej drugiej sprawie chodzi o to, że kiedyś byłem lepszym, to znaczy zwyczajnym chłopakiem, ale zmieniłem się bardzo na gorsze, kiedy mama… No wiesz…
- Wiem tylko, że zmarła kilka lat temu; tyle nam powiedziałeś, a ja nie wnikałam. Właściwie sama nie wiem dlaczego; powinnam była zapytać o to wcześniej, choćby w święta, ale nie śmiałam przy twoim tacie, zwłaszcza kiedy mi opowiedział o tych dodatkowych talerzach. Ale śmierć rodzica to okropna rzecz, nic dziwnego, że się załamałeś.
- Ale nie wiesz jak zmarła. No więc… Mama umarła przy porodzie. Dziecko też nie przeżyło – odwrócił głowę i popatrzył mi w oczy. – To była córka, wiedzieliśmy o tym wcześniej. Rodzice wariowali ze szczęścia, szykowali już pokój, wybraliśmy imię dla dziecka. Tak bardzo się cieszyłem, że będę miał siostrę, nie przeszkadzało mi, że o tyle młodszą… Były problemy z ciążą, lekarze uprzedzali, ale kto jest w takich sprawach pesymistą, prawda? „Będzie dobrze, będzie dobrze…”.

Pomilczał chwilę.
- Nie wiem, jak mojemu tacie udało się po tym nie zwariować. Jakoś z tego wyszedł, zawsze był mocniejszy psychicznie ode mnie, no i przede wszystkim - jest dorosły. Ale ja… Nie załamałem się, tylko zaczęło mi odbijać. Utrata matki i siostry plus kolejna wymuszona zmiana szkoły plus okres dojrzewania to nie było dobre połączenie. Zacząłem buntować się, wagarowałem i rozrabiałem. Policjanci i żandarmeria początkowo przymykali oko, bo znali naszą rodzinę i wiedzieli, przez co przechodziliśmy. Ale któregoś dnia przedobrzyłem, na szczęście tylko przeciwko mieniu, a nie zdrowiu lub życiu. Na skutek tego i wagarów zawaliłem rok szkolny, a na dokładkę musiałem zmienić klasę w liceum. Tylko że ja poszedłem do szkoły rok wcześniej, czyli kiedy miałem sześć lat, a ty poszłaś jak miałaś siedem, i teraz mimo mojej repety nie ma dużej różnicy wieku między nami. W klasie o tym nie wiedzą, wie tylko dyrektorka i Prus, i teraz ty. Ale kiedy przeprowadziliśmy się tutaj, to papiery szybko przyszły za mną, teraz to idzie przez internet, i stąd ta kontrolna wizyta Prusowej, przepraszam, pani aspirant Głowackiej.

Musiałam przetrawić to wszystko. Etapami.
- To dlatego wtedy nie oddałeś Kamilowi?
- Mądra dziewczynka – pochwalił mnie z poważną miną. – Tak, to dlatego. Umiem się bronić, chyba nawet nieźle, koledzy i podwładni taty udzielili mi kilku… nastu lekcji. Jaja, gardło, kolano, było kilka opcji skutecznych uderzeń, potem poprawka z kopyta, bo to nie miejsce na fair play, wroga trzeba tak położyć, żeby nie podniósł się za szybko.

Zdrętwiałam na samo wyobrażenie czegoś takiego.
- Nie skończyłoby się na jednym ciosie, leżałby i kwiczał, ale nie mogłem sobie pozwolić na bijatykę w nowej szkole już pierwszego dnia. Wolałem więc, żeby do Prusa i jego żony dotarła wieść, że „Kamil zaczął awanturę i dał Filipowi po ryju” niż „Filip i Kamil pobili się w klasie i Kamil trafił do pielęgniarki”, kapujesz?
- Jasne. Inna kwalifikacja czynu?
- O matko, mówisz fachowo jak policjant. Ale rzeczywiście, to byłoby zwykłe nieporozumienie między nowymi kolegami z klasy, a nie „udział w bójce” czy „pobicie”. Zresztą ostatecznie wszystko rozeszło się po kościach i nic nie dotarło do nauczycieli. W pizzerii to było co innego, ale nawet gdyby tamci zaczęli na ostro, w co zresztą wątpię, to było pełno świadków i monitoring, że to my się broniliśmy. Ej, czemu drżysz?

