Azymut - cz. 1.

Nike z najnowszej kolekcji dla zaawansowanych biegaczy miarowo uderzały w wydeptaną wstęgę pośród łąk. Droga, która początkowo  prowadziła biegaczkę przez urokliwe przedmieścia,  powoli zaczęła się zatracać i ginąć pośród bujnej zieleni. Bez wątpienia Jordan się zagubiła, a to było dla niej  uczucie tak mało znane, jak bardzo irytujące. 35-letnia prawniczka, karierowiczka według wrogów i perfekcjonistka według nielicznych przyjaciół, kontrolę i apodyktyczność miała we krwi. Nie pozwalała na spontaniczność i improwizację  ani sobie, ani współpracownikom. Zgubienie drogi, nawet na obrzeżach miasta, do którego niedawno się przeniosła, było zdecydowanie nie w jej stylu. Kobieta zwolniła kroku i rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś drogowskazu. Niestety już od kilku kilometrów  okolica przestała wyglądać  zachęcająco. Jedynie majaczące w oddali ceglane zabudowania dawały nadzieję na uzyskanie jakichkolwiek informacji.  

Budynki stanowiły kompleks, który lata świetności już dawno miał za sobą. Co gorsza,  Jordan bez powodzenia już od dłuższej chwili rozglądała się za jakimś mieszkańcem zabudowań.  Nagle wzdrygnęła się. Warknięcie. Głośne i bliskie. Kobieta odwróciła się powoli. Dwa mało sympatyczne owczarki kaukaskie z pewnością nie wskażą jej drogi do centrum.  O ile w ogóle uda się jej z nimi dogadać – Jordan nigdy nie miała dobrego kontaktu ze zwierzętami. Stała zmrożona, starając się nie patrzeć w psie oczy. Krótki gwizd odwołał psy z pozycji do ataku. Jordan popatrzyła w stronę z której dobiegł głos i dopiero teraz ujrzała siedzącego w półmroku młodego mężczyznę. Wyglądał na niecałe 30 lat, choć mógł mieć mniej. Kilkudniowy zarost, umięśnione ciało i chmurne spojrzenie dodawały mu lat. I atrakcyjności. Pochylony nad jakimś urządzeniem nie przestawał go naprawiać, nie racząc kobiety nawet pojedynczym spojrzeniem. Psy leżały już spokojnie u jego stóp.
Niezrażona brakiem gościnności Jordan podeszła do milczącego gospodarza. Może po prostu zamówi dla niej taksówkę?
-Dziękuję… i dzień dobry. Chyba zabłądziłam i…
-Chyba tak – przerwał szorstko chłopak nawet na nią nie patrząc – Czego pani tu szuka?  
„Ty dupku w tandetnej, roboczej koszuli! Przecież mówię, że zabłądziłam!”
-Właśnie szukam – zmieniła ton na superoficjalny – szukam drogi do centrum, bo …
-Bo?
Szare oczy przeniosły się z naprawianego urządzenia i teraz już świdrowały na wylot twarz Jordan. Blond kosmyk spadł na opalone czoło, a usta ułożyły się w półuśmiech. Ale nie łobuzerski. Raczej w grymas irytacji i zniesmaczenia.

Jordan rzadko nie wiedziała co powiedzieć. Praktycznie nie zdarzało jej się to wcale. Tym razem jednak stała z półotwartymi ustami i zdziwionym spojrzeniem. Nie, nawet nie była zła. Bardziej zaskoczona. Tonem głosu młodego człowieka, jego bezpodstawną arogancją i buntowniczą postawą, ale przede wszystkim jego wzrokiem. Głębokie a równocześnie świdrujące spojrzenie, agresywne, ale też gdzieś w środku przejmujące. Na pewno hipnotyzujące, gdyż kobieta nadal stała bez ruchu przyjmując spokojnie kolejne pełne agresji słowa.  

