Przypominam:
1/ Podobieństwo imion głównych bohaterów do sagi autorstwa George’a Bidwella jest nieprzypadkowe
2/ Ewentualne podobieństwo bohaterów i szkół do osób i obiektów realnych jest przypadkowe
3/ Seks w tej opowieści jest wspominany, ale nie opisywany, choć ważny
Miejsce akcji: miasto średniej wielkości gdzieś w Polsce, czasy współczesne
============================
KLASA II LO, LISTOPAD
Oliwia
Szłam do szkoły na ósmą, minęłam przejście dla pieszych, przez które nigdy nie lubiłam przechodzić, bo kierowcy mimo ograniczeń jeżdżą tam jak wariaci. Byłam już blisko bramy szkoły, gdy usłyszałam za sobą pisk hamulców, odgłos uderzenia i krzyk jakiejś kobiety „Jezus Maria, chłopaka zabił!”. Odwróciłam się i pierwsze co zobaczyłam, to kolorowa plama na asfalcie, na pasach, a ten kolor to była mocna czerwień kurtki Filipa, nie można było jej z niczym pomylić! W moment byłam przy nim. Leżał na plecach, był przytomny, ale oszołomiony.
- Filipek, leż spokojnie, nie ruszaj się, dzwonię po pogotowie.
- Po co? Nic mi nie jest, tylko z boku trochę mnie boli…
- Leż, mówię!
Dodzwoniłam się na 112 i zgłosiłam wypadek.
- Nic mi nie jest, tylko się potłukłem, zaraz wstanę – powtórzył Filip.
- O tym zadecydują ratownicy więc leż – usłyszałam obok głos Prusa. Był bez kurtki, chyba zobaczył wypadek przez okno szkoły i przybiegł. Przykucnął obok nas i zapytał Filipa o ojca. Ten odpowiedział, że nie ma go i wróci chyba jutro.
- Niedobrze – mruknął profesor, potem zwrócił się do mnie:
- Oliwia, mam prośbę. Karetka zaraz będzie, pojedź z nim do szpitala albo pobiegnij tam, i spróbuj się dowiedzieć o pierwszą diagnozę. Nie jesteś z rodziny, ale może jednak coś ci zdradzą; powiedz, że w szkole koniecznie chcą wiedzieć, żeby powiadomić ojca, czy coś takiego. Masz dwie pierwsze lekcje ze mną, nie zaznaczę ci nieobecności. To ważne dla Filipa.
Nie musiał mnie przekonywać, gorzej było z przekonaniem ratowników, żebym mogła pojechać z nimi do szpitala karetką, ale udało się. Wzięli Filipa od razu na SOR, a ja usiadłam w poczekalni. I niespodzianka: już po niedługim czekaniu przyszedł lekarz i zapytał czy ktoś czeka w sprawie Filipa.
- Panie doktorze, co z Filipem Adamowiczem?
- Jesteś jego siostrą?
- Nie, koleżanką z klasy, to ja dzwoniłam po karetkę,
- W takim razie nie mogę udzielać ci informacji o stanie zdrowia chorego, ale pacjent sam zapytał, czy jest tu ktoś do niego, bo mamy pewien problem. Chodź ze mną.
Weszliśmy do sali, w której leżał mój Filipek. Zaraz, jak to „mój”?! Przecież to tylko kolega z klasy, którego lubię… No dobrze, bardzo go lubię i ciągle gapię się na niego, aż mi głupio… Podbiegłam do łóżka i chwyciłam go za rękę.
- Filipku, co z tobą? Możesz mi coś powiedzieć?
- Chyba nie mam nic złamanego, ale muszą zrobić różne badania i prześwietlenia – odpowiedział przytomnie i w miarę normalnym głosem. – Ale jest problem. Mój tata wraca dopiero jutro, a lekarze teraz potrzebują wyników moich badań serca. Kiedyś poważnie chorowałem, stara sprawa. Dam ci klucze, przyniesiesz je ode mnie z domu?
- Mam wejść do ciebie do domu?! – przeraziłam się.
- Ale całkiem legalnie, z kluczami. Przecież byłaś już u mnie.
Popatrzyłam na jego bladą twarz, w szare oczy… Kiedy przyszedł do nas, były niemal cały czas wrogie lub w najlepszym przypadku obojętne, a teraz mogłabym wpatrywać się w nie bez przerwy… Zdekoncentrowałam się do tego stopnia, że musiał mi dwa razy przypomnieć adres, chociaż przecież dwa razy byłam u niego, i gdzie leży teczka z papierami. Wyjął klucze z kieszeni spodni i wręczył mi.
Powiedziałam lekarzowi, że może uda mi się dostarczyć te wyniki i popędziłam do mieszkania Filipa. Mieszkał w jednym z wojskowych bloków, które nazywano potocznie „wojskowym osiedlem”. Na szczęście nie było daleko, dotarłam tam chyba w kwadrans. Głupio się czułam wkładając klucz do zamka, ale powtarzałam sobie, że „mój” Filip tego potrzebuje. Otworzyłam górny zamek, ale dolnego nie dało się otworzyć; nacisnęłam klamkę i drzwi ustąpiły. Zdążyłam się tylko zdziwić, że chyba zapomniał zamknąć dolny zamek, kiedy ktoś wciągnął mnie do przedpokoju i przycisnął do ściany.
Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam przed sobą wysokiego mężczyznę w wojskowym mundurze, który trzymał mnie za kurtkę przy szyi i jedną ręką z łatwością przytrzymywał mnie przy ścianie przedpokoju. Zaraz… Wysoki, krótko ostrzyżony, z kilkudniowym zarostem? I naszywka ze spadochronem na ramieniu? Ten sam, którego kiedyś widziałam wychodzącego z klatki schodowej, tylko w cywilu! Tata Filipa?!