Przytuliłam się do niego.
- Bo strasznie dużo tych okropności, a ty tak zimno i fachowo analizujesz zagrożenia. Pomyślałam sobie przez chwilę nie o ewentualnej bijatyce w pizzerii, tylko o twojej możliwej konfrontacji z Adamem, a on jest taki porywczy… I nie mogę też sobie wyobrazić, co wy z tatą przeżywaliście, nawet nie spróbuję. Ja ciągle żrę się z matką, a ojciec ciągle wyjeżdża i nie interesuje się tym, co w domu, ale jednak gdyby jej zabrakło… Albo Adama? Tragedia. I jeszcze to czekanie na dziecko, na siostrę… Jak miała mieć na imię?

Nie powinnam była zadać tego pytania, bo przecież to ich bardzo prywatna sprawa. Za chwilę pożałowałam jeszcze bardziej, bo poczułam, że Filip trzęsie się. Najpierw zaczął szlochać, a potem wykrztusił jakby z wielkim wysiłkiem:
- Oliwia. Miała się nazywać Oliwia. Jak dziewczyna z ulubionej książki mamy!

Mnie zatkało, a on… zaczął wyć. Coś w nim pękło. Mój chłopak wcisnął twarz w pościel, płakał, wył i skomlał jak kopany pies, tłukł pięścią w poduszkę i krzyczał „Oliwia! Oliwia! Moja mama to Ela, a siostra to Oliwia!”, a ja niczego nie mogłam zrobić. Mogłam tylko przytulić się do niego i płakać razem z nim i nad nim po tym, co usłyszałam. Pieprzona bezradność...

Bałam się, że przez moje nieprzemyślane pytanie dostał jakiegoś ataku nerwowego, ale na szczęście chyba po minucie przeszło mu. Otarł oczy, odetchnął głęboko i zaczął mnie przepraszać, że puściły mu nerwy i że mnie zdenerwował. Przepraszać! Mnie! Sam codziennie przechodzi przez piekło wspomnień i tęsknoty za matką i za siostrą, której nie zdążył poznać, ale przecież żyła te kilka minut czy godzin, a przeprasza mnie za moje nerwy! W końcu zatkałam mu usta dłonią.

- Skarbie, może będzie lepiej, jeśli teraz się zdrzemniemy i odpoczniemy po tych nerwach. Dzisiaj mamy jakąś niesamowitą huśtawkę emocjonalną.
Pokiwał głową w milczeniu, i tak zrobiliśmy.

Ale przed snem dogoniła mnie jeszcze jedna myśl, i musiałam mu to powiedzieć
- To ja powinnam cię przepraszać.
- A niby za co?
- Za to, że rozmawiamy niby o wszystkim, a tu się okazuje, że nie pytam o najważniejsze rzeczy.
- Bzdurzysz, kochanie.
- Chodzi mi o to, że ciągle „ja”, „mnie”, „mi”… Dopiero teraz to do mnie dotarło, że rozmawiamy najczęściej o mnie. To ty pocieszasz mnie, podnosisz na duchu, rozśmieszasz, douczasz i w ogóle… dowartościowujesz. Jak mogłam przez te kilka miesięcy nie wypytać cię dokładniej o mamę i o przygody w poprzednich szkołach? Jestem cholerną idiotką i egoistką!
- Nie, nie jesteś. Jesteś delikatna w stosunku do mnie i do innych, nie chcesz mi sprawiać przykrości pytaniami, zresztą Irek i Iwona też tacy są. A ja nie potrafię sam z siebie mówić o przeszłości, o mamie, o przeprowadzkach i kłopotach szkolnych, trzeba to ze mnie wyciągać.
- Chodzimy ze sobą od kilku miesięcy, kocham cię i kocham się z tobą, a teraz nagle uświadamiam sobie, że nadal nie wiem o tobie jeszcze nie wiadomo ilu rzeczy. I, co gorsza, może one wszystkie są smutne. To takie… dobijające, nie mogę sobie tego darować.
- Śpij już, moja muzo...