-Bo co? – powtórzył i powoli zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów – Zgubiła się pani, rozumiem. Ale to chyba nie moja sprawa. Musiała Pani dotrzeć aż tutaj? W tym swoim śmiesznym, szpanerskim ubranku dla nadzianych biegaczy? I teraz co? Mam Pani pomóc? Może odprowadzić do domku?  
Jordan ani drgnęła. Nie była w stanie. Ona, postrach sądowych sal, nie wiedziała co powiedzieć. Ale też i nie chciała nic mówić. Chciała tylko wpatrywać się w szarą głębię. Ale chłopak  odwrócił wzrok, wracając do naprawy. Pokręcił głową z dezaprobatą.
-Proszę przejść tą bramą i skręcić w lewo. Zamówię dla pani taksówkę.  
-Dziękuję – wyszeptała Jordan. Kilka chwil, podczas których beznadziejnie czekała na szary wzrok, bezlitośnie się dłużyły. Zrezygnowana odeszła wskazaną drogą. Przed domknięciem bramy jeszcze raz spojrzała na postać skupioną nad naprawą, ale półdługie włosy skutecznie zasłaniały jasne oblicze chłopaka.

***

Dwa pokaźne worki suchego pedigree pal leżały na tylnym siedzeniu cholernie drogiego, sportowego kabrio, mknącego w kierunku wyżyn okalających miasto. Jordan zahamowała z impetem na piaszczystym podwórzu, wznosząc tym samym tumany kurzu. Znajoma postać majaczyła w oddali. Chłopak stał oparty o ogrodzenie padoku dla koni. Przyglądał się pasącym się starym kucykom. Zadowolony, że z tej odległości nie zauważyła jego zdziwienia.  

-To za uprzejmość, to znaczy, fatygę. Poprzedniego razu.-szeroki uśmiech miał za zadanie ukryć zdenerwowanie- Domyślam się, że nie przyjął by pan dowodu wdzięczność, więc przywiozłam coś dla psiaków. One nie odmówią !
„Uśmiech! Pamiętaj o uśmiechu!”

-Aaa… Mam na imię Jordan i mam nadzieję, że tym razem jestem lepiej ubrana.

„Nie, cicho! Uśmiech!”

Mężczyzna popatrzył na karmę i na wyciągniętą w jego kierunku rękę. Szczerość i naturalność wyznania rozbawiła go, a lekkie zażenowanie zasłonił przeczesując dłonią włosy.  

-Jack- chłopak uścisnął wyciągniętą dłoń i  uśmiechnął się rozbrajająco. Tym razem uśmiech przemknął też przez szare oczy. Co do cholery osoba tego pokroju znów robi w takim miejscu. W jego miejscu.

-Gdybym wiedziała, zabrałabym też marchewkę – Jordan pokazała głową pasące się kuce.  
-Ach, one… Takie zdechlaki właściwie… Niezbyt piękne, prawda?  - spojrzał pytająco i wyzywająco zarazem -Są jeszcze dwa duże konie i kilka kotów. – Jack odwrócił się i z powrotem oparł o barierkę. Kucyki powoli podeszły do niego dopraszając się o pieszczoty.
-Niezła menażeria.- Jordan stała niewzruszona jego postawą, wpatrująca, wyczekując na szare spojrzenie. Gdzieś głęboko, pod maską szczerej bezpośredniości i bezpretensjonalności na jakie musiała się dziś zdobyć, do głosu coraz bardziej dochodziło znajome, tłumione uczucie. Rozpalający głód, bezlitośnie ściskający i napędzający prawdziwe oblicze drapieżnika, jakim na co dzień była. Bezwiednie, bez kontroli zaczęła chłonąć  obraz i dźwięk stojącego przed nią chłopaka. Kolejne pytania były tylko pretekstem do tego żeby mówił, żeby słuchać i obserwować.
-Co tu właściwie robisz, Jack? Opiekujesz się tymi zwierzakami w tym, hmmm, schronisku?  
Chłopak nie odpowiedział. Wziął głęboki wdech.
-Wybierzemy się na przejażdżkę? – machnął ręką w kierunku stajni z pełnowymiarowymi wierzchowcami i wyczekująco utkwił szare spojrzenie w jej oczach. –co prawda nie są to piękne sportowe konie, do jakich pewnie jesteś przyzwyczajona, ale..
-Bardzo chętnie! – przerwała.  Chyba zaczęła w końcu odzyskiwać pewność siebie. Jednak  jeszcze nie uodporniła się na „to” spojrzenie.