- Kim jesteś i skąd masz klucze? – warknął groźnie. – Czego tu szukasz?!
- Pan jest ojcem Filipa? – tylko tyle udało mi się z siebie wydusić.
- Tłumaczysz się mnie albo żandarmerii! – sięgnął drugą ręką do kieszeni i wyciągnął komórkę.
Odzyskałam trochę głosu i odwagi i postanowiłam być zwięzła i rzeczowa, po wojskowemu.
- Może pan dzwonić gdzie pan chce, ale najpierw proszę mnie wysłuchać. Filip jest w szpitalu, godzinę temu miał wypadek, podobno niegroźny, ale muszą go dokładnie przebadać. Myślał, że pan wróci dopiero jutro, więc powierzył mi klucze i przysłał mnie po wyniki badań serca, które są potrzebne lekarzom, Nazywam się Oliwia Górska i chodzę z nim do klasy IIA. Tu jest moja legitymacja szkolna – wyciągnęłam z kieszeni dokument i pokazałam mu.
Zdawało mi się, że drgnął lekko, gdy się przedstawiłam. Ale Górskich jest dużo. Po chwili wahania schował komórkę do kieszeni i obejrzał legitymację.
- Wyniki badań, powiadasz? Gdzie według ciebie są?
- W jego pokoju, w drugiej szufladzie biurka, po tej stronie, gdzie stoi zdjęcie pana i jego mamy.
Puścił mnie, chyba trochę zaskoczony tym dokładnym opisem; wyraźnie chciał sprawdzić czy naprawdę przyszłam po papiery. Nie dziwota, w końcu ledwo wrócił z podróży a tu obca dziewczyna ładuje mu się do mieszkania. Odetchnęłam, zgodnie ze wskazówkami Filipa weszłam do jego pokoju, otworzyłam odpowiednią szufladę i wyciągnęłam niebieską teczkę.
- Byłaś już tu kiedyś?
- Tak, dwa razy, Filip jest dobry z angielskiego i mnie doucza, a ja jego z matmy. Ale pana nigdy nie było, za to raz minęliśmy się na dole.
- Moment… To ty jesteś ta Oliwia artystka, o której Filip ciągle mówi?
- Ja… no tak, ale… Filip o mnie coś mówił?
- Jedziemy do szpitala – zakomenderował, jakby nie słysząc mojego pytania.
W przedpokoju zdjął z wieszaka czerwony beret, a ja z ulgą oddałam mu klucze. Na dole wskazał mi niepozorną srebrną Skodę zaparkowaną przy krawężniku. Dojechaliśmy do szpitala w całkowitym milczeniu w parę minut i pobiegliśmy prosto na SOR. Kiedy weszliśmy do Filipa, od razu podszedł do łóżka syna i uściskał go, nie zważając na podłączone przewody. Coś tam sobie poszeptali, potem wziął ode mnie teczkę i poszedł porozmawiać z lekarzami, a ja wreszcie mogłam podejść.
- Jak się czujesz? – zapytałam.
- Trochę lepiej, ale bolą mnie boki i mam mieć jeszcze prześwietlenia. Lepiej powiedz skąd wytrzasnęłaś mojego tatę?
Opowiedziałam mu wszystko. Wziął mnie za rękę i pociągnął tak, żebym pochyliła się nad nim.
- Dziękuję ci, jesteś niesamowicie odważna – szepnął mi na ucho.
- Daj spokój, byłam zestrachana jak nigdy dotąd! Niespodziewanie oko w oko z oficerem „czerwonych beretów”, i to w takiej głupiej sytuacji!
- Nie gadaj, jesteś wspaniała i super odważna i tyle. Bardzo ci dziękuję – szepnął, a potem chyba chciał się trochę podnieść, żeby pocałować mnie w policzek! Ale ja w tym samym momencie chciałam jego pocałować w policzek, i tak jakoś wyszło, że pocałowałam go w kącik ust, a może to on tak mnie pocałował, i tak trwaliśmy przez chwilę, a potem pocałowaliśmy się w usta, i chciałam tak trwać i trwać, ale przecież to był szpital, a Filip po wypadku…
A potem wyprostowałam się i zobaczyłam, że jego tata i lekarz znów są w sali i nie wiedziałam kiedy weszli i co widzieli. Zarumieniłam się po szyję, ale oni nic nie powiedzieli na ten temat. Tata Filipa uścisnął mi dłoń i podziękował mi za pomoc. Ale prawie go nie słyszałam, bo ciągle myślałam o tym pocałunku. Bo co będzie, jeżeli ja go tak bardzo bardzo lubię, a on mnie nie? Cholera, chyba się wygłupiłam...
Filip
Zaskoczyło mnie serdeczne powitanie w klasie, kiedy wróciłem już trzy dni po wypadku. Miałem jeszcze zwolnienie z wf, ale czułem się ogólnie nieźle. Chłopaki wypytywali o wypadek, dziewczyny żartobliwie cieszyły się, że moja uroda nie ucierpiała, zupełnie jakbym w ogóle jakąś urodę posiadał. Przypomniałem sobie jak było w poprzednich szkołach: gdy chorowałem, nikt z klasy nie interesował się tym, nikt nie podrzucał lekcji. Tutaj prawie od razu dostałem od Irka i Oliwii e-mailem i na telefon fotki notatek z lekcji i inne ważne rzeczy.
