KLASA II LO, POCZĄTEK KWIETNIA
Oliwia
Wieczorem Filip nie odebrał ode mnie telefonu, nie odpowiedział też na wiadomości. Trochę się zdziwiłam, byłam jednak tak padnięta, że usnęłam bez naszej wieczornej rozmowy. Ale rano też nie było z nim kontaktu, a to już było dziwne. Nie chciałam zawracać głowy jego tacie, więc poszłam do szkoły zdenerwowana. Wparowałam do klasy i zastałam w niej grobową ciszę i nerwowe spojrzenia obecnych. Filip był już na swoim miejscu; nie wyjął niczego z plecaka, siedział z głową opartą na rękach. Podeszłam jak zwykle i cmoknęłam go w policzek.
- Dlaczego się nie odzywałeś wczoraj ani dzisiaj? Zdenerwowałam się. Coś się stało z tatą?
- Tatę przenoszą – odpowiedział bezbarwnym głosem. – Przenoszą go, a mnie razem z nim. Za miesiąc czy półtora już mnie tu nie będzie.
Dopiero wtedy popatrzył na mnie. Jego cudowne szare oczy były takie jak pierwszego dnia: smutne, zrezygnowane, wrogie.
Nie bardzo wiem, co było potem, pamiętam tylko, że dziewczyny coś do mnie mówiły, a Irek i Iwona posadzili mnie na moim miejscu. Potem chyba siedziałam tak, z głową opartą bokiem o ścianę.
Irek
To był koszmarny poranek. Najpierw Filip powiedział, że się z nami rozstaje, potem Oliwia o mało nie zemdlała, bo dowiedziała się o tym dopiero w klasie; musieliśmy ją odprowadzić na jej miejsce. A potem było jeszcze gorzej, bo do klasy weszli Kamil i Kamila.
- Co tu taka żałoba od rana? – zdziwiła się głośno Kamila.
- Filip odchodzi – odpowiedziała jej Iwona.
- No i dobrze, jak przyszedł to i pójdzie – zarechotał Kamil.
Czy ta łajza nigdy nie potrafi się zachować? Ale zanim zdążyłem to głośno powiedzieć, Metal poderwał się i stanął z nim twarzą w twarz tak, że Kamil aż się cofnął.
- Zamknij mordę, ty najbogatszy chuju w mieście! – wrzasnął – Czy możesz chociaż raz się nie odzywać, kiedy nie trzeba?! Mam cię uciszyć, ty łajzo pierdolona z portfelem taty zamiast mózgu?! Filip jest jednym z nas, a ty nie, i nigdy nie będziesz!
Metal był wielbicielem najbardziej hałaśliwej muzyki na świecie, ale jednocześnie był chyba najspokojniejszym uczniem w naszej klasie! Razem z innym Tomkiem, komputerowcem zwanym „Bajtkiem” stanowili duet, który w zasadzie nie odzywał się bez pytania, a czasem nie odzywali się również zapytani. Jego wybuch i wyzwiska to była sensacja, i do tego niebezpieczna, bo Kamil mógł zareagować równie wybuchowo.
- Pamiętacie te transmisje niektórych lekcji przez internet dla chorych uczniów kiedy grypa nas rozłożyła? – zapytał głośno Bajtek. – Wykonanie technicznie było moje, ale to Filip rzucił pomysł! A pamiętacie powitanie dziewczyn po tym, jak zdobyły mistrzostwo województwa i zakwalifikowały się do rozgrywek krajowych? Muzy w moment przygotowały kwiaty i plakaty, ale to też był pomysł Filipa! A douczanie z angielskiego?
- Dokładnie! Jest z nami, jest jednym z nas, chociaż dopiero od tego roku szkolnego, a ty i Kamila jesteście od początku, ale zawsze obok, jesteście jak… jak wkurzające meble wstawione do tej klasy wbrew naszej woli: bogate, ale obrzydliwe! Jak któreś z was odejdzie, to ja pierwszy wyprawię piwną imprezę i nawet Prusa na nią zaproszę! Dotarło, tłuku?!
- Na jaką imprezę chcesz mnie zaprosić? – nie zauważyliśmy, że Prus wszedł do klasy.
- Panie profesorze, niech pan coś z tym zrobi! Pan jest naszym wychowawcą!
- Ale z czym mam coś zrobić? I dlaczego szarpiesz się z Kamilem?
- Filip odchodzi! Jego ojca przenoszą! Niech pan coś zrobi, żeby został!
Prus popatrzył na Filipa i wyraźnie się zafrasował.
- Filip, to prawda? No tak, wyglądasz tak fatalnie, że po co ja właściwie pytam… Ale może to jakieś czasowe oddelegowanie? Miesiąc przemieszkałbyś spokojnie bez ojca.
- Nie, panie profesorze. Też tak myślałem, ale to nie jakaś czasowa delegacja czy szkolenie. Stały wyjazd, na drugi koniec Polski. A ja muszę jechać z nim.