Jadąc  przez okoliczne łąki Jordan opowiedziała niewiele o sobie, o karierze prawniczej i kolejnym jej etapie w nowym miejscu. Wolała słuchać Jacka, a właściwie to wsłuchiwać się w jego głęboki głos. Poważny głos 22-letniego człowieka, opowiadający poważne rzeczy. Takich historii jako prawnik słyszała mnóstwo, jako kobieta – nigdy nie była nimi zainteresowana. Mężczyźni, z którymi się zadawała,  byli przynajmniej na tym samym etapie kariery co ona, choć zazwyczaj celowała jeszcze wyżej. Dziś pierwszy raz rozmawiała z prawdziwym bezdomnym. Jack beznamiętnie opowiadał o matce alkoholiczce, o ucieczce z domu w wieku 12 lat i tułaczce po kraju. Ale z pasją opowiedział też o miłości do zwierząt, o ukochanym psie z dzieciństwa i o mieszczącym się w zabudowaniach przytułku dla bezdomnych. Przytułku, który właśnie został zamknięty, a wszyscy jego mieszkańcy rozgonieni na cztery strony świata.  
-Zostałem, żeby dopilnować reszty tego bałaganu. Zresztą sprowadzenie tych zwierzaków to był mój pomysł. Pewnie, zauważyłaś, że  do championów nie należą – psy to znajdy, a konie zostały odebrane bestialskiemu właścicielowi. Zwierzaki dobrze wpływały na bezdomnych, ale teraz stały się tylko problemem dla nowych zarządców lokalu – Jack uśmiechnął się cierpko.  
-Dla nowych zarządców?
-Dokładnie. Teraz ta rudera stoi pusta, ale wkrótce ma tu być remont i mają się tu wprowadzić zakonnice. Chcą otworzyć dom dziecka. Nie życzą sobie żadnych psów a tym bardziej bezdomnych…
-Jaki masz plan?
-Najbliższy? Muszę naprawić drzwi w stajni… a tak… na życie… to już nie robię planów….
Do końca przejażdżki Jordan nie udało się przywrócić beztroskiej atmosfery. Po kilku próbach sama popadła w zadumę. Nadal wierzyła w to, że każdy jest kowalem swojego losu i że wszystko co ma zawdzięcza tylko sobie. O nie, jedna krótka rozmowa z synem alkoholiczki nie wstrząsnęła  jej światopoglądem. Nadal jednak wsłuchiwała się głównie  w tembr głosu zamiast w sens słów.

-Dziękuję! – powiedziała po powrocie – Dziękuję za pokazanie okolicy i .. nie tylko… - Jordan nachyliła się w kierunku Jacka. Nie słyszała własnych słów, nie czekała na odpowiedź. Wpatrując się w szare oczy przysuwała usta coraz bliżej.
-Dziękuję i przepraszam – wyszeptała i wstrzymała oddech w oczekiwaniu na ruch mężczyzny.
-Nie ma sprawy.- Jack zanurzył usta w jej włosach i wyszeptał prosto do ucha po czym odwrócił się z szelmowskim uśmiechem.  