Jedyną osobą, która unikała mnie tego dnia była sama Oliwia. Nie wiedziałem co się dzieje! Przecież bardzo pomogła mi w dniu wypadku, potem z lekcjami, a teraz… Przeklinałem sam siebie za ten pocałunek; wygłupiłem się i tyle. Trzeba było podziękować jej serdecznie i na tym poprzestać. Ale wtedy pierwszy raz była tak blisko jak nigdy dotąd, policzek przy policzku...
+++
Kiedy drugiego dnia po moim powrocie wychodziłem do szkoły tata zawołał za mną:
- Podziękuj swojej dziewczynie w moim imieniu za pomoc, bo ja nie wiem, czy wtedy w tym zamieszaniu jej podziękowałem.
- Podziękowałeś. Ale ona nie jest moją dziewczyną!
- Hmmm… W szpitalu odniosłem inne wrażenie – żartobliwie pogroził mi palcem. – Ale chciałbyś, żeby była, prawda?
Nie mogłem zaprzeczyć.
- Prawda. Teraz „tylko” muszę jej to powiedzieć.
- No to powiedz, byle sam na sam, w czym problem?
- W tym, że ja nie wiem, co ona do mnie czuje. Wygłupię się, jeżeli tylko mnie zależy na niej, a w drugą stronę już nie.
- Pocałowała cię czy nie? Jeszcze masz wątpliwości?
- Mam, bo to była nietypowa sytuacja, pełna stresu, prawda? Pomogła mi jako dobra koleżanka ze szkoły, może pocałowała mnie tylko tak jak chorego na pocieszenie, ona i Irek przysłali mi lekcje, ale wczoraj cały dzień mnie unikała!
- Gdybym ja swego czasu tak rozważał, to do tej pory byłbym kawalerem! Wyniki zwiadu są obiecujące, więc – atakuj!
- Łatwo ci mówić, ty jesteś pułkownikiem, a ja szeregowcem, i to takim bardzo bardzo szeregowym. Od niedawna w klasie, średnio przystojny...
- Uhhh… Pytam jeszcze raz: pocałowała cię czy nie? Oczywiście, że to była nietypowa sytuacja w mało romantycznym otoczeniu, ale nietypowa dla was obojga! Skąd wiesz, czy ona nie ma takiego samego chaosu w głowie jak ty? Musisz coś z tym zrobić!
- Muszę, muszę...
+++
Po lekcjach specjalnie guzdrałem się w szatni wiedząc, że Oliwię zatrzymali w pracowni plastycznej. Zeszła w końcu do szatni, ku mojej uldze sama.
- Czemu jeszcze tu jesteś, źle się czujesz? Może za wcześnie przyszedłeś do szkoły po wypadku? Idziemy do pielęgniarki?
- Nie, wszystko w porządku, czasem boli jeszcze tu i ówdzie, ale jest OK.
Odchrząknąłem, żeby dodać sobie odwagi i kontynuowałem:
- A w ogóle to mój tata cię pozdrawia. Powiedział: „Podziękuj swojej dziewczynie za pomoc, bo ja chyba wtedy w szpitalu jej nie podziękowałem”.
Uśmiechnęła się jakoś tak niepewnie.
- Swojej dziewczynie?
Wziąłem ją za obie ręce.
- Oliwia, słuchaj, ja wtedy w szpitalu… Nie, właściwie już o wiele wcześniej...
Nie słuchała. Zwyczajnie objęła mnie i pocałowała w policzek. Staliśmy tak chwilę przytuleni. A potem nagle zawołała, że zaraz, zapomniała zupełnie, przecież ma coś ważnego dla mnie! I zaczęła grzebać w swoim plecaku. Co takiego ważnego mogła dla mnie mieć, czego nie można przesłać mailem, zwłaszcza w tej dziwnej sercowej-niesercowej sytuacji?
Podała mi plastikowy pojemnik, taki na kanapki czy inne jedzenie.
- Upiekłam dla ciebie ciastka z czekoladą – powiedziała cicho, jakby nieśmiało. – To właściwie jedyne, co umiem piec, w słodkościach jestem beznadziejna w kuchni. Poczęstuj też tatę, żebyście mieli trochę słodsze życie po tym wypadku.
- Ciastka? Dla mnie?
- No tak. Przecież mogę upiec coś słodkiego dla mojego chłopaka, prawda?
Chyba miałem łzy w oczach.
- Prawda.
Odłożyłem pudełko na bok i przytuliłem Oliwię, a ona pocałowała mnie w usta, a potem przytuliła się do mnie tak, jak poprzednio. Wątpliwości spłynęły ze mnie i było mi tak dobrze, tak lekko…
A potem usłyszeliśmy kroki i do szatni wpadł Irek. Zawołał „Sorki, zostawiłem torbę, już znikam”, złapał torbę z ławki, a potem popatrzył na nas, uśmiechnął się i powiedział:
- No wreszcie.
I poszedł.
Oliwia
Filip stał z tym pudełkiem w ręku i wyglądał na zaskoczonego. Wreszcie z uśmiechem odłożył je na bok i przytulił mnie. Pocałowałam go śmielej i przytuliłam się do niego. I nagle wpadł Irek po torbę. A potem Filip pocałował mnie w policzek, i w drugi, i znowu w usta.
- Muszę z tobą porozmawiać, moja muzo. Ale nie tutaj, chodźmy gdzieś.
Poszliśmy do kawiarni niedaleko szkoły, na sernik, szarlotkę i gorącą herbatę. W kawiarni nie usiadł przy stoliku naprzeciwko mnie, tylko obok. Tak było wygodniej i mogliśmy trzymać się za ręce. Rozmawialiśmy, gadaliśmy, mówiliśmy, trajkotaliśmy, nawijaliśmy, przerywaliśmy sobie nawzajem i bez trudu kończyliśmy zdania za siebie. Opowiedzieliśmy sobie wszystko, co czuliśmy przez te dwa miesiące, jak na początku widzieliśmy siebie nawzajem i jak widzimy teraz.