Filip

Pierwszy semestr roku szkolnego skończył się w połowie lutego. Trochę obawiałem się o wyniki na półrocze, ale nie było źle, dzięki Oliwii poprawiłem się nawet z tej nieszczęsnej matmy, fizyka też szła mi lepiej dzięki Irkowi.  

Na koniec semestru w szkole było zebranie z rodzicami. Poinformowałem o nim tatę z wyprzedzeniem, dostał też info z e-dziennika. Byłem święcie przekonany, że i tak nie pójdzie. Kiedyś na moje zebrania szkolne chodziła tylko mama, a tata potem nie chodził, bo uważał je za stratę czasu; w razie potrzeby kontaktował się bezpośrednio z wychowawcami. Dlatego zdębiałem, kiedy wrócił tego dnia później i oznajmił, że właśnie wraca z zebrania.

- Byłeś na zebraniu? I to w mundurze wyjściowym?
- Tak, bo prosto z odprawy.
- Aż boję się zapytać, jak było.
- Było świetnie – aż chichotał! – Do tego stopnia, że pan Głowacki po zebraniu osobiście podziękował mi za przybycie, i to w mundurze. Powiedział, że nie pamięta tak krótkiego i sprawnie przebiegającego zebrania z rodzicami.
- Pewnie było im niezręcznie zadawać głupie pytania i wykłócać się o drobiazgi, kiedy za plecami siedział groźnie wyglądający komandos…
- Dokładnie tak. A poważniej, to usłyszałem o tobie same pochwały: o dobrych wynikach w nauce, dobrym zachowaniu, pomaganiu innym, koleżeńskości i tak dalej. Naprawdę dobrze ci tu idzie, a to liceum rzeczywiście jest szkołą przez duże S.
- Nie, tato, jest po prostu normalną szkołą. Po kilku miesiącach tutaj widzę, że to te, do których chodziłem wcześniej nie były normalne.

W poprzednim miejscu zamieszkania miałem zapisane w komórce tylko cztery numery: taty i oficera dyżurnego jego jednostki, tak na wszelki wypadek, oraz mojej wychowawczyni i tej… Ewy. Nikt inny z mojej klasy czy poprzednich nie był wart zapisania, rzadko rozmawiali ze mną nawet w szkole, a co dopiero po niej. Nauczyciele - to samo. A zdjęcia miałem tylko dwa - mamy i taty, bo dziadkowie z obu stron już nie żyją. Tutaj miałem w e-mailu i komórce kontakty do niemal wszystkich z klasy, Prusa i awaryjnie nawet Adama Górskiego, w komunikatorach - grupy do rozsyłania materiałów ze szkoły i w ogóle do kontaktów po lekcjach, a w galerii - „uśmiechnięte mordki klasowych współtowarzyszy niedoli”, według określenia Irka. Uczyłem się w miarę dobrze, miałem kochaną dziewczynę, grupkę przyjaciół, logicznego wychowawcę. Wszyscy mi mówili, że więcej się uśmiecham i nie patrzę na świat spode łba, że teraz patrzę „dorośle”, a to coś innego, i raczej pozytywnego.  

Iwona

Po szkole Oliwia wstąpiła do mnie, bo poprosiłam ją o wyjaśnienie zadań z matmy zadanych na jutro. Zagłębiałyśmy się w plusy i minusy, gdy zadzwonił do niej Filip. Natychmiast odebrała, rozmawiali krótko o czymś szkolnym, ale od razu rzuciła mi się w oczy zmiana jej nastroju. Gdy Filip pokazał się na wyświetlaczu, od razu uśmiechnęła się, i uśmiechała się też przez chwilę po rozłączeniu.

- Ale cię wzięło…
- Co takiego?
- Filip.
- Nie przesadzaj. Aż tak to widać?
- Widać od razu uśmiech, kiedy odbierasz telefon od niego, i kiedy spotykasz go rano w szkole. Powiedz, rozmawiacie czasem o tym, co po maturze? Co będzie, jeżeli znów gdzieś go przeniosą razem z tatą? Nie burzy wam to nastroju?
- Wtedy to będzie co innego: on chce iść po maturze na uczelnię wojskową, czyli i tak będzie musiał wyjechać, nawet jeżeli ojciec zostanie tutaj. Ale do matury będziemy tu razem. I na tym skończyliśmy rozmowy o przyszłości. Dobrze nam tak, jak jest.
- Często ci mówi, że cię kocha?
- Nie.
- Nie?! Irek ciągle mi to mówi.
- Nie – uśmiechnęła się. – Filip nie musi często, ja to po prostu wiem. Ale kiedy już to mówi, to…

Usiadła podciągając kolana pod brodę:
- Kiedy to mówi, to tak, że chciałabym wziąć jakoś te słowa w ręce, wypleść z nich chmurkę miłości i powiesić sobie w powietrzu przy łóżku. I widzieć ją przed snem i kiedy się obudzę. Mamy swoje zdjęcia, mamy nagrane swoje głosy, ale dla mnie to i tak mało.
- Tak poetyzujesz, że zaraz będziesz konkurować z Beatą. A po co „nagrane głosy”, przecież zawsze możecie zadzwonić do siebie?
- No i dzwonimy, ale kiedyś poprosiłam go, żeby nagrał mi na moim telefonie takie zwykłe życzenia dobrej nocy, a ja nagrałam u niego. Nie musi do mnie dzwonić, może iść spać, a ja i tak przed snem odsłucham sobie, jak mi życzy dobrego spania. Czasem nie mogę zasnąć po kłótniach z matką: o stopnie, o stroje, o zajęcia z rysunku i malarstwa, o to, że ktoś z klasy do mnie przyszedł. Wtedy słucham głosu Filipa i od razu jest mi lepiej. Wiesz co? Ja nie wiem, jak żyłam, zanim go spotkałam...


KLASA II LO, MARZEC

Adam


Oliwia wróciła do domu przed obiadem. Wyglądała mizernie.
- Siostra, co ci jest?
- Nic, martwię się – burknęła, stając w drzwiach mojego pokoju.
- Wyglądasz fatalnie, stało się coś?
- A co mogło mi się stać u Filipa?
- Nie wiem. Może u niego, może po drodze. Powinienem odprowadzać cię? Albo w ogóle chodzić tam z tobą w roli ochroniarza? Chronić cię od zagrożeń fizycznych oraz na przykład pokus cielesnych?
- Na to już trochę za późno – mruknęła, ale dosłyszałem i aż mnie poderwało z łóżka.

- Co takiego?! Zabiję bydlaka! – wrzasnąłem – Zajebię go, zanim jeszcze policja go dorwie!
Oliwia walnęła mnie oburącz w klatkę piersiową, aż przewróciłem się z powrotem na łóżko. Nie miałem pojęcia, że moja siostra ma tyle siły.
- Jaka policja, uspokój się głupku, odbiło ci! – wrzasnęła mi jednym tchem w twarz tak, że niemal ogłuchłem. – Odwal się od Filipa, bo to ja ciebie skrzywdzę!
- To Filip ci to zrobił?! Czy ktoś inny?! Zajebię skurwysyna!
- Zamknij się, mówię! – wrzasnęła jeszcze raz, a potem odetchnęła głęboko parę razy i wreszcie stanęła nade mną w groźnej pozie.

- Nikt mnie nie skrzywdził, dociera?! Tak, uprawiałam z Filipem seks, bo tego chciałam, i dopiero po jakimś czasie chodzenia z nim, a on kilka razy pytał mnie, czy na pewno tego chcę. Tak, był moim pierwszym. I kochaliśmy się w jego mieszkaniu, które znam i czuję się w nim bezpiecznie, w jego wygodnym łóżku, w czyściutkiej pościeli, na trzeźwo i z zabezpieczeniem. Nie w kiblu w klubie, nie na czyjejś imprezie i nie w krzakach, za kogo ty mnie masz, baranie?! I przede wszystkim to są moje prywatne sprawy i tylko moje!
- Oliwia, ty jeszcze nie masz osiemnastu lat…
- Ale piętnaście już dawno skończyłam, i on też, mamy dwudziesty pierwszy wiek, a nie dziewiętnasty, i jestem uświadomiona seksualnie! Nagle jesteś taki jak nasi rodzice? A ile TY miałeś lat, kiedy straciłeś cnotę?
- Szesnaście – odpowiedziałem machinalnie, siląc się na spokój.
- O? To chłopakom wolno wcześniej? A rodzice wiedzieli?
- Oliwia, to nie tak. Jesteś moją młodszą siostrą i…
- ...i dlatego będziesz chronił mnie przed seksem przez całe życie? – weszła mi w słowo. – No… nie, sorki, nie będziesz. I w ogóle chyba źle mnie teraz zrozumiałeś. Ten pierwszy raz nie był dzisiaj, tylko wcześniej. Następne też już były… choć nie tak dużo. A teraz wracam od Filipka, bo jego tata przez kilka godzin wbijał nam obojgu do głowy niemiecki. Ma go w małym palcu, a my niestety nie, i jeszcze długo nie, a w poniedziałek jest bardzo ważna klasówka. I dlatego jestem zmarnowana i zdenerwowana, może i wyglądam kiepsko, ale ty od razu pomyślałeś, że ktoś zrobił mi coś złego? Dlaczego?

Gniew w jej głosie przeszedł w smutek.
- Aż tak źle wyglądam, serio?? Adaś, dlaczego ty od razu myślisz o najgorszym? Że ktoś mnie skrzywdził, że coś mi się stało?

Westchnąłem głęboko, ale i z ulgą, i usiadłem na łóżku.
- Przyznaję, tak właśnie pomyślałem. Dobrze, siostra, za bardzo się uniosłem, przepraszam, słyszysz? PRZE-PRA-SZAM, ciebie i Filipa. Ja tu w środku wiem, że jesteś z nim bezpieczna, bo on zatłucze każdego, kto by chciał cię skrzywdzić, ale...
- Co ty wygadujesz?!
- Sam mi tak powiedział, po tej awanturze w pizzerii, zapytaj go. Ale chcę, żebyś wiedziała jedno: nawet za pięćdziesiąt lat, kiedy będziemy już siwymi emerytami narzekającymi „jaka ta dzisiejsza młodzież jest niewychowana”, ty ciągle będziesz moją młodszą siostrą. Taki już jestem. Tyle, że teraz martwię się o twoje bezpieczeństwo, a wtedy będę się martwił czy wystarcza ci emerytury do pierwszego i czy twoje wnuki cię nie zamęczają – odgarnąłem jej włosy zakrywające twarz. – I… przecież wiesz, dlaczego ja zawsze myślę o najgorszym. Wiesz, prawda? Po twoim wypadku mam uraz, i ty też.

Oliwia nieoczekiwanie usiadła przy mnie.
- Ja też za bardzo się uniosłam, sorki za to uderzenie, ale jak sobie pomyślałam, że mógłbyś coś zrobić Filipowi... Nie rozumiem cię, przecież znasz go już więcej niż powierzchownie, sam mówisz, że jest w porządku, a jednocześnie chcesz chodzić tam za mną i mnie pilnować? Wiem, że chcesz mnie chronić i doceniam dobre chęci, zwłaszcza twoje interwencje u rodziców, ale musimy ustalić pewne granice. Tym bardziej, że twoje wsparcie pewnie przyda mi się znacznie wcześniej niż na emeryturze.
- Co masz na myśli?
- Matkę! Na pewno kiedyś wyjdzie w rozmowie, że już nie jestem dziewicą, ona wtedy wścieknie się i pewnie zacznie mnie wyzywać od dziwek, ale ja wtedy powiem „Nie krzycz, przecież Adam wiedział wcześniej i nic mi nie powiedział”. I wtedy to ty będziesz mieć problem, a nie ja!

Zerwała się i ze śmiechem uciekła z pokoju. Rzuciłem za nią poduszką, ale spudłowałem.


KLASA II LO, POCZĄTEK KWIETNIA

Filip


Dotarłem do domu późno, po odprowadzeniu Oliwii z domu kultury pod jej blok. W mieszkaniu było nietypowo ciemno, a tata siedział w kuchni, gdzie górne światło było zgaszone i świeciła się tylko listwa nad blatem. Siedział przy stole, a przed nim stała szklanka z whiskey.
- Pijesz whiskey? Ostatnio piłeś chyba z rok temu. Co się stało?
- Dostałem rozkazy. Przenoszą nas – powiedział głuchym głosem.

Nie powiedział „mnie”, powiedział „nas”.
- Jesteśmy tu dopiero od pół roku. To jakieś oddelegowanie? Szkolenie czy coś takiego?
- Nie. Na stałe.
- Dlaczego?
- Takie dostałem rozkazy.
- Dokąd?
Nazwa miasta na drugim końcu Polski.
- Dlaczego muszę wszystko z ciebie wyciągać? Kiedy?
- Za miesiąc już nas tu nie będzie.

Zabrakło mi sił nawet na sięgnięcie po krzesło, osunąłem się na podłogę,  
- Ja nie mogę stąd wyjechać, przecież wiesz, że nie mogę – bełkotałem rozpaczliwie. – Tu jest normalna szkoła, tu nareszcie dobrze się uczę i nie rozrabiam, mam przyjaciół, tu ludzie sobie pomagają. Czy w poprzednim liceum czy którejś podstawówce to było do pomyślenia, że gdy ktoś jest chory to inni od razu i bez proszenia przesyłają mu materiały z lekcji i pomagają w nauce? Albo że kiedy ktoś odniesie jakiś sukces, sportowy czy inny, to wszyscy gratulują, a nie dogryzają? Że wychowawcy na serio przejmują się problemami uczniów?
Tata tylko pokręcił głową w milczeniu.

- Tato, a co byś powiedział w takiej sytuacji mamie?
Popatrzył na mnie tak, że pożałowałem, że zapytałem. Ale odpowiedział.
- To samo, co tobie: prawdę. A Ela jak zwykle powiedziałaby „Ubi tu Caius ibi ego Caia” i zaczęłaby pakować rzeczy, twoje i Oliwki.
- Że co by powiedziała?
- Zapomniałeś, że znała nieźle łacinę? – uśmiechnął się lekko. – To znaczy „Gdzie ty Gajusz, tam ja Gaja”. To taka starorzymska obietnica, że żona będzie zawsze trwać przy mężu, niezależnie od miejsca. Zanim jeszcze oświadczyłem się jej, mówiłem jej wiele razy jak wygląda życie rodziny oficera. To właściwie loteria: może być spokojnie - pół życia w jednym mieście, może być odwrotnie, czyli przeprowadzki co parę lat, a mogą też być półroczne kawałki samotności z dzieckiem, bo żona tu, a mąż na misji na drugim końcu świata. I nie wszyscy z tych misji wracają cało i zdrowo, a niektórzy w ogóle.

„Rzeczy twoje i Oliwki”…
- Tato, tu jest Oliwia! Moja Oliwia! Nie zostawię jej, nie mogę! Nie ma i nie będzie drugiej takiej dziewczyny! Ja bez niej… będę taki jak kiedyś, ja się zapadnę tak, jak po śmierci mamy! Ona też! Skrzywdzę kogoś albo siebie! Mnie bez niej nie ma! Jej nie ma beze mnie! Nie mogę!!
Płakałem jak małe dziecko.

- Wiem, synku. Tak samo, jak nie ma i nie będzie drugiej takiej kobiety, jak twoja mama.
- Wiem, tato. To… co teraz będzie?
Westchnął ciężko i nic nie odpowiedział.

c.d.n.

komentarze i recenzje jak zwykle mile widziane

Dodaj komentarz