Jordan uśmiechnęła się zbyt szeroko i zbyt sztucznie, by móc ukryć gorzki smak porażki. „Twarda sztuka” –pomyślała. Nie chciała dać po sobie poznać zażenowania. Z jakąż ogromną wdzięcznością  przyjęłaby teraz od losu dźwięk dzwoniącego telefonu, ratującego ją z opresji. Jak na złość jednak nikt nie chciał zadzwonić.  
Jadąc z podarunkiem w postaci karmy starała się skupić, przeanalizować sprawę, przewidzieć możliwe warianty, a przede wszystkim zaplanować spotkanie, aby stać się panią sytuacji, czyli ustawić się w najlepszym dla siebie położeniu.  Przez kilka dni, jakie dzieliły ich od ostatniego spotkania, nie mogła skupić się na pracy. Myślała tylko o Jacku, a właściwie tylko o jednym i o dosłownym – o zaliczeniu tego faceta. Zaliczeniu, jak do tej pory zaliczała praktycznie każdego mężczyznę, który jej się spodobał. Bez względu na pozycję, majątek czy wzruszającą historię życia. Tyle podpowiadał jej gorejący wewnątrz żar, którego nic innego nie potrafiło stłumić. Nawet wczorajsza szybka randka na biurku z zastępcą prezesa…
Jordan wpatrywała się przez chwilę w miękkie jasne włosy chłopaka. Odwrócony, wsparł głowę na dłoniach i mocno zacisnął powieki. Przez chwilę walczył z własnymi myślami, ale w końcu wziął głęboki oddech i nagle z powrotem odwrócił się do dziewczyny:
-A może chcesz zobaczyć budynki? Tu kiedyś był niezły dworek… -szczery uśmiech i jasne, miłe spojrzenie całkowicie przykryły strapienie malujące się jeszcze przed chwilą na jego twarzy. W głosie nie było cienia goryczy, która przepełniała jego myśli. Jordan nigdy niczego by się nie domyśliła – nawet gdyby ją to cokolwiek interesowało.
Opadający na czoło szelmowski  kosmyk dodawał chłopakowi seksownego uroku. Ewidentnie wesoły chochlik w spojrzeniu  i pełne usta rozchylone w półuśmiechu były jego naturalnym zachowaniem. Gdy tylko pozwalał sobie na chwilę beztroskiego zachowania wyglądał świeżo, sympatycznie i męsko zarazem.
Jordan, o tyle zaskoczona co szczęśliwa z ciągu dalszego, tylko pokiwała głową. Nieprzewidywalność zachowania Jacka tylko dodawała mu tajemniczości i atrakcyjności.  
Kompleks budynków faktycznie składał się ze starego, pokaźnego dworu, domku dla służby, stajni i zabudowań gospodarczych. Wszystko znajdowało się w bardo złym stanie, choć widać, że jeszcze niedawno ktoś tu mieszkał i próbował swoimi siłami remontować.  Po przejęciu budynków przez zakonnice fundacja dla osób bezdomnych przeniosła się w inne miejsce, a wkrótce miały się rozpocząć  prace adaptacyjne do założenia domu dziecka. Jack traktował to miejsce jak własne, pierwszą w życiu bezpieczną przystań, którą współtworzył jako wolontariusz w fundacji. Miejsce, w którym realizował swoje pomysły, takie jak rehabilitacja podopiecznych poprzez kontakt z bezdomnymi zwierzętami i stworzenie przytułku dla takich zwierząt. Kochał psy i konie, a te kalekie, stare i porzucone były mu szczególnie bliskie. Wolontariat był też sposobem na ukrycie przed sobą samym bolesnej prawdy, iż od czasu opuszczenia sierocińca sam był podopiecznym fundacji – człowiekiem bezdomnym, wagabundą z przymusu.  Wiedział, że wkrótce będzie musiał opuścić to miejsce, ale mimo zbliżającego się terminu nie miał pomysłu co dalej zrobić, gdzie iść z gromadą  starych, schorowanych zwierząt. Jak sam mówił, już nic nie planuje w życiu.