- Zdobyłeś mnie, wiesz?
- Niby wiem, ale jak? Nowy w klasie, ponurak, trójkowicz do takiej dziewczyny! Czym mogłem cię zdobyć?
- Właśnie tym, że z czasem przestałeś być taki, jak opisujesz. Że w końcu pokazałeś, co jest pod tą skorupą „nowego i ponurego”, a mnie się to bardzo spodobało. Nowy w klasie, ale szybko się zaaklimatyzowałeś, dogadujesz się ze wszystkimi, i masz coraz lepsze oceny. I tym, że jesteś taki dobry i życzliwy, starałeś się dla nas, przecież to dzięki tobie i ja i Irek z Iwoną wyszliśmy z kłopotów z angielskim.
- Starałem się, ale powiem ci szczerze, że gdybyś zrezygnowała z tych naszych niby-korków i przestała przychodzić, to ja też bym sobie to odpuścił. Przecież tylko wtedy mogłem patrzeć na ciebie cały czas. To twoja obecność była tam najważniejsza! Z całym szacunkiem dla Iwony i Irka, ale taka prawda.
- A co ja takiego robiłam?
- Niby nic specjalnego, tylko wkuwałaś angielski i uczyłaś mnie matmy.
- No jasne, zakochałeś się, bo matma jest taaaka uwodzicielska?
- Wiesz, ja każdego dnia przed snem miałem ciebie przed oczami jak się poruszasz, jak mówisz, jak się śmiejesz. I któregoś dnia stwierdziłem, że mógłbym cię słuchać bez końca, nieważne czy tłumaczyłaś matmę czy mówiłaś o czymś bardzo poważnym czy żartowałaś sobie z nami. I każdego dnia rano bałem się.
- Bałeś się? Czego?
- A tego, że będę szedł do szkoły i zobaczę ciebie w objęciach jakiegoś chłopaka, z naszej klasy czy sąsiedniej, witającą go buziakiem. A ty mnie nie zauważysz, albo zauważysz i powiesz z grzeczności „Cześć Filip” i tyle będzie z tego.
- A widzisz jakąś kolejkę chłopaków czekających na możliwość randki ze mną?
- Po co cała kolejka, wystarczyłby jeden, przystojniejszy i z lepszą gadką, popatrzyłby ci w oczy i…
- Filipku, tak nisko mnie cenisz? Niczego by nie było, bo nie ma oczu ponad twoje, i nie ma uśmiechu ponad twój, uwierz mi. Ja nie widziałam tego od razu, właściwie dopiero po kilku dniach, po tej historii z Lisicą na angielskim po raz pierwszy popatrzyłam ci w oczy dłużej, takie cudowne szare i takie smutne…
- Ty jesteś artystką, takie opisy przychodzą ci łatwo… Ja tylko popatrzyłem w tę twoją zieleń; ciemnozielona bluzka, to chyba „butelkowa zieleń”, prawda? Podobna spódnica i jasnozielona opaska na włosach i te cudowne zielone oczy…
- Z ciebie też zrobił się artysta, takie opisy w twoim wykonaniu?
Czułam, że możemy tak godzinami. O przyszłości nie rozmawialiśmy, bo po co, nasze uczucia tu i teraz są najważniejsze, wszystko na pewno będzie dobrze i już, pewność charakterystyczna dla młodości.
Poza tym tematy typu „kim chciałbyś być w przyszłości?” odfajkowaliśmy już dawno, we czwórkę. Ja marzyłam o studiach na kierunku malarstwa czy grafiki, ale chyba byłam za słaba na to, poza tym w naszym mieście nie było uczelni z takim kierunkiem. O nim wiedziałam, że planuje karierę wojskową, jak jego ojciec. Ale to przecież dopiero za tysiąc lat albo później. Na razie cieszyłam się, że uśmiechał się często i jego oczy też były pogodniejsze.
- Nie boisz się, że wyśmieją nas w klasie, kiedy Irek wszystko rozgada? – zapytał w pewnej chwili.
- Znam go, jest gadułą, ale tego nie rozgada, a z czasem i tak zauważą, prawda? Chyba że nie chcesz trzymać mnie w szkole za rękę, a całować tylko kiedy będziemy sam na sam?
- Ja mam gdzieś opinie innych, chodzi mi o ciebie – mruknął.
- Ja też tam je mam. Tam gdzie ty, tam ja. Najwyżej „kamilki” będą coś pyskować. Że też nie zakochają się w sobie nawzajem, wreszcie zajęliby się tylko sobą i dali odpocząć innym!
Rozmowa potoczyła się w kierunku „jak zeswatać Kamila z Kamilą” i dawno nie mieliśmy takiego ubawu. Jadłam ciastka i piłam herbatę z moim chłopakiem – to była randka, o której marzyłam, nasza pierwsza. I kiedy się dobrze zastanowiłam, to właściwie moja pierwsza prawdziwa w ogóle, bo to żałosne wcześniejsze „chodzenie” kiepsko się skończyło i nie było warte wzmianki. Miałam dużo rzeczy do przemyślenia, ale jednocześnie jakby ważny brakujący element wskoczył na miejsce w obrazie mojego świata: to mój chłopak był tym brakującym elementem.
Filip
W domu tata na mój widok stwierdził, że „chyba możemy zrezygnować z prądu z miejskiej elektrowni, taka światłość od ciebie bije”. Odciąłem się, że owszem, mogę mu przyświecać sobą przy czytaniu gazety, ale niestety nie podłączy do mnie czajnika elektrycznego.