- Ale dlaczego już teraz? Na samym początku powiedziałeś, że będziesz tu do matury.
- Nie, powiedziałem wtedy, że mam nadzieję być tu do matury. Z tym terminem przeniesienia to dla mnie dziwne, bo zwykle przenosili tatę co trzy, cztery lata. A tu - pół roku. Tata albo nie wie albo nie może mi czegoś powiedzieć, jak pewnie o wielu rzeczach, zresztą wiecie, jakie są teraz czasy.
- A właściwie to dlaczego musisz z nim jechać? – zapytałem z głupia frant. – Przecież jesteś prawie dorosły. Nie dasz sobie rady sam? Pomożemy ci! Panie profesorze, może zapytałby pan żonę? Przepraszam, że mówię tak wprost, ale może ona podpowie jak to wygląda prawnie?
- Kochani, Filip ma ponad piętnaście lat, więc artykuł 210 kodeksu karnego o porzuceniu małoletniego nie ma tu zastosowania, ale niestety są pewne okoliczności, z powodu których musi mieszkać z ojcem.
- Jakie okoliczności? – zdziwiła się Iwona
- Miałem kłopoty z prawem. Nieważne jakie, ale skutki są do dzisiaj – odpowiedział pustym, bezbarwnym głosem, wciąż wpatrzony w blat stolika.
- A gdyby twój tata zdecydował się nie wyjechać?
Filip podniósł wzrok i popatrzył na Iwonę tak, że od razu opuściła głowę i powiedziała cicho „Przepraszam”.
Wychowawca westchnął.
- Dobrze, kochani, spróbuję czegoś się dowiedzieć, poinformuję też dyrekcję, ale teraz spróbujcie trochę się pouczyć. Oliwia, dasz radę?
Oliwia wzruszyła ramionami, szepnęła coś, chyba „Spróbuję” i zaczęła wyciągać materiały.
Kiedy zadzwonił dzwonek na koniec lekcji i zaczęliśmy się pakować, Metal wstał i powiedział głośno, przy wszystkich:
- Panie profesorze, bardzo przepraszam za ten tekst na początku lekcji. To było niewłaściwe, ale Kamil tak wszystkich wkurzył, że mnie poniosło.
Kamil i Kamila przezornie nie odezwali się ani słowem.
- Nie gniewam się, zaproszenia od uczniów na imprezy są tak rzadkie, że z ciekawości może i bym przyszedł, chociaż za piwem nie przepadam.
- Ale ja tak to sformułowałem…
Profesor westchnął.
- Metal, ty wierzysz, że nauczyciele nie wiedzą, jak uczniowie ich przezywają? Może ci kiepscy nie wiedzą, ale ja pochlebiam sobie, że nie jestem kiepskim belfrem. Poza tym - już lepiej być zacnym „Prusem” niż na przykład tym oszołomem „Towiańskim”, brrr…
Zebrał swoje rzeczy i wyszedł z klasy, a my zostaliśmy z opadniętymi szczękami. Chyba nawet Filip uśmiechał się lekko przez chwilę.
Reszta dnia była tak samo koszmarna jak początek. Filip właściwie nie kontaktował na lekcjach, Oliwia tak samo; Piotrek i Laura siedzący z nimi ciągle podpowiadali im, co zanotować i co wypełniać w ćwiczeniach, ale nie wiem z jakim skutkiem. A po lekcjach zostawiliśmy Filipa i Oliwię siedzących w szatni. Oliwia płakała, a Filip tylko patrzył przed siebie i nie odzywał się, nawet nie próbował jej pocieszać. Iwona poprosiła go tylko, żeby odprowadził Oliwię pod dom i żeby sam uważał na przejściach dla pieszych i wrócił cało i zdrowo. Pieprzona bezradność…
Oliwia
Filip i jego ojciec nawet nie próbowali mnie pocieszać, bo wiedzieli, że to na nic. Za to z uporem maniaka motywowali mnie do nauki, mówili o tym, że przyszłość nadejdzie czy tego chcemy czy nie, że kiedyś będę musiała zdać maturę i zaplanować dalszą edukację.
Naprawdę przeglądałam podręczniki i notatki z lekcji. Naprawdę starałam się słuchać nauczycieli na lekcjach i odrabiać zadane prace. Tylko że nic mi z tego nie wychodziło, bo nie widziałam w tym sensu. „Spójrzmy prawdzie w oczy: Filip jest silniejszy, a ja jestem tylko „bluszczem”, oplotłam go i trzymam się tylko na nim. On jest moją jawą i moim snem. Jeżeli ma go nie być przy mnie, to po co mi dobre stopnie? Jeżeli jego nie będzie, pozostaną mi czarno-białe szkice i grafiki i ciągłe gapienie się w lustro, i coraz mniej ochoty na jedno i drugie.”
- Skarbie, proszę cię na wszystko, zrób to dla mnie, jeżeli nie chcesz zrobić dla siebie: ucz się!
- Po co?