Mimo niewesołej treści swoich opowiadań, chłopak nadzwyczajnie tryskał humorem. Pokazywał interesujące zakamarki, ślady pięknych fresków na ścianach. W starym ogrodzie ujął  dłoń Jordan i położył na pniu trzystuletniego dębu.
-Czujesz? Nie wiem czy to dobra energia czy po prostu kora drzewa, ale lubię tu przychodzić.
Jordan czuła jednak przede wszystkim lekko szorstką, ale przyjemnie ciepłą skórę jego dłoni. Z lubością spijała każde kolejne słowo i nadstawiała ramię, gdy dotykał, żeby coś jej pokazać. Starała się nie odwracać twarzy w kierunku Jacka, aby nie pokazać swoich półprzymkniętych powiek i lekko otwartych ust. Ale gdy tylko podchodził bliżej wciągała jak narkotyk jego męski zapach unoszący się w powietrzu. Starała się ukryć falowanie nabrzmiałych piersi przy każdym głębokim oddechu. A Jack, sprawiając wrażenie zupełnie tego nieświadomego,  coraz częściej dotykał dłonią jej ramienia.  
Wreszcie dotarli do północnego skrzydła dworu. Ściany stały się chłodne, a w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach stęchlizny. Jack odwrócił się gwałtownie i spojrzał Jordan głęboko w oczy.
-Chcesz zobaczyć gdzie mieszkam?
Pytanie, kryjące w sobie obietnicę, nie wymagał odpowiedzi. Wkrótce znaleźli się w małym,  brzydkim pomieszczeniu z odrapanymi ścianami. Pomimo, że było tu czysto i schludnie, to sprawiało przygnębiające wrażenie. Bardziej przypominało celę niż pokój. Jedyne wyposażenie, jakie tam się znajdowało, to łóżko na metalowej ramie, komoda i szafka z książkami o opiece i leczeniu zwierząt. Za to z okna rozciągał się piękny widok na łąki i padok z pasącymi się kucami-staruszkami.  
-To właśnie dla tego wybrałem ten pokój- Jack zatrzymał się w drzwiach i uważnie obserwował  dziewczynę. Jordan podeszła do okna i poczuła smutek. Czy sprawił  to chłód ścian czy widok zabiedzonego, brzydkiego miejsca, które dla kogoś było wszystkim co miał na ziemi – w każdym bądź razie Jordan zrobiło się przykro, że ten chłopak musi mieszkać w takim miejscu. Przez sekundę stanął jej przed oczami jej własny apartament w wieżowcu z widokiem na panoramę miasta, projektowany przez najlepszych designerów. Ale ona do niego nie ma sentymentu i jeśli tylko będzie mogła na tym zarobić to od razu go sprzeda.  
Nagle poczuła, że Jack zbliżył się i stoi zaraz za nią.  
-I jak się tu pani podoba, pani mecenas? – cień złośliwości i autoironii skutecznie zakryła głębia seksownego szeptu.
Jordan odwróciła się powoli, ale nie zarzuciła jeszcze rąk na szyję chłopaka. Celebrowała bliskość i ciepło jego ciała.
-Bardzo, bardzo mi się podoba. A zwłaszcza…- powolną zmysłową odpowiedź przerwał długi, głęboki pocałunek. Ale nagle Jack odsunął od siebie kobietę i chwytając ją za nadgarstki popchnął w tył w kierunku metalowej pryczy. Jodan zachwycona rozwojem  wypadków, usiadła a następnie położyła się do tyłu na łóżku. Wygięła ciało w łuk i rozchyliła usta. Czekała na mężczyznę.  
Przez  ułamek sekundy, jak przestrogę, Jack ujrzał przed oczyma twarz swojego kumpla z bidula. Twarz za kratami, w więziennym uniformie. Twarz chłopaka, który dorabiając sobie koszeniem trawy, został uwiedziony przez bogatą, znudzoną panią domu. A krótki romans, pełen łóżkowych spotkań,  zakończył się oskarżeniem o gwałt. Grając rolę ofiary, była kochanka odwróciła od siebie uwagę i  gniew męża rogacza, który nie dostrzegł oczywistej dla wszystkich prawdy. Jako prokurator postawił sobie za cel honoru przymknięcie chłopaka na wiele lat.
Jack zignorował natrętną myśl. Miał swoje Waterloo. Chwycił nadgarstki Jordan nad jej głową, na co kobieta westchnęła z rozkoszą. Drugą ręką zaczął dotykać jej ciała, najpierw przez materiał bluzki, następnie szybko rozpiął guziki. Jordan wiła się pod ciężarem jego ciała, na każdy dotyk reagowała głośnym westchnięciem.  
-A więc podoba się tu pani, pani mecenas…  To ciekawe… Cóż też może się tu podobać… - Jack szeptał nie przestając całować jej ciała, jak gdyby mówił nie do Jordan, ale do jej szyi, kształtnych ramion i dekoltu. Kobieta nie odpowiedziała, ponieważ kolejna pieszczota wywołała w niej zbyt namiętne westchnięcie.  Zresztą  Jack kontynuował, sarkastycznie odpowiadając sam sobie- Bo mi na przykład nic się tu nie podoba.
Kobieta  wzdrygnęła się. Ale kolejny dotyk sprawił, że znów popadła w zapomnienie, a przynajmniej poczuła się bezpiecznie. Sprawy idą właściwym, dobrze jej znanym torem.
-Kompletnie nic mi się tu nie podoba. To bagno. Syf. Patologia. Bieda i dziadostwo. Dookoła mnie i we mnie…. Wszędzie syf…
Jordan znów znieruchomiała i tym razem zaczęła przysłuchiwać się dokładniej szeptom przerywanym pocałunkami błądzącymi po całym ciele. Nagle Jack przerwał, powrócił do wysokości jej oczu i spytał wprost w jej twarz.
-Co więc panią tu sprowadza, pani mecenas? Po co przyjechałaś? Bo chyba nie po to żeby pobawić się w przyjaciela zwierząt? – Jordan spostrzegła, że pozycja, która wcześniej tak bardzo ją podniecała, stała się teraz co najmniej niekomfortowa. Przygnieciona całym ciężarem ciała mężczyzny nie mogła się w ogóle ruszyć.  -Po co przyjechałaś, hmmm? Co tak piękna, bogata pani robi w takim syfie? Czego szuka?
Kobieta z przerażeniem próbowała uwolnić ręce, ale Jack ścisnął je jeszcze mocniej.  
-Chyba się domyślam – znów odpowiedział sam sobie –Jordan, czyżby znudzili ci się gładko ogoleni prezesi? Pachnący gentelmani, piękne wnętrza i traktowanie ciebie jak damy? Zapragnęłaś odmiany? Szukasz brutalnego, nieokrzesanego łotra na kochanka? Niebezpieczeństwa? Zwierzęcej chuci?
Kobieta próbowała zaprotestować, ale Jack zamknął jej usta gorącym i delikatnym równocześnie pocałunkiem. Jordan poczuła wściekłość na siebie, swoje rozpalone ciało, które namiętnie zareagowało na pieszczotę. W głowie miała gonitwę myśli, a ciało odmawiało jej posłuszeństwa, dając się prowadzić mężczyźnie wytypowaną przez niego ścieżką.
-Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy... - mruknął.

239 czyt.
100%85
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i obyczajowe, użyła 3359 słów i 19452 znaków, zaktualizowała 15 wrz o 9:49.

5 komentarzy

 
  • Margerita

    Margerita · 4 dni temu

    łapka w górę tekst mi się podoba

  • Somebody

    Somebody · 4 dni temu

    Mam deja vu, czy już to czytałam tutaj?  

  • agnes1709

    agnes1709 · 4 dni temu

    Bosko

  • AnonimS

    AnonimS · 4 dni temu

    Nie każdy męzczyzna ma taką przyjemność, ze trafia mu się pewna siebie , poukladana njezależna kobieta . Ktora wbrew sobie traci kontrolę i staje się  zależna. Oprócz niewàtpliwych atutów kobiecości pani mecenas,  to stanowi przysłowiową wisienkę na torcie. Fajnie że  znowu publikujesz. Pozdrawiam

  • Speker

    Speker · 5 dni temu

    Długie, wciagajace, bardzo pozytywnie. Skoro tytuł cz1, to liczę bardzo na ciąg dalszy