- Czy ta Oliwka Górska ma z tym coś wspólnego?
- OLIWIA, tato! Zawsze Oliwia, nigdy Oliwka, proszę cię, zapamiętaj! I tak, ma, dużo. To znaczy – wszystko.
- Czyli miałem rację, to twoja dziewczyna?
- Miałeś. Ale dopiero od dzisiaj. I zaraz pokażę ci coś na dowód tego.
Postawiłem przed zdziwionym tatą pudełko od Oliwii i otworzyłem je. Nie zrobiłem tego w szkole ani w kawiarni, więc zapach ciastek wprost oszołomił mnie, i tatę chyba też. Ugryzłem jedno, smakowało pysznie i jednocześnie jakby znajomo.
- Wręczyła mi je po szkole i powiedziała, że upiekła je dla swojego chłopaka. Częstuj się.
Tata wziął ostrożnie jedno ciastko, obejrzał i powąchał. Roześmiałem się.
- Chyba nie myślisz, że są zatrute?
- Nie, oczywiście, że nie, tylko… Ten lekki zapach pomarańczy… I te kropki czekolady na wierzchu… Do licha, to ciasteczka Eli, nie poznajesz ciastek mamy?
Dopiero teraz mnie olśniło: to dlatego ten zapach i smak wydały mi się znajome! Osunąłem się na krzesło. Przypomniałem sobie, jak lata temu mama wyrabiała ciasto i układała okrągłe kawałki na blachach, a mnie powierzała odpowiedzialną funkcję układacza drobnych kawałków czekolady na wierzchu każdego ciastka. Tylko tam czekolada była gorzka, a tutaj mleczna… I nigdy potem nie udało nam się upiec takich ciastek, bo mama miała wszystkie przepisy w głowie, a w sklepach były tylko jakieś niby podobne do nich.
- Skąd wiedziała? I skąd miała przepis?
Wzruszyłem bezradnie ramionami.
- Tato, masz już grafik na święta?
- Nie, za wcześnie. Czemu pytasz?
- Oliwia ma czasem krzywo w domu. Może mogłaby nas odwiedzić w pierwszy czy drugi dzień świąt, jeżeli będziesz w domu?
- Jasne. Ale do czego ja wam jestem potrzebny do szczęścia?
- Do szczęśliwego rodzinnego świętowania – odpowiedziałem poważnie. – Do wspólnego obejrzenia jakiegoś filmu, zjedzenia obiadu i kawałka ciasta, do posiedzenia w rodzinnym cieple…
- Powiem ci więcej, kiedy będę wiedział coś o świętach, ale niezależnie od tego i tak możesz ją zaprosić. I bardzo, bardzo podziękuj je za te ciastka.
Przysiągłbym, że miał łzy w oczach, kiedy to mówił…
Adam
„Dzięki Filipowi mam czwórki z anglika”, „Filip rzucił wczoraj dwanaście koszy”, „Filip znów postawił się Kamilowi”. Filip to, Filip tamto…To imię coraz częściej przewijało się w wypowiedziach mojej młodszej siostry. Aluzje nic nie dawały, więc…
- Możesz mnie wreszcie oświecić, co to za Filip?
- Przestań wsadzać nos w nieswoje sprawy!
- Wolisz, żeby starzy cię przesłuchali?
Według naszych rodziców dzieci istnieją tylko po to, żeby się uczyć, a potem studiować, aby można było się nimi chwalić; przyjaciele i koledzy dzieci są do tego całkiem zbędni i tylko przeszkadzają w nauce. Starzy już i tak kręcą nosem na to, że Oliwia chodzi raz w tygodniu na zajęcia plastyczne. Ja dla nich jestem prawie nikim, bo wyleciałem z ogólniaka, skończyłem zawodówkę, pracuję na budowie i w warsztacie samochodowym, więc mną się nie pochwalą. Ale dokładam się do budżetu domowego i to ja opłacam zajęcia siostry.
W końcu wyciągnąłem z Oliwii, że Filip to nowy uczeń w klasie, właściwie nie taki nowy, bo od września, że jest bardzo dobry z anglika i historii, za to poprosił ją o pomoc z matematyki, douczają się w kilka osób; grzeczny i sympatyczny, tylko ponury, bo nie ma matki. Na razie to mi wystarczyło, innych klasowych znajomych siostry miałem obcykanych. Ale parę dni później spotkałem ją na ulicy w objęciach jakiegoś fagasa i poważnie się wkurzyłem, bo o żadnych amorach nie wspominała, a ja nie lubię nie wiedzieć takich rzeczy.
Filip
Któregoś dnia po szkole ruszyliśmy z Oliwią w kierunku jej domu, powolnym spacerkiem, bo pogoda była bardziej wrześniowa niż listopadowa. Szliśmy objęci w pół omawiając ostatnie wydarzenia towarzyskie w klasie, gdy nagle wyrósł przed nami koleś wyższy ode mnie, krótko ostrzyżony, i z niemiłym wyrazem twarzy. Odruchowo zgarnąłem Oliwię za siebie, ale od razu wysunęła się przede mnie i wyskoczyła do niego z tekstem „Nie strasz mi chłopaka!”.
- Filipek, pozwól, to jest mój starszy brat Adam. Adasiu, to jest Filip Adamowicz, o którego tak mnie wypytywałeś.
Z wahaniem wyciągnąłem do niego dłoń, a on z takim samym wahaniem ją uścisnął.
- Twój chłopak, powiadasz? Nie wspominałaś mi o tym.
Wzruszyła ramionami, po czym stwierdziła, że skoro stoimy akurat przed sklepem plastycznym, to wejdzie tu po jakieś akwarelki. I zostawiła nas obu na chodniku, nabzdyczonego brata i mnie, trochę zdziwionego jego wrogim tonem.
- To mówisz, że jesteś jej chłopakiem?
- Tak. Spotykamy się od niedawna, ale od września chodzimy do jednej klasy. Nie powiedziała ci?
- O tym jakoś nie, ale poza tym słyszałem o tobie właściwie same dobre rzeczy. Że mądry, wysportowany, pomaga innym w nauce…
I nagle jakby coś w nim przeskoczyło. Podszedł do mnie jeszcze bliżej.
- Wiesz, że Oliwia miała wypadek? – zapytał ściszonym głosem.
- Obiło mi się o uszy.
- I że przez to wszyscy odwrócili się od niej?
Tym mnie zaskoczył.
- Co ty mówisz? Przecież wszyscy w klasie ją lubią, może za wyjątkiem dwojga bogatych debili, nauczyciele też.
- Nie w tym sensie. Wszystkie chłopaki ją olali.
- W takim razie byli kompletnymi i ślepymi idiotami. Oliwia jest najpiękniejsza i najmądrzejsza, nie rozumiem jak i dlaczego ktokolwiek mógłby się „odwrócić od niej”.
- Nie rozumiesz...
Adam rozejrzał się jakby sprawdzając czy ktoś nas nie podsłuchuje.
- Słuchaj, będę szczery: siostra jest dla mnie najważniejsza, oprócz mojej dziewczyny. Z rodzicami nie dogadujemy się, pewnie już ci mówiła. Widzę, że od jakiegoś czasu jest żywsza, częściej uśmiechnięta, może to dzięki tobie, więc to mnie cieszy. Tym bardziej ostrzegam: jeżeli ją skrzywdzisz, jeśli będzie przez ciebie płakać, to ja cię zwyczajnie zajebię.
Cholera, to nie był ten picuś Kamil, on groził z pełnym przekonaniem, a był wyższy i cięższy ode mnie. Oliwia powiedziała mi kiedyś, że jej porywczy brat wyleciał z ogólniaka za bójkę. Spróbowałem ochłodzić sytuację:
- Adam, naprawdę nie musisz mi grozić. Oliwia jest dla ciebie najważniejsza, ale dla mnie też, oprócz mojego taty. Jesteśmy parą od niedawna, ale naprawdę bardzo mi na niej zależy i uwierz mi: nie przyszłoby mi do głowy skrzywdzić jej w jakikolwiek sposób. A jeżeli ją skrzywdzę, to proszę bardzo, zajeb mnie, bo na nic innego nie będę zasługiwał.
- Już jestem – usłyszeliśmy z boku głos Oliwii – o czym rozmawialiście, gdy mnie nie było?
- O pogodzie.
- O pogodzie.
Popatrzyła na nas obu.
- O pogodzie, taaa… Chodź, Filipek, odprowadź mnie pod dom. Pa, Adaś, do wieczora.
Wyciągnąłem rękę do Adama.
- To co, pokój?
- Na razie rozejm – odparł ściskając moją dłoń.
Noż, kurwa...
KLASA II LO, GRUDZIEŃ
Oliwia
Boże Narodzenie było jak zwykle u nas w domu parodią rodzinnej atmosfery i radosnego świętowania. Wigilię spędziliśmy we czwórkę, mama nie wysiliła się w kuchni, bo bazowała głównie na kupnych potrawach, tata nawet nie zrobił zakupów, dobrze, że choć wyciągnął i ubrał naszą sztuczną choinkę. Kluski z makiem i moją ulubioną sałatkę jarzynową mieliśmy tylko dlatego, że sama kupiłam składniki i wszystko zrobiłam, a przepis na sałatkę wzięłam od mamy Iwony, której dzieła gastronomiczne zachwycały nas na każdej imprezie. Składanie życzeń przy opłatku to jak co roku wyliczanka oczekiwań rodziców wobec mnie, czyli „...i żebyś miała dobre oceny”, „...i żebyś dostała się na dobre studia”. A na prezent – mała gotówka i „kup sobie coś”.
Za to mój porywczy i nadopiekuńczy brat wzniósł się na poziom dotąd mi nieznany. Przytulił mnie i powiedział cicho „Życzę ci po prostu, żebyś była szczęśliwa, cokolwiek by to oznaczało”. Ten sam brat, który omal nie pobił mojego chłopaka na ulicy za samo jego istnienie?
Niemal cały pierwszy dzień świąt spędziłam w moim pokoju, na szkicowaniu. Adam poszedł do swojej dziewczyny, a rodzice tkwili przed telewizorem, bo tak spędzają każde święta, i w ogóle mną się nie interesowali. Nawet obiad zjedliśmy każdy oddzielnie. Za to w drugi dzień... Po śniadaniu zapowiedziałam, że na obiedzie nie będę, bo idę do kogoś. Matka mruknęła coś niepochlebnego sprzed telewizora, ale to mi nie popsuło humoru.
U Filipa jeszcze nie zdążyłam zdjąć kurtki w przedpokoju, a on już czekał z prezentem: pięknym kompletem specjalistycznych ołówków do szkicowania.
- Skąd wytrzasnąłeś takie cudo?!
- Normalnie, zamówiłem przez internet.
- Ale skąd wiedziałeś co zamówić? To jest raczej specjalistyczne.
- Radziłem się psorki od plastyki, błagając ją jednocześnie, żeby niczego ci nie zdradziła.
- A ja mam dla ciebie tylko koszulkę twojego The Cure… Ale dwustronną!
- Super. Jest piękna, ponura zupełnie jak ja!
- Filip, to ma być twój świąteczny nastrój?!
Obiad zjadłam z nim i jego tatą, bo tego dnia nie miał służby. Pomagałam nosić półmiski i trochę się zawiesiłam, gdy zobaczyłam cztery nakrycia na stole.
- Filip, czekamy jeszcze na kogoś?
- Nie.
- To po co cztery talerze? To nie wigilia.
- To taka jakby wigilia.
- Wyjaśnisz?
- Ja ci wyjaśnię – głos jego taty był smutny, matowy, inny niż na co dzień. – Kiedy umarła mama Filipa, musiałem przygotować pierwszą wigilię sam, na szczęście przełożeni poszli mi na rękę i spędziłem całe święta w domu z synem. Oczywiście postawiliśmy na wigilię jeden talerz więcej, zgodnie z tradycją; ale nie dla wędrowca, tylko dla Eli, mamy Filipa. Ale następnego dnia z rozpędu też postawiłem trzy talerze do śniadania. Chciałem ten jeden talerz zabrać, ale Filip mi nie pozwolił. Do obiadu też postawił trzeci talerz. I jakoś tak to się przyjęło, że w Boże Narodzenie i Wielkanoc stawiamy zawsze jeden talerz więcej. To może wydawać ci się dziwne, ale skoro nie możemy zbyt często pojechać na jej grób, bo to w drugim końcu Polski, to chociaż pamiętamy ją w ten sposób.
Po obiedzie obejrzeliśmy powtórkę „Kevina”, graliśmy w chińczyka i w karty, przegryzaliśmy ciasto upieczone przez Filipa i przyniesione przeze mnie ciastka, śmialiśmy się we trójkę, przytulaliśmy się z Filipem. Było cudownie.
Kiedy wieczorem wychodziliśmy, bo Filip koniecznie chciał mnie odprowadzić, nie miałam dość słów podziękowań dla nich obydwu.
- Ten świąteczny dzień z wami to była bajka. Nie taka całkiem wesoła, przez ten pusty talerz na stole, ale ciągle rodzinna.
- Cieszę się, że ci się podobało. Skoro jesteś moją królewną, to bajka jest odpowiednim miejscem dla ciebie. Tym bardziej, że bajki zawsze dobrze się kończą, w stylu „...i żyli długo i szczęśliwie”, więc nasza też obowiązkowo musi się tak skończyć.
KLASA II LO, STYCZEŃ
Filip
Pierwszego dnia szkolnego po Nowym Roku Iwona weszła rano do zatłoczonej szatni, powiedziała jak zwykle „Cześć wszystkim”, po czym podeszła do Irka i pocałowała go. A potem drugi raz i trzeci! Takie demonstracje uczuć były rzadkością w szatni, tym bardziej, że tylko my byliśmy parą w tej klasie, a my raczej nie afiszowaliśmy się z nimi tak bardzo.
- Halo, Ziemia do Iwony, może rzucicie jakieś słówko wyjaśnienia między tymi całusami? – zapytała Oliwia.
Irek oderwał się od Iwony, rozejrzał się nieprzytomnie, pomachał rękami.
- Uwielbiam Iwonę od pierwszego dnia w tej szkole – poczekał aż nasz aplauz ucichnie – ale dopiero teraz, po pewnych wydarzeniach, nabrałem odwagi, żeby jej to powiedzieć. Byłem ostatnim idiotą, że tak długo zwlekałem, zresztą Iwonka osobiście mi to potwierdziła. I zapytałem ją, czy mogę liczyć na wzajemność, i jak widzicie – mogę!
- No wreszcie – stwierdziła Oliwia, a Irek skrzywił się pociesznie.
- Po jakich wydarzeniach?
- Yyy… Nie powiem.
Laura zaczęła śpiewać „Zakochani są wśród nas, zakochani pierwszy raz, tak po prostu bez pamięci zakochani…”, ale w końcu musieliśmy iść na górę na zajęcia. Przed wejściem do klasy Irek odciągnął mnie na bok.
- Zamieniłbyś się ze mną miejscami? Chciałbym siedzieć z Iwoną.
- Nie widzę problemu. Piotrek chyba też nie będzie miał nic przeciw?
- Coś ty. W takim razie wielki dzięki. A poza tym masz u mnie piwo. Ale postawię ci dopiero po osiemnastce, może być?
- Piwo?! Daruj sobie, źle na mnie wpływa. Poza tym - za co??
Odetchnął głęboko.
- Bo to ty i Oliwia, wtedy w szatni, byliście tym wydarzeniem, które tak mnie zmotywowało. Najpierw na tych naszych niby-korkach widziałem wyraźnie, jak się w sobie zakochujecie.
- Tak bardzo było to widać?
- Oczywiście, zwłaszcza dla mnie, bo znam ją od pierwszej klasy podstawówki. A ty nie widziałeś jak wpływasz na Oliwię? Że wodzi za tobą wzrokiem, że coraz częściej się uśmiecha i to nie tylko w twojej obecności, ale tak w ogóle. W każdym razie - kiedy zobaczyłem was wtedy w szatni, takich przytulonych do siebie, to powiedziałem sobie, że skoro wykorzystaliście tę szansę, to ja nie mogę przegapić swojej. Stary, jesteś dla mnie wzorem odwagi i uporu!
Oniemiałem.