- Bo za dwa miesiące koniec roku szkolnego, za dwa lata matura, potem nawet jeżeli nie studia to jakaś szkoła pomaturalna! To nie jest koniec życia, nie niszcz go sobie!
- A ty się przykładasz do nauki? No widzisz! A powinieneś, bo w nowej szkole będą bardzo patrzyli na twoje oceny z poprzedniej!
- Skarbie, to nie jest nasz koniec, będę przyjeżdżał, będziemy się widywać, nie tylko przez internet…
- Przyjeżdżał? Jak? Dziesięć czy dwanaście godzin w nocnym pociągu, potem pół doby tutaj i znowu dziesięć godzin z powrotem? Ile razy sprawdzaliśmy połączenia?! Nie zostaniesz dłużej, bo w poniedziałek będziesz musiał być rano w szkole, nie możesz tam opuszczać lekcji, bo znów jakiś sąd się przyczepi! Ile czasu tak wytrzymamy?! Do końca tego roku szkolnego?! A co dalej, co z następnymi latami?!
Płakałam i krzyczałam na niego, jakby on był temu winien. Nikt nie był winien. Ani ja, ani Filip, ani jego tata, ani jego przełożeni, bo przecież nie unieszczęśliwili tym rozkazem pułkownika i jego syna specjalnie, żeby zniszczyć im życie. Widziałam, że tacie serce się kraje, gdy patrzył na nas, siedzących w milczeniu przy stole w kuchni albo na łóżku Filipa i trzymających się za ręce.
+++
- Chwilami dociera do mnie, że tracę nie tylko ciebie, ale i twojego tatę i to mieszkanie. Wiadomo, że nie jest moje, ale mam stąd same dobre wspomnienia, nie to, co skojarzenia z moim.
- Same dobre, akurat. Na przykład twoje pierwsze spotkanie z tatą?
- Daj spokój, do dzisiaj się z tego śmiejemy. A pamiętasz cudowne Boże Narodzenie? A obiad w poniedziałek wielkanocny?
- Jasne. Pięknie pachniałaś.
- Pachniałam, bo mnie oblałeś perfumami, a nie wodą! Pachniałam nimi przez tydzień!
- A ja pamiętam, że do obiadu od razu postawiłaś na stole jedno nakrycie więcej. Tak sama z siebie, tata chyba cię o to nie prosił?
- Nie, po prostu przypomniało mi się Boże Narodzenie i ta jego opowieść o talerzach, i pomyślałam sobie, że… tak trzeba.
- My obaj tracimy twoją dobroć dla innych, twoją wrażliwość…
- Nie, to ja tracę wszystkie wiersze, które mógłbyś jeszcze dla mnie napisać. Pamiętasz, jak znalazłam tu w szufladzie twój wiersz o mnie? To było tylko dwa miesiące temu! Boże, jak dawno!
- To biurko… Tu odrabialiśmy lekcje, wkuwaliśmy fizykę i niemiecki, tylko ta fizyka to było dno bez pomocy Irka. I przytulasy na łóżku...
Jego łóżko… To na nim kiedyś uczyliśmy się, śmialiśmy się do łez albo nawzajem pocieszaliśmy się, jeżeli drugiemu humor nie dopisywał, tu całowaliśmy się i przytulaliśmy się, a wreszcie odważyliśmy się uprawiać seks. Teraz nawet nie myśleliśmy o seksie. Wcześniej pocieszaliśmy się, że są komórki i jest internet, i są nocne pociągi przez pół Polski, teraz mówiliśmy o nas już tylko w czasie przeszłym, tylko wspominaliśmy. Pułkownik przebąkiwał coś o pakowaniu, nadzieja zdychała, żaden cud się nie zapowiadał.
Adam
- Dzień dobry, panie Adamie, jak dobrze, że pana spotykam!
- Dzień dobry, panie profesorze, o ile w ogóle może być dobry…
- Niech pan nie przesadza z tym „profesorowaniem”, to tylko staroświecki grzecznościowy tytuł w liceum.
- Pan jako jedyny bronił mnie, kiedy mnie wyrzucali z liceum, dla mnie zawsze będzie pan „profesorem” – odpowiedziałem szczerze.
- Broniłem, ale nie wybroniłem, żadna to moja zasługa. Tylko tamtego młodocianego chuligana powinni wyrzucić, a nie was obu. Ale nie o tym chciałem. Panie Adamie, widuję Oliwię tylko w szkole, jak ona funkcjonuje poza nią?
- Właściwie przestała normalnie funkcjonować. Filip odprowadza ją ze szkoły, żeby bezpiecznie dotarła do domu, chociaż biedak chyba sam ledwo zipie. Przestała chodzić na zajęcia plastyczne, właściwie poza szkołą wychodzi tylko czasem do Filipa. Ostatnio powiedziała mi przez łzy, że musi pomóc mu przy pakowaniu… W domu zjada byle co, o ile w ogóle da się namówić na jedzenie. Nie wiem czy odrabia lekcje, bo nie ma mnie całymi dniami, najczęściej wracam wieczorem. Rodzice wściekają się, że tylko leży i patrzy w sufit. Chyba tylko nadzieja na jakiś cud podtrzymuje ją na duchu.
- To rodzice jej nie wspierają?! Nawet w takiej sytuacji?
- Dokładnie. Zresztą ojca ciągle nie ma, wydaje mi się nawet, że specjalnie nie wykręca się od podróży służbowych, żeby tylko nie być w domu. A matka… Zapytała Oliwię, co ona widzi w „tym” Filipie, że tak się przejmuje jego wyjazdem, i to takim tonem, jakby pytała o jakieś przeterminowane zepsute jedzenie, a nie o jej chłopaka!
- I co Oliwia odpowiedziała?
- Że Filip daje jej miłość, akceptację i poczucie bezpieczeństwa, a ludziom w klasie samo dobro i przyjaźń, czyli, cytuję ją samą: „...czyli wszystko to, o czym w tym domu można tylko pomarzyć”.
- O rany… Nie wiedziałem, że jest aż tak źle.
Profesor milczał chwilę, chyba wstrząśnięty naszymi układami rodzinnymi, po czym zapytał:
- A jak pan to widzi?
- Ja? Na mój chłopski rozum ja to widzę tak, że nastolatka z wyraźnymi śladami fizycznymi i psychicznymi po wypadku spotkała chłopaka z wyraźnymi śladami w psychice po utracie matki i niestabilnym życiu. Jakimś cudem dopasowali się jak lewa dłoń do prawej i chyba to jakoś uratowało ich oboje. No, może nie „uratowało”, ale jakoś zmotywowało do życia.
- Podobno początkowo nie przepadał pan za Filipem?
- Ano nie przepadałem, nawet trochę za bardzo na niego naskoczyłem, bo wie pan, jak to jest: dla starszego brata każdy, kto kręci się koło młodszej siostry jest podejrzany. Może byłem też zazdrosny, że ona woli szczerze pogadać z obcym człowiekiem niż z bratem? Ale z czasem to się zmieniło, już inaczej patrzę na nich oboje. Nie mogę nie przyznać, że przez ostatnie miesiące Oliwia była weselsza i lepiej się uczyła, nie tylko angielskiego. Widziałem też, oczywiście jako laik, że zaczęła tworzyć więcej kolorowych prac, wcześniej najczęściej szkicowała tylko na czarno.
- Tak, też wtedy zauważyłem u niej zmiany na lepsze.
- No właśnie… A co do szkoły, to jak oni oboje sobie radzą?
- Kiepsko oczywiście. Oboje opuścili się w nauce, nie odrabiają prac domowych, nie są przygotowani do lekcji. Przyjaciele im pomagają, klasa wspiera, ale przecież nie napiszą za nich klasówek i nie odpowiedzą przy tablicy. Na razie minęły dwa tygodnie, więc jeszcze nie ma poważniejszych szkód, ale koniec roku za ponad dwa miesiące, a wystawianie ocen końcowych jeszcze wcześniej; jeśli dalej tak będzie, to przewiduję duże kłopoty. U obojga, nie tylko u Oliwii. Zgodnie z przepisami nasza szkoła jest zobowiązana do wystawienia Filipowi arkusza ocen i zaświadczenia o przebiegu nauczania dla następnej szkoły. A jego oceny będą coraz gorsze. On i ojciec będą mieli duży ból głowy ze znalezieniem szkoły tam, a Oliwia z ocenami tutaj.
- A nie można jakoś zabronić tego wszystkiego sądownie? Tej całej przeprowadzki?
- Jak? Zabronić sądownie wykonania całkowicie legalnego wojskowego rozkazu przeniesienia? Czy zabronić wykonywania orzeczenia innego sądu, do którego nie złożono odwołania, apelacji itd.? Co pan wygaduje?
- Faktycznie, gadam już od rzeczy, i chaotycznie, i w ogóle... Po prostu nie mogę już patrzeć na cierpienie Oliwii. Panie profesorze, ja zwyczajnie boję się o nią.
Wprost bałem się sformułować to pytanie.
- Co się z nią stanie, jeżeli nie da się już niczego zrobić i Filip wyjedzie? Nie pytam o oceny, bo to mało ważne, z dwójami też można żyć, pytam o nią samą. Ona teraz załamała się tak jak po wypadku, dzięki Filipowi wtedy wyszła z tego, ale co będzie, jeżeli teraz jej to nie przejdzie, przecież jego już tu nie będzie? Nawet najdłuższe rozmowy przez internet nie zastąpią związku na miejscu, nawet ja to wiem!
- Nie wiem, co panu odpowiedzieć, po prostu nie wiem. Może psycholog albo psychiatra mógłby odpowiedzieć na to pytanie, ale nie ja.
Pożegnałem się z panem Głowackim i ruszyłem do domu, ponownie żałując, że takich nauczycieli i wychowawców jest niewielu. Na rogu ulicy obejrzałem się i ze zdziwieniem zobaczyłem, że ciągle stoi w miejscu naszego spotkania, zamyślony, z rękami w kieszeniach płaszcza, jakby coś rozważał i nie widział świata dookoła.
KLASA II LO, DRUGA POŁOWA KWIETNIA
Oliwia
Filip niemal siłą posadził mnie na trzecim krześle i podsunął kubek z herbatą, a sam stanął obok mnie.
- Tato, jesteśmy w komplecie. Mów wreszcie!
Z nerwów chwyciłam go za rękę, i wtedy, zupełnie jak w filmach, włączył mi się tryb retrospekcji. Jesień, zima i wiosna w sekundę przeleciały mi przed oczami, a potem tata Filipa zaczął mówić.
- Słuchajcie, kochani, jest pewien pomysł...
Ścisnęłam rękę Filipa tak mocno, że aż jęknął.
- Oliwia, powtarzam, to jest dopiero pomysł, szansa, a nie gotowe rozwiązanie. Wiecie, jak sprawy stoją: Filip nie może tu zostać, bo na skutek pewnych okoliczności musi mieszkać ze mną. Gdyby przenosili mnie do sąsiedniej wiochy, to może jeszcze by uszło, ale jedziemy… jadę na drugi koniec Polski. Ale jako że jednocześnie nie jest już małym dzieckiem, może mógłby zostać tu za zgodą i pod kontrolą sądu rodzinnego? Pani aspirant sprawdzała pomysł profesora, czy w obecnej sytuacji miałby sens wniosek do sądu o objęcie mojego syna dozorem kuratora tu na miejscu. Podobno tak. Złożę więc jak najszybciej taki wniosek, z uzasadnieniem o naszej historii i sytuacji rodzinnej. Dołączę papiery z poprzednich miejsc i sądów, ale przede wszystkim to szkoła musi dołożyć jakieś poważne argumenty o dobru dziecka, konieczności zapewnienia nieprzerwanej edukacji, negatywnym wpływie ciągłych przeprowadzek na psychikę nastolatka itp.
- I to będzie szczera prawda. Szczerze mówiąc, już takie coś napisałem, jest gotowe do akceptacji pedagoga szkolnego i dyrekcji choćby w poniedziałek – wtrącił Prus.
Popatrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami.
- Jeśli to by się udało, to dopóki nie ukończysz osiemnastu lat, raz w miesiącu albo i częściej, bo to zależy od sądu, zjawiałby się u ciebie kurator sądowy i wypytywał o sytuację, zachowanie, oceny w szkole i tak dalej. Miałby także prawo pytać o to w szkole, może nawet sąsiadów. Czyli tak, jak kiedyś, ale już beze mnie. Jeżeli wszystko będzie z tym OK, to… będzie OK. Mój kolega z tutejszej żandarmerii zna sytuację, w razie kłopotów mógłbyś się zwrócić także do niego. Po skończeniu osiemnastu lat mieszkałbyś tu do matury, już bez kuratora. Ale, synku, musiałbyś to przemyśleć, zaakceptować i naprawdę ściśle stosować się do tego, bo jeżeli coś skrewisz, to krótka piłka: sąd rodzinny i w najlepszym razie przeprowadzka do mnie, pod uzasadnionym zarzutem demoralizacji nieletniego, i pod nadzór następnego kuratora. A jeżeli skrewisz coś po osiemnastych urodzinach, to też sąd, ale już nie rodzinny. Wiesz, co by to oznaczało.
Słuchałam i patrzyłam na niego jak na zbawcę. Filip też, ale nagle jakby ocknął się i zapytał:
- Czekaj, ale gdzie ten kurator miałby mnie odwiedzać? Przecież kiedy wyjedziesz, wojsko zabierze to mieszkanie, bo jest służbowe i będzie potrzebne dla kogoś innego. Gdzie bym mieszkał? W jakimś domu dziecka? Tam nie przyjmują takich prawie dorosłych.
- W kawalerce, którą mój brat ma do wynajęcia – odezwał się profesor. – Twój tata wynająłby ją dla ciebie, a ty przecież potrafisz prowadzić gospodarstwo domowe. Zakładamy wszyscy, że w obliczu wizyt kuratora sądowego grożących przymusowym wyjazdem raczej nie będziesz upijać się tam ani demolować mieszkania, prawda?
- Prawda… Więc… Tato, ja zgodzę się na wszystko! Ja mogę nawet coś przeskrobać, żeby ten kurator był na serio!
- NIE! – krzyknęłam jednocześnie z panią Głowacką.
- Zwariowałeś, chłopaku? Nie słyszałeś, co mówił ojciec? Jeśli cokolwiek takiego się stanie, to będzie recydywa, wtedy w najlepszym razie bezwarunkowo jedziesz do ojca, a w najgorszym to... nawet lepiej nie mówić! – uzupełniła pani aspirant.
- Dobrze, nieważne, mogą do woli zaglądać mi do garnka i do szafy i do zeszytów, gdzie chcą! Tato, więc jest szansa?
- Jest.
- Duża?
- Nie wiem. Ale jest.
Zerwałam się z krzesła i z płaczem padłam Filipowi w ramiona. Wcisnęłam się w niego tak mocno, że nawet nie słyszałam, jak państwo Głowaccy poszeptali jeszcze z gospodarzem, cicho pożegnali się i wyszli. Nie wiem, po jak długim czasie ocknęłam się i popatrzyłam Filipowi w oczy. A on… odgarnął mi włosy z twarzy i ucałował mój policzek, tę moją okropną powypadkową bliznę idącą od ust aż do skroni. Całował najpierw blisko ust, potem coraz wyżej aż do ucha, a ja jak zwykle zamknęłam oczy i miałam wrażenie, że szpecąca szrama rozpływa się, znika pod jego pocałunkami i kiedy on się odsunie, ja popatrzę w lustro i już jej nie będzie. Zawsze tak było, od naszego pierwszego pocałunku w szatni w listopadzie. Mój mózg podpowiadał „blizna zawsze tam będzie”, ale Filipek potrafił nawet oszukać mój mózg, chociaż na chwilę.
- Ona nie ma znaczenia – szepnął, jakby czytając mi w myślach – mogę ją widzieć albo nie widzieć, jak zechcesz. Ważne jest tylko to, że ty tu jesteś i nie znikniesz, i ja też stąd nie zniknę.
Filip
Nawet nie zarejestrowałem wyjścia państwa Głowackich. Tata stał w wejściu do kuchni, oparty o framugę. Patrzył na nas w milczeniu, z lekkim uśmiechem. Oliwia chyba nagle przypomniała sobie o nim, bo puściła mnie, podeszła do taty i objęła go… zupełnie jak córka ojca!
- Dziękuję panu, dziękuję, dziękuję, że nie zabierze mi pan Filipa – wciąż słyszałem łzy w jej głosie.
Tata delikatnie pogładził ją po ramieniu.
- Po pierwsze, podziękuj przede wszystkim swojemu bratu.
- Co takiego?!
- Wasz wychowawca wytłumaczy wam przy okazji. Po drugie, Oliwka, pamiętaj, że to dopiero początek urzędowej drogi, więc na razie…
„Oliwka”?! Przymknąłem oczy ze zgrozy, przypominając sobie wcześniejsze reakcje mojej dziewczyny na wszelkie zdrobnienia jej imienia. Uprzedzałem kiedyś tatę o tym, ale może zapomniał? Pan pułkownik „czerwonych beretów” zaraz usłyszy tekst o „smarowaniu dupy” albo coś jeszcze gorszego. Nie żeby w koszarach nie słyszał gorszych, ale…
I usłyszał:
- Dla pana mogę być nawet Oliwką, jeśli to panu pasuje, mogę być kimkolwiek, byleby Filipek został. Filip, chodź tu, proszę cię, bądź tu…
Podszedłem i objąłem tatę i rozdygotaną Oliwię. Była szansa, więc powróciła nadzieja.
+++++
EPILOG
KLASA IV LO, KONIEC MAJA
Oliwia
Uroczystość wręczenia świadectw maturalnych odbyła się jak zwykle w sali gimnastycznej. Sztandar, hymn, przemówienia, oklaski, kwiaty - wszystko jak co roku. Ale dzisiaj to MY je odbieraliśmy. Moi rodzice olali uroczystość, tak jak olewali wszystko, co było dla mnie ważne - sukcesy w nauce i w konkursach plastycznych, wystawę moich grafik w miejskim muzeum, (wprawdzie w ramach „Wystawy prac młodych talentów”, ale zawsze), pomysł operacji plastycznej za kilka lat. Nie byłam tym zaskoczona. Ważne, że mój kochany brat był na miejscu „in loco parentis” i, jak sam stwierdził, obaj z ojcem Filipa „puchli z dumy” stojąc wśród innych rodziców.
Po uroczystości wyszliśmy w końcu na pustoszejący plac przy szkole zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia i pożegnać się z nauczycielami i innymi absolwentami. Pan Głowacki podszedł wreszcie i do nas.
- Co dalej, młodzieży? Plany nie zmieniły się w ostatniej chwili?
- Nie, panie profesorze. Ja nadal planuję dwuletnią grafikę komputerową, ilustracje i reklama. Z samych obrazków nie przeżyję, muszę mieć szybko jakiś zawód. Najlepiej taki, żebym mogła pracować również zdalnie, w końcu nie wiadomo, dokąd trafimy za parę lat.
- „Trafimy”?
- Tak, to znaczy: dokąd nas przeniosą. Powiedziałam Filipowi „Ubi tu Caius ibi ego Caia” i nie zmienię zdania. Wie pan, co to znaczy?
Prus pokiwał głową.
- Scio, puella, nam lingua Latina mihi non est ignota. Czyli ty, Filipie - nadal szkoła oficerska?
- Tak, tylko że ciągle waham się między dwiema, bo to właściwie decyzja na całe życie. Wałkuję to z tatą, radzimy się również jego kolegów. Ale na szczęście mam jeszcze chwilę na decyzję.
Obok nas przemaszerowali Kamil i Kamila, oboje ze świadectwami w rękach. Przeszli w milczeniu, nawet na nas nie patrząc. „Co za buce!” Popatrzyliśmy za nimi. Przed bramą czekały dwie wypasione limuzyny, a przy nich rodzice, którzy nawet nie pofatygowali się do środka na uroczystość. Jak to kiedyś powiedziała sama Kamila – megażenada. I Irek teraz powiedział to głośno:
- Po czterech latach w tej klasie i z tym wychowawcą ani „do widzenia”, ani „dziękujemy”, ani słowa pożegnania?! Mega- i gigażenada! Co to za ludzie?!
- Może mamy zbyt tanie garnitury – zasugerował Filip.
- No jasne, to ich usprawiedliwia. Dobra, nieważne, „kamilki” byli i minęli. Słuchajcie, chciałbym coś powiedzieć.
- Właśnie, a jak wasze plany? – zainteresował się Prus.
- Nie zdaliśmy matury tak świetnie jak Oliwia i Filip, ale jednak zdaliśmy, więc raczej plan B: szkoły pomaturalne. Za dwa lata, albo może i wcześniej praca, i dopiero potem ewentualnie dalsze kształcenie. I ja właśnie... w związku z tą przyszłością…
- Ireczku, nie mów mi, że nagle chcesz zmieniać nasze plany?
- Skarbie, nie chcę ich zmieniać, tylko niejako uzupełnić, to poważna sprawa…
I nagle Irek wyciągnął coś z kieszeni i… ukląkł przed Iwoną!
- Iwonko, te plany niewiele będą dla mnie znaczyć, jeżeli nie będę dzielił ich z tobą, „zawsze i wszędzie, i o każdej porze”. Nie mogę ci obiecać świetlanej i bezproblemowej przyszłości, ale obiecuję ci moją miłość i wierność i wsparcie na każdym etapie życia. I jednocześnie, wręczając ci ten pierścionek, proszę cię o to samo. Wyjdziesz za mnie?
Zatkało nas wszystkich, bo chyba tylko rodzice Irka stojący z tyłu wiedzieli wcześniej, co zamierza zrobić. Iwona przytknęła dłoń do ust i stała jak skamieniała.
„Oświadczyny tuż po maturze? Ślub bez zdobycia pełnego wykształcenia, bez zawodu, bez pracy? Co będzie, jeśli coś im się odwidzi? Co się stanie, jeżeli któreś stwierdzi, że jeszcze się nie wyszalało, że nie zasmakowało życia? Zawali życie drugiemu?”
Irek nie wstając rozejrzał się po nas.
- Czytam w waszych myślach, kochani. Martwicie się, że to za wcześnie, że najpierw studia i praca, a dopiero potem zakładanie rodziny. Ale przecież nie pobierzemy się jutro czy za miesiąc. Znamy się cztery lata, jesteśmy parą od ponad dwóch, więc wytrzymamy jeszcze trochę na etapie narzeczeństwa, oczywiście jeżeli Iwona się zgodzi. Iwonko, wyjdziesz za mnie?
- Iwona, tak czy nie? To jest najlepszy kandydat na świecie, lepszy jest tylko mój Filip, ale nie licz, że ci go oddam!
Iwona ocknęła się. Powiedziała, nie, właściwie krzyknęła „Tak!”, potem uklękła przed Irkiem i oboje padli sobie w ramiona. Wszyscy patrzyliśmy, stojąc dookoła narzeczonych, jak Irek wsuwa Iwonie pierścionek na palec. Wyglądało na to, że pasował idealnie.
- To historyczna chwila – stwierdziła pani dyrektor – to pierwsze oświadczyny na terenie tej szkoły, przynajmniej pierwsze, o których mi wiadomo. Mój Boże, tacy młodzi, tacy piękni…
- I tacy pewni siebie…
- Panie profesorze, to przywilej młodości, wątpliwości przyjdą później. Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe, prawda?
- Prawda, pani dyrektor… A propos historyczności, czy ktoś zdążył zrobić im zdjęcie w tej wiekopomnej chwili?
Rodzice Irka tryumfalnie pomachali smartfonami.
+++
Pożegnaliśmy się wreszcie z panią dyrektor, potem z naszym wychowawcą, który uściskał nas i wymógł obietnicę odwiedzin w szkole lub przynajmniej informowania o naszych dalszych losach, bo wiadomo - plany to plany, a rzeczywistość nieraz kąsa. Potem uścisnął dłoń ojcu Filipa i Adamowi.
- Jeszcze raz stukrotnie dziękuję za wszystko, panie profesorze, panu i pana małżonce, i pani dyrektor. Bez was nic by się nie udało i syn by mi się zmarnował.
- Nie ma o czym mówić, ja tylko robiłem to, co powinienem, przecież wychowawca powinien wspierać swoich uczniów. To ja dziękuję panu za takiego wychowanka. Chciałbym mieć więcej takich, każda szkoła by chciała, cała klasa to mówiła. Panie Adamie, panu również należą się wielkie podziękowania i uznanie za wspieranie siostry i opiekę nad nią przez te lata; i jeszcze raz za to, że pan wtedy zaczął rzucać tymi szalonymi pomysłami o interwencjach sądowych. Jakże ja żałuję, że pan musiał odejść wtedy z naszego liceum, co za strata dla szkoły i dla pana… A teraz idźcie już, zanim się rozpłaczę, nie znoszę pożegnań!
- Przecież co roku żegna pan maturzystów?
- Właśnie dlatego!
Filip
Kiedy Oliwia powiedziała „dokąd NAS przeniosą”, trochę zadławiło mnie w gardle. Rozmawialiśmy o tym wielokrotnie. Ona nie miała wątpliwości, to była ta jej pewność charakterystyczna dla młodości, ale ja ciągle pamiętałem rozmowy z tatą o mamie, o jej nieskończonej cierpliwości do przeprowadzek, tracenia znajomych i poznawania nowych ludzi. „Tata nigdy nie słyszał od niej skarg, ale czy na pewno nie wypowiadała ich sama do siebie, pakując dobytek przed przenosinami czy załatwiając mi nową szkołę w nowym miejscu? Nie martwiłem się o siebie, ale o los mojej przyszłej żony – los rodziny żołnierza.
A potem nagle oświadczyny Irka i znów gula w gardle. „Nasi przyjaciele są tak samo młodzi jak my, a już podjęli jedną z najważniejszych decyzji w życiu. Ale oni planują życie tu na miejscu, tutaj oboje mają rodziców, którzy ich wesprą. Nasze perspektywy są inne: Oliwia po ukończeniu studium opuści to miasto, dołączy do mnie i na 99% już tu nie wrócimy, może raz na jakiś czas w odwiedziny do Adama. Może powinienem zrobić to samo? Ale czy moje oświadczyny nie byłyby oznaką braku zaufania do mojej kochanej dziewczyny? Szantażem emocjonalnym? Sygnałem w rodzaju „Obiecaj mi, że za mnie wyjdziesz, bo jeśli nie obiecasz, to będzie znaczyło, że coś jest nie tak między nami”?”
- Wiem, o czym myślisz – usłyszałem szept Oliwii. – Ale ja nie oczekuję teraz od ciebie oświadczyn, deklaracji, pierścionka. Nie wiem, może Irkowi i Iwonie był potrzebny ten symbol, ta scena. Ja tego nie potrzebuję, mam ciebie, Adama i twojego tatę. To lepszy start w przyszłość niż zaręczyny, na nie zawsze znajdzie się czas. Ja nie chcę szaleć, smakować życia, ono już dało mi w kość i wystarczy. Nie jestem jakąś hurraoptymistką, martwię się o naszą przyszłość tak samo jak ty, ale razem damy radę. A teraz mamy tu jeszcze coś do załatwienia – dodała normalnym głosem – chyba nie zapomnieliście?
- Dokąd jeszcze idziemy? – zdziwił się tata.
- Zobaczysz. Oliwia, prowadź.
Zawróciliśmy do głównego wejścia do szkoły, z tyłu dołączyli do nas Irek z Iwoną, młodzi narzeczeni. Przy schodach wejściowych stał stojak z flagami państwowymi i stolik z portretem patrona szkoły. Obok nich na specjalnym stojaku umieszczono tablicę urzędową szkoły, specjalnie zdjętą z muru budynku na ten jeden dzień rozdania świadectw. Białe litery na czerwonym tle głosiły „II LICEUM OGÓLNOKSZTAŁCĄCE im. Jana III Sobieskiego”, niżej adres szkoły. Tablica wróci na miejsce jutro albo jeszcze dzisiaj wieczorem, ale teraz…
Oliwia dygnęła przed portretem króla, podeszła do tablicy, schyliła się, ucałowała ją i powiedziała półgłosem „Żegnaj, szkoło”. Potem ja skłoniłem się przed portretem i ucałowałem tablicę. Po nas Iwona i Irek, za nimi podchodzili jeszcze następni absolwenci. Tak było tu w każdy dzień rozdania świadectw maturalnych od początku powstania tej szkoły, prawie siedemdziesiąt lat temu; nie zrezygnowano z tej tradycji ani w stanie wojennym ani w pandemii.
Wziąłem Oliwię za rękę, Iwona chwyciła Irka pod ramię i razem z naszymi rodzinami wyszliśmy za bramę szkoły.
c.d.n.n. KONIEC BAJKI
komentarze i recenzje jak zwykle mile widziane, również te krytyczne od znawców procedur prawno-sądowych ![]()
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz