Tytułem wstępu:
1/ To mój debiut w konkurencjach „Miłość / szkoła”; ma być inaczej i poważniej niż w cyklu o Maćku, i do tego eksperymentalnie: bardziej dialogowo niż opisowo. Przynajmniej takie są założenia, a co z tego wyjdzie, to sam jeszcze nie wiem, bo mam gotowy tylko początek i koniec opowieści.
2/ Seks w tej opowieści jest tylko wspominany, ale nie opisywany; zatem opowiadanie również dla czytelników 18-
3/ Podobieństwo imion głównych bohaterów do sagi autorstwa George’a Bidwella jest nieprzypadkowe
4/ Ewentualne podobieństwo bohaterów i szkół do osób i obiektów rzeczywistych jest przypadkowe i niezamierzone
Miejsce akcji: miasto średniej wielkości gdzieś w Polsce, czasy współczesne
============================
KLASA II LO, KWIECIEŃ
Oliwia
Kiedy w piątkowy wieczór zadzwoniła moja komórka, nawet nie chciało mi się podnieść głowy. To nie był sygnał telefonu od Filipa, a inne mnie nie interesowały. Zadzwoniła powtórnie. A potem trzeci raz i wtedy przez otwarte drzwi mojego pokoju zajrzał Adam. Spojrzał na wyświetlacz i szybko odebrał.
- Dzień dobry, tu Adam Górski, brat Oliwii. (…) Jest, panie pułkowniku, ale nie chce rozmawiać. Zresztą z nami też nie gada, nie chce też jeść, tylko leży i milczy. (…) Oczywiście, przekażę jej, ale uczciwie mówię, że nie wiem czy... (…) O? Dobrze, oczywiście, przekażę co do słowa. Dziękuję, do usłyszenia.
Odłożył telefon i przysiadł przy mnie na łóżku.
- Domyślam się, że wiesz, kto dzwonił.
Wzruszyłam obojętnie ramionami.
- Jesteś zaproszona do panów Adamowiczów na jutro na 10:00. Ojciec Filipa powiedział, a ja ci przekazuję dosłownie: „Proszę jej powiedzieć, że BARDZO nam zależy, żeby przyszła. I proszę też jej przekazać, że powiedziałem to takim tonem, jakiego jeszcze u mnie nie słyszała”, koniec cytatu.
Podniosłam głowę.
- A jakim tonem mówił?
- Według mnie pełnym napięcia. Z wielkim naciskiem, zwłaszcza na to „bardzo”. Idź, siostrzyczko, może to coś ważnego w ich sprawie?
- Filip od razu powiedziałby mi, gdyby coś się zmieniło.
- A jeżeli sam jeszcze nie wie? Może coś zmieniło się w ostatniej chwili?
- Przecież wiedziałby pierwszy.
Sięgnęłam jednak po telefon i napisałam do Filipa „Wiesz coś nowego?”. Po chwili odpisał „Nic”.
+++
Następnego dnia wcisnęłam w siebie jakieś śniadanie i jednak poszłam. Dobrze, że wyszłam wcześniej, bo trasa zwykle zajmowała mi ze dwadzieścia minut, ale tego dnia wlokłam się jak nigdy. Bałam się złych wieści.
Filip otworzył mi drzwi i od razu przytulił mocno.
- Co się dzieje? – zapytałam przestraszona.
- Sam jeszcze nie wiem. Wczoraj tata nie był w pracy, cały czas wisiał na telefonie i siedział w internecie, wieczorem zadzwonił do ciebie, dzisiaj też już gdzieś wydzwaniał, a teraz uparł się, żeby czekać na ciebie, bo nie chce powtarzać dwa razy.
Popatrzyłam mu w oczy.
- Filip, powiedz od razu – coś złego czy coś dobrego?
- Mówię ci, że nie wiem! Chodź do kuchni, twoja herbatka owocowa już czeka.
- Dlaczego do kuchni?
- Bo wszyscy tam są.
- Jacy wszyscy?
W kuchni zobaczyłam nie tylko jego ojca, opartego o blat, ale i państwa Głowackich, siedzących przy stole. No, ładnie: nasz wychowawca ze szkoły, policjantka od przestępczości nieletnich i ojciec Filipa z ponurą miną. Chyba słusznie się bałam. To, że wszyscy powitali mnie uśmiechami wcale mi nie pomogło.
Filip niemal siłą posadził mnie na trzecim krześle i podsunął kubek z herbatą, a sam stanął obok mnie.
- Tato, jesteśmy w komplecie. Mów wreszcie!
Z nerwów chwyciłam go za rękę, i wtedy, zupełnie jak w filmach, włączył mi się tryb retrospekcji. Przypomniałam sobie jesienny dzień, kiedy Filip stanął przed nami w klasie, zestresowany, naburmuszony, jak to zwykle nowy uczeń w nieznanym mu miejscu...
KLASA II LO, WRZESIEŃ
Filip
Wcześniejsze załatwianie formalności zapisu do liceum razem z ojcem było dobrym pomysłem, bo trochę poznałem budynek i teraz wszedłem do szkoły choć troszkę mniej zestresowany. Zresztą od początku szkoła wyglądała nieźle: babka w sekretariacie była miła i kompetentna, dyrektorka też, a wychowawca i jednocześnie nauczyciel polskiego, Głowacki wyglądał na rozsądnego gościa. Dzięki jego wskazówkom pierwszego dnia bez problemu znalazłem szatnię, a potem właściwą klasę. Plan lekcji dostałem już wcześniej. Było tuż po dzwonku, ostatni uczniowie wpadali do klas, a nauczyciel stał jeszcze na korytarzu; kiedy mnie zobaczył, pomachał do mnie i pokazał, żeby od razu wchodzić.
Ile to już razy byłem tym „nowym”? Sporo. Wciąż bolałem nad tym, że nie mam „przyjaciół od pierwszej klasy”, bo co parę lat było nowe miasto, nowa szkoła i nowa klasa. Teraz znów musiałem przez to przebrnąć. Trudno. Zacisnąłem zęby i wszedłem za nim.
- Dzień dobry, klaso. Macie nowego kolegę. Dołącza do nas nie od początku roku szkolnego ale teraz, bo tak mu się ułożyły sprawy rodzinne. To Filip Adamowicz.
Pół klasy się roześmiało. Popatrzyłem na nich spode łba; coś nie tak z moim nazwiskiem czy imieniem?
- Ej, cicho! Jak go witacie? – zawołał chłopak z ostatniej ławki i pomachał ręką. – Filip, nie przejmuj się nimi, nikt nie kpi z twojego nazwiska tylko spowodujesz tłok na pierwszych pozycjach listy obecności. Ja jestem Irek Adamczewski, a ten tu – wskazał na sąsiada w ławce – to Piotrek Adamiak. Jako Adamowicz będziesz na zaszczytnym trzecim miejscu listy obecności, cieszysz się?
- Owszem, zwłaszcza z tego, że nie będę pierwszy. Już mi się to przejadło – odparłem z pewną ulgą.
- Skąd ja to znam – roześmiał się.
Chłopak w dresie pod oknem wycelował we mnie oskarżycielsko palec:
- Ulubiony sport na wf?
Wzruszyłem ramionami.
- Wszystkiego po trochu, ale najlepiej wychodzi mi chyba piłka nożna.
- Yes, yes, yes! – pomachał rękami, jakby siedział na trybunie stadionu.
- Wygląda na to, że jeszcze nie usiadłeś, a Tomek już cię zapisał do szkolnej drużyny piłki nożnej – skwitował to wychowawca. Znów chichoty.
- A ulubione przedmioty? – padło pytanie z klasy. Poczułem się trochę jak na przesłuchaniu, tylko sąd był sympatyczniejszy.
- Najlepiej idzie mi historia i angielski, najgorzej matma i niemiecki. A pozostałe to tak średnio, szczerze mówiąc niestety jadę najczęściej na trójach.
- Czemu się do nas przeniosłeś? Tamto drugie liceum jest gorsze? Wszyscy mówią, że jest odwrotnie – zapytał Piotrek, sąsiad Irka.
- Nie wiem, nie jestem stąd. Mój tata jest wojskowym i przenieśli go niedawno do tego miasta. W sumie… to jest moje drugie liceum, podstawówki też zaliczyłem trzy. Mam nadzieję, że tutaj dotrwam do matury. Może się uda, a jeśli nie, to za rok czy dwa pożegnamy się. Taki los rodziny żołnierza – dodałem.
Uczniowie spoważnieli.
- Siadaj na razie tam, z Iwoną – profesor pokazał mi miejsce – potem ewentualnie jakoś się przetasujecie. Dobrze, kochani, wracamy do Krasickiego…
Usiadłem przed Irkiem i Piotrkiem obok krótkowłosej, sympatycznie wyglądającej blondynki, wyciągnąłem z plecaka co trzeba. Na zapoznawanie się z klasą będę miał czas później.
Na długiej przerwie wyciągnąłem kanapki i wodę, bo nie miałem wykupionych obiadów, zresztą większość klasy chyba tak samo. Łączyli się w grupki, wyciągali jedzenie, niektórzy wyszli na korytarz. Irek przesiadł się do mnie, też z kanapkami i piciem.
- Ty wcinaj, a ja zrobię ci na szybko przegląd naszego zoo – zaproponował. – Są nas dwadzieścia trzy sztuki, z tobą już dwadzieścia cztery. Tam masz „sportsmenki” – pokazał na grupę dziewczyn kłócących się głośno o jakieś wyniki sportowe. – Niektóre siatkarki, niektóre koszykarki, wygrywają jakieś mecze na poziomie wojewódzkim, nie masz u nich szans, jeżeli sam nie jesteś sportowcem.
- Nie jestem – potwierdziłem.
- Czyli kicha. Dalej: te trzy kolorowo ubrane, przy drzwiach, to nasze „muzy”, i traktuj to określenie jako pozytywne.
- Muzy? Jak te starożytne?
- Tak, na szczęście w wersji nowożytnej. Ta ubrana na niebiesko to poetka Beata, teraz w jakiejś antologii ogólnopolskiej mają wyjść jej wiersze; i nawet je rozumiemy! Na zielono to Oliwia, rysowniczka i malarka, na mocy niepisanej umowy nie uczestniczy w szkolnych konkursach plastycznych, bo i tak by je wygrywała, startuje w wojewódzkich. A na biało to Laura, ale to nie poetka, mimo poetyckiego imienia, tylko śpiewaczka; udziela się też w teatrze amatorskim. Z innych bajek masz jeszcze Tomka „Kibica”, który nie gada ze sportsmenkami, bo krzywi się na sam dźwięk nazw dyscyplin innych niż piłka nożna, i drugiego Tomka, maniaka kompów i komórek, ale życzliwego. Trzeci Tomek to metalowiec, rozpoznajesz go od razu po wyglądzie, prawda? Reszta, łącznie z twoim obecnym rozmówcą to właściwie zwykli, przeciętni licealiści, z twarzy podobni zupełnie do nikogo.
Podobało mi się jego poczucie humoru i gadatliwość, choć sam taki nie jestem.
- Jakieś patologie są obecne?
Irek zerknął na mnie znad kanapki.
- Masz już jakieś doświadczenia? Pewnie niemiłe?
- Czemu tak myślisz?
- Bo wyglądasz jakbyś patrzył na cały świat jak na potencjalnych wrogów. Taki masz wyraz oczu.
- Przesadzasz. Ale cóż, faktycznie różnie bywało.
- A zatem – zniżył głos – mamy tu patologię, ale nietypową: to taka dwójka, Kamil i Kamila, zbieżność imion przypadkowa, nie para i nie rodzeństwo, za to oboje z patologicznie bogatych rodzin. Dzisiaj ich nie ma, nie wiem dlaczego. Piekielny duet: uważają, że dzięki pieniądzom rodziców są lepsi od wszystkich i usiłują to zaznaczać na każdym kroku. Czasem wychodzi im to jak tej pani Wiadro z serialu angielskiego, ale czasem dochodzi do poważniejszych awantur. Uczą się średnio, nie integrują się za bardzo z nami, schodź im z drogi, zanim nie poczujesz się tu pewniej. Prus może załagodzić niektóre afery, ale nie wszystkie.
- Jaki Prus?
- Przecież nasz wychowawca i polonista.
- Dlaczego „Prus”?
- Jak to „dlaczego”? Nazywa się Aleksander Głowacki, uczy polskiego, a pozytywizm to jego konik, więc jak mamy go przezywać?
W sumie… racja.
+++
Wieczorem oczywiście rozmawialiśmy z tatą o szkole.
- Pytali cię o sprawy rodzinne?
- Powiedziałem tylko, że ojciec jest wojskowym, a matka zmarła trzy lata temu. Nie wnikałem w szczegóły i oni też, raczej szanują cudzą prywatność.
- Z twoich słów wynika, że nie jest źle, przynajmniej po pierwszym dniu – podsumował.
- I właśnie to mnie trochę dziwi.
- Dlaczego?
- Widziałeś kiedyś klasę, zwłaszcza ponadpodstawową, w której nie ma koterii, nienawidzących się grup i ciągłych konfliktów? I niewiele przeklinają? Ja nie pamiętam ani jednej takiej. Wiem, że to dopiero pierwszy dzień, nie znam też wszystkich uczniów i nauczycieli, ale… to jakieś dziwne.
- Rzeczywiście, dzień bez awantury czy bijatyki w klasie to dziwny dzień – roześmiał się. – Nie martw się, może jutro się pobiją i znów będzie normalnie.
Ale mnie pocieszył…
+++
Następnego dnia wchodząc do klasy natknąłem się w drzwiach na nieznajomego chłopaka. Mojego wzrostu, na moje oko w drogich ciuchach i butach, jakaś dobra woda kolońska. Stał i blokował wejście.
- A ty tu czego? – burknął do mnie.
- Na lekcję. Mogę przejść?
- Nie możesz, za biednie wyglądasz – zarechotał.
Domyśliłem się, że to Kamil, połowa „patologicznego duetu”, którego poprzedniego dnia nie było w szkole.
-Ty jesteś Kamil, tak?
- Bo co?
- A ja Filip Adamowicz, od wczoraj jestem w tej klasie, i dlatego do niej wchodzę.
Ciśnienie już mi się trochę podniosło. Bez większego wysiłku odsunąłem go na bok i wszedłem do klasy. Była pustawa, przyszło dopiero kilkoro uczniów. Skierowałem się do mojego miejsca z tyłu, ale kiedy chciałem usiąść, Kamil doskoczył do mnie i pchnął tak, że poleciałem do tyłu i walnąłem o tylną ścianę klasy, naprzeciwko tablicy. Przywalił mi w twarz „z liścia”, a potem docisnął do ściany.
- Pyskujesz mi, bidoku? – warknął.
Wyraźnie szukał awantury, ale nie mogłem pozwolić sobie na nią przy świadkach. Szkoda, bo stał nierozważnie na tyle blisko mnie, że cios łokciem w podbródek albo zwykły ordynarny kop kolanem w jaja zakończyłby sprawę. Oceniłem, że nie był niebezpieczny, tylko uważał się za takiego. Podniosłem ręce.
- Wyluzuj, Kamil, nie chcę kłopotów.
- No ja myślę!
„Chyba rzadko ci się to zdarza” przemknęło mi przez głowę. Ale w tym momencie podbiegła do nas długowłosa blondynka, której też wcześniej nie widziałem, niemożliwie wypacykowana i zaczęła go odciągać.
- Kamil, zostaw go, co się będziesz babrał, zobacz jakie on ma buty, megażenada!
Kamil puścił mnie, wzruszył ramionami i odszedł w drugi koniec klasy. Uczniowie powoli zaczęli siadać na swoich miejscach, ja też usiadłem. Chwilę później do klasy weszli Irek, Iwona i muzy. Irek od razu zauważył mój mocno zaczerwieniony policzek.
- Filip, co z twoją gębą?
- Poznałem Kamila i Kamilę.
Iwona skrzywiła się.
- O co poszło? Buty? Plecak? Krzywy uśmiech?
- Blokował wejście do klasy, więc go odsunąłem. Dodatkowo Kamili nie spodobały się moje buty.
- Bo pewnie są tańsze od ich butów – wyjaśnił Irek – a to dla nich już powód do pogardy i pomiatania ludźmi. Chcesz potem pogadać o tym z Prusem? Byli świadkowie?
- Niewielu. Tym razem daruję sobie. Będę ich omijać, tak jak mówiliście.
Oliwia
W piątek na angielskim „działo się”. Lisica, to znaczy pani profesor Lisowska zaczęła nowy temat gramatyczny, użycie nowego czasu i jak zwykle tłumaczyła tak, że mało kto rozumiał. Dłubaliśmy potem ćwiczenia w zeszytach, ale w ogóle nam nie szło, a baliśmy się jej zapytać. W pewnym momencie zerknęłam do tyłu i zobaczyłam, że Filip tłumaczy coś szeptem Iwonie, pokazując coś w ćwiczeniach, a ona potakująco kiwa głową. Niestety Lisica też to dostrzegła, stwierdziła, że on przeszkadza jej w prowadzeniu lekcji, kazała mu podejść do tablicy i „podzielić się swoją wiedzą ze wszystkimi”. Cholera, że też nikt nie ostrzegł go przed tą psorką, sama mogłam to zrobić, jako jej „nieulubienica”!
Filip podszedł do tablicy i wziął pisak do ręki.
- Well, class – zaczął, a my zdębieliśmy – we all know that tenses in English are not the same as tenses in Polish. We really only need to know if the action was an… yyy… an one-time thing or it lasted longer, but in English you need yyy… you need to know if it was an one-time thing or lasted longer, and… when it started and ended, or if it is still ongoing, and only then you choose the tense; yyy… the right tense.
Angielski idzie mi kiepsko, ale wydawało mi się, że mówił całkiem płynnie i poprawnie. Zaczął coś pisać na tablicy, ale Iwona podniosła rękę i rzuciła na cały głos:
- Filip, mów po polsku, nic nie rozumiemy!
Filip odwrócił się do klasy, skonsternowany, potem popatrzył na profesorkę, znów na nas, i powiedział niepewnie:
- Dobrze, mogę po polsku. Mam mówić po polsku?
- Wracaj na miejsce – warknęła Lisica. – Wypełniliście już ćwiczenia? Górska, czytaj swoje.
Oczywiście znów musiała mnie dopaść.
Ledwo profesorka wyszła, Irek podbiegł do Filipa i klepnął go w ramię.
- Chłopie, właśnie stałeś się legendą! Twój czwarty dzień w nowej szkole – tu ściszył głos – i załatwiłeś najbardziej nielubianą nauczycielkę! Zaćmiłeś ją!
Filip był wyraźnie zdenerwowany.
- Na pewno nie mówię po angielsku lepiej niż ona, zwariowałeś? Wywołała mnie znienacka, to poszedłem, zgłupiałem od jej gadania. Wcale tego nie chciałem, nie chcę się wychylać ani narażać nauczycielom, chcę jakoś dotrwać do matury i ją zdać. I co to za nauczycielka, że uczniowie boją się zapytać, jeśli czego nie rozumieją?!
- Nic nie poradzisz, już wszedłeś do historii tej budy, a ja jestem pierwszy w kolejce do ciebie na korepetycje z angielskiego. Oliwia! – zawołał do mnie – zaklepać ci miejsce w tej kolejce?
- No pewnie!
Podeszłam do nich i właściwie dopiero wtedy pierwszy raz popatrzyłam Filipowi w oczy. Przez te kilka dni mijaliśmy się w drzwiach czy w szatni, ale to były przelotne zerknięcia w biegu. Popatrzyłam, a on popatrzył w moje. Potem obrzucił spojrzeniem całą moją twarz. Miał piękne szare oczy, ale patrzył tak jakoś… smutno? Z rezygnacją? Miałam wrażenie, że oczy ma jeszcze smutniejsze od moich.
Odetchnęłam głęboko i potwierdziłam, że jestem chętna na jakieś douczanie z angielskiego, byle po polsku. Mogę się zrewanżować matmą. Filip nieoczekiwanie uśmiechnął się.
- Rysowniczka, malarka, artystka, a taka dobra z matmy? To rzadko idzie ze sobą w parze. Czyli nie bujasz w obłokach aż tak bardzo?
- Nie, nie buja – wtrącił się Irek. – I zwróć uwagę, że ma piękne zielone oczy, ale jeszcze smutniejsze od twoich.
- Irek, ty gap się lepiej w oczy swojej dziewczyny, bo ona ci z zazdrości wydrapie twoje! Ojej, zapomniałam, że nie masz żadnej – odcięłam się. – A ty skąd wiesz, czym się interesuję?
- Ten gaduła mi powiedział – pokazał na Irka, a Irek od razu zaprotestował, że przecież nie skłamał. Nie skłamał, uwielbiam malowanie i rysowanie, zwłaszcza szkicowanie ołówkami i węglem, dlatego chodzę na zajęcia plastyczne do domu kultury.
Ustaliliśmy, że Filip najpierw połapie się jak mu idzie matma u nas, a potem dogadamy się w kilka osób konkretniej na jakieś wzajemne dokształcanie.
Filip
Po jakimś czasie utrwaliło się, że spotykaliśmy się we czwórkę, bo jeszcze z Iwoną, dwa razy w tygodniu. Najczęściej na boisku albo u Irka, bo mieszkał blisko szkoły, miał duży pokój i cierpliwych rodziców, Razem wkuwaliśmy przedmioty, z którymi mieliśmy problemy. Zazwyczaj Irek gadał niemal za wszystkich, Iwona trochę, a ja i Oliwia prawie wcale. Ale kiedy się odzywała, mógłbym jej słuchać i słuchać, nieważne czy tłumaczyła matmę czy mówiła o czymś bardzo poważnym czy żartowała i dowcipkowała. To, co mówiła i to, jak mówiła… I coraz częściej przyciągała mój wzrok, bo była naprawdę ładna. Nie jakaś modelka czy super piękność, tylko fajna siedemnastolatka mojego wzrostu, z włosami ciągle spadającymi na twarz i ładnymi krągłościami.
Parę razy próbowałem dowiedzieć się od Irka czegoś więcej o Oliwii, ale niewiele wskórałem. Powiedział wprost, że jeśli chcę ją poderwać, to żebym sam przy tym popracował, on mi życzy wszystkiego najlepszego, i jej też. Iwona była bardziej pomocna, może dlatego, że dziewczyna. Powiedziała mi parę rzeczy o Oliwii, i przede wszystkim uprzedziła, żebym nigdy, przenigdy nie zdrabniał jej imienia. Oliwia to Oliwia i koniec.
Oliwia
Filip okazał się niezłym metodykiem: rozumieliśmy jego wyjaśnienia z angielskiego o niebo lepiej niż „nauczanie” Lisicy. On za to wychwalał moje zdolności do tłumaczenia matematyki. Fizyka w wykonaniu Irka dopełniała repertuaru, a z niemieckim walczyliśmy wspólnie wszyscy, co było o tyle dziwne, że nauczycielkę od niemca wszyscy uwielbiali. Zupełnie nie rozumieliśmy, dlaczego ona tak fajnie nas uczy, a my ciągle w lesie z niemieckim.
Oczywiście gadaliśmy też o innych rzeczach. To znaczy głównie Irek i Iwona, bo Filip odzywał się rzadko, a zagadnięty odpowiadał krótkimi, zwięzłym zdaniami. Nie wypytywaliśmy go zbytnio o sprawy rodzinne czy przeszłość, ale parę razy chlapnął coś o poprzednich szkołach. Wyszło na to, że w jego oczach nasze liceum jest pełne świetnych nauczycieli i fajnych uczniów. Wytrzeszczyliśmy oczy, bo dla nas ta szkoła była po prostu zwykła. Było jasne, że w żadnej poprzedniej nie miał łatwo.
Raz Irek wychylił się poza tę naszą poprawność i zapytał Filipa, czy żadna dziewczyna nie tęskni za nim w poprzednim mieście. Iwona dała mu takiego kuksańca, że od razu przeprosił i powiedział, że cofa pytanie, ale Filip był tego dnia jakiś dziwny i wbrew swoim zwyczajom odpowiedział na nie.
- Nie, nie tęskni, i ja też za żadną.
- Daj spokój, on głupio się wyrwał, nie będziemy o tym gadać, jeśli nie chcesz.
- Była taka jedna, Ewa – Filip jakby nie zauważył wtrętu Iwony – spotykaliśmy się parę miesięcy, więc to już było na poważnie.
„ ’Poważny związek’ w wieku szesnastu lat?! To jakieś jaja pomyślałam sobie. Ale może Filip i podobni mu nastolatkowie, rzucani z miasta do miasta, bez szans na stałą relację, są tak samotni, że kilkumiesięczne randkowanie to dla nich już jest ‘związek’?”
- Skończyło się jeszcze przed naszym wyjazdem. Któregoś dnia zwyczajnie powiedziała, że już nie będzie się ze mną spotykać, bo jestem synem „trepa”, więc ja też będę „trepem”, a ona nie lubi, jak się jej rozkazuje.
- Ale „trep” to określenie z poprzedniej epoki, teraz jest wojsko zawodowe i ochotnicze – zaprotestował Irek.
- Dla niej widocznie nie było różnicy. Już niedługo później spotykała się z największym łobuzem w okolicy. Łapał ją za dupę przy ludziach, ale jego rozkazy i chamskie odzywki widocznie mniej jej przeszkadzały, niż mój tata oficer.
Zrobiło mi się go żal. Wzięłam go za rękę i powiedziałam, że już koniec smutków i że czekamy na wyjaśnienie tego głupiego nowego angielskiego czasu, byle po polsku. Było mi wszystko jedno, co Irek i Iwona sobie pomyślą, chciałam po prostu zobaczyć mniej smutku w jego oczach. Uśmiechnął się do mnie i puścił moją dłoń dopiero po dłuższej chwili.
Do tej pory nie udało nam się poznać jego ojca. W ramach nauki byłam dwa razy u Filipa w domu, ale ojca wtedy nie było, za to chyba raz widziałam go, kiedy zbliżałam się do jego bloku. Ale on wyszedł wtedy z klatki schodowej w lewo, a ja nadchodziłam z prawej, więc nie mogłam przyjrzeć mu się dokładnie. Za to przy drugiej wizycie zdziwiłam się bardziej, bo przy windzie w bloku spotkałam panią Głowacką, żonę Prusa. Znaliśmy ją wszyscy, ale trochę się jej obawialiśmy, bo była policjantką w wydziale przestępczości nieletnich, czy jakoś tak. Jej wizyty w szkole zwykle nie zapowiadały niczego dobrego, bo oznaczały poważne kłopoty któregoś ucznia czy uczennicy. Powiedziałam jej „Dzień dobry”, ona mnie też… Zapomniałam potem zapytać Filipa, czy pani Głowacka była u niego czy u kogoś innego w tym domu. Może powinien wiedzieć, że policja interesuje się jego sąsiadami?
KLASA II LO, LISTOPAD
Filip
Po dwóch miesiącach trochę zgrałem się z klasą, dosłownie (na wf) i w przenośni. Nadal nie wypytywali mnie o sprawy rodzinne, i było mi z tym dobrze. Omijałem patologiczny duet, a oni też jakoś się nie czepiali. Z Kamilem grałem nawet nieraz na wf w jednej drużynie w gry zespołowe; może jednak ktoś przywołał go do porządku, natomiast Kamila awanturowała się raczej z dziewczynami. Nauka też szła mi trochę lepiej niż w poprzednim liceum.
Swoją drogą – wtedy też dowiedziałem się, jak bardzo Oliwia nie lubi zdrobnień swojego imienia. Na którejś przerwie Kamila nawijała z kilkoma dziewczynami o tańszych i droższych kosmetykach, oczywiście chwaląc się tymi droższymi. Usłyszałem nagle jej tekst:
- Oliwka, a ty jakim kremikiem sobie buźkę smarujesz? Biedronkowym? He he he...
I za chwilę ripostę Oliwii:
- Kamilka, oliwką to mamusia tobie dupę i mordę smaruje, ja jestem Oliwia, chomącie!
Kamila miała taki wyraz twarzy, jakby dostała zawału i udaru jednocześnie. Kamil podniósł się z miejsca, ale Tomek metalowiec siedzący w sąsiedniej ławce wziął go za ramię i posadził na miejscu.
- Oliwia mówi, żeby jej nie zdrabniać, to nie zdrabniać. Czego w tym zdaniu nie rozumiecie?
Kamil już nic nie powiedział. Czyli dobrze go oceniłem: podskakiwał innym tylko wtedy, gdy wiedział, że klasa nie stanie w obronie ofiary.
+++
Ogólnie było więc nieźle… do pewnego czwartku, kiedy Prus wyciął nam niezły numer na koniec lekcji. Stwierdził, że żeby odpocząć trochę od wielkiej poezji Słowackiego i Krasińskiego, każde z nas napisze na poniedziałek swój wiersz. Temat: miłość. Wszyscy jęknęli.
- Panie profesorze, czy zdaje pan sobie sprawę, jaki potop grafomanii pan wywoła? – zapytał od razu „Kibic”.
- Czemu od razu zakładasz najgorsze? To może być tylko lekki deszczyk, wierzę w was! Poza tym rzucam wam koło ratunkowe: miłość niejedno ma imię. To nie tylko miłość do kobiety czy mężczyzny, mniej lub bardziej śmiała; jest też miłość ojcowska lub braterska, umiłowanie przyrody, miłość ojczyzny itd. Warunek dodatkowy, żeby ujednolicić i ułatwić ocenianie: to ma być sonet, znacie jego formę, krótką i zwięzłą, która z łatwością zmieści się na połówce kartki.
W poniedziałek wszyscy usiłowali przewidzieć nad czyim wierszem profesor najbardziej będzie się znęcał, kiedy je wszystkie przeczyta i oceni. Nie brałem udziału w tej dyskusji, chciałem szybko wręczyć mu swoje wypociny, oczywiście tekstem do dołu, i zakończyć temat. A tu bach! Prus stwierdził, że będziemy czytać swoje utwory głośno!
- Jak to „czytać”?! – wyrwało mi się.
- A jak to sobie wyobrażałeś? – zdziwił się Prus.
- No… Że oddamy te wiersze na kartkach, pan je oceni i nam odda, i już.
- Nic z tego. Głośne czytanie to jak występ publiczny, to też ważna i przydatna umiejętność, a w przypadku wierszy jeszcze trudniejsza. Głośne czytanie poezji to znakomite ćwiczenie.
- Szkoda tylko, że swojej – burknąłem, ale zlekceważył to.
- Będziecie czytać głośno i dla odmiany w odwrotnym porządku alfabetycznym. Klasa będzie oceniać, a ja wpiszę do dziennika tylko plusy i tylko za kilka najlepszych wierszy. Tak, że - bez stresu, kochani, pał za to nie będzie. Proszę, pan Żarski pierwszy.
Usiadłem i załamałem się. Bez stresu, jasne… Nie mogłem przeczytać tego wiersza publicznie, po prostu nie mogłem!
Oliwia
„Kibic” przeczytał swój kibicowski sonet o miłości do klubu sportowego, następnie Kasia Zebrzydowska o miłości do gór; wszyscy znają ją jako maniaczkę górskich wędrówek, więc przyjęliśmy życzliwie częstochowskie rymy. I tak to szło, od Ż do A. Zgodnie z przewidywaniami Tomka słuchaliśmy mniejszej lub większej grafomanii o miłości w rodzinie, do ojczyzny, do gór i żeglowania, do sportu, do zwierząt; tylko wierszy o tej „prawdziwej” miłości jakoś nie było. A podobno moje koleżanki ciągle są w kimś zabujane… Ciekawe…
Kiedy doszło do G, nieśmiało przeczytałam mój wymęczony sonecik o skomplikowanej miłości do mojego miasta, z którego jednocześnie chciałabym wyjechać i nigdy go nie opuszczać. Prus pokiwał głową z aprobatą, a parę osób zaczęło się spierać, czy nasze miasto jest warte takiej miłości. Nie spodziewałam się aż takiego odzewu.
Lekcja szła interesująco i wesoło, aż prawie na samym końcu przyszła kolej na Filipa. Wstał jak lunatyk i nieoczekiwanie stwierdził:
- Panie profesorze, nie mam wiersza. Wziąłem zeszyt, ale kartka została na biurku w domu.
- Szkoda. W takim razie przynieś jutro.
- Ale… jutro też jej zapomnę!
Popatrzyliśmy na niego ze zdziwieniem.
- To jakieś nowe schorzenie neurologiczne? – zainteresował się Prus. – Przewidywalna amnezja?
Filip tylko skwapliwie pokiwał głową i usiadł.
- Hmmm… Dobrze, Piotrek, czytaj swój wiersz, a ty Filip zostań po lekcji.
Ostatecznie przez aklamację wygrał wiersz Beaty, która napisała o miłości i tęsknocie za swoim ukochanym psem, który niedawno odszedł za tęczowy most w dostojnym wieku szesnastu lat (sama Beata ma siedemnaście). A że prawie wszyscy znaliśmy Fikusa, chyba w kilku oczach zakręciły się łzy, zwłaszcza u tych, którzy też mieli jakieś zwierzę. Ale ja też dostałam plusa do dziennika za mój utwór!
Filip
Po lekcji profesor kazał mi siąść w ławce przed jego biurkiem.
- Filip, co ty wyrabiasz? Przecież widziałem, że na początku lekcji zaglądałeś do zeszytu jakby upewniając się, że kartka z wierszem tam leży.
Cholera, zauważył nawet to!
- Pokaż mi ten wiersz, proszę.
- Nie mam go.
- Masz. Pokaż go.
Skoro i tak już wyszedłem na idiotę przed całą klasą, to co miałem do stracenia? Wyciągnąłem i podałem mu kartkę. Przeczytał moje wypociny chyba ze trzy razy, dwa razy pokiwał głową jakby z uznaniem, zupełnie jak wcześniej przy wierszu Oliwii, a raz popatrzył na mnie z politowaniem i się skrzywił. Potem zapytał:
- Dlaczego nie chciałeś go przeczytać? To całkiem dobry wiersz, i do tego jedyny dzisiaj o miłości do dziewczyny.
- No… Właśnie dlatego.
- To o co chodzi?
- Nie rozumie pan? Przecież nie mogłem przeczytać głośno wiersza o miłości do dziewczyny, skoro ona siedziała tutaj i patrzyła na mnie!
- Ale w wierszu nie ma jej imienia.
- Ale jest o jej włosach i oczach! Zresztą i bez tego wszyscy wiedzieliby od razu, o kim mowa. Wyśmialiby mnie, a ona pierwsza! Olać innych, ale... ona!
Imię Oliwii nie przechodziło mi przez gardło.
- Skąd ta pewność? Czy kiedykolwiek potraktowała cię złośliwie czy pogardliwie?
- Właściwie to nie, wręcz przeciwnie, ale po tym wierszu tak by zrobiła! I skończyłoby się wzajemne douczanie i… jej widywanie poza szkołą – dokończyłem ciszej.
Prus westchnął.
- Chłopaku, ty nic nie rozumiesz, więc cię oświecę: połowa dziewcząt zżółkłaby z zazdrości, bo nikt i nigdy nie napisał wiersza dla nich ani o nich. TAKIEGO wiersza. A połowa chłopaków też by zżółkła, bo pozazdrościliby ci talentu.
- Jakiego talentu? Leśmian to miał łeb do miłosnych, albo Kazimierz Przerwa-Tetmajer! Nie ja.
- Znasz ich wiersze? – zapytał jakby z zaskoczeniem.
- Jasne. Po mamie zostało parę tomików, ona lubiła poezję, zwłaszcza skamandrytów. Czytam je czasem. A mój sonet przy nich to zużyta skarpetka.
- Jestem innego zdania, ale trudno, przepadło. Mam więc taką propozycję: napisz na jutro jakieś wierszydło, może być choćby o sentymentalnej miłości do pluszaka z czasów dzieciństwa, wszystko jedno. Przeczytasz go na lekcji, klasa się pośmieje i sprawa zakończona. A to – oddał mi kartkę – zachowaj starannie i przeczytaj jej to koniecznie, ale kiedy będziecie sam na sam. Wtedy wiersze od razu brzmią inaczej, a zwłaszcza wiersze o miłości. A teraz leć już do domu.
Wymęczyłem więc w domu sonet miłosny do pizzy. Wszyscy wiedzą, że uwielbiam pizzę. Zgodnie z przewidywaniami klasa obśmiała się, ale raczej życzliwie. A kartka z pierwszym wierszem wylądowała w szufladzie biurka, skazana na zapomnienie. Ufff…
c.d.n.
komentarze i recenzje jak zwykle mile widziane
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Pumciak
Bardzo ciekwy początek ,piszesz w moim ulubionym klimacie o latach szkolnych.