Oliwia
Pod koniec stycznia Iwona zaprosiła kilka osób, w tym Filipa i mnie na zaległe urodziny; ma je w grudniu, ale jej choroba i przygotowania świąteczne uniemożliwiły zabawę. Po imprezie przenocowałam u Filipa, bo od niej z domu było znacznie bliżej do niego niż do mnie. Jego ojca nie było, ale Filip wcześniej zapytał go o zgodę. Moi rodzice wiedzieli tylko, że wrócę rano. Adam miał swój udział w tej zgodzie rodziców na moje nienocowanie w domu, bo mnie samej trudno szło ich przekonywanie, zwłaszcza mamy. Przydatny ten mój braciszek… czasami. Ale gdyby to Filip miał przenocować u mnie, to strach pomyśleć,co by się działo. Rodzice pewnie już po pierwszym pytaniu o to nazwaliby mnie dziwką albo wyrzuciliby mnie z domu, albo jedno i drugie.
Byliśmy tak padnięci, że po kilku buziakach usnęliśmy jak susły i spaliśmy do ósmej. Rano Filip uparł się, że nie wypuści mnie głodnej i że zrobi mi na śniadanie jajecznicę. Swoją drogą - ciekawe, skąd wiedział, że ją lubię, bo przecież nie od Adama? W każdym razie, kiedy weszłam do kuchni, stał przy kuchence. Powiedział mi, żebym ukroiła chleb i nastawiła wodę, bo to jeszcze chwilę potrwa.
- Czemu? To taka filozofia zrobić jajecznicę?
- A żebyś wiedziała – odparł nie odwracając się i wciąż zasłaniając mi kuchenkę.
Naszykowałam chleb, masło i herbatę i wreszcie zajrzałam mu przez ramię. Na dużej patelni na stopionym maśle podsmażał plasterki kiełbasy, wszystkie identycznej grubości i równiutko przekrojone na pół. A on metodycznie przekręcał widelcem KAŻDY kawałek kiełbasy na drugą stronę, a po skończeniu wszystkich zaczynał od nowa!
- Zawsze tak precyzyjnie przyrządzasz jajecznicę?
- Coś ty. Topię masło, na to kiełbasa w kawałkach, za chwilę jajka i gotowe.
- To czemu teraz robisz tak równiutko i dokładnie? Moja dusza artystki cierpi na widok takiego porządku na patelni!
- Teraz to nie ma być zwykła jajecznica tylko śniadanie DLA CIEBIE – odparł spokojnie, nie odrywając oczu i widelca od patelni – Czyli najpierw roztopione, ale nieprzypalone masełko, potem podsmażona dwustronnie i nieprzypalona kiełbasa, na to jajka z dodatkiem kapki mleka, soli, pieprzu, szczypiorku i odrobiny tymianku – wskazał na miskę z rozbełtanymi jajkami stojącą przy kuchence.
Dopiero wtedy zerknął na mnie przez ramię i uśmiechnął się.
- No co? Będzie smaczna, zobaczysz.
Mój chłopak robił dla mnie śniadanie! Przypomniały mi się opowieści i przechwałki moich niektórych koleżanek o prezentach, jakie dostawały od swoich chłopaków na święta czy Walentynki. Niektóre naprawdę wypasione, a czasem według mnie niepasujące do naszego wieku, na przykład wyuzdana bielizna. Ale żadna nie wspomniała, że chłopak własnoręcznie przygotował dla niej posiłek! Szczytem romantyzmu ze strony chłopaków było zamówienie jakiegoś żarcia z dostawą, albo zaproszenie do maka.
Objęłam go w pasie od tyłu, pocałowałam w kark i przytuliłam się do niego. Pomyślałam sobie „czy to ja jestem taka wyjątkowa, czy Filip?” Chyba „za głośno” to pomyślałam, bo spojrzał na mnie przez ramię i powiedział:
- Ty.
- Co „ja”?
- Ty jesteś wyjątkowa.
- A ty nie? Z takimi umiejętnościami kuchennymi?
Zaśmiał się i powiedział, że to żadna wyjątkowość, poza tym lubi to. Od lat gotuje, choć nie jakieś frykasy, zwykłe zupy, kotlety czy gulasze, robi zakupy, pierze i inne takie rzeczy, bo taty często nie ma, więc kto miałby to robić. Oczywiście wspomagają się nieraz jakimiś gotowcami ze sklepu, ale lepiej, żeby tata zjadł coś porządnego domowego, bo nie wiadomo czym i gdzie go w tym wojsku karmią. Zwłaszcza, że w poprzedniej jednostce taty zobaczył kiedyś zaparkowaną starą kuchnię polową KP-340, która teoretycznie już dawno wyszła z użycia, cholera wie, co na niej gotują.
„Jak on znajduje na to wszystko czas? pomyślałam. Chodzi do szkoły systematycznie i uczy się coraz lepiej, robi zakupy i gotuje, zajmuje się domem, ma czas na nasze kółko korepetytorskie i randki ze mną... Jest stanowczo bardziej dorosły i lepiej zorganizowany niż ja czy inni w klasie. I zawsze mówi o swoim ojcu ‘tata’, tak jakby czule.”
Zazdrościłam mu tych dobrych układów z ojcem i otwarcie mówiłam mu o tym. U nas było inaczej, ciągle kłócę się z matką i ojcem o stopnie, bo niby zbyt słabe, o strój, chociaż wcale nie ubieram się wyzywająco, bo nie lubię, o zachowanie, bo według nich tracę czas na jakieś malunki zamiast się uczyć. Adamowi też się od nich obrywa, chociaż jest już dorosły i pracuje. A jeśli się wyprowadzi, bo planuje wynajęcie mieszkania razem z dziewczyną, zostanę z nimi sama, i dopiero będzie jazda...
A jajecznica była rzeczywiście przepyszna.
c.d.n.
komentarze i recenzje jak zwykle mile widziane